Pamiętnik Maciusia
Maciuś pisze pamiętnik.
Na okładce narysował domek, palmę, z daleka górę i morze, dużo orłów i zachód słońca. Na dole napisał: Mój pamiętnik na wyspie bezludnej Białego Szatana. O czym myślałem i co robiłem.
Na pierwszej stronicy znów był rysunek, ale się nie udało, bo Maciuś się śpieszył. A pod nim zapisanych było siedem książek, które Maciuś chciałby przeczytać:
1. Żeby była książka, w której są wszystkie nauki opisane, żeby można wybrać najpotrzebniejszą i najciekawszą naukę — i już od tego zacząć.
2. Żeby była książka o królach, ale nie historia, tylko jacy byli, jak mieli dziesięć lat albo dwanaście.
3. Żeby była taka sama książka o wielkich wynalazcach, podróżnikach i rozbójnikach — różnych zbójcach.
4. Żeby była książka ze wszystkimi bajkami czarnych i żółtych dzieci.
5. Żeby była książka, ale bardzo gruba, o pszczołach i mrówkach — i o zwierzętach.
6. Żeby była książka, jacy są różni ludzie na świecie: jacy są porządni i nieporządni, ile jest leniuchów i pracowitych, wesołych i smutnych, złych i dobrych, takich, którzy dokuczają i nie dają spokoju, i czy można poprawić, żeby się nie bili, nie kłócili, nie dokuczali.
7. Książka, gdzie są zapisane mądre prawa, które mogą zostać, i głupie, które trzeba zmienić.
Chciałbym też przeczytać książkę, jak się tresuje dzikie zwierzęta: lwy, tygrysy itd.
Myślałem dziś, że woda może być wodą, ale jak gorąca — zamienia się w parę, jak jest zimna — robi się lód. Więc nie wiadomo, czym jest naprawdę: parą, wodą czy lodem.
Może tak samo jest z człowiekiem — że jest różny.
Byłem dziś w lesie. Chciałem okrążyć całą wyspę, ale za daleko. Wylądowałem z tamtej strony. Zdaje mi się, że widziałem czarnego człowieka. A może to była małpa. Coś jakby krzyknął i uciekł.
Zdaje mi się, że nawet bohater czasem się przestraszy. Czy jest na świecie człowiek, który się nigdy, ale to nigdy ani razu nie zląkł?
Dziś moje urodziny. Smutny król przysłał powinszowanie i lunetę. Patrzyłem przez lunetę na księżyc. Widziałem góry na księżycu. Ale lasów nie ma.
Nie wiem, czy skończyłem jedenaście, czy dwanaście lat. Próbowałem myśleć, jak się jest dorosłym. Wiem, że rosnę, ale nie mogę uwierzyć, że będę duży albo stary. Wszystko jest takie dziwne.
Niedziela
Była wielka burza na morzu. Bardzo chciałem wziąć łódkę i spróbować, czy będę mógł wiosłować. Ale Walenty powiedział, że nie pozwoli. Ja bym nie pojechał57 nawet, ale bardzo chciałem. Ale i na górze było pięknie. Błyskawice i taki huk, taki grzmot! Podobno mają naprawić latarnię, bo gdyby dziś płynął okręt, latarnia mu bardzo potrzebna.
Środa
Czy kocham rodziców, czy nie? Czy można kochać umarłych?
Dlaczego jestem sierotą? Tyle dzieci ma rodziców, a ja nie.
Gdyby ojciec żył, wszystko byłoby inaczej. A swojej mamy prawie nie pamiętam. Fotografia bardzo się wytarła, ale się nie martwię. Nawet lepiej. Bo jeżeli mama nie żyje, więc jej fotografia też powinna być trochę wytarta.
Z warty najlepiej podoba mi się Walenty. Sam nigdy nie mówi, a jeżeli zapytać, tak zrozumiale zawsze odpowiada. I doskonale tłumaczy sny. Śnił mi się aeroplan58 — powiedział, że to znaczy niebezpieczeństwo. Pośliznąłem się i mało co nie spadłem ze skały. Tak przyjemnie siedzieć na kamieniu nad samą przepaścią. Walenty umie robić sieci. Lepsza sieć, bo nie rani. Można znów puścić ryby do wody. Tak się cieszą. Myślały, że już nie ma ratunku.
Walenty uczy mnie grać na skrzypcach. Żeby choć trochę umieć! Usiądę na swoim kamieniu i będę grał.
Dawniej ludzie mieli łuczywo (tak jak u Bum-Druma). Potem mieli świece, potem lampy naftowe, potem gaz, a teraz mają elektryczność. Czy wymyślą jeszcze coś lepszego?
Jak to się robi wynalazki? Chyba z książek?
Znów długo myślałem, jak się myśli. Może nie ma w głowie człowieczków, ale czy nie wszystko jedno? Jeżeli się zgadza, no to dobrze. Ale wolałbym zobaczyć. Wczoraj uważałem, jak się zasypia, ale zasnąłem i nie wiem jak. Zapytałbym się Walentego, ale się wstydzę.
Dorośli się nie wstydzą, a dzieci się bardzo wstydzą. Może dlatego, że się z nich często śmieją.
Żeby nie na długo, ale na jeden dzień, na jeden dzień, na trzy godziny pojechać do stolicy i zobaczyć! Trochę pochodzić po pałacu, po parku, po mieście. Poszedłbym na cmentarz, na grób rodziców.
Tu jest cieplej i niebo takie ładne. A jak były chmury, przyjemniej było. Bo tamto jest moje niebo. I palmy są ładne, ale moje drzewa jakby były znajome, a palmy obce.
Największy mój błąd, że byłem dumny.
Czy król może kochać cały naród, czy tylko chce, żeby go chwalili; i dlatego jest dobry?
Czy można kochać, jeżeli się nie zna? Chciałem, żeby dzieciom było dobrze, ale chciałem, żeby wiedziały, że to wszystko zrobił król Maciuś Reformator.
Martwiłem się, że jestem mały, chciałem pokazać, że mały też potrafi.
Wiedziałem, że dorośli są źli na mnie, ale muszą się słuchać.
Zacząłem pisać taki kajecik59:
Błędy mego królowania.
I drugi:
Różne plany, gdybym znów był królem.
Dormesko powiedział:
— Człowiek nie powinien myśleć, tylko słuchać rozkazu i ściśle każdy rozkaz wypełniać. Jeżeli wydaję rozkaz, muszę być pewien, że będzie ściśle wykonany.
— Ale król musi wszystko rozumieć i myśleć, jakie wydawać rozkazy — odpowiedziałem.
— Król — to co innego — zgodził się Dormesko.
Czy dorośli mogą być też nie bardzo mądrzy?
Czekam i czekam, a poczta nie przychodzi. Coś się stało widocznie.
Nie pisałem cały tydzień.
Przyjechał smutny król. Dziwił się, że gazet nie czytam. Powiedziałem, że dawniej czytałem i co mi z tego przyszło? Powiedział, że mam słuszność, że lepiej książki czytać.
Bardzo jest dobry dla mnie, ale nie rozumiem, jak mi coś mówi — dlatego nie jest mi z nim dobrze.
Powiedział tak:
— Dawniej, mój Maciusiu, coś pomyślał60, zaraz zrobiłeś. Teraz postanowiłeś tylko myśleć i nic więcej. A człowiek powinien mieć inne myśli dla siebie, a inne dla ludzi.
Tak jakoś wychodzi, że człowiek musi kłamać. Wiem, że tak nie jest, ale nie rozumiem. Pewnie jestem za mały.
Znów dawno nie pisałem.
Czytam, już trochę gram na skrzypcach. Chciałbym grać jak on albo przynajmniej tak, jak Walenty.
