44
A czy ty umiesz sam drzwi otwierać? — zapytałem pacjenta, którego matka uprzedziła mnie, że boi się lekarzy.
— Nawet w klozecie — odpowiedział śpiesznie.
Roześmiałem się. Chłopiec się zawstydził, ale więcej zawstydziłem się ja. Wydarłem wyznanie skrytego tryumfu i wyśmiałem.
Nietrudno się domyślić, że był czas, kiedy już wszystkie drzwi stały przed nim otworem, a klozetowe opierały się jego usiłowaniom, były celem jego ambicji; podobny był w tym do młodego chirurga, który marzy o wykonaniu trudnej operacji.
Nie zwierzał się nikomu, bo wie, że w tym, co stanowi jego świat wewnętrzny, nie znajduje oddźwięku wśród otoczenia.
Może go nieraz zburczano lub odepchnięto podejrzliwym pytaniem.
— Czego ty się tam kręcisz, co ty tam ciągle majstrujesz? Nie ruszaj, bo zepsujesz. Idź w tej chwili do pokoju.
Więc ukradkiem, w tajemnicy pracował, wreszcie otworzył.
Czy zwróciliście uwagę, jak często, gdy rozlega się dzwonek, słyszycie prośbę:
— Ja otworzę!
Po pierwsze, zatrzask drzwi wejściowych jest trudny, po drugie: poczucie, że tam za drzwiami stoi dorosły, który sam rady sobie dać nie może i czeka, aż on — mały — mu pomoże.
Takie maleńkie tryumfy święci dziecko, które już śni o dalekich podróżach, które w marzeniu jest Robinsonem na bezludnej wyspie, a w rzeczywistości szczęśliwe, gdy ma pozwolą, wyglądać przez okno.
— Czy umiesz sam wejść na krzesło?
Czy umiesz skakać na jednej nodze?
Czy możesz lewą ręką łapać piłkę?
I dziecko zapomina, że mnie nie zna, że będę gardło oglądał, że mu zapiszę lekarstwo. Poruszam to, co góruje nad uczuciami zażenowania, strachu, niechęci, więc odpowiada radośnie:
— Umiem.
Czy widzieliście, jak niemowlę długo, cierpliwie, z znieruchomiałą twarzą, uchylonymi ustami i skupieniem w oczach, wkłada i zdejmuje pończochę albo pantofel? To ani zabawa, ani naśladownictwo, ani bezmyślne zbijanie bąków, a praca.
Jakie pożywienie dacie jego woli, gdy będzie miało lat trzy, pięć, dziesięć?