Szare dni

Już druga czapka zginęła chłopakowi.

Była awantura.

Najwięcej w drugim oddziele103. Giną tam książki i zeszyty.

Miała być rewizja.

Nauczyciele mówią, że wstyd dla całej szkoły.

Każdy mówił, co zginęło, a panie zapisywały.

Mnie tam nic nie zabrali. Miałem kawałek gumy, może ćwierć. Jeszcze by na tydzień wystarczyła. Ale nie wiem: może w szkole, może na ulicy, może w domu mi się zarzuciła. A niektórzy, jak zaczęli dyktować, to jakby w całej szkole byli sami złodzieje. Co kto gdzie zgubił albo dał i zapomniał — wszystko dyktowali; aż pani nie mogła nadążyć. Pewnie który i kłamał. Bo Pancewicz mówi:

— Dlaczego nie powiedziałeś, że zginęło? Może nam szkoła odkupi?

Jeszcze większe złodziejstwo kazać sobie oddawać, jak nic nie zginęło. Niewstydny taki.

No, bo są, którym dużo ginie. Ale też głowy nie mają. Rzuci byle gdzie i nie wie. Pożyczy i nie pamięta. I przez nich mówią, że dzieci nieprzytomne. A najgorzej, że chcą, żeby — wszyscy tacy. Kto nie chce byle komu pożyczyć — zaraz:

Samolub — chciwiec — chytroń.

Często złość bierze, bo co zobaczy, zaraz:

— Daj.

Jeszcze grozi:

— Pamiętaj, pożałujesz! Poczekaj: przypomnę ci już! Przyjdzie koza do woza. Już ty mnie kiedy poprosisz!

My musimy więcej pożyczać niż dorośli. Bo każą mieć, a jak w domu nie dadzą, co robić?

Często rodzice winni, a dziecko cierpi. A najgorzej, kiedy nie wierzą. U dorosłych, jak kto uczciwy, wszyscy mu ufają, a tu najporządniejszy w podejrzeniu.

— Potrzeba mi na karton.

— Znów karton? Przecie niedawno kupiłeś?

Takie pytanie boli. Bo czy zjadłem karton?

Dorosły ma swoje pieniądze i co potrzebne, kupi. Dziecko jak z łaski dostaje. Ma czekać, aż rodzice będą w dobrym humorze, bo przykre słowo powiedzą.

Dziecko powinno mieć stałą pensję miesięczną, żeby wiedziało, co ma, żeby się nauczyło wydawać, żeby mu starczyło. A ty albo nic nie masz, albo od razu za dużo. To uczy hazardu i żebraniny. Bo umyślnie się będzie przymilał, żeby co dostać.

Gubimy, zapominamy — to prawda. Ale oni mają duże kieszenie, szuflady, do których nikt nie podchodzi. Oni powoli chodzą, pomału się ruszają. A mimo to i oni przecie gubią i zapominają.

Jak się starasz, wiesz, pamiętasz — nikt o tym nie mówi, nie widzą naszego starania, nie rozumieją wysiłku. A niech się coś jedno źle uda, zaraz awantura.

W teatrach są woźni i odzież za numerkami wydają. Więc jak ma co zginąć? W szkole każdy sam wiesza, sam bierze. A jeszcze w pośpiechu. No i trzystu uczniów porządnie powiesi, a kilkoro rzuci byle jak. Więc nie mówi się o trzystu porządnych, tylko się dzieci oskarża. I tak wygląda, że gdzie tylko dzieci, tam zawsze, wszędzie i wszystko źle. Że gdyby dorośli, byłoby inaczej.

Na jedną pochwałę tysiąc nagan, na jedno podziękowanie sto urągań i gróźb. Żeby się nie wiem jak starać, nie wiem jak pilnować.

I kiedy widzisz, że ubliżają, poniżają, podejrzewają, szkalują i karcą, więc albo odejdzie ochota się starać, kiedy i tak ich nie zadowolisz, albo nawet na złość:

— A niech sobie krzyczą — no i co mi zrobią?

Starasz się tylko unikać, żeby jak najdalej, jak najmniej z nimi. Chyba że koniecznie potrzeba.

Bo są potrzebni, jeśli coś bardzo boli. Bo jeśli trochę — w oko coś wpadło — lepiej, że kolega pomoże. Bo zaraz triumfują:

„Po co to, po co tamto?”

Jakbym sam nie wiedział.

Albo musimy się na kogo poskarżyć. Bo rzadkie są skarżypyty, a my tylko już w ostateczności. I zawsze ze strachem, że złym słowem odtrącą.

Bo pomyślcie tylko: wasi występni siedzą w kryminałach, a nasi luzem wśród nas sobie chodzą.

Tak, żyjemy obok siebie blisko, ale nie razem.

A niech się dziecko zbliży, bo lubi, zaraz podejrzenie, że lizuch, że ma interes.

I nie wiemy, co wolno i co nam się należy, nie znamy naszych praw ani obowiązków. I tu, i tam samowola.

Chciałem być znowu dzieckiem, pozbyć się szarych dorosłych trosk i smutków, a mam dziecinne, które mocniej bolą.

Niech was nie łudzi nasz śmiech.

Zajrzyjcie do naszych myśli, kiedy spokojnie idziemy i wracamy ze szkoły, kiedy spokojnie siedzimy na lekcji, kiedy rozmawiamy półgłosem lub szeptem, kiedy leżymy wieczorem w łóżku.