Z książkami jest inaczej, niż mi się zdawało. Jeżeli się czyta, to się potem jeszcze więcej myśli. W książkach jest dużo, ale nie wszystko. I dopiero trzeba samemu ułożyć sobie w głowie.
Już niedługo będę mógł dopłynąć do latarni morskiej. Widziałem przez lunetę dwoje dzieci. Jedno zupełnie malutkie: pewnie jeszcze mówić nie umie. A drugie trochę starsze, ale też małe.
Dawniej patrzałem61 przez kratę na Felka i jego zabawy. Żelazna krata parku królewskiego dzieliła mnie od dzieci — i byłem sam. Teraz morze dzieli mnie od dzieci — i znów jestem sam.
Śniło mi się, że na ścianie wisi jakiś obrazek. I dużo ludzi się przygląda. Obrazek nieładny; wiem jaki, ale nie chcę pisać. I tam zaczęło coś dzwonić; ale wszyscy zaczęli uciekać. I ja uciekam. Ale patrzę, że oni przede mną uciekają. Boją się mnie. Zatrzymałem się i zostałem sam.
Walenty nie wie, co to znaczy: nie umiał tego snu wytłumaczyć.
Popłynął wreszcie Maciuś do latarni morskiej. Wtedy uczył się pisać, żeby mógł list do Felka napisać, teraz co dzień dalej i dalej puszczał się na morze, aż mu się wreszcie udało.
Przywiązał łódkę i prosto do latarni. Ale na drodze spotkał dzieci.
— Tata! — woła dziewczynka, biegnie do Maciusia; rączki wyciągnęła.
— Tata! Chodź! Ala grzeczna!
Zawadziła o kamień czy korzeń — bęc na ziemię — i w krzyk.
Chłopiec, pewnie brat, pomaga wstać, poprawia sukienkę. A ona znów się wyrywa — jeszcze ma łzy na buzi, a znów się śmieje, drepce do Maciusia i woła: „Tata!”
Braciszek się zatrzymał, patrzy, co z tego będzie. A Maciuś zatrzymał się i nie wie, co robić. Tak bardzo pragnął dopłynąć do dzieci, a teraz stoi i nie wie.
— Chodź do dziadzi! — woła mała. — Chodź! Ala grzeczna. Dziadzio tam. Chodź, tata.
I szarpie, i ciągnie Maciusia.
Strasznie nieprzyjemnie, jak trzeba coś powiedzieć, a nie wiadomo co.
— Alo, chodź. Tata, chodź. Alo, Ala, tata — do dziadzi.
I ciągnie, popycha oboje62, a sama w środku, i gada ciągle to samo — znów się mało nie przewróciła.
— Dziadziu — dziadziu — patrz — tata!
Latarnik przymrużył oczy, uśmiecha się, brodę gładzi. Taki miły — podobny do doktora.
— Witam królewskiego gościa — mówi i czapkę zdjął z głowy. — Zapewne król Maciuś chciał się dowiedzieć, dlaczego latarnia się nie pali? Już w porządku wszystko: dziś zapalimy. Już byłbym dawno popłynął przeprosić króla Maciusia za ciemność, ale ot... z tym niedaleko popłyniesz.
Maciuś teraz dopiero spostrzegł, że latarnik ma jedną rękę.
— Drugą rękę zabrało mi morze. Ale morze jest hojne: za rękę dało mi oto tę parkę.
I Maciuś się dowiedział, że stary latarnik był dawniej marynarzem, że podczas rozbicia okrętu stracił rękę. Dali mu latarnię. Przed rokiem, po burzy, fala wyrzuciła tych dwoje dzieci: ledwo je doratował. A co najdziwniejsze: że chłopiec nie wypuścił z rąk maleństwa, chociaż zemdlony.
— Chłopca nazwałem Alo, a dziewczynkę Ala. Co one za jedne, nie wiem. A kiedy na wyspie mieszkali Murzyni, Alo znaczyło: syn morza, a Ala — córka morza. Cudzoziemskie jakieś dzieciaki. Musi z Północy. Bo południowe mowy znam wszystkie trochę. A z chłopakiem ani rusz nie mogłem się dogadać.
Ala niecierpliwie kręci się i patrzy to na dziadka, to na Maciusia.
— Tata! — krzyknęła wreszcie i zaczęła się śmiać.
— A widzisz, małe gapiątko — mówi stary. — Nie mówiłem, że tata wróci? No i masz swego tatę.
— To nie tata wcale — powiedział, chmurnie marszcząc brwi, Alo.
— Dla ciebie może nie tata, a dla Ali tata.
— I dla Ali nie tata, tylko Maciuś.
Maciusiowi przykro się zrobiło.
Znów nie wiedział, co powiedzieć. A stary latarnik patrzy na dzieci, uśmiecha się zadowolony.
— No, po podróży trzeba coś zjeść — powiada.
I zaprosił Maciusia do swego dziwnego w latarni mieszkania.
Żałował Maciuś, że nic nie przywiózł dla dzieci. I ta pierwsza wizyta niedługo trwała.
Ala jeszcze dwa razy płakała: raz, że nie pozwolili pić herbaty, bo była gorąca, a nie chciała czekać; a drugi raz, kiedy Maciuś odjeżdżał.
— Nie jedź, tata. Ala chce taty.
I znów nie wiedział Maciuś, co robić, kiedy go Ala trzymała za spodnie i nie puszczała.
Wieczór nadchodzi, a Dormesko nie lubi, jeśli Maciuś późno wraca z wycieczek. Raz nawet, kiedy się zbyt długo zasiedział na skale, przez trzy dni towarzyszył mu jeden z wartowników. Nie była to kara, tylko Dormesko chciał być spokojny, że Maciuś nie zrobi sobie nic złego.
I tak szczęśliwie, że Dormesko nie wiedział o różnych przygodach, z których Maciuś cało wychodził, ale mogło być gorzej.
Śliczną miał Maciuś powrotną drogę w świetle latarni. Płynął jak w kwiatach złota.
Dobrze Maciuś zrobił, że nie obiecał wizyty na dzień następny, bo tak go ręce bolały jak na samym początku, kiedy dopiero zaczął wiosłować.
Dopiero na piąty dzień ruszył Maciuś w drogę, ale przez ten czas obmyślił dokładnie wizytę. Przede wszystkim wziął cegiełki i łamigłówkę, loteryjkę i paczkę pierników, i cukierki, i wiatraczek, i piłkę. Potem ułożył w głowie, co powie na powitanie, co powie, jeżeli znów go Ala nie będzie chciała puścić.
Wiosłował powoli, z odpoczynkami, żeby się nie zmęczyć tak bardzo. Uprzedził pułkownika Dormesko, że wróci dopiero wieczorem, i zabrał prowizję na cały dzień, żeby nie być głodnym.
Dzieci powitały go radośnie. Nudziło się im bardzo na samotnej skale. I stary marynarz rad był wizycie Maciusia. Znów opowiadał nowemu słuchaczowi o swoich podróżach, a Maciuś opowiadał o wojnach.
Alo siedzi na kamieniu i słucha, Ala stoi przy Maciusiu, oparła ręce o kolana i patrzy w oczy, żeby lepiej rozumieć. Widać, że nie rozumie, bo zadaje bardzo dziecinne pytania.
— Czy kule to także piłeczki? — pyta się Ala.
Ala myśli, że wojna — to zabawa w piłkę. Tłumaczy Maciuś, że piłki są z żelaza i zabijają ludzi.
— A Maciusia-tatusia zabili? — pyta się znów Ala.
Teraz Ala nazywa go już Maciusiem, ale i tatusiem także. I przyjemnie Maciusiowi, choć nie wie dlaczego.
— Ala chce na wojnę — napiera się nagle i trzeba tłumaczyć, żeby nie płakała.
