Noc
Wieczór. Postawiona na komodzie, na pudełku od gilz125, lampka pali się żółtym, chwiejnym płomieniem.
Rozmawiam z kobietami, rozmowa się rwie. Czekamy na mężczyzn.
Grosikowa karmi niemowlę piersią i co chwila spogląda na zegar.
— Widać, po teatrze przyjedzie dopiero.
Kazik bawi się przy kominie miotłą.
— Mamo, jeść.
— Poczekaj: ojciec wróci.
Przychodzi Wilczek z fabryki; odstawia blaszankę na komin i siada zmęczony na stołek.
— Jakże pan Jan?... Jeszcze się panu u nas nie sprzykrzyło?
— Wiadomo: zawsze pierwszy dzień markotnie na nowym miejscu — odpowiadam.
— No tak... Pan Jan może tu mieć dużo zajęcia. Tylko zapłata to mała... Ja za Wiktę płaciłem pięć złotych na miesiąc... Tu będzie u nas może biedniej jak u szwagra — no bo on bogacz, ale tu panu będzie życzliwiej.
— Na, myj się — przerwała żona, podając miednicę — nie gadaj.
Widać nie chce, by mąż opowiadał o jej bracie.
— Mamo, jeść — woła Kazik.
— No dajże mu, niech się nie drze i idzie spać.
— A jakże: pójdzie on spać.
Wraca Wikta.
Podaje mi rękę swobodnie.
— Będziesz miała nauczyciela — mówi ojciec. — Czytać i to ona umie, ale jeszcze niegładko; ciężko idzie... A gdzie Stasiek?
— No gdzie? Na podwórzu — z chłopakami lata.
— Ignac... Zawołaj go tu zaraz.
— E, zimno — ociąga się chłopiec.
— A jak sam latasz, to ci ciepło. Bierz kapotę i ruszaj — żywo!... A ona, jak to dzisiaj się pośpieszyła.
Wikta się rumieni. Twarzyczka ładna, świeża.
— A pan Jan nie ma łóżka? — pyta Wilczek.
— Nie, nie mam... Trzeba kupić.
— To nic: może pan Jan ze mną spać... I jak pan nie ma pieniędzy, to można wziąć na wypłat, po pół rubla na tydzień.
W dorożkarskim uniformie wchodzi Grosik.
— Na, masz — oddaje żonie pieniądze. — A to dla ciebie, knocie.
Kazik rzuca miotłę i chwyta papierek łakomie.
— Poczekaj, nie spiesz się.
— Daj! — woła malec.
— Zaraz, jak to ci pilno.
Zdjął palto — przestał być numerem. Usiadł przy stole i wziął chłopca na kolana: dorożkarz przeobraził się w ojca.
— Na masz.
I rozwija z papierka dwie farbowane marmoladki.
— Daj! — woła, krzywiąc się, Kazik piskliwie.
— Nie draź dziecka — upomina żona.
— To nic... Niech się nauczy złościć, to mu nie będą później w pępek dmuchać jak dorośnie.
Wraca Ignac.
— Nie ma go na podwórzu.
— Choroba z tym chłopakiem.
— Jeść! — dopomina się Ignac, patrząc na mnie nieufnie.
— Tyś pierwszy?... Z roboty wracasz — co?
Kobiety krzątają się koło komina.
— Może pan Jan wódkę na wkupiny zafunduje? — proponuje Grosik.
— Bardzo chętnie.
Kładę rubla na stole.
— Wikta! Przynieś no.
— Nie chcę — opiera się dziewczyna. — Tam łobuzy stoją na rogu i zaczepiają.
— Nie ugryzą cię — zjadliwie uśmiecha się dorożkarz. — Jaka skromna!
— Nie potrzeba... Ty to zaraz z wódką — wtrąca żona.
— Niech idzie — rozstrzyga ojciec.
Wikta zarzucą chustkę i wychodzi.
— Przy wódce najlepsza znajomość — dodaje dorożkarz.
