IV
Pan doktór:
— Cóż, kolego, jako syn marnotrawny powracacie na łono medycyny?
— Być może.
— Nie — może, a musi i powinno.
— Chyba na brak lekarzy pan doktór nie ma powodu się żalić.
(Myśli sobie: poczekaj, smarkaczu, dam ja ci za to).
— Ha, powołanych dużo, ale wybranych mało. Ale po zapale, z jakim mimo protestów ojca wziął się kolega do naszej biednej medycyny — należałoby się spodziewać, że nasza biedna medycyna zyska w koledze jeśli nie fundament, to choć filar.
(I pojednawczo).
— Nie macie pojęcia, co tu teraz chorób. Bronchitis3, pneumonia4, tyfus5. Aż strach pomyśleć... Tak. Poezja i medycyna nie dadzą się połączyć żadną miarą. Tu trzeba pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Nie ma czasu na marzenia. Zobaczycie sami: niewdzięczny zawód.
(Wwąchuje się w dym cygara — cynicznie wytworny).