Inne troski, ale nie mniejsze, mocniej odczuwane — i większa, wielka tęsknota.

Wy już zahartowani w cierpieniu i rezygnacji, my jeszcze się buntujemy.

Kiedy byłem dorosły, już się tylko wystrzegałem złodzieja. A teraz boli, że kradną.

— Dlaczego jeden drugiemu zabiera? Jakże tak można?

Smutek, że nie może być dobrze.

— No, trudno — mówiłem, kiedy byłem duży.

A teraz nie chcę. Nie chcę, żeby tak było.

I nie ufam, że szkoła poradzi. Bo dorośli niby nas poprawiają, poprawiają — i nic nie wychodzi: jątrzą tylko więcej.

Czapka się nie znalazła. Mają wszyscy zapłacić. Więc trzeba w domu powiedzieć. A w domu na szkołę napadną:

„Złodziejska szkoła”.

Albo:

„Co robią nauczyciele, dlaczego nie pilnują?”

Znów niesprawiedliwie, bo co szkoła winna? Przecież panie nie mogą wszystkiego pilnować.

A najsmutniejsze, że jeden może narobić wszystkim tyle przykrości i niepokoju.

Bo Mundek czeka na mnie, bo palta znaleźć nie mogę. Szukamy:

A woźny zaraz:

— Czego wy tu myszkujecie?

Mówię:

— Nie myszkujemy, tylko mi palto gdzieś przewiesili.

— Czego nie powiesiłeś, tego nie masz — mówi woźny.

— Przecie bez palta nie przyszedłem.

A on:

— Kto was tam wie.

A potem:

— No, znalazłeś? Widzisz: gdzie powiesiłeś, tam wisi.

Ja mówię:

— Pan nie widział, to nie wie.

A on:

— Nie bądź za mądry, bo dostaniesz w ucho.

Ile czasu upłynie, zanim przestaną nie tylko bić dzieci, ale grozić obiciem. Bo teraz wygląda, że tylko niektórzy z łaski nas nie biją.

W drodze Mundek znów mówił o ojcu.

— Ty może myślisz, że mój ojciec jest taki pijak, co robi awantury. W naszej sieni mieszka jeden. Brewerie wyrabia, raz nawet była policja. Jak do domu wróci, bije żonę i dzieci. Słyszy się, jak trzaśnie, a potem pisk. Potem: weźmie, rzuci na ziemię — szkło nie-szkło. I zaczyna dopiero: „To wszystko moje, ja w krwawym pocie zarobiłem; jak zechcę, połamię, zniszczę, spalę”. A dzieci: „Tatusiu — tatusiu”. Gdyby mój ojciec, nie wiem, co bym zrobił. Bo tata ma tylko słabą głowę: wypije kilka kieliszków — i gotów.

— A dlaczego pije?

— Nie wiem. Pewnie się przyzwyczaił. Bo ja ani pić, ani palić nie będę. Po co chlać truciznę? Nawet w ustach pali — przepali krew i żołądek. Ja zacząłem już papierosy. Ale jeden chłopak kazał nabrać dymu i przedmuchać przez chustkę. I na płótnie taka się żółta, śmierdząca plama zrobiła. Żebym był królem albo miał jaką władzę, pozamykałbym wszystkie restauracje, te tam różne knajpy. Jakby nie było, musieliby przestać.

Szliśmy kawałek w milczeniu.

— We krwi są jakieś kulki, w które wchodzi powietrze. Dziwnie jest człowiek zbudowany. Ani jednej maszyny nie ma podobnej. Bo co? Zegarka nie nakręcisz, to stanie. A człowiek dziesięć — sto lat bez nakręcania. W kurierze nawet pisało104, że jeden sto czterdzieści lat.

I zaczęliśmy mówić, jakich znamy staruszków. A potem o weteranach: że pamiętają powstanie105.

— A ty chciałbyś być weteranem?

— Nie — powiedział prędko. — Chciałbym mieć lat piętnaście albo dwadzieścia.

— To może by już twoi rodzice nie żyli — mówię.

Pomyślał — pomyślał — i smutnie powiada:

— A, niech już będzie, jak jest.

Pożegnaliśmy się, rękę podaliśmy i spojrzeli. A dziewczynki się zawsze całują, nawet jak nie bardzo lubią. My, chłopcy, jesteśmy prawdziwsi. A może u nich tylko taki już zwyczaj?

Co dalej?

Ano, nic. Lekcje różne.

A na gimnastyce pan nową zabawę pokazał. Że są dwie partie. Kreskę się robi — granicę. Jedni po tej stronie, drudzy po tamtej. I przeciągają się — i do niewoli. Która strona wygra. Z początku przeszkadzali, bo naumyślnie się poddawali, jeżeli wolał być z tamtymi. Albo go przeciągnęli, a on się wyrwie i kłóci, że wolno. Ale potem już się udało. I było wesoło.

Prosiliśmy, żeby dalej to samo do końca godziny, do dzwonka, ale pan nie. Bo ja wiem dlaczego?

Na mój rozum, wybrać kilka gier, które się podobają — i już je prowadzić. Jeżeli w berka, klipę, kukso, palanta tyle lat grają, a teraz jeszcze futbal106 — dlaczego ma się znudzić? A tu na każdej lekcji co innego. To gniewa, bo się żadnej porządnie nie pozna. No, bo wie się, o co idzie, ale trzeba wiele tygodni grać, żeby poznać gruntownie: wszystkie trudności, wszystkie sposoby uczciwe i oszukańcze.