— A tośmy się już z panem Janem poznali raz przy wódce — powiada żona.
— Tośmy się poznali u hrabiów, a teraz poznajmy się drugi raz u chamów.
— Znowu zaczynasz?
— Będzie czas, że i skończę. I wszyscy skończymy. — No nie, panie Janie?
Grosik miał słuszność. Przy wódce rozmowa stała się żywsza, ogólniejsza. Mgła dymu z papierosów zawisła w powietrzu.
Ostatni wraca Stasiek z podwórza.
— Mamo, jeść.
— Idź, idź — polataj jeszcze. Na tu.
— E, herbata.
— A chcesz czekoladę może?... Kwaśnik zapłacił ci?
— A nie!
— Muszę ja iść jutro do niego.
— Zimne kartofle mama mi dała.
— Nie lataj z chłopakami, to będziesz miał ciepłe.
Ostatnia kolejka przeszła.
— No, matka, ściel... Pan Jan ze mną.
Kobieta stawia szaflik126 z talerzami na kominie, wyciera ręce w fartuch i zmierza w stronę łóżka.
— Ignac, pacierz — no!
Mania popłakuje w kołysce. Kazik leży na łóżku w ubraniu i śpi. Ignac ukląkł, oparł splecione dłonie o krawędź łóżka i monotonnie powtarza modlitwę za matką, która ściele, roztrząsa siennik, zbija poduszki i pierzynę.
Wikta rozbiera malca. Matka kładzie przy kominie siennik, derkę, poduszkę, paltocik na okrycie dla malców.
Patrzę na krzątaninę. W głowie mi się kręci... i jakoś tak dziwnie, tak dziwnie w duszy, że nie do wiary.
Widziałem już to wszystko z dala na mojej kondycji, czytałem tyle o ich życiu; czytałem w powieściach, nowelach, szkicach społecznych, nawet o suterenach ciemnych i lochach, o tapczanach ze zgniłej słomy, i płakałem nieraz. A to jest tylko obszerna, trochę wilgotna i niska izba, gdzie mieszka 10 „dusz”. Czytałem o pijakach — mężach, katach dzieci, o ciemnocie i zbrodniach, a to są ludzie, którzy chcą dzieci uczyć i dlatego wyzbywają się sublokatora, który płacił im rubla miesięcznie. I czemu, czemu — coś mnie dusi, coś mi dech spiera — i boli?
— No, niech się pan Jan rozbiera.
I gaszą lampkę.
Chwilę trwa szelest odzieży, szmer kroków i łoskot przesuwanych sprzętów. I cisza. Tylko zegar tyka głośno z chrzęstem przesuwających się, zardzewiałych kółek, tylko spod komina rozlegnie się suchy kaszel chłopaka, ktoś z dorosłych głośniej westchnie.
— Stasiek, czego ściągasz kapotę? — To ty nie ściągaj! Noo! — Te, bo jak cię rznę. — To rznij. — Noo. — Mamo!
— Cicho, bo ojca obudzicie.
— Cicho, szczeniaki!
— Na, weź chustkę.
— A gdzie?
— Tu chodź.
Odgłos bosych nóg po podłodze.
— Nie kop mnie!
— Stasiek, bo jak wstanę... — Chodź, Ignac, do mnie — mówi matka, siadając na łóżku.
— Jeszcze czego — rozlega się głos Wikty.
Znów bose nogi biegną po podłodze. Stołek potrącony wydaje łoskot.
— Ja nie chcę.
— No.
— Czego tam? — budzi się Wilczek.
— Wikta nie pozwala mi iść do mamy.
— Niech śpi ze Staśkiem — mówi Wikta.
— Ustąp zaraz... Dama — sama by się tylko rozwalała na łóżku... Nooo!
Cisza: W jednym łóżku śpię ja ze ślusarzem. W drugim — żona jego, Wikta i Ignac. W trzecim — Grosik z żoną i Kazikiem w nogach. W kołysce Mańka; na ziemi — Stasiek wywalczył sobie samotność.