— Wojna jest daleko — mówi latarnik.
— Ala chce daleko.
— Ala jest za mała — mówi latarnik.
— Ala duża, Ala chce na wojnę.
— Wojna śpi — mówi latarnik.
— Wojna śpi — powtarza szeptem Ala, kładzie palec na ustach, robi przestraszoną minę i już się nie napiera więcej. — Ciiicho, wojna śpi, piłeczka śpi, pajacyk śpi.
Maciuś przygląda się zdziwiony i stara się przypomnieć, kiedy sam był mały i tak mało wiedział.
W powrotnej drodze myślał Maciuś o Ali. Malutka jest, paluszki ma malutkie i tak strasznie mało rozumie.
Nieprzyjemnie mało rozumieć. Biedna Ala. Tak patrzy, kiedy Maciuś opowiada, jakby chciała oczami zrozumieć.
I zaraz zaczyna płakać. Małe dzieci pewnie dlatego płaczą, że nie mogą zrozumieć — jest im nieprzyjemnie. Maciusiowi żal Ali. Trzeba wymyślić jakąś bajkę dla Ali. Trochę będzie opowiadał dla latarnika i Alo, a trochę dla Ali.
Układa Maciuś bajeczkę dla Ali.
— Wojna śpi — śpi. Wojna ma oczki zamknięte i śpi. A potem się obudziła...
Nie, inną bajkę ułoży.
Skąd dziadziowi przyszło do głowy, żeby powiedzieć, że wojna śpi? I zaraz uspokoił Alę. Przecież to kłamstwo, kłamać nie wolno i nieładnie. A może i nie kłamstwo? Bo naprawdę wojna jakby się budziła ze snu, kiedy nagle wojska idą, armaty strzelać zaczynają, a przedtem było cicho.
Założył Maciuś wiosła i odpoczywa. Światło latarni oświetla morze. Na niebie gwiazdy, wokoło cisza.
„Jakie prawa można dać najmniejszym dzieciom?” — myśli Maciuś, ale mu trudno.
Kiedy ukrywał się w domu sierot, były tam małe dzieci. Starsze były niedobre dla nich. Biły, dokuczały, wyśmiewały. I Maciuś nie lubił ich wtedy: bo ciągle płakały. Ale może dlatego płakały tak często, że nie mają żadnych praw i nic im nie wolno? Jeden poseł powiedział wtedy: żeby nie było małych dzieci. Ale muszą być — bo jak urosną, będą większe.
„Chcę być królem dzieci — myśli Maciuś — ale nic nie wiem o małych dzieciach. Zapomniałem, kiedy byłem mały. Pewnie i dorośli wszystko zapomnieli, dlatego nie chcą dać dzieciom praw”.
Znów bierze Maciuś za wiosła — i dziwi się bardzo, że wyspa już blisko, a wcale go ręce nie bolą.
— Jutro będę czytał cały dzień, a pojutrze znów do Ali i Ala. Trzeba im zawieźć obrazki.
Rozdział ten powinien się nazywać:
„Najdziwniejszy rozdział z książki o Maciusiu”. Bardzo to było dziwne.
Więc kiedy Maciuś postanowił zbadać dokładnie wyspę, wziął rewolwer i poszedł do lasu. Przepłynął zatokę, wylądował w miejscu, gdzie wyspa się za rzeką rozszerzała, i idzie.
Bo czy nie wstyd mieszkać na małej wysepce i nie znać?
Akurat wczoraj czytał Maciuś straszną, pełną niebezpieczeństw podróż63 do bieguna i pomyślał:
Oto odważni podróżnicy urządzają wyprawy do krajów wiecznego lodu i nocy, całe lata znoszą trudy, żeby poznać ziemię. Więc wstydem jest nie znać swojego miasta, swojego kraju albo wyspy, na której się mieszka. Jeżeli nawet są w lesie Murzyni, na pewno nie ludożercy, a zresztą będą uciekali. Od zwierząt Maciuś się obroni. Lepiej walczyć w lesie niż w kanale z wilkiem.
Idzie Maciuś — idzie — idzie — las coraz bardziej gęsty. W górze jakby dach zielony, aż ciemno. W dole pełno wijących się roślin, krzaków, a tak wszystko poplątane, że co krok — jakaś przeszkoda. Nie spieszy się Maciuś. W torbie, przerzuconej przez plecy, ma zapasy na cały dzień. Dormesko przyzwyczaił się do odległych wypraw Maciusia.
Idzie Maciuś — idzie — a im droga trudniejsza, tym większa w nim wzbiera zaciętość. Zrazu to tu, to tam błyśnie promień słońca, ale potem już nic: cały utonął w zieleni. Nie słychać już szumu morza. Cisza: nawet ptaki nie śpiewają.
Idzie Maciuś — idzie — ale się zmęczył. Usiadł i je śniadanie. Ukrajał kawał chleba i sera — posilił się. I teraz dopiero zadał sobie pytanie: „A co będzie, jeśli zabłądzę?”
Trzeba było wcześniej pamiętać, ale Maciuś jest młody i niedoświadczony.
Nie boi się, ale już prędzej idzie. Wyspa mała; jeśli Maciuś będzie szedł ciągle w jednym kierunku, prędzej czy później dojdzie do morza. Zresztą wróci tą samą drogą — pozna po śladach, po zgniecionych liściach i nadłamanych gałązkach.
Niestety — są ślady drogi, ale biegną w różnych kierunkach. Mogły zwierzęta przebiegać. Na śniegu, na piasku można odróżnić ślad ludzi i zwierząt, ale nie w gęstym lesie.
Idzie Maciuś, nasłuchuje, rozgląda się i żałuje, że nie wziął kompasu, który wskazuje cztery strony świata.
Wypoczął chwilę — znów idzie. Posilił się trochę, że był głodny trochę, że mu torba na plecach ciążyła. I szedł aż do wieczora.
Ano trudno: przenocuje w lesie. Trzeba wybrać drzewo, obejrzeć uważnie, czy wąż tam nie zechce nocować. Trochę niebezpieczny jest nocleg w lesie, ale nie bardziej niż wiele innych przygód, których Maciuś doznał.
I już spokojnym, zmęczonym krokiem posuwa się Maciuś naprzód. Gdy nagle usłyszał coś jakby płacz czy śpiew, jakby ktoś wzywał pomocy.
Naprawdę czy mu się zdaje?
Ostrożnie idzie w kierunku głosu. Ale zobaczył polankę, a w pośrodku64 wzgórze, a na wzgórzu — wieżę.
Wieża była z kamieni, u dołu szeroka, wyżej coraz węższa.
„Co to być może?”
Jakiś głos wychodzi z wieży — jakby śpiew, ale podobny do jęku.
„Zobaczę” — myśli Maciuś.
Obchodzi wieżę, wejścia nie ma. Trzeba dać jakiś znak, sygnał. Wystrzelił Maciuś w powietrze. Odpowiedziało mu echo, potem cisza.
Stoi Maciuś i nie wie, co robić. A tu się nagle odsuwa wielki kamień — widać otwór. Zbliżył się Maciuś, zajrzał do środka zdziwiony.
W środku wieży ujrzał siedem drabin, jedna nad drugą, oparte o wystające kamienie. Każda drabina ma siedem szczebli. Ale szczeble dolnej drabiny są blisko, tak że wejść łatwo, a im wyżej, tym szczeble dalej jeden od drugiego. Gdyby kto wchodził w górę, byłoby coraz trudniej. I jeszcze nie koniec. Dolne szczeble pierwszej drabiny grube i mocne, a im wyżej, tym cieńsze. Gdyby na nie stąpić, chybaby się złamały.
Maciuś widzi to wszystko. A nie wie, dlaczego w wieży jest jasno, chociaż nie ma ani jednego okna.