Dorosłym się zdaje, że dzieci lubią ciągle coś nowego. Tak samo z bajkami.

No, są tacy, co zaczną się krzywić:

— Eee, już znamy, już wiemy.

A jeśli się pytać, zawsze ktoś zacznie się krzywić, że nieciekawe i woli co innego.

A ładną bajkę, ciekawe opowiadanie — możemy wiele razy słuchać. Jak dorośli na to samo pójdą do teatru; a nawet bardziej. Bo dzieci rzadziej, żeby się pochwalić, a chcą poznać dobrze.

Zanadto może szkoła pędzi, jakby kto poganiał.

Przyjemna była zabawa.

A na rachunki107 przyszedł pan inspektor.

Mówią, żeby się zawsze starać, nawet jak nie widzą. Że bez pilnowania powinniśmy się dobrze sprawować. A sami nie zawsze tak robią.

Kiedy przyszedł inspektor, więcej się wszyscy starają. Nawet kierownik, cała szkoła robi się od razu świąteczna. I nie wiadomo, czego się boją, bo inspektor dobry, bardzo przyjemny, zupełnie jak zwyczajny człowiek.

Powiedział, żeby obliczać objętość piórnika. A Drozdowski z tego strachu nie dosłyszał i mówi:

— Piernika.

Myśleliśmy, że się rozgniewa, to i pani będzie na nas zła potem. A on tylko się śmieje.

— O pierniku myślisz, toś pewnie wielki łasuch — powiada.

Wszyscy zaczęli się śmiać, ale dobrze odpowiadali.

I pani powiedziała, że dobrze. I była przyjemna godzina.

I były imieniny pani. Mróz taki, a myśmy się umówili, żeby klasę choiną przystroić. Ale nie mieliśmy. I chcieliśmy pani laurkę napisać; ale zaczęli się kłócić — i też nic nie wyszło. Bo miało być zbiorowe: że jeden napisze, a wszyscy się podpiszą na dole. Tak dopiero radzić zaczęli, że dadzą po pięć groszy. A kto kupi, a co napisać? I nic. Tylko paru obrazki narysowało i położyliśmy na stoliku. A na tablicy:

„Winszujemy pani”.

Chcieli jeszcze:

„Szczęścia — zdrowia”.

Nawet:

„Ładnego męża”.

Takie tam głupstwa wymyślali, więc nie pozwoliliśmy. I trzeba się było spieszyć, żeby zdążyć przez pauzę.

Pani spojrzała i tylko się uśmiechnęła. Ale przeczuwała widać, bo lekcji nie było, tylko czytanie. Pani przyniosła książeczkę Nasz mały108 i całą godzinę czytała.

Ładne — smutne.

Tylko nieprzyjemnie, jak się przerywa czytanie i od siebie dodaje, objaśnia. Bo każdy chyba rozumie, jeżeli słucha, a jeśli nawet nie zrozumie, więc się sam później domyśli.

Znajdzie się jeden, co lubi zadawać pytania, a inni się gniewają, że przeszkadza. Rzadko chyba, żeby naprawdę chciał wiedzieć, a więcej, żeby się pochwalić, że niby nie wie, że taki sumienny.

Jeśli coś nie bardzo ciekawe, niech tam objaśniają i przerywają — czas prędzej schodzi — ale jeżeli ładne, boimy się, że pani nie zdąży. I jeśli coś mniej rozumiesz, wychodzi nawet bardziej tajemniczo.

Zdążyła pani przeczytać całe opowiadanie, a już przed dzwonkiem podziękowała za powinszowanie.

Wiem dlaczego. Bała się na początku lekcji, że zaczną krzyczeć i już czytać nie będzie można. Boją się nauczyciele każdego święta w klasie, każdej radości, każdego wesołego wybuchu. To przykre, ale tak widać być musi.

No i bawiliśmy się w to i owo — i taka była cała wesołość tygodnia. A smutków — drobnych i większych — wiele. A jedne osobiste, inne przez współczucie.

Bo my, dzieci, wiele mamy cierpień, że kogoś żal, że komuś źle się dzieje.

Nauczyciel podarł prawie nowy zeszyt Hessowi. Niestarannie napisał; nawet nie niestarannie, ale spieszył się, bo mu matka chora109 i dużo miał w domu roboty. Nie chciał lekcji wcale nie odrobić, bał się, że nauczyciel będzie się gniewał. A wyszło jeszcze gorzej. Zły był akurat, więc mówi:

— Uczeń, który się nie wstydzi taką mazaninę nauczycielowi podawać...

I podarł prawie nowy zeszyt.

Hessa nie bardzo lubię. Siedzi gdzie indziej, i mało go widzę, i prawie nie rozmawiam. Dziki jest w zabawie i żartach i musi być bardzo biedny.

Ale zdziwiło mnie, że pierwszy raz płacze. Naprawdę mu łzy płynęły. Potem znów siedział zasępiony.

Patrzę się raz i drugi i na pauzie podchodzę.

Kiedy byłem nauczycielem, dziwiłem się, że jeśli kogoś słusznie czy w pośpiechu ukarzę, zaraz się zbierze gromadka i mówią, i pocieszają. Nawet najgorszy znajduje wśród najlepszych jakby sprzymierzeńców. Przeciw mnie.

Mówię: „Nie bawić się z nim, ręki nie podawać!”