Duszno. Patrzę ciężko w ciemń nocy. Z dala słychać stłumiony dźwięk harmonii. Zegar bije powoli, jakby zalękniony każdym uderzeniem, oddycha ciężko, jakby i jemu tchu brakło.
Od okna płynie cienka nitka zimnego powietrza. Przychodzi mi na myśl, że dom uległ prawu przystosowania: okna nie dochodzą, żeby choć w części przewietrzyć pokój.
Duszno. Smród. Wilczek chrapie.
Dziecko w kołysce płacze. Usłyszała matka.
— Posuń się. Przepuść mnie.
— Co? — pyta zaspanym głosem dorożkarz.
— Przepuść do dziecka.
— Mmm!
— A bodaj cie choroba... Śpij, córuś.
Odgłos pocałunku, miarowy stuk biegunów o nierówne deski podłogi, płacz niemowlęcia — płacz, który w ciemni nocy brzmi ponuro, jak skarga bezradna.
— Na, masz.
Płacz jeszcze donośniejszy.
— No, czego chcesz?
Zbudziła się Wilczkowa.
— Daj jej herbaty.
— Jaka mama mądra: nie chce.
— To weź do łóżka.
— A jakże. Żeby ją znowu ten koń zdusił... Idzie mama jutro do prania?
— A nie?
Stasiek kaszle, wstaje, ubiera się.
— A ty gdzie?
— Na dwór.
— Toś nie mógł iść?... Z chłopakami latać — to wiesz. Poczekaj, dam ja ci jutro.
Zgrzyt klucza, trzask drzwi.
— A bodaj cię cholera...
— Co to? — siada Wilczek na posłaniu.
— Nic... nic.
Westchnął, podrapał się, nasunął pierzynę na spoconą koszulę i znów chrapie.
— Mamo — budzi się Kazik.
Znów cisza. Stasiek wraca.
— A ty gdzie?
— Czy dobrze zamknął — powiada Wikta.
— Ukradną cię — z ironią zauważa matka.
— Mamooo! — obudził się Ignac.
— A ty znowu co?
— Pchły mnie żrą.
— Nie zeżrą cię: śpij.
— I zimno.
— To się skul pilno... Idź na ziemię, Stasiek ma chustkę.
— Nie chcę.
Zegar wydzwania, jęcząc, godzinę drugą.
Cisza. Tylko z pojedyńczych westchnień stłoczonych tu istot jakiś szmer niezrozumiały i lękliwy się błąka. To płuca się skarżą, krew się skarży. Duszno, chłodno, wilgotno.
Statystyka trzeźwa, zimna, bezwzględna — opasa tę izbę kolumnami cyfr o chorobach, śmiertelności...
Jakby świt.
Nikłe światło zakrada się trwożnie do izby, szarymi liniami obrysowując kontury przedmiotów.
Robotnik porusza się niespokojnie, łóżko wydaje przeciągły zgrzyt. Nie były w stanie zbudzić go: ani płacz dzieci, ani duszne powietrze, ani kaszel, ani rozmowy, ale obudził go przeczuwany we śnie gwizdek fabryczny za pół godziny.
Siada na łóżku, zapala zapałkę, papieros — spogląda na zegar.
— Która? — pyta żona.
— Ano czas.
— Daj zapałki.
I znów lampka blaszana rzuca żółte światło na izbę.
Kobieta wstaje, zarzuca spódnicę i chustkę, wychodzi do sieni.
Robotnik podnosi się leniwie, zakaszlał raz, drugi, splunął na środek izby, owija nogi brudnymi, cuchnącymi onuczkami, naciąga buty.
Wypłukał blaszankę, nalał kawę z garczka, odkrajał pół bochenka chleba, zawinął w chustkę, zarzucił kapotę.
— Grosik, te — wstawaj.
— Mhm.
— Prędzej. No!
— Zaraz.
— Znowu dorożki nie umyjesz i będzie urągał.
— Zaraz.