Patrzy Maciuś, a wysoko ktoś siedzi — jakiś człowiek — ma płaszcz z szarego płótna i sznurem przewiązany.
Już schodzi. Schodzi szybko — ale jak — Maciuś nie wie; bo płaszcz zasłania szczeble. Zesuwa się zręcznie, jakby sfruwał, nie widać, żeby stawał na szczeblach: zresztą musiałyby się złamać.
Nie wie Maciuś: wszystko tak szybko, tak nagle się stało — w mgnieniu oka. I oto stoi przed Maciusiem podróżny starzec z bardzo długą brodą. Patrzy na Maciusia, ale strasznie smutnym wzrokiem, jakim nawet smutny król nigdy na niego nie spojrzał.
I Maciusiowi nie wiedzieć skąd przyszła do głowy myśl:
„To jest reformator, któremu się nie udało”.
Starzec podniósł rękę do góry, od razu zrobiło się zupełnie ciemno. I usłyszał Maciuś jakby tysiąc naraz głosów, krzyków, płaczów, śmiechów, taki szum. I w ciemności zobaczył Maciuś tarczę zegara z cyframi godzin, które się same świeciły — i powoli posuwały się dwie ogniste wskazówki zegara: duża i mała.
Patrzy na zegar, nie może oczu oderwać, a w uszach hałas — i nie wie Maciuś, jak długo to trwało.
Nagle zapaliła się przy ziemi mała, zielona lampka i zobaczył Maciuś żelazną klapę. Podróżny nachylił się, podniósł ją lekko. A tam prowadzi znów jakaś drabina, ale głęboko, że końca nie widać. Podróżny schodzi pod ziemię, a Maciuś za nim. Nie jest ciekawy, nie boi się nic — idzie za podróżnym, tak jakby musiał.
Długo idą, coraz głębiej, głębiej — aż do wąskiego korytarza. Potem korytarzem tak niskim, że podróżny aż się pochylił. I wyszli na sam brzeg morza, akurat w miejscu, gdzie była przywiązana łódka koło rzeki.
Kiedy Maciuś wyszedł, podróżny nic nie mówiąc wskazał ręką łódkę, sam znikł w gąszczu leśnym. Zaczerpnął Maciuś ręką wodę z rzeki, napił się, bo usta miał spieczone. Usiadł, bo był zmęczony, i myśli: co to wszystko znaczy...
Kiedy Maciuś później wiele razy rozmyślał nad dziwną przygodą, zadawał sobie pytanie:
— A może mi się śniło?
Nie.
Nie, nie. Nie mógł zasnąć nad morzem, bo wyszedłszy z lasu, zaraz ruszył w drogę. Zresztą pamiętał drogę, którą szedł, wiele razy później szukał samotnej wieży podróżnego. Że cały dzień błądził w lesie, było pewne. W torbie brakło akurat tyle zapasów, ile pamiętał, kiedy, jak i gdzie zjadł. Nie mógł zasnąć w lesie, bo szukał przecież odpowiedniego drzewa na nocleg. No — a jeśli zasnął, jakimże sposobem znalazł się znów nad morzem koło łódki? Jeszcze miał Maciuś dwa dowody, że to była prawda: trzewiki były zakurzone, bo w korytarzu, przez który szedł, był kurz i piasek jak we wszystkich starych piwnicach. I rękaw był przedarty akurat w tym miejscu, gdzie Maciuś zahaczył o gwóźdź, kiedy schodził po drabinie pod ziemię.
Kiedy znacznie później czytał Maciuś grubą książkę, o której mówił na posiedzeniu nauczyciel geografii, książkę o bezludnej wyspie Białego Szatana, na stronicy 476 znalazł Maciuś taką wzmiankę:
Kiedy zaraza na wyspie wytępiła prawie wszystkich Murzynów, a pozostała garstka ukryła się w lesie za rzeką, nie było już tu co robić. Kupiec przeniósł się z rodziną do kolonii w południowej Afryce, nauczyciel wyjechał do Indii — podobno pozostał jeden tylko biały, staruszek, misjonarz Piotr. Nie chciał opuścić bezludnej wyspy, ale co się z nim później stało, nie wiadomo. Pewnie umarł, bo był bardzo stary.
Maciuś nie mówił nikomu o tej przygodzie, bo nieprzyjemnie mówić, jeżeli mogą nie wierzyć. Ale potem szukał kilka razy polanki, wieży samotnej i pustelnika. Szukał bardzo uważnie w lesie koło rzeki wejścia do korytarza, którym go z wieży samotnej wyprowadził starzec. Ale nie znalazł nic. Cała przygoda pozostała tajemnicą. A pewien był Maciuś, że to nie sen: miał przecież dowody.
Niedobrze, jeżeli człowiek budzi się rano i nie wie, co będzie przez cały dzień robił. Na jeden albo na dwa dni znajdzie się zajęcie, ale na dłużej — trzeba koniecznie jakiś plan ułożyć; bo inaczej nic się nie chce robić — i zaczyna się nudzić. Toteż Maciuś ułożył plan dnia i plan tygodnia. Co drugi dzień płynąć będzie do dzieci w latarni morskiej, ale tylko na pół dnia, co dzień będzie czytał cztery godziny. Pamiętnik też będzie pisał codziennie. Godzinę grać będzie na skrzypcach. Prócz pamiętnika będzie pisał wspomnienia i błędy królowania. Godzinę będzie Maciuś rysował, bo mu to bardzo potrzebne. Nauczy się fotografować. Pułkownik Dormesko ma aparat fotograficzny i duży album z nalepionymi fotografiami. Wszędzie, gdzie był, robił zdjęcia. Wszystkich znajomych i wszystkie wojny ma razem zebrane i dlatego dobrze pamięta. A Maciuś strasznie dużo różnych rzeczy zapomniał.
I wizyty jego u dzieci z latarni zmienią się. Będzie je Maciuś uczył. Bo teraz jest tak, jakby tylko odwiedzał, żeby im coś dać. Ledwo wysiada z łódki, Ala pakuje ręce do kieszeni, szuka cukierków. Alo, starszy, wstydzi się, więc tylko czeka i nic nie mówi, Ala zabiera, co dla niej i nie dla niej, i ciągle się pyta:
— Co jeszcze? Daj.
I Maciusiowi nieprzyjemnie, bo mu się zdaje, że za mało przywiózł podarków; a przecież na wyspie nie tak znów wiele ma Maciuś. Inna rzecz, kiedy mieszkał w stolicy i minister handlu kupował, o co dzieci prosiły.
I tak wygląda, że nie na Maciusia czekają, a na prezenty. I gdyby Maciuś nie przywiózł, toby niepotrzebnie przyjechał.
Więc Maciuś postanowił, że będzie dzieci uczył: Alo nauczy pisać i czytać, a co robić z Alą, nie wiedział. Przywiózł wszystkie obrazki, a ona prędko i nieuważnie obrazki ogląda i ciągle chce coś innego.
Przypomniał sobie Maciuś, że kiedy był mały, królowa opowiadała bajeczki, układała domki z cegieł, z piasku albo gliny, robiła ogródki z kwiatów — i o tym właśnie opowiadała bajki. I sama różne rzeczy rysowała. Przypomniał sobie Maciuś, że nawet lepiej mu się podobały i rozumiał lepiej obrazki królowej niż w książkach. Śpiewała mu królowa, bawiła się w chowanki. Było coś jeszcze i jeszcze, tylko Maciuś zapomniał, bo to było dawno.
I przyszło Maciusiowi na myśl, że trzeba umieć bardzo wiele, żeby małe dziecko uczyć, że łatwiej mu będzie z Alo.