A oni przeciwnie.

Dopiero teraz rozumiem.

Nauczyciel tylko oskarża, więc musi przecie ktoś bronić. Bo się wie, że choć nic nie mówi, mógłby na swoją obronę też coś powiedzieć. U dorosłych nawet największy zbrodniarz ma obrońcę.

Niestarannie napisał w nowym zeszycie. To dziwne. Nawet największy leń i niedbaluch z początku zawsze się stara.

No i co?

Matka mu chora. Jeśli zawsze brzydko pisał, więc teraz tym bardziej. A przecie są110, że choćby najładniej chcieli, nie potrafią ładnie. A jeszcze papier niedobry w tanim zeszycie albo stalówka111 stara, atrament blady, bibuła112 mażąca.

Akurat mam nowy zeszyt, więc dałem. Tak się ucieszył, bo mówi, że teraz nie mógłby wziąć od ojca, bo bieda przez tę chorobę.

On mnie nawet kilka razy zaczepił, ale wiem, że nie będzie już więcej. Możemy żyć z daleka, ale w zmartwieniu trzeba przecie pomóc.

Drugie zmartwienie przez współczucie takie:

Nowa higienistka znalazła u Kruka wesz na koszuli. I dopiero zaczęła docinać. I jemu, i wszystkim. Że chłopcy się nie myją, mają długie pazury i butów nie czyszczą.

(Więc dzieci mają pazury, a dorośli — paznokcie).

Czemu nie powie, że jeden ma wesz, po co wtrąca całą klasę? I po co go zawstydzać, żeby koniecznie płakał? Przecież może się zdarzyć. I nie wiadomo, od kogo przeszła. Przecież nie z samymi czystymi się spotykamy. I razem siedzą, i palto na palcie wisi. I w domu jest sublokator113 — i może być brudny. I małe dzieci ciągle na podwórku.

I zaraz przycinki i wyśmiewanie. Nawet matki nasze wtrąciła, a już do tego zupełnie nie miała prawa.

A lizuchy, żeby się przypodobać, jeszcze basują: różne żarciki kłujące. I śmiech. Ten wstrętny śmiech, że ktoś ma przykrość.

Buty czyścić? No, dobrze: trzeba mieć szczotkę do pasty, pastę i szczotkę do glansu114. A co robić, jak włosy powyłaziły i samo drzewo zostało? I za nieduże pudełko trzeba dwadzieścia groszy zapłacić. Uda się parę razy śliną buty wyczyścić, ale potem gorzej jeszcze — że i pasta niewiele pomoże.

Niby my od siebie zależni!...

A najgorsze, że Mundek ma ciasne buty. Natarł nogę i więcej jeszcze kuleje. Ja mam kłopot z paltem na wyrost, a on jeszcze większy.

W domu boi się powiedzieć, bo zaczną krzyczeć, bo chcieli wziąć o numer większe. A i te były za duże.

— Nie wiem, co się stało. Chyba człowiek nie rośnie ciągle jednakowo. Tamta para zdarła się, a jeszcze były za duże. Wtedy wcale mi noga nie rosła, a teraz przez pół roku takie mi łapy ponarastały, że sam nie wiem, skąd i jak. Wszystko mi ciasne. Wcale się gimnastykować nie mogę, bo się boję, że wszystko popęka, bo trzeszczy. Pan się gniewa, że się nie nachylam, że porządnie rąk nie wyciągam, że źle maszeruję; a nie spojrzy, jak jestem ubrany.

— I co zrobisz? — pytam się.

— Bo ja wiem... Jak już zupełnie nie będę mógł chodzić, w domu sami zauważą. A wtedy co będzie, to będzie. Krzyczeć będą albo nawet zbiją. Przecie nie moja wina, że rosnę. Jakoś się skończy wreszcie z tym rośnięciem.

Potem mówiliśmy, że jak szczeniakowi dawać wódkę, podobno nie rośnie. Może i kucyki są dlatego, że im wódkę dawali. Taki ładny kuc w zeszłym roku obwoził ogłoszenie o cyrku.

— Widziałeś go?

— Co nie miałem widzieć?

— Na Nowym Świecie?

— Nie, na Marszałkowskiej.

Dorośli się dziwią, że kłócimy się między sobą, a niby jesteśmy solidarni. No, tak, są dwa obozy: dorośli i dzieci. A potem banda przeciw bandzie i każdy przeciw każdemu. Jeden Mundek prawdziwy przyjaciel — i też nie wiem, jak długo będzie...

Największe osobiste zmartwienie, że w szkole mi trudno. Zapominam, com umiał, kiedy byłem dorosły. Już teraz nie mogę nie uważać na lekcji, pilnować się muszę i lekcje odrabiać.

Trudno mi odpowiadać. Nie jestem pewien, czy umiem. Boję się, że się nie uda.

Kiedy pan albo pani patrzą na klasę i mają wywoływać, serce inaczej jakoś bić zaczyna. Może nie strach, ale nieprzyjemnie. Jakby śledztwo — że choć nie winien, ale kto wie, jak wyjdzie.

Nie od siebie tylko jestem zależny, a od całej klasy. Inaczej się odpowiada, jeśli klasa wie i rozumie, inaczej, jeśli nie umie i pani się niecierpliwi.

Niech jeden kto głupstwo powie, już po nim trudniej dobrze odpowiedzieć.