Przeżegnał się i wyszedł.
Wraca kobieta. Kręci się po izbie.
— Grosik, wstawaj.
— Zaraz, zaraz.
Budzi się córka.
— Mama idzie?
— Tak. Niech Ignac idzie do ochrony, bo znowu pani będzie się gniewała.
Wstaje dorożkarz.
Przykręcił lampkę.
Wilczkowa wychodzi.
Zrywa się Stasiek spod komina i daje nurka do łóżka matki.
— Gdzie, gdzie? — protestuje Wikta.
— Iidź ty — broni się chłopak.
I znowu cisza trwa pół godziny.
Powraca Grosik. Wstaje żona, rąbie drwa, zapala w kominie, grzeje mężowi kawę.
— Kto dziś nocą jeździł?
— Franek.
— Dobra noc?
— Choroba... Stary zły, ścierwo.
Światło dnia rozkurcza się leniwo — zgniłe, martwe, ponure.
Teraz kolej na Wiktę. Ubiera się długo, starannie, by po trzech kwadransach, w żakieciku i rękawiczkach — wyglądać na ponętną młodziutką modystkę.
Stasiek idzie do kwaśnika myć butelki.
Leżą już w łóżkach tylko: sześcioletni Ignac, trzyletni Kazik, kilkomiesięczna Mania — i ja.
Myślę z uczuciem wstydu. Zda mi się, że kogoś obraziłem, że mną pogardzają wszyscy i że sam sobą pogardzam.
Ignac nie chce iść do ochrony, dostaje od siostry w skórę.
Uderza mnie znużony, żółty kolor twarzy chłopca. Jakby kropli krwi w niej nie było. I znów modlitwa, monotonna, długa.
Budzi się z płaczem Kazik. Matka go ubiera.
— Czego się mażesz, co? Ojciec powiedział, że kupi ci organki. Chcesz organki?
— Nie.
Wyszła po zakupy. Niemowlę zaczęło płakać. Wstałem i kołysałem je. Krzyczało jeszcze głośniej. Kazik podał mi brudny gałganek. Rozwinąłem: był w nim kawałek bułki. Zrozumiałem: wsunąłem go dziecku do ust. Zaczęło ssać chciwie.
Usiadłem przy oknie i patrzałem na szare niebo, na długi, nie kończący się szereg dachów i kominów.
I znów długo myślałem o moim nieudanym samobójstwie — i zrozumiałem, że dziś nie umiałbym go już powtórzyć: sieć nici niedostrzegalnych splątała mnie z życiem.
Czułem, że jestem na przełomie, że ważny zwrot musi nastąpić w mym życiu.
Kazik zdecydował się usiąść mi na kolanach. Na głowie jego znalazłem robactwo.
(Dopisek późniejszy:
Wyciąg zadań z książki Adolfa Suligowskiego127, wydanej w roku 1889, pod nagłówkiem: Kwestia mieszkań:
„Dwie trzecie ludności warszawskiej źle mieszka.
Za anormalne mieszkania higieniści i ekonomiści uznają lokale w suterenach i na poddaszach... Te niezdrowe mieszkania liczyły izb zamieszkałych 18 347, a w nich mieściło się 63 941 ludzi.
Istnieją mieszkania całkiem bez okien. Takich mieszkań bez światła znaleziono w mieście 1515... Istnieją też mieszkania bez żadnego ogniska i takich naliczono 2985... Na mieszkania bez światła lub ogniska przypada około 16 000 ludzi.
Znikły ciemne więzienia, znikły dawne lochy kryminalne, którymi straszono zbrodniarzy, ale nie znikły ciemne, zimne i podziemne mieszkania dla ludzi mozołu i trudu, którym los od kołyski odmówił wszelkiego uśmiechu.