No i tak właśnie się stało. Alo prędko nauczył się czytać. Już czyta: pies, piasek, Piotr, pióro, i przepisuje, nie bardzo i tylko ołówkiem, ale umiał przeczytać, co napisał. Rachunki szły jeszcze lepiej. Alo zna liczby do stu i Maciuś mógł teraz grać w domino i w loteryjkę. Ala bardzo wtedy przeszkadzała. Kładzie byle co i złości się, że nie pozwalają.
— Patrz, Ala — mówi Maciuś — tu jest jedna kropka, a tu pięć. Więc musisz takie samo domino przyłożyć.
Ala ma i jedynkę, i piątkę, a łapie dwie dwójki i kładzie, i jeszcze się kłóci, że dobrze.
— Patrz — tłumaczy Maciuś — tu są dwie kropki. No policz. Jedna kropka i druga — dwie.
— Jedna, dwie — powtarza Ala.
Niby się zgadza z Maciusiem, nagle rozrzuci wszystko i jeszcze się złości.
— Be tata, be Alo, Ala nie kocha. Ala do dziadzi.
I leci na skargę, że ją niewinnie skrzywdzili.
Jeszcze gorzej jest z loteryjką. Ala chce wygrać i nic nie robi, tylko zakrywa. Alo wywołuje czternaście, a ją to nic nie obchodzi. Dobrze jeszcze, jeżeli jedno przykryje. Bo jak się znudzi, przykrywa wszystko i mówi, że wygrała.
Nie lepiej idą rysunki. Ala zamaże ołówkiem kartkę i mówi, że już, żeby dać czysty papier. A kółek i kreseczek za nic nie chce robić.
Muszą Maciuś i Alo ukrywać się przed nią, ale nie bardzo jest gdzie. A czasem naprawdę brakło cierpliwości.
Biegać Ala prędko nie umie, więc się przewraca i płacze. Najlepiej lubi słuchać, kiedy coś opowiadać. Ala wtedy patrzy, nawet buzię otworzy: pewnie myśli, że lepiej rozumie.
Maciuś tak z nią rozmawia, jak z kanarkiem.
Tak, bo Maciuś często rozmawia z kanarkiem. Posadzi kanarka na palcu i opowiada, pyta się, czy pamięta królowę65 i króla, ich pałac w stolicy, Stasia, Helcię, Klu-Klu. A kanarek czasem tak dziwnie łebek przekręci, jakby kiwał głową, że pamięta albo nie. Czasem coś ćwierknie w odpowiedzi, a czasem zaśpiewa. I kto tam wie, co rozumie i co odpowiada.
Tak samo rozmawia Maciuś z Alą.
Tam mówi:
— O, teraz kanarkowi zmieni się wodę, nasypie piasku świeżego, będzie znów czysto. Teraz da się kanarkowi świeżą sałatkę.
A tu mówi:
— Teraz Ala wytrze nosek, żeby był suchy. Teraz Ala da ołówek, bo trzeba narysować latarnię — będzie ładny obrazek. Ala zaniesie dziadziowi obrazek. Bo Ala grzeczna, dziadzio się ucieszy. Dziadzio powie: „O, Ala grzeczna, Ala przyniosła dziadziowi obrazek”.
I tak w kółko, ciągle to samo. Ala wcale się nie nudzi, słucha uważnie i nie przeszkadza.
„Takie małe dzieci powinny też mieć prawa” — myśli Maciuś. Ale ani rusz nie może wymyślić, co z nimi robić, żeby było wesoło, ale żeby nie przeszkadzały bawić się i uczyć starszym.
Maciuś już teraz rozumie, dlaczego król Pafnucy, w ogóle dorośli — są źli na dzieci. Pewnie dzieci tak samo przeszkadzają dorosłym, jak starszym dzieciom przeszkadzają malutkie. I pewnie dorośli tak samo myślą, że dzieci nic nie wiedzą.
Może i Ala tak jak kanarek coś rozumie, coś wie, ale to jest zupełnie inne. I Maciuś, który zapomniał, co myślał, kiedy był mały, już teraz nic nie pamięta.
Bo Ala nie zawsze biegała, krzyczała i wołała: „Tata, daj Ali!”. Czasem była zupełnie cicha. Popatrzy, popatrzy gdzieś daleko, a potem westchnie. Albo weźmie Maciusia za rękę i długo, uważnie patrzy mu w oczy — znów westchnie. Albo drgnie nagle, jakby się przestraszyła, albo zacznie oddawać wszystko Maciusiowi i mówi: „Masz — masz — masz”. A kiedy wszystko rozda, otwiera rączki i woła radośnie: „Nie ma, nie ma nic!” I cieszy się, klaszcze, śmieje i podskakuje.
Małe dzieci — napisał Maciuś w pamiętniku — podobne są do dzikich ludzi.
I zadowolony jest Maciuś, że może się przyjrzeć dokładnie małemu dziecku. Bo kiedy w domu sierot tylko się zbliżył do malców, zaraz zaczynali starsi wyśmiewać, że się z małymi bawi. Znaczyło niby, że głupi. I zaczynali żartować, wymyślali różne głupstwa, żeby naumyślnie przeszkodzić i zepsuć zabawę.
Teraz może Maciuś robić, co chce, bo jest na bezludnej wyspie.
Jedno tylko niepokoi Maciusia. Przecież nie wszystkie małe dzieci są takie jak Ala. Przypomina sobie Maciuś, jak podczas pierwszej wojny odpoczywał ich oddział we wsi niedaleko bojów. Żołnierze pozajmowali chałupy po czterech, po pięciu. Maciuś mieszkał wtedy przez dwa tygodnie w chacie, gdzie był chłopczyk taki sam jak Ala, mały, i podobnie mówił, ale był cichutki, siedział całe dnie koło pieca i patrzał66, i bardzo rzadko coś powiedział. Nie płakał, nie kręcił się, nie przeszkadzał, tylko był bardzo smutny. Nawet pomyślał Maciuś, że taki być musiał smutny król, kiedy był mały.
I w domu sierot różne były dzieci. Jedne o byle co płakały, ale cicho, inne wrzeszczały, a wcale łez nie było, inne o byle co biegły na skargę, jeszcze inne zaczynały się bić. Raz patrzał Maciuś, jak dwoje małych się biło, i nawet pomyślał, że to jest także wojna. Czasem bije się dwoje małych dzieci, a czasem biją się całe narody. I tak samo jak wtedy pewnie śmieją się z nich ci, którzy sami się nie biją, tylko się przyglądają.
Jakie to wszystko dziwne, że tacy rozmaici są ludzie, tacy zupełnie do siebie niepodobni. Tyle różnych rzeczy i tylu ludzi różnych trzeba poznać. I pewnie nawet dorośli królowie wiele nie wiedzą, i pewnie dlatego tak trudno być reformatorem.
Maciuś na przykład zupełnie nie zna starszych chłopców. Oni pierwsi zbuntowali się przeciw reformom Maciusia.
Na dzieci w wieku Maciusia mówią starsi „szczeniaki”. I udają dorosłych. Mówią sekrety między sobą, nie pozwalają podsłuchiwać. Za byle co biją, strasznie zarozumiali i dumni, do młodszych przychodzą tylko wtedy, jeżeli coś chcą pożyczyć albo dostać. A czasem biorą bez pytania, a jak się upomnieć, każą się odczepić. Nieprzyjemni są i ordynarni. Nawet jak zażartują, to albo się wyśmiewają, albo coś na złość zrobią, albo uderzą tak, że zaboli. Raz jeden starszy pożyczył od Maciusia pióro, nawet grzecznie poprosił. Ale kiedy Maciuś przed lekcją upomniał się, że mu potrzebne, kazał mu się wynieść i zamierzył się, żeby uderzyć. A potem nauczyciel krzyczał, że Maciuś bez pióra przyszedł na lekcję.