Dlatego są dnie, kiedy wszyscy, nawet najgorsi umieją, i są dni feralne, kiedy cała klasa jakby zbaraniała. Chyba że kto nic sobie z niczego nie robi i na własną odpowiedzialność zaczyna. Wtedy znów czuje, że ma chłopców przeciwko sobie, że źle mu życzą, że tylko czekają, żeby i jemu się nie udało.

Już tak jest w powietrzu, jakby mówili:

„Kuś baba, kuś baba”.115

No, trudno: nie wiem, nie rozumiem, nie mogę. Dlaczego muszę rozumieć? Dlatego koniecznie, że nie uważam? Czy dzieciom mniej zdolnym już się nie należy ani trochę miejsca na świecie?

Wywołała mnie pani do tablicy. Miała to być poprawka. A zakotłowało się w głowie. Nic tylko:

„Znów dwóję dostaniesz”.

Inny umie chrząkać albo nadrabia miną, albo zrobi się potulny i godzien litości, albo umie korzystać zaraz, jak mu podpowiedzą. Niby robi sam, a czeka, co pani powie. A może coś się stanie takiego w ostatniej chwili i ocalenie przyniesie?

Każdy inaczej sobie radzi, byle się wykręcić. Więc i ja tak samo. Ale pani już mnie pamięta. Nie mówię, że się umyślnie przyczepia, ale już pilnuje.

Pokazują na palcach, że zaraz dzwonek. Ale nic mnie to nie pociesza. Bo albo pani po dzwonku przetrzyma — wtedy jeszcze gorzej — albo nawet nic nie postawi, ale zapamięta.

— Źle.

Sam wiem, że źle, i już tylko czekam, czy pani gniewać się zacznie, czy ze mnie żartować.

Ale było najgorzej.

— Co się z tobą zrobiło? — mówi pani z wyrzutem. — Strasznie się zaniedbałeś. Nie uważasz na lekcjach, niestarannie piszesz — zupełnie się opuściłeś. A oto skutki. Wczoraj robiliśmy podobne zadanie. Gdybyś był uważał.

Wszystko przepadło.

No, tak: zepsułem się. Tak, psujemy się i poprawiamy. Nigdy bez powodu. Kto nie wie, co w głowie się dzieje i co serce czuje, temu łatwo osądzać.

Wszystko przepadło!

Już mnie pani nie lubi. I gniewa się, że się pomyliła. Lepiej od razu być takim sobie uczniem, być szarym, nieznanym. Bezpieczniej — łatwiej — swobodniej. Bo mniej żądają, nie trzeba się wysilać.

Spuściłem głowę i tylko ukradkiem spoglądam, bo nie wiem, czy pani żal, czy przestanie mnie lubić.

Nauczyciel nigdy nie powie, czy lubi, ale się to czuje. Zupełnie inny ma głos i inne spojrzenie. Czasem aż odtrąca, aż mróz przechodzi po tobie.

I bardzo cierpisz, i nic poradzić nie możesz. Albo się bunt w tobie zrywa. Bo co ja winien?

Że Barański głupią robotę wymyślił i prysnął w oczy skórką od pomarańczy. Zaszczypało, że nie wiem. Nic nawet nie powiedziałem, tylko trę oczy.

A pani:

— Co wyrabiasz? Zamiast uważać...

Nie będę przecie opowiadał. Bo czy raz tak bywa?

Uszczypnie cię kto, więc krzykniesz i podskoczysz. Już jesteś winien.

Nie wiedzą nauczyciele, jak się boimy tych, o których się mówi „cicha woda”.

Taki robi, co chce, i nic mu nie będzie. Nieszczęście mieć go w ławce albo za sobą. Nigdy człowiek nie jest pewien godziny ani chwili.

Drugi raz to była i moja wina trochę.

Siedzę na lekcji, ale patrzę, a Szczawiński ma na plecach na bluzie pięć palców z kredy. Na przerwie ktoś rękę usmarował kredą i uderzył. Tamten nie wie, a na plecach ręka się odbiła.

No i chciałem przymierzyć, czy prawa ręka, czy lewa. Chciałem nawet z daleka, ale niechcący ruszyłem. I odwrócił się. A pan na niego, że się kręci. A Wiśniewski:

— O, jakie ma paluchy!

A pan do mnie.

Ja rękę pokazuję, że przecież czysta. A pan:

— Stójcie obaj w ławce.

Nie staliśmy długo. Ale nie o to idzie. Przykro, że się wszystkie nasze sprawy załatwia prędko i byle jak, że dla dorosłych nasze życie, troski i niepowodzenia są jakby tylko dodatkiem do ich prawdziwych kłopotów.

Są niby dwa różne życia: ich — poważne i godne szacunku, i nasze — niby na żart. Że mniejsi i słabsi, więc jakby zabawka tylko. Stąd lekceważenie.

Dzieci — to przyszli ludzie. Więc dopiero będą, więc jakby ich jeszcze nie było. A przecież jesteśmy: żyjemy, czujemy, cierpimy.

Lata nasze dziecinne — są to lata naprawdę życia.

Dlaczego i na co każą nam czekać?

Czy dorośli przygotowują się do starości, czy i oni nie trwonią sił lekkomyślnie, czy chętnie słuchają przestróg gderliwych starców?

Myślałem w szarzyźnie dorosłego życia o barwnych latach dziecięctwa116. Wróciłem, dałem się złudzić wspomnieniom. I oto wkroczyłem w szarzyznę dziecięcych dni i tygodni. Nic nie zyskałem, straciłem jeno117 hart rezygnacji.

