Człowiek boże igrzysko

Nie rzekł jako żyw żaden więtszej prawdy z wieka,

Jako kto nazwał bożym igrzyskiem człowieka.

Bo co kiedy tak mądrze człowiek począł sobie,

Żeby się Bóg nie musiał jego śmiać osobie?

On, Boga nie widziawszy, taką dumę w głowie

Uprządł sobie, że Bogu podobnym się zowie.

On miłością samego siebie zaślepiony,

Rozumie, że dla niego świat jest postawiony;

On pierwej był, niżli był; on, chocia nie będzie,

Przedsię będzie; próżno to, błaznów pełno wszędzie.

Do doktora240

Fraszka a doktor — to są dwie rzeczy przeciwne;

Przeto u mnie, doktorze, twe żądanie dziwne,

Że do mnie ślesz po fraszki, tak daleko k’temu;

Ja jednak dosyć czynię rozkazaniu twemu.

Ty strzeż swojej powagi, nie baw się fraszkami,

Ale mi je odeśli prędkimi nogami,

A nie dziwuj się, że je tak drogo szacuję,

Bo chocia fraszki, przedsię w nich doktory czuję.

Do dziewki

Jeśli to rada widzisz, a życzysz mi tego,

Abych prze cię używał frasunku wiecznego,

Cóż ci rzec, dziewko sroga? Po prawdzie jam tobie

Inaczej to zadziałał, a co dziś na sobie

Odnoszę, dzieje mi się nad moje zasługi;

Ledwe taki na świecie niefortunny drugi.

Czego dalej chcesz po mnie? Czy jeszcze wątpliwa

Moja chęć przeciw tobie? Noc w myślach teskliwa

I te ogniste gwiazdy, rozsiane po niebie,

Świadkiem, że nic milszego nie mam okrom ciebie.

Czy zgoła nie chcesz241, abyś sługę ze mnie miała?

Po prawdzie, by się miłość z rozumem sprzągała,

Wzgarda by miała ruszyć każdego, a już by

Lepiej się odrzec za raz i pana, i służby.

Ale co potym? Miłość ma swe obyczaje,

Zna, co lepiej, a przedsię przy gorszym zostaje.

A ty, jeśli nadzieję chcesz o łasce swojej

Zgasić we mnie, już dawno pragniesz śmierci mojej.

Do dziewki

Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,

Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa

Zgodzi się znamienicie; patrz, gdy wieniec wiją,

Że pospolicie sadzą przy różej leliją.

Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,

Serceć jeszcze niestare, chocia broda siwa;

Choć u mnie broda siwa, jeszczem niezganiony,

Czosnek ma głowę białą, a ogon zielony.

Nie uciekaj, ma rada; wszak wiesz: im kot starszy,

Tym, pospolicie mówią, ogon jego twarszy242;

I dąb, choć mieścy243 przeschnie, choć list244 na nim płowy,

Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy.

Do fraszek

Fraszki nieprzepłacone, wdzięczne fraszki moje,

W które ja wszytki kładę tajemnice swoje,

Bądź łaskawie Fortuna ze mną postępuje,

Bądź inaczej, czego snać więcej się najduje.

Obrałliby się kiedy kto tak pracowity,

Żeby z was chciał wyczerpać umysł mój zakryty:

Powiedzcie mu, niech próżno nie frasuje głowy,

Bo się w dziwny Labirynt245 i błąd wda takowy,

Skąd żadna Aryjadna246, żadne kłębki tylne

Wywieść go móc nie będą, tak tam ścieżki mylne.

Na koniec i sam cieśla247, który to mistrował,

Aby tu rogatego chłopobyka chował,

Nie zawżdy do wrót trafi, aż pióra szychtuje

Do ramienia, toż ledwe wierzchem wylatuje.

Do gospodarza

Nie bądź gościem u siebie, wiedz, co się w cię wleje;

Wedle tegoż swe sprawy miarkuj i nadzieje!

Do gościa

Gościu, tak jakoś począł, już do końca czytaj,

A jeśli nie rozumiesz, i mnie się nie pytaj!

Onać to część kazania, część niepospolita,

Słuchaczom niepojęta, kaznodziei skryta.

Do gościa

Gościu, własną twarz widzisz przeważnej Dydony248,

Obraz pozorny, obraz pięknie wystawiony.

Takam była; ale myśl różna od tej sławy,

Która mię zła potkała za me chwalne sprawy.

Bom Eneasza jako żywa nie widziała

Anim w trojańskie burdy Afryki poznała,

Ale uchodząc łoża Ijarby srogiego

Puściłam się na ostrość miecza śmiertelnego.

Kto cię na mię podburzył, Maro niechutliwy,

Żeś swym kłamstwem śmiał zelżyć żywot mój cnotliwy?

Do gór i lasów249

Wysokie góry i odziane lasy!250

Jako rad na was patrzę, a swe czasy

Młodsze wspominam, które tu zostały,

Kiedy na statek człowiek mało dbały251.