DO RADY PIĘCIU
Króla Maciusia Pierwszego Reformatora bezludna wyspa Białego Szatana
PODANIE nr 43
Upraszam Radę Pięciu, aby zmieniła straż wyspy. Wartownicy mają żony i dzieci w swoich krajach i im jest nieprzyjemnie. Mówią, że siedzą tu już pięć miesięcy, więc dosyć. Nie są więźniami, a muszą mieszkać na bezludnej wyspie — i to jest niesprawiedliwe. Bardzo mi przykro, że ludzie przeze mnie cierpią.
Więc proszę uprzejmie o łaskawą zmianę warty na nową. I proszę, aby nowa warta nie byli już dorośli, a starsi chłopcy. Jest tu łódka, można się kąpać, urządzać wycieczki, więc im się nie będzie nudziło. A później będą także mogli wyjechać.
Z szacunkiem
Król Maciuś Reformator
Podanie Króla Maciusia czytałem i nie znajduję przeszkód w wykonaniu jego życzenia.
Pułkownik Dormesko
Z początku gniewało Maciusia, że o byle głupstwo musiał pisać podanie do Rady Pięciu Królów, którzy byli jak gdyby opiekunami Maciusia-wygnańca. Ale się przyzwyczaił i nawet tak lepiej. Zapisuje w książeczce, co potrzebuje. Potem pisze podanie, oddaje pułkownikowi; pułkownik przykłada pieczęć, potwierdza, że się zgadza — pierwszym zaraz okrętem wysyła.
Czterdzieści trzy podania o różne rzeczy wysyłał Maciuś i ani razu nie odmówiono. Nawet rewolwer ma, bo nie jest więźniem, a dobrowolnie wyjechał.
I teraz właśnie prosi o zmianę straży, i bardzo jest ciekawy, kogo mu przyślą.
Ale nazajutrz po wysłaniu podania — dotknął Maciusia wielki cios: nagle umarł kanarek. Kanarek był już stary, w ostatnich czasach był już ociężały, smutny, nie śpiewał. Niechętnie wychodził z klatki i nie kąpał się w miseczce. Więcej rozrzucał dziobem jedzenia niż jadł. Maciuś widział to wszystko, ale myślał, że nic nie będzie.
Już po śmierci ptaszka przypomniał sobie Maciuś, że ostatniego wieczora był szczególnie smutny. Dziobek otwierał i oczki mrużył, jakby się dusił. I tak jakby mu zimno było. Maciuś chuchał, był nawet niespokojny, żeby kanarek nie zachorował. A on widocznie był już bardzo chory. A tu rano leży sztywny, nóżki wyprężone, cały jakby twardy się zrobił. A główka się rusza i jedno oko otwarte, a jedno zamknięte.
Włożył Maciuś dziobek w usta, znów chucha, prostuje głowę — biegnie do Walentego, ale sam widzi, że koniec.
„Teraz już nie mam zupełnie nikogo” — pomyślał smutnie Maciuś i zajął się pogrzebem.
Wyciął ze złotego papieru koronę, żeby wiadomo było, że to królewski kanarek. Wybrał pudełko nieduże, okleił papierem zielonym. Włożył do środka watę, rozsypał listki — i położył. Zajęło mu to sporo czasu, bo nie chciał, żeby ktoś widział. Tak jakby się wstydził. Ale co to za wstyd? Kanarka dała mu mama, która już nie żyje; tyle lat spędził w gabinecie ojca, który nie żyje. Więc to był wyjątkowy kanarek. A pamiątki szanują nie tylko królowie.
Karawan zrobił Maciuś z dwóch pudełek. Sznurek przywiązał. Zawinął wszystko w papier i wyszedł. Idzie na górę, która się wznosi na brzegu morza. Idzie oddać ostatnią posługę przyjacielowi wygnania. Kiedy doszedł do połowy, gdzie droga była równiejsza i już nikt nie mógł widzieć, postawił karawan, ułożył na nim trumnę i ciągnie ten nieduży ciężar dla rąk, a wielki ciężar dla serca.
Wyszukał Maciuś ładne, równiutkie miejsce pod drzewem na samym szczycie góry i wykopał nożem skautowskim grób. Dawniej pałaszami kopano groby dla poległych w boju. Zachciało mu się raz jeszcze spojrzeć. A może stanie się cud? I cud się stał, ale inny. Kiedy Maciuś pochylił się, żeby zobaczyć, a pudełko stało już w grobie — nagle rozległ się śpiew kanarka, ale taki głośny i długi jak nigdy. I Maciuś nie wie, czy to przyjaciel zmarłego, czy przeciwnie, może dokuczał i kłócił się, a teraz przeprasza, a może to dusza kanarka, który nie żyje, śpiewa w tym żywym.
Zakopał Maciuś pudełko, z kamyków zrobił wzniesienie i nie wie, czy można postawić krzyżyk, czy nie wolno.
I tak jakoś znów zaczął rozmyślać o mamie i ojcu. I że ich mogiły tak bardzo daleko. I że modlitwy Maciusia nie są takie, jak być powinny. Zawsze tylko nabożeństwa galowe. Zawsze z ministrami, mistrzem ceremonii, zagranicznymi posłami. Tak było w kościele, tak samo na grobach rodziców. I kto wie, czy nie przyjemniej leżeć obok kanarka na wysokiej górze nad morzem, pod palmą. I sam nie wiedząc, jak i dlaczego, zrobił Maciuś jeszcze dwa groby, a potem się zamyślił i jeszcze jedna powstała mogiłka — dla Kampanelli. A tak były już cztery groby. I tak powstał cmentarz Maciusia.
Nazajutrz musiał popłynąć na lekcję do latarni, chciał po obiedzie pójść na swój cmentarz, ale wiatr się zerwał, więc go do wieczora zatrzymał. A potem nie pamiętał Maciuś, który jest grób kanarka, więc wszędzie krzyżyki małe wkopał. Zrobił ogrodzenie z kamyków. Maleńkie były mogiłki, jak dla czterech ptaszków, ale wszystko, jak patrzeć z daleka, wydaje się małe, a mogiły rodziców są tak bardzo daleko.
I jeszcze bardziej polubił Maciuś górę nad morzem. Tu był jego cmentarz, tu grał na skrzypcach i tu się modlił. Tu spędził długie godziny na rozmyślaniach o samotnej wieży i pustelniku.
A często Maciuś nie myślał o niczym, tylko mu się zdawało, że coś dobrego się dzieje, że te mogiłki, żywe kanarki na drzewie, skrzypce, samotna wieża, Ala i Alo, morze i Klu-Klu, i gwiazdy — że to wszystko razem jest i Maciuś, i niebo, i ziemia. Był wtedy blisko stolicy, widział, wiedział i rozumiał wszystko. I tak mu było cicho i smutno, i przyjemnie, że już wie wszystko na świecie. Wie Maciuś, że czarni królowie prowadzą z białymi wojnę, wie, że kraj czeka na powrót Maciusia, wie, że smutny król znów się pokłócił z młodym królem — i wie, że nowa straż, która tu przyjdzie, skrzywdzi go bardzo, będzie mu gorzej niż teraz, o wiele gorzej.
Czeka Maciusia tyle jeszcze cierpień — i śmierć: Maciuś nie ożeni się z Klu-Klu.
Ale nie z gazet, nie z książek wie Maciuś wszystko. A skąd? Trochę z cmentarza, trochę z samotnej wieży, trochę sam z siebie, a wszystko od Boga.
I tak ot czuje, że niepotrzebnie się biją czarni z białymi, i się nie spieszy do kraju, gdzie czekają na jego powrót, i nie żałuje, że żądał nowej straży, która mu tyle smutków zgotuje, i nie boi się Maciuś śmierci.