Smutno mi. Źle.

Kończę dziwną opowieść.

Wypadki szybko po sobie następują.

Przynoszę do szkoły pocztówkę Marychny, żeby pokazać Mundkowi.

I Wiśniewski wyrwał mi ją z ręki.

— Oddaj!

Ucieka.

— Oddaj, słyszysz?

Śmieje się i przez ławki. Ucieka.

— Oddaj! W tej chwili!

Ręką w powietrzu wywija i krzyczy na głos:

— Trypsztyk! List od narzeczonej!

Wydzieram mu. Gniotę. I na kawałki.

Nie zauważyłem, że kawałek na ziemię.

Oszalały z bólu i gniewu.

A Wiśniewski:

— Patrzcie, chłopaki! Sto milionów razy go całuje.

Dobiegam — i w twarz.

Kierownik chwyta mnie za rękę.

Tak. Zepsuł się. I rysował ładnie. I pisał dobrze. Teraz nie uważa. Niespokojny. Źle lekcję odrabia.

Po matkę.

— Poczekaj. Niech tylko ojciec wróci z roboty. Już ci nie będzie dawał złotówek na iluzjon118.

Osaczony ze wszystkich stron.

Wszędzie złe słowa, złe spojrzenia, zapowiedź jeszcze groźniejszego.

Mundek chce pocieszyć. Wiem, ale nie mogę. Odtrącam brutalnie. Rzucam oskarżenie bezmyślnie:

— To wszystko przez ciebie.

Mundek z przerażeniem patrzy na mnie.

Za co? Dlaczego?

Wszystko przez tę pocztówkę.

Nienawidzę Marychny. Głupia. Kokietka. Całą noc by tańczyła. Oczy w górę przewraca.

Szkoda, że daleko. Na złość bym jej zrobił. Pobił. Kokardę rzucił do rynsztoka.

Wyrywam groch z doniczki... I przez okno. Irena łzy ma w oczach. Czuje, że się coś strasznego stało.

Nic i nikogo nie mieć.

Łatek, gdzie jesteś?

Nie. Na co mi to psisko? Niech sobie ma Bączkiewicz w procencie. Kupił za dziesięć groszy. Niech jemu liże ręce.

Zniszczyłem wszystkie pamiątki, zerwałem z całym światem.

Zostałem sam.

Matka?

Przecie powiedziała, że mnie się wyrzeka. Już tylko Irena. Ja — nie.

Niegodny, występny, wyklęty, skłócony z życiem.

Wszystko porzuciło. Wszędzie zdrada.

— Niespokojny. Źle lekcje odrabia.

I pani, i Łatek, i matka.

Pobiegłem aż na sam strych i przed drzwiami usiadłem na schodku.

Pustka we mnie i pustka wkoło.

Nie myślę już teraz o niczym.

I z głębi piersi westchnąłem.

Ze szparki drzwi na strychu gramoli się kołysząc człowieczek z latarką.

— Aha!

Gładzi siwą brodę. Nic nie mówi.

Czeka.

Szeptem beznadziejnym — poprzez łzy:

— Chcę być duży. Już pragnę być dorosły.

Zamigotała przed oczami latarka krasnoludka.

Siedzę przy biurku.

Stos zeszytów do poprawiania.

Przed łóżkiem spłowiały dywanik.

Zakurzone w oknach szyby.

Wyciągam rękę po zeszyt pierwszy.

Błąd.

Wyraz „stół” napisany przez „u”. Przekreślone „u”, a nad nim „ó”. I znów przekreślone „ó”, i na szczycie znów napisane „u”.

Biorę ołówek niebieski i na bibule piszę:

stuł” — „stuł”...

Szkoda. Ale nie chcę wracać...

Przypisy:

1. przezrocza — obrazy lub zdjęcia wyświetlane na ścianie lub na ekranie; w XVIII i XIX w. było do tego wykorzystywane urządzenie zwane latarnią czarnoksięską, w którym skupiony w soczewce promień światła przechodził przez obrazek namalowany na szkle i wyświetlał ten obraz na ścianie. [przypis edytorski]

2. gdybym był wiedział — dziś: gdybym wiedział; przykład użycia czasu zaprzeszłego, oznaczającego czynność wcześniejszą niż wyrażona czasem przeszłym lub, jak w tym przypadku, w połączeniu z przypuszczeniem, warunek, o którym już wiadomo, że się nie spełnił. [przypis edytorski]

3. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]

4. kierownik — tu: dyrektor szkoły. [przypis edytorski]

5. wtrącalski (daw. pot.) — ktoś, kto się wtrąca w nieswoje sprawy. [przypis edytorski]

6. smoła — tu: ktoś natrętny, od kogo trudno się uwolnić, jak od lepkiej smoły. [przypis edytorski]

7. bom łobuz — dziś: bo jestem łobuzem. [przypis edytorski]

8. we środku (reg. pot.) — dziś popr.: w środku. [przypis edytorski]

9. dawać linią łapy — bić linijką w dłonie, kara stosowana dawniej w szkole. [przypis edytorski]

10. lizuch a. lizus (pot.) — ktoś, kto się „podlizuje”, czyli jest przesadnie miły wobec nauczycieli i innych osób, które mają nad nim władzę, od których zależy. [przypis edytorski]

11. szkoła początkowa — dziś używana nazwa: szkoła podstawowa. [przypis edytorski]