Śmiało powiedzieć możemy, że odmalowanie nagiej rzeczywistej prawdy obudzić powinno w każdym sercu uczucie przerażenia. Obrazy te ponure, zaciągnięte ciemnymi barwami, poza którymi bledną ludzkie usterki i przekroczenia! A jednak na wydziedziczonych lokatorach tych schronisk, podobnie jak i na innych, w imię zasady równości ciążą różne obowiązki społeczne. I od nich wymagamy pożytecznej pracy i moralnego działania.
Zestawiając śmiertelność Warszawy z śmiertelnością innych miast, wynika, że w Warszawie umiera rocznie przynajmniej 18, jeżeli nie 19 osób na 1000, więcej aniżeli potrzeba, co daje, na ludność o 450 000, nadmiar śmierci pod postacią 8100 osób. Gdybyśmy nawet z tej cyfry strącili dwie trzecie na śmiertelność dzieci do czasu dojścia do wieku produkcyjnego, to jeszcze 2700 śmierci dotykać będzie ludzi pracy, ojców i matek, potrzebnych do wychowywania swych dzieci i do pracy społecznej. Ci ludzie mogli i powinni byli żyć i pracować...
Jeden z lekarzy zajmujących się statystyką obliczył, że gdy przy zaludnieniu 2 osób na pokój zajdzie 100 wypadków zachorowania, to w tych samych warunkach przy ludności 10 osób na pokój będzie takich wypadków 150, czyli o 50 proc. więcej; ale co gorsza, że gdy z liczby podległych w pierwszym wypadku chorobie epidemicznej umiera 20 na 100, to w ostatnim 79 na 100. (Dr Körösi w Peszcie).
Dzieci umierają tam dwa razy więcej niż gdzie indziej, a ci, którzy dojrzeją, żyją krócej od innych współobywateli. A przecież, jeżeli gdzie, to właśnie tutaj choroby i śmierć przynoszą dotkliwe klęski, zwłaszcza gdy dotykają ojca lub matkę rodziny. Choroba przerywa zarobkowanie i rodzi wydatki, których zazwyczaj nie ma z czego pokrywać, a śmierć wystawia na pastwę losu całą rodzinę dla braku siły roboczej, która byt materialny zabezpieczała. I mnoży się liczba sierot, o których nie wiadomo, w jaki sposób żyją, gdzie rosną i kiedy ludźmi się stają.
W Warszawie mieszkań pięcio- i więcej izbowych znajduje się o 65 proc. więcej niż w Berlinie... Pół wydatku na mieszkanie ginie z powodu salonu... Z jednej strony u dołu brak mieszkań, z drugiej u góry marnotrawstwo w mieszkaniu”...
Piąty i szósty rozdział głoszą:
„Co zrobiono dla poprawy za granicą” i „Co zrobiono dla poprawy u nas i co zrobić należy”.
Nie: vogue la galére!128 — nie... ).
? Grudzień.
Wilczek zbił Staśka. Spuścił malcowi majtki, podwinął koszulę, wsadził głowę jego między swoje nogi, zdjął pasek, którym spina spodnie, i bił, aż mi w głowie trzaskało.
— A masz, hyclu, a masz... A nie lataj z chłopakami, kiedy matka woła... A pilnuj roboty...
Stasiek spóźnił się do kwaśnika, gdzie myje butelki i odrutowuje korki, od dziewiątej rano do siódmej wieczorem — za rubla na tydzień.
Stasiek ma lat dziewięć.
— Czy nie za mocno? — spytałem.
— Z jednego nie zrobię dwóch — odparł, dysząc ciężko. — Jemu tylko pozwól na turki-mazurki... Kto bije, ten kocha, a dziewczynę całuje, kto ją chce ukrzywdzić... Mało to tu kolegów do złego... Wolę ja, żeby on teraz na mnie popłakał, jak ja mam później na niego...
Co chwila uderzam o ostre kanty ich życia i razi mnie to i zraża.
Tu chłód, tu surowość bytu występuje bez osłonek — nago; tu wszechwładnie panuje ponura szarość życia.