Jest spokojny i chyba szczęśliwy. Nie myśli o niczym.
Na Fufajce też było mu wszystko jedno, kiedy chciał jechać na bezludną wyspę. Ale wtedy czuł Maciuś ból, jakby otrzymał ranę — burza w nim jakaś była. A teraz jest spokój. Nie wie Maciuś, co to za myśl-królowa, ale wie, że jest, bo pszczoły jego ducha spokojne są, wesołe.
Oto dlaczego zapomniał Maciuś o napisanym czterdziestym trzecim podaniu do Rady Pięciu. Nie, żeby zapomniał nawet, ale nie czeka i nie ciekawy. Bo ciekawi są ludzie, kiedy nie wiedzą.
Nie chciał też Maciuś robić niespodzianki Walentemu i reszcie straży, a nic nie mówił, bo po co? Przecież się dowiedzą.
Ale przyjemnie było Maciusiowi, gdy zawinął okręt i warta dowiedziała się, że wraca do domu. Teraz dopiero zrozumiał, jak bardzo tęsknili.
Spokojny zawsze Walenty przewrócił czajnik z gorącą wodą, potłukł porcelanową figurkę, która stała na biurku Maciusia, i zgubił klucz od spiżami, że się obiad spóźnił o godzinę. Toż samo inni. Biegną, niby się pakują, nie mają niby czasu. A wiadomo, co ma żołnierz: kuferek, miseczkę i łyżkę — nic więcej. A wszystko z radości.
O godzinie piątej po południu przysłał pułkownik Dormesko ordynansa:
— Czy jego królewska mość raczy udzielić audiencji?
Wszedł wyprostowany w mundurze (cały czas chodził w szlafroku). Co to ma znaczyć?
— Przyszedłem złożyć waszej królewskiej mości raport pożegnalny.
— Więc i pan mnie opuszcza?
— Oto rozkaz.
I podał Maciusiowi papier, wciąż stojąc na baczność.
Maciuś przeczytał, spojrzał na pustą klatkę kanarka i tak mu było dziwnie, jakby tam na górze, nad morzem, sama wyrosła jeszcze jedna mogiłka.
Dobry, poczciwy Dormesko: na wszystkie żądania Maciusia się zgadzał, zawsze wszystko podpisywał.
Co będzie teraz?
Dowództwo warty objął rotmistrz ułanów, markiz Amary. Młody, energiczny, bardzo ładny, przysłany został za karę: jednej nocy miał trzy pojedynki i zwymyślał generała. Prócz dwóch pisarzy dorosłych i ordynansa, przywiózł dziesięciu chłopców na zmianę warty.
Meldunek jego głosił:
Zgodnie z życzeniem Waszej Królewskiej Mości przywiozłem dziesięciu wyrostków dla osobistej ochrony i na rozkaz Rady Pięciu objąłem dowództwo wyspy.
Maciuś podpisał:
Czytałem.
Wszystko się zmieniło. Wszystko — od razu. Chłopcy zajęli pokój obok Maciusia, Amary zajął domek, gdzie poprzednio mieszkała warta. Kancelaria dowództwa przysyłała Maciusiowi codziennie po kilka różnych papierów. Były to cyrkularze, rozkazy dzienne, regulaminy i wszystko Maciuś musiał czytać i podpisywać. Budzono go w nocy lub szukano w lesie.
— Papier z dowództwa do waszej królewskiej mości.
Maciuś dwa dni był cierpliwy, trzeciego dnia wezwał rotmistrza do siebie.
Przyszedł natychmiast, ale nie witając Maciusia pierwszy usiadł na krześle, zapalił papierosa.
— Panie rotmistrzu — powiedział Maciuś podrażniony jego poufałością — wezwałem pana służbowo.
— W takim razie przyjdę później, kiedy wasza królewska mość, ubierze się w mundur wojskowy.
I już wychodzi.
Maciusiowi krew uderzyła do głowy.
— Nie ubiorę się w mundur — powiedział zduszonym głosem — i zapowiadam panu, że jego papierów ani czytać, ani podpisywać nie będę. Nie jestem więźniem, opieka pańska jest mi niepotrzebna. Pułkownik Dormesko...
— Pułkownik Dormesko wyjechał — sucho przerwał Amary. — Pułkownik Dormesko nie tylko nie zostawił papierów żadnych ani rachunków, ale nie pomyślał nawet, aby narysować plan wyspy. Pułkownik Dormesko nie umiał odpowiedzieć na pytanie, czy ta bezludna wyspa naprawdę jest bezludna. Pułkownik Dormesko nie wypełnił ani jednego obowiązku swej służby. Odpowiedni protokół jest gotów i będzie wysłany. Wszystkie zgodne z przepisami rozkazy waszej królewskiej mości będę spełniał, sprawy sporne odsyłać będziemy do Rady Pięciu: waszej królewskiej mości przysługuje prawo skargi do Rady Pięciu. Ja się wzorować na pułkowniku Dormesko nie będę. Cześć!
Maciuś został sam. W sąsiednim pokoju rozległ się przyciszony śmiech.
„Ze mnie się śmieją — pomyślał Maciuś. — Ano dobrze”.
Amary co godzinę przysyła papier do podpisu. Maciuś odsyła. Nie czyta, nie podpisuje. Rano i wieczorem przychodzi Amary z zapytaniem:
— Jak zdrowie waszej królewskiej mości?
Maciuś nie odpowiada.
Wzywa Amary wartę na ćwiczenia. Ordynans melduje:
— Czy wasza królewska mość zezwala iść na ćwiczenia?
Maciuś odpowiada krótko:
— Nie.
Tak trwało pięć dni, aż do przybycia okrętu. Tym razem przyjechali różni rzemieślnicy: będą odnawiać mieszkanie rotmistrza. Rozlega się w lesie stuk topora. Rąbią, piłują. Rotmistrz buduje ganeczek przed domem, altankę, jeszcze jakiś budynek. Ludzie biegają, Amary wymyśla, klnie — zamęt, bieganina — zakłócono Maciusiowi spokój.
Chyłkiem wymyka się Maciuś: teraz stokroć droższy stał mu się cmentarz na górze, łódka, lekcje z Alo i Alą, samotne spacery po lesie i skrzypce.
Maciuś rozumie, że to dopiero początek. Czeka spokojnie, co będzie. Amary niby o nim zapomniał, ale kancelaria pracuje: widzi Maciuś przez okno, jak dwaj pisarze, pochyleni przy stole, do późnego wieczora coś piszą. Przysłane do podpisu papiery są coraz dłuższe. Maciuś ich nie czyta.
Jedzenie z każdym dniem staje się gorsze, Maciuś jest głodny. Dawniej zerwał czasem parę daktyli albo figę, teraz bez bananów i fig nie mógłby się wyżywić. Aż nie przysłano mu wcale obiadu. A co gorsza, usłyszał Maciuś z sąsiedniego pokoju taką uwagę:
— Oni będą się kłócili, a my zdechniemy z głodu.
Zastukał Maciuś w drzwi: był to umówiony znak, że ma przyjść ordynans.
— Czy dostaliście obiad? — pyta się Maciuś.
— Melduję posłusznie, że od trzech dni kuchnia dowództwa nie wydaje nic. Rotmistrz bez podpisu waszej królewskiej mości nie ma prawa wydawać.
Maciuś ubrał się w mundur wojskowy i wezwał rotmistrza.
— Proszę o przysłanie mi do przejrzenia wszystkich papierów kancelarii dowództwa.
— Rozkaz, wasza królewska mość.
— I proszę o wydanie warcie obiadu.
— Rozkaz, wasza królewska mość.
W pięć minut później przyniesiono do podpisu rozkaz wydania obiadu. Maciuś podpisał.