12. możeś wrony łapał — dziś: może łapałeś wrony. [przypis edytorski]

13. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

14. rugnąć — skrzyczeć, zwymyślać. [przypis edytorski]

15. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

16. przyczepny — tu: drugi wagon tramwaju. [przypis edytorski]

17. brauning a. browning (daw.) — pistolet, nazwa pochodzi od nazwiska amerykańskiego konstruktora i wytwórcy broni palnej, Johna Mosesa Browninga (1855–1926). [przypis edytorski]

18. lekcyj — dziś częstsza forma D. lm: lekcji. [przypis edytorski]

19. Aleśmy szorowali — ale szorowaliśmy, tj. biegliśmy niezwykle szybko. [przypis edytorski]

20. szorować (daw. pot.) — biec, iść. [przypis edytorski]

21. andrus (daw.) — łobuziak. [przypis edytorski]

22. nawalić (tu pot.) — pobić. [przypis edytorski]

23. milicjant — formacja, która pilnowała porządku w przedwojennej Polsce, nosiła nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]

24. wydawać, właśc. wydawać lekcję — odpowiadać na ocenę z zadanego tematu. [przypis edytorski]

25. bawiem się (gw.) — bawimy się. [przypis edytorski]

26. skądciś (gw.) — skądś. [przypis edytorski]

27. jakeśmy się bawili — dziś raczej: jak się bawiliśmy. [przypis edytorski]

28. toście mi rękaw oberwali — dziś: to mi rękaw oberwaliście. [przypis edytorski]

29. przygórek — strych. [przypis edytorski]

30. wymówić — tu: umówić się, zastrzec. [przypis edytorski]

31. poswarzyć się — pokłócić się, pospierać się. [przypis edytorski]

32. mądryś — jesteś mądry; tu ironicznie: udajesz mądrego. [przypis edytorski]

33. bom dziecko — dziś: bo jestem dzieckiem. [przypis edytorski]

34. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

35. ubrać (palto) — założyć (palto). [przypis edytorski]

36. lekcyj — dziś częstsza forma D. lm: lekcji. [przypis edytorski]

37. przecie — dziś: przecież. [przypis edytorski]

38. stalówka a. stalka — element pióra, blaszka dotykająca bezpośrednio papieru podczas pisania. W I połowie XX w. dzieci w szkołach uczyły się pisać piórem złożonym z drewnianej obsadki i metalowej stalówki, którą zanurzało się co chwilę w kałamarzu pełnym atramentu. Stalówki szybko się zużywały i trzeba było je często wymieniać. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]

39. krzyżówka, serek, szóstka, oczko, sienkiewicz, koniar — pot. nazwy stalówek różnych firm lub kształtów. [przypis edytorski]

40. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]

41. popod — pod. [przypis edytorski]

42. oddział (tu daw.) — klasa (w szkole). [przypis edytorski]

43. biały mazur — ostatni taniec w czasie zabawy karnawałowej, już nad ranem, tradycyjnie wyróżniający się zasadą, że to kobiety wybierają tancerzy: „panie proszą panów”. [przypis edytorski]

44. sześćminutowy — dziś: sześciominutowy. [przypis edytorski]

45. pochód — tu, najprawdopodobniej: demonstracja. [przypis edytorski]

46. kinematograf (daw.) — kino. [przypis edytorski]

47. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

48. bujać — tu: oszukiwać, kłamać. [przypis edytorski]

49. umią — dziś popr. forma 3 os. lm cz.ter.: umieją. [przypis edytorski]

50. oddziele — dziś popr.: oddziale; oddział (tu daw.) — klasa (w szkole). [przypis edytorski]

51. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

52. pitraszenie (pot. pogard.) — gotowanie, przygotowywanie posiłków. [przypis edytorski]

53. doktór — dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]

54. wsypać (tu pot.) — wymierzyć (komuś uderzenia), zbić. [przypis edytorski]

55. milicjant — formacja, która pilnowała porządku w przedwojennej Polsce, nosiła nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]

56. Sedan — miejscowość w płn. Francji, przy granicy z Belgią; w 1870 r. pod Sedanem cesarz fr. Napoleon III poddał się wojskom niemieckim, pozostawiając im wolną drogę do Paryża, czego konsekwencją był wybuch Komuny Paryskiej. [przypis edytorski]

57. Marna (fr. Marne) — rzeka w środkowej Francji, wpada do Sekwany w pobliżu Paryża; nad Marną odbyły się w czasie I wojny światowej dwie ważne bitwy: we wrześniu 1914 r. i w lipcu 1918 r., obie zakończyły się przegraną Niemców. [przypis edytorski]

58. Pytlasiński, Władysław (1863–1933) — mistrz świata w zapasach. [przypis edytorski]

59. najprzód (daw.) — naprzód, z początku. [przypis edytorski]

60. podeszedł — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz. r.m.: podszedł. [przypis edytorski]

61. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]

62. przecie — dziś: przecież. [przypis edytorski]

63. wrony łowić (pot. przen.) — zamyślić się, nie uważać. [przypis edytorski]

64. kontent (daw., z łac.) — zadowolony. [przypis edytorski]

65. naurągać — nakrzyczeć, nawymyślać, obrazić brzydkimi słowami. [przypis edytorski]

66. alem się doczekał — dziś: ale się doczekałem. [przypis edytorski]

67. głupiś — dziś: jesteś głupi. [przypis edytorski]

