15
Na bezpłatny ambulans szpitalny przynosi matka-wyrobnica kilkotygodniowe niemowlę:
— Nie chce ssać. Ledwo chwyci brodawkę, puszcza z krzykiem. Z łyżeczki pije chciwie. Czasem przez sen albo w ciągu czuwania, krzyknie nagle.
Oglądam usta, gardło — nie widzę nic.
— Proszę mu dać pierś.
Dziecko liże brodawkę wargami, nie chce ssać.
— Ono się zrobiło takie nieufne.
Wreszcie chwyta pierś, szybko, jakby z rozpaczą pociąga kilkakrotnie, puszcza ją z krzykiem.
— Niech pan zobaczy: ono ma coś na dziąsełku.
Patrzę po raz drugi, zaczerwienienie, ale dziwne: tylko na jednym dziąśle.
— O, tu, coś czarnego, ząb czy co?
Widzę: twarde, żółte, owalne, z czarną kreską na obwodzie. Podważam, porusza się, unoszę, pod nim małe wgłębienie czerwone z krwawymi brzegami.
Wreszcie mam owo „coś” w ręce: jest to łuska siemienia.
Nad kołyską dziecka wisi klatka z kanarkiem. Kanarek rzucił łuskę, spadła na wargę, prześlizgnęła do ust, wpiła w dziąsło.
Bieg mojej myśli: stomatitis catarrhalis, soor, stom. aphtosa, gingivitis, angina itd.
Ona: ból, coś w ustach.
Ja dwa razy czyniłem poszukiwania... A ona?...