VI
Nie wdając się wcale w roztrząsanie kwestii, czy możliwa jest w ogóle, nawet u wybrańców muz, czysto artystyczna kontemplacja obrazów, kapiących erotyzmem i krwiożerczością, bronię przed olśniewającym blaskiem artyzmu nie owych nielicznych arystokratów ducha, ale ogromne zastępy maluczkich duchem, do których w dziedzinie artyzmu sam zawsze należałem i należę.
Na maluczkich dzieło sztuki, jako dzieło sztuki, działa słabiej, ale za to wszechstronniej, tj. wywiera ono na nich wpływ nie tylko stroną artystyczną, ale — i to może przeważnie — wszelkimi innymi stronami fizjologiczno-psychicznymi.
Jednostronny artysta podpali miasto, ażeby się lubować wspaniałym widokiem pożaru; osobnik ubogi duchem pamięta przede wszystkim o nieszczęściach i łzach ludzkich, jakie ta uczta artystyczna wyciska. Niedościgły w swym estetyzmie kapłan sztuki rozkoszuje się bombardowaniem i szturmem twierdzy, gdyż dają mu one wielkie zadowolenie estetyczne; pogardzanemu przez estetów „filistrowi” przychodzi przede wszystkim na myśl związana z tymi widokami nędza ludzka, a to uniemożliwia mu wszelką rozkosz estetyczną.
I otóż ten sam „filister” pozwala sobie twierdzić, że odtwarzanie w sztuce obrazów „lubieżno-krwiożerczych”, chociażby nawet najwspanialsze i najartystyczniejsze, działa na ludzi zwykłych szkodliwie, gdyż tak czy inaczej oswaja ich z ohydą moralną. A im większy artysta, tym silniejsze wrażenie, tym potężniejszy wpływ.
Tak więc dla wielu bardzo czytelników z literatury tego rodzaju mogą powstawać pod względem higienicznym i etycznym dotkliwe szkody, gdyż:
albo popycha ona do odpowiednich czynów, osłabiając „wolę” i samokrytykę;
albo, w najlepszym razie, opanowuje wyobraźnię i zużywa energię myślenia, odwracając je od analizy rozumowej, a zmuszając do niemej kontemplacji wszczepionych w duszę obrazów lubieżnych i krwiożerczych.
A jeżeli przeżywanie w wyobraźni scen krwiożerczo-lubieżnych oraz wcielanie się w „nastroje” bestii potwornych jest jadem i trucizną dla nerwów, i to jadem gorszym może od opajania się za pomocą opium, haszyszu lub gorzałki, jeżeli barwne szczegóły tego rodzaju mogą rozpalać i porywać w sferę erotyzmu i krwiożerczości wyobraźnię nawet ludzi starszych — nie mówiąc już o młodzieży, o podrostkach i podlotkach, to mamy chyba prawo, nie pociągając wcale wielkiego artysty do jakiejkolwiek bądź odpowiedzialności, zastanowić się przynajmniej uważnie i zanalizować wszechstronny wpływ jego utworów.
Napoleonowie i inni „twórcy dziejów powszechnych” urządzają rzezie i orgie żołdactwa w rzeczywistości, a panowie powieściopisarze w fantazji. Skutek jednakże jest ten sam: i tu i tam — zdziczenie, bądź to przemijające i chwilowe, bądź też stopniowo się utrwalające. Przecież na stronę psychiczną człowieka nawet rzeczywistość działa tylko o tyle, o ile ją sobie wyobrażamy. Czy kto sam widział, jak rozpruwają brzuchy, gniotą klatki piersiowe, odrzynają piersi kobiece, duszą, wieszają, kłują bagnetami, gwałcą itd. itd., czy też tylko czytał plastyczne opisy tych wszystkich „czynów bohaterskich”, to prawie na jedno wychodzi. Człowiek wciela się chwilowo w okrutnika, we wściekłą bestię, we wszetecznika, w gwałciciela, jednym słowem w „bohatera” znęcającego się i tępiącego, odczuwa z nim razem, uplastycznia sobie jego czyny i uczucia, a to z konieczności pozostawia ślad i usposabia do odtwarzania za pomocą wyobraźni tych samych wrażeń i obrazów. Powtarzanie wrażeń potęguje je, a drogi nerwowe, drogi psychofizyczne, po których przebiegają odpowiednie prądy wrażliwości dośrodkowej, oraz wyładowują się w kierunku odśrodkowym chuci i namiętności, wydoskonalają się; następnie, wskutek ścisłego związku wyobraźni ze stroną fizjologiczną pewnych funkcji życiowych, potężnieją objawy, osłabiające organizm, przeciwdziałanie tym objawom ze strony świadomości coraz bardziej słabnie, słabnie też i niedołężnieje tak zwana wola, a w ostatecznym rezultacie preparowany w ten sposób osobnik, przynajmniej w danym zakresie życia psychofizycznego, dziczeje.
Jeżeli podobnym wpływom rozkładowym ulega jednostka nieco podnioślejszego umysłu i z dążeniami wyższymi, idealnymi, pociąga to za sobą rozterkę duchową i rozdwojenie, a w razie ich poprzedniego istnienia znakomicie je wzmacnia i potęguje. Wiem, że to ohydne, niesprawiedliwe, nikczemne, potępiam to, walczę całą siłą rozumowania i poczucia sprawiedliwości, właściwego człowiekowi oświeconemu i logicznie myślącemu, a pomimo to wyobraźnia i nerwy ciągną mnie w inną stronę, pchają po równi pochyłej, dopóki nie stoczę się na dno, a ocucenie się na dnie staje się powodem „wyrzutów sumienia” i zgryzot, czasami wprost nie do zniesienia. Toteż natury wyższe i szlachetniejsze, a ze słabą wolą, nie mogąc znieść podobnej rozterki wewnętrznej, kończą niekiedy samobójstwem.