VI

— A ty, smyku, dlaczego jeszcze nie śpisz?

— Prosiłam Jadzi, żeby poprosiła mamy, i mama mi pozwoliła. Jutro i tak nie pójdę na pensję.

— A pałek masz dużo?

— A jakże — pałek. Żeby nie ta Żydówa Zilberhornówna, tobym była pierwsza. Ale mama wzięła mi znów Szwabkę, i ona zjedzie ze swojego pierwszego miejsca... Słuchaj, Janek: prawda, że ty znowu wstąpisz na uniwersytet? Tatuś zapłacił wpis, bo pisali w kurierze, że drugoroczni muszą zaraz płacić, bo ich wyrzucają inaczej.

— A ty skąd wiesz o tym wszystkim?

— Bo ja bym okropnie chciała, żebyś znowu włożył mundur. Tak ci paskudnie w tym ubraniu.

Nie chce mi się już pisać.

Po rocznym oddaleniu wszystko żywiej wpada mi w oczy.

Jacy oni niesmaczni i obcy.

Nie wiem jeszcze, co to ma być, ale chciałbym ich tak trochę pokąsać, wydrwić, odebrać im tę pewność siebie i strącić uśmiech bezmyślnego zadowolenia.

A naprawdę chwilami tęskniłem za nimi — tam.

Znów ten sam pokój, ten mój pokój.

Ciekaw jestem, kto zacz ów pan narzeczony.

Chciałbym, żeby Jadzi było dobrze.

A ja? — Znów? — A potem, w nagrodę — Stefa.

Tfu, tfu, tfu! Spać mi się chce. Znużyła mnie podróż i — to tam wszystko.