Tu nikt rano nie mówi „dzień dobry”, tu nikt nie żegna się i nie wita, nie dziękuje za strawę ani wieczorem życzy dobrej nocy. Tu nie ma śmiechu ani swobodnego żartu; tu wszystko jest poważne, twarde i bezwzględne.
Tu nie ma omówień: wszystko nazywa się krótko, dobitnie, prawdziwie. Nie ma owych drobnych, niemal niedostrzegalnych ubarwień codziennego życia, niewinnych kłamstewek, które urok mają.
— Chodź do mnie, Stasiu — powiadam.
Chcę chłopca przygarnąć do siebie.
— Niech mnie pan Jan nie rucha — mruknął szorstko, wrogo spojrzawszy na mnie spod zmarszczonych brwi.
Wyrwał się, przywarł do ciemnego kąta przy kominie — i nie płakał...
Grosikowa obgryzła niemowlęciu paznokcie; obcinać do roku nie wolno, bo wyrośnie na złodzieja, jeżeli chłopiec, i na szychtę129, jeżeli dziewczyna.
— Wierzę albo nie wierzę, a przecież ludzie tak mówią.
Nie wolno dziecku goić strupów, bo na oczy się rzucą i oślepnie.
Czarne przesądy lęgną się w ciemności i chłodzie jak gady — i pełzają.
Czarna nieufność i nieżyczliwość wzajemna wiją się, sycząc złowrogo.
Rzemieślnik pogardza robotnikiem, robotnik — wyrobnikiem; miejski drwi z chama — wieśniaka, czytelny — z nieczytelnego.
Ten niższy szczebel drabiny społecznej dzieli się na dziesiątki szczebli.
Obmowy, intrygi, plotki, żarcie się wzajemne, z gruba robiona obłuda, pretensje i żale — o pożyczoną balię, o chrzest dziecka, o kieliszek wódki. Zazdrość, gdy się sąsiadowi powiedzie na rubla, nieuczciwość w skradzionym ogórku kwaszonym lub ułamku węgla...
Dorożkarz mnie nie lubi, przycina brutalnie. Obawia się o młodą żonę...
Tu mówi się żartem, półserio:
— A bo ja wiem, ile mam dzieci? — Ja cały dzień w pracy. — Spytaj się pan żony, to panu powie, które moje...
Po nocach nie sypiam, bo płucom brak powietrza i robactwo gryzie. — Jedzenie takie, jakie może dają w więzieniach.
— To mięso czuć — powiedziałem wczoraj.
— O, jaki pan Jan grymaśny. Mięso musi mięć trąca, bo inaczej twarde w jedzeniu.
— Ale to dla dzieci niezdrowo.
— Dzieciakowi nic nie zaszkodzi: wylata.
Rozumiem teraz, jak z czterech, trzech, dwóch złotych dziennego zarobku można utrzymać rodzinę, opłacić mieszkanie, życie, ubranie, pranie, naftę, doktora, aptekę i księdza na pogrzeb — a jeszcze się upić czasami i imieniny wyprawić.
Rozumiem teraz, czemu tu dzieci mają więzienną, ziemistą cerę, oczy w zgniłych obwódkach, nogi wykrzywione w pałąk i czemu z dziesięciorga — czworo przy życiu zostaje.
Nie rozumiem tylko, jak owe czworo dorasta i siły ma do pracy fizycznej, ciężkiej...
I zapomniałem, że tam w górze huczy miasto, że tam się nic nie zmieniło; tylko ja widzę, czegom nie widział dawniej.
Tam w górze są obszerne mieszkania, bony Francuzki, teatry, salony z palmami, sturublowe papierki, pierwszorzędne restauracje, karety, dywany, błyszczące szyby wielkich magazynów.
Tam w górze spacerują wytwornie ubrane tłumy, krzyżują się ukłony, dwuznaczne uwagi, spojrzenia i uśmiechy...
Tu o grosz nafta poszła w górę, o pół grosza chleb na funcie — i mówi się, że życie ogromnie zdrożało...
Jak bardzo oddaliłem się od brzegu, jak bardzo zanurzyłem się w odmętną głąb życia.
