II

Mama Stefci:

— Cóż, panie Januszu? Jakże moja córa? Gąsiątko jeszcze? Nic nie spoważniała... Obserwowałam was (was — z naciskiem). Zdaje mi się, że pan pokpiwał z niej trochę. Straszny to dzieciak. Pan jej rok cały nie widział?

— Panna Stefania bardzo spoważniała.

— O, bo pan ogromnie się zmienił. Nic dziwnego: zagranica szalenie kształci. Ja wszystko zawdzięczam zagranicy.

— ?

— Cóż pan zamierza dalej czynić?

— Jak dotychczas, nie wiem jeszcze.

— Burzy się pan? Tak, ja rozumiem młodych.

— ?

— Długo pan bawił w Wiedniu?

— Tydzień.

— Cudowne miasto. Zwiedzał pan galerie, muzea? Ile razy przejeżdżam, zawsze muszę się zatrzymać. Ale pan pędził dalej. Rozumiem młodych.

— ?

— Ach, pan bawił dłuższy czas w Krakowie... Poznał pan tak zwaną Młodą Polskę2.

— Niekoniecznie.

— Prawda, pan taki nietowarzyski... Czy pan sądzi, że z tego się coś wykluje?

— Owszem, bardzo być może.

— Ale nie Mickiewicz i nie Słowacki... Jakże Warszawa? — Czy pan ma zamiar pozostać już w kraju?

— W tej chwili sam nie wiem jeszcze.

— Tak. Po zagranicy trudno się przyzwyczaić do Warszawy. Choć z drugiej znów strony, ciągnie rodzina, stosunki. Jak to mówi przysłowie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej... Sądzę, że pan znów będzie u nas częstym gościem...

Poczekaj, babo — ze swoim: „rozumiem młodych”; — będziesz siedziała w powieści, i to na honorowym miejscu. Tylko twego starego trzeba zmienić.