Gdziem potym nie był? Czegom nie skosztował?

Jażem przez morze głębokie żeglował,

Jażem Francuzy, ja Niemce, ja Włochy,

Jażem nawiedził Sybilline lochy252.

Dziś żak spokojny, jutro przypasany

Do miecza rycerz253 dziś miedzy dworzany

W pańskim pałacu, jutro zasię cichy

Ksiądz w kapitule254, tylko że nie z mnichy

W szarej kapicy a z dwojakim płatem255;

I to czemu nic256, jesliże opatem?

Taki był Proteus257, mieniąc się to w smoka,

To w deszcz, to w ogień, to w barwę obłoka.

Dalej co będzie? Srebrne w głowie nici,

A ja z tym trzymam, kto co w czas uchwyci.

Do Jadama Konarskiego biskupa poznańskiego258

Tobie, zacny biskupie, tobie, jeśli komu,

Ten piękny klejnot służy cnych Habdanków domu,

Bo ty, służąc ojczyźnie przodków swych przykłady,

Nie pierścień, aleś wszytki wylał swe pokłady259

Prze sławę domu swego, prze pożytek Rzeczy

Pospolitej, którą ty zawżdy masz na pieczy.

Ciebie posłem papieskie pałace widały,

Ciebie Rzesza i uszy cesarskie słuchały.

Świeżo i król francuski sławny, z której strony

Przywiodłeś nam monarchę pod zimne Tryjony260

Miej tedy i dziś dziękę, biskupie cnotliwy,

Żeś Pospolitej Rzeczy służyć tak chętliwy.

Lepiej tym dom swój zdobisz, niżby wsi skupował,

Bo kto dobry nad złoto sławy nie szacował?

Do Jana

Janie, cierp’, jako możesz! Przyjdzie ta godzina,

Że ludziom złym będzie swa zapłacona wina,

A Bóg pomści niecnoty i fałesznej zdrady,

Którąś odniósł za swą chęć świeżymi przykłady.

Czyś ludzi nie znał? Czyś tak rozumiał, niebożę,

Że czernie inszy owoc niż tarnki dać może?

Albo wilk nie miał szkodzić rogatemu stadu,

Albo wąż miał za czasem przestać swego jadu?

Daremnąś pracą podjął czyniąc dobrze złemu,

Bo się on nie odejmie przyrodzeniu swemu.

A ty sam siebie winuj, bo co cię dziś boli,

Stąd idzie, iżeś ludziom obłudnym był g’woli,

Dla których coś ty czynił, a ci też czym ci to

Płacili, niechaj wszytko światu będzie skryto!

I sam byś mógł zapomnieć, snać by lepiej było,

Bo serce swymże żalem często się zwalczyło.

Na koniec, masz dróg wiele krzywdy swej wetować,

A to bych wolał, niż się ustawnie frasować.

Ale mężem być trzeba, ani dbać na owe

Zmyślone skargi, bo to łzy krokodylowe261.

Do Jana

Jeśli stąd jaką rozkosz ma człowiek cnotliwy,

Gdy wspomina na przeszły wiek swój świętobliwy,

Że ani wiary zgwałcił, ani jako żywo

Ku krzywdzie ludzkiej przysiągł na Bóg żywy krzywo:

Wieleś ty, Janie, sobie pozyskał radości

Na czas potomny z tej to niewdzięcznej miłości;

Bo co jedno kto komu abo mówić dobrze,

Abo i czynić może, obojeś to szczodrze

Wypełnił, czego serce niewdzięczne przechować

Nie mogło. A tak przecz się dalej masz frasować?

Owszem, umysł swój utwierdź, odejm się swej woli,

A szczęściu na złość nie bądź dłużej w tej niewoli.

Trudno nagle porzucić miłość zastarzałą,

Trudno, lecz się już na to udaj myślą całą.

To samo zdrowie twoje, na tym wszytko tobie:

Możno abo nie możno, przełom to na sobie.

Panie, jeśli należy Tobie się zmiłować,

A możesz i w ostatnim zginieniu ratować,

Wejrzy na mię, smutnego, a jeśli cnotliwy

Żywot mój, oddal ten wrzód ode mnie szkodliwy262,

Który, wkradszy się, jako gnuśność, w skryte kości,

Wygnał mi wszytki prawie z serca me radości.

Już nie o to ja stoję, by mię miłowała,

Albo, co niepodobno, cnotliwą być chciała,

Sam zdrów być pragnę, a ten ciężki wrzód położyć.

Panie, za mą pobożność chciej mi to odłożyć!

Do Kachny

Choć znasz uczynność moję i chęć prawą czujesz,

Przedsię ty mnie szpetną twarz, Kachno, ukazujesz.

Do Kachny

Po sukni znam żałobę, znam i po podwice263.

Kasiu, to nie żałoba — ubielone lice264!