Zda mi się, że całą wieczność już tu przeżyłem...
Byłem na Dzikiej. Kupiłem łóżko i pościel na wypłatę. Dostałem książeczkę, gdzie będą wpisywane raty wpłacane.
Na pierwszej stronicy uwaga:
„Coraz więcej powiększająca się liczba mojej klienteli wymaga jak najpunktualniejszego płacenia rat terminowych, przez co jedynie będę w możności utrzymywać księgi moje w porządku oraz unikać niepotrzebnych kosztów portoryjnych130” itd.
Jak to uroczyście brzmi!
Numer porządkowy głosi skromną cyfrę 146 815.
— Pana szczęście — mówi Żyd — że pan Wilczek tu pana przyprowadził. Bo inaczej ja by panu nie dał na spłatę. Ja już 50 000 rubli straciłem u ludzi. Ale pana Wilczka ja znam.
I poczęstował go papierosem.
Robotnik był zachwycony.
— Widzi pan, mnie wszyscy znają. Ja sam nie dożrę, a oddam każdemu swoje.
— No, a kiedy pan Wilczek kupi dla córki maszynę? Taka panienka, co tak ładnie szyje, to może zarobić dwadzieścia rubli na miesiąc... Tu u mnie z Ogrodowej kupił pan Wnorowski dla córki i dużo tu u mnie kupowali... Każdy wie, że u mnie jest urzędowy towar.
W razie uchybienia jednej raty ma prawo żądać zwrotu towaru...
Wilczek raz kupił ubranie na weksel, na spłaty, za dwadzieścia rubli. A potem na każdą zapłaconą ratę otrzymywał kwitek. Kiedy mu zostało do zapłacenia trzy ruble, Żyd sprzedał weksel. Była sprawa. Sąd uznał, że Wilczek musi weksel zapłacić, a potem może wystąpić przeciwko krawcowi. I zapłacił w ten sposób dwa razy za jedno ubranie.
— Ale ten uczciwie prowadzi swój interes. Zdziera, bo zdziera, ale i jego ludzie zarywają... Żeby nie ja, to on by panu nie dał. Ale mnie on zna...
I w domu opowiadał o zaszczycie, który go spotkał.
— I papierosem mnie jeszcze poczęstował...
Dałem ubranie do odnowienia, bo podarte i poplamione.
Ciekawa postać Żyda-łaciarza. Z jakim zapałem przyglądał się dziurom i budował plan kampanii:
— Ja stąd ten kawałek wykraję, to mi starczy tu i tu; a tu się zaszyje i przyceruje... Będzie jak nowe.
Poeta!
Wilczek pochodzi ze wsi, o dwanaście mil od Warszawy.
Ojciec ożenił się pierwszy raz i miał czworo dzieci. Przy piątym matka umarła. Nie mogła urodzić, więc kazali jej usiąść nad rozpaloną cegłą, polaną octem. Ale i to nie pomogło.
Z tych pięciorga dzieci został on jeden.
Ożenił się ojciec drugi raz i miał czworo dzieci; jedno umarło, jeden syn jest w Ameryce, córka służy w Warszawie u adwokata, a drugi syn na roli. I znów mu żona umarła.
Ożenił się trzeci raz i miał siedmioro dzieci. Jeden jest zesłany, bo gajowego zabił; kradł drzewo, gajowy nasypał prochu do drzewa i piec rozwaliło, więc poznał złodzieja; syn obiecał zemścić się i teraz pokutuje. Żona jego służy w Markach, a syn jest u kowala. Dwóch pracuje w fabryce w Zawierciu, córka także w fabryce, a troje umarło.
Umarł ojciec i zapisał grunt na macochę. Ona wyszła drugi raz za mąż i ma dwoje dzieci...
Są krewni i są mogiły po całym kraju.
„Polskie króliki”.
Potworną jest ta polityka, która cieszy się z grobów i liczy niemowlęta.
Żal ściska mi piersi.