68. toć przecie — dziś: to przecież. [przypis edytorski]

69. król — tu: królik. [przypis edytorski]

70. stawiak (daw. pot.) — osoba, która zachowuje się niegrzecznie i arogancko, aby zrobić wrażenie odważnej i niezależnej. [przypis edytorski]

71. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]

72. ochronka (daw.) — przedszkole. [przypis edytorski]

73. tom duży — dziś: to jestem duży. [przypis edytorski]

74. wypętać — tu: otrzymać coś podstępem. [przypis edytorski]

75. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

76. wymanić (daw.) — wyłudzić. [przypis edytorski]

77. nawalić — tu: zbić, pobić. [przypis edytorski]

78. wymanić (daw.) — wyłudzić. [przypis edytorski]

79. kares — pieszczota. [przypis edytorski]

80. milicjant — formacja, która pilnowała porządku w przedwojennej Polsce, nosiła nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]

81. tyś — dziś: ty jesteś. [przypis edytorski]

82. zeszłem — dziś popr. forma 1 os. lp cz.przesz. r.m.: zszedłem. [przypis edytorski]

83. poszłem — dziś popr. forma 1 os. lp cz.przesz. r.m.: poszedłem. [przypis edytorski]

84. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

85. oni w Wilnie tak ciąąąągną — mowa o charakterystycznym kresowym akcencie, o wymowie samogłosek; innymi wyrazistymi cechami kresowej polszczyzny były półmiękkie ć, ś, ź oraz przedniojęzykowe ł. [przypis edytorski]

86. klawy (daw. pot.) — fajny, niezły. [przypis edytorski]

87. śmieli się — dziś: śmiali się. [przypis edytorski]

88. Jadę całą noc. Iskry za szybą lecą — opis jazdy pociągiem ciągniętym przez lokomotywę parową, opalaną węglem, w której podczas jazdy przez komin wylatywał z paleniska dym i iskry. [przypis edytorski]

89. najprzód (daw.) — naprzód, z początku. [przypis edytorski]

90. piona (pot.) — piątka, stopień bardzo dobry. [przypis edytorski]

91. drałować (pot.) — pędzić, biec; tu: uciekać. [przypis edytorski]

92. sprobować — dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]

93. ze siebie — dziś popr.: z siebie. [przypis edytorski]

94. porównywam — dziś popr. forma 1 os. lp cz.ter.: porównuję. [przypis edytorski]

95. przylatam — dziś popr. forma 1 os. lp cz.ter.: przylatuję. [przypis edytorski]

96. rozebrać palto (reg.) — zdjąć palto, rozebrać się. [przypis edytorski]

97. marka (tu daw.) — znaczek pocztowy. [przypis edytorski]

98. oddziele — dziś popr.: oddziale; oddział (tu daw.) — klasa (w szkole). [przypis edytorski]

99. niceśmy już nie mówili — dziś: nic już nie mówiliśmy. [przypis edytorski]

100. taksysa (daw.) — dziś: taksówka. [przypis edytorski]

101. milicjant — formacja, która pilnowała porządku w przedwojennej Polsce, nosiła nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]

102. wakacyj — dziś częstsza forma D. lm: wakacji. [przypis edytorski]

103. oddziele — dziś popr.: oddziale; oddział (tu daw.) — klasa (w szkole). [przypis edytorski]

104. pisało (pot.) — popr.: było napisane. [przypis edytorski]

105. o weteranach: że pamiętają powstanie — mowa o weteranach powstania styczniowego 1863 r. [przypis edytorski]

106. futbal (z ang.) — piłka nożna. [przypis edytorski]

107. rachunki — tu: lekcja matematyki. [przypis edytorski]

108. Nasz mały — opowiadanie Wincentego Kosiakiewicza (1863–1918). [przypis edytorski]

109. mu matka chora — dziś: matka mu choruje; jego matka jest chora. [przypis edytorski]

110. są, że — dziś popr.: są tacy, którzy. [przypis edytorski]

111. stalówka a. stalka — element pióra, blaszka dotykająca bezpośrednio papieru podczas pisania. W I połowie XX w. dzieci w szkołach uczyły się pisać piórem złożonym z drewnianej obsadki i metalowej stalówki, którą zanurzało się co chwilę w kałamarzu pełnym atramentu. Stalówki szybko się zużywały i trzeba było je często wymieniać. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]

112. bibuła — atrament, którym dawniej pisano, sechł długo, więc aby przyspieszyć schnięcie, przykładano do świeżo zapisanego papieru bibułkę, by wchłonęła nadmiar wilgoci. [przypis edytorski]

113. sublokator — osoba, która wynajmuje pokój lub tylko łóżko w czyimś mieszkaniu. Dawniej w biednych rodzinach zdobywano dodatkowe pieniądze, wynajmując komuś choćby kawałek pokoju, niektórzy nie mieli nawet własnych łóżek, tylko spali na rozkładanych leżankach np. w kuchni, a dzieci często sypiały po kilkoro w jednym łóżku. [przypis edytorski]

114. szczotka do glansu — szczotka do polerowania butów po zapastowaniu. [przypis edytorski]

115. kuś baba a. skuś baba — używane w zabawie złośliwe życzenie, aby się nie udało. [przypis edytorski]

116. dziecięctwo (daw.) — dzieciństwo. [przypis edytorski]

117. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

118. iluzjon (daw.) — kino. [przypis edytorski]