W dziesięć minut później rozległo się w sąsiednim pokoju trzykrotne „Wiwat!” i brzęk łyżek.
Po czym przyniesiono Maciusiowi obiad, który Maciuś odesłał. Nie chciał jeść, a zresztą nie miał czasu. Czytał papiery.
Chłodny pot wystąpił Maciusiowi na czoło. Była tam skarga na pułkownika Dormesko, że nie zostawił żadnych dowodów na to, co mu przesyłano.
Nic nie wiem — pisze Amary. — Nie wiem, ile powinno być krzeseł, stołów, łóżek, prześcieradeł, talerzy i noży. Nie wiem, gdzie się podziało przysłane mydło, mleko, cukierki, książki i zabawki. Doniesiono mi, że dzieci latarnika mają wiele kradzionych rzeczy króla Maciusia. Ani jednego kwitu, żadnych rachunków. Domki brudne i odrapane, szkodliwe dla zdrowia. Warta rozpuszczona, robiła, co chciała...
Były trzy skargi na Maciusia. Ale skargi wyglądały tak, jakby się rotmistrz litował i dbał o zdrowie królewskiego samotnika:
Zdrowie króla w stanie opłakanym. Jest zdenerwowany i przygnębiony. Nie chce ani czytać, ani podpisywać papierów dowództwa wyspy, czym uniemożliwia pracę. Nie pozwala prowadzić nauki dla warty.
Druga skarga:
Król odbywa dalekie wycieczki łodzią. Powraca zmęczony i podrażniony. Wspina się na górę, skąd można spaść i zabić się. Chodzi po lesie, w którym są dzikie zwierzęta, węże, a być może i ludożercy.
Trzecia skarga:
Król pozwala wartownikom hałasować do późnej nocy. Toteż krzyki ich rozlegają się po całej wyspie. Przeszkadzają w pracy robotnikom, ukradli piłkę i dwa topory. Jeśli zauważyć, że z chłopcami w tym wieku w ogóle trudno sobie poradzić, to już nie wiem, co będzie.
Chłopcy naprawdę bardzo hałasowali, palili papierosy, mówili brzydkie wyrazy, kłócili się i bili, tak że Maciuś ani grać nie mógł w pokoju na skrzypcach, ani spać w nocy. Chciał parę razy zwrócić im uwagę, ale myślał, że się uspokoją.
Maciuś nie rozmawiał z nimi, nie wiedział, jak się nazywają. Ordynans Maciusia nazywał się Filip.
Filip był dużym chłopcem, ale nieprzyjemnym. Niby był bardzo posłuszny: stawał na każde wezwanie, po wojskowemu wykręcał się na pięcie, jakoś nieprzyjemnie patrzał67 prosto w oczy. I chociaż niby nic, ale raz Maciuś, kiedy stał odwrócony, widział na cieniu na ścianie, jak mu z tyłu pogroził pięścią i język wywalił. Maciuś nie miał pewności, że tak było naprawdę — może mu się zdawało. Bo po co by to robił? Nikogo więcej w pokoju nie było, a zresztą za co miał Maciusiowi grozić?
Nawet często słyszał przez drzwi, jak Filip uspokajał kolegów:
— Cicho! Nie dajecie królowi spać. Cóż wy, chamy, królowi przeszkadzacie?
Ale Maciuś gorzej nie lubił tego uspokajania, niż gdyby nawet hałasowali. I dziwił się, że Filip tak krzyczy, bo przecież wiedział, że obok wszystko słychać. I tak jakoś dziwnie mówił „Krrról”, jakby się wyśmiewał czy zazdrościł, czy jak...
Starał się teraz Maciuś najmniej siedzieć w pokoju, najmniej być koło domu. Albo na górze przystrajał cmentarzyk kwiatami, albo popłynie do latarni, albo siądzie nad morzem i myśli:
„Trzeba coś zrobić. Trzeba napisać do Rady Pięciu. Ale co?” Nie może pisać, że chce, żeby wszystko było po staremu, bo powiedzą, że sam nie wie, o co prosi. Trzeba się z tymi chłopcami rozmówić: że chce ich poznać i polubić. Ale to kłamstwo: bo nie chce ich wcale lubić, chce się ich pozbyć; bo po co ukrywać? Oni są wstrętni.
Palą papierosy, umyślnie przez dziurkę od klucza dmuchają do jego pokoju. Przecież słyszy ich szepty i przyciszone śmiechy. Już woli, żeby hałasowali, niż kiedy szepcą i śmieją się, na pewno z Maciusia — bo słyszy przez drzwi to „król”, to „on”, to „Maciuś”. Aż nagle Filip wrzaśnie na całe gardło:
— Uspokójcie się, bydło, krrrrrról chce spać! Krrrólowi nie wolno przeszkadzać, kiedy chce spppać!
Wszystko się zmieniło — od razu się zmieniło.
Następnym okrętem znów przyjechało kilka dorosłych osób: będą mierzyć wyspę, muszą zrobić plan wyspy. Przyjechały dwie panie, będą rysowały. Przyjechał lekarz, zbadał Maciusia, napisał coś na arkuszu i zaraz tym samym okrętem odpłynął. Zaczęto budować jeszcze jeden domek, specjalnie na kancelarię. Przywieziono trąby, na których mieli grać pisarze, rzemieślnicy i dwaj chłopcy z warty. Orkiestra grała, rotmistrz, geometra i dwie panie — tańczyli. A Maciuś leżąc w łóżku — zapłakał.
Tak strasznie żal Maciusiowi pułkownika Dormesko, tak mu brak Walentego, który umiał sny tłumaczyć, tak smutno i źle, że gdyby nie dzieci z latarni i cmentarz na górze — ubrałby się, poszedł do gęstego lasu albo i wieżę samotną odszukał i tam się ukrył, albo poszedł do dzikich, którzy — wie Maciuś, że są, ale się ukrywają.
I nagle poczuł Maciuś, że coś chodzi po kołdrze.
„Pewnie mysz”.
Nie, było to zwierzątko większe od myszy, z małym ogonkiem — rude, z białymi łapkami. A co dziwniejsze, miało na szyi łańcuszek z jakimś ciężarkiem. Nie, to nie ciężarek, a orzech. A w orzechu był list od Klu-Klu.
Kochany Maciusiu — pisze Klu-Klu — serce mi mówi, że jest Ci źle na wyspie bezludnej. Z białymi się teraz wcale nie widuję, bo jest wielka wojna. Bum-Drum zabity. Jestem tak samo sierotą jak i Ty.
Dalej następował dokładny opis, jak należy odpowiedź włożyć do orzecha, jak orzech zakleić, żeby się papier nie zamoczył, kiedy szczurek będzie płynął przez morze.
Zrozumiał Maciuś, że to zwierzątko jest jakby gołąb pocztowy. W odpowiedzi uspokoił Klu-Klu, że mu dobrze, że nie wie jeszcze, czy na wyspie zostanie, żeby często do niego pisała.
I na cmentarzu Maciusia przybyła jeszcze mogiłka. Rozsunął Maciuś parkan z kamyków; bo jeśli na cmentarzu leżał już kanarek, to mu rodzice wybaczą, że i przyjaciel, choć ludożerca, leżeć będzie obok.
— Raz — dwa — trzy — cztery — pięć — policzył Maciuś, siadł na czółno i popłynął do Ali.
Dziwnie dobre były dziś dla niego dzieci. Nic im nie przywiózł, bo nie chciał zaczynać z rotmistrzem, który od rana był zły i krzyczał na wszystkich. Nic nie przywiózł dlatego. Więc Alo podarował mu ładną muszelkę. Ala dała Maciusiowi kamyczek zupełnie okrągły. I Maciuś wiedział, że to będą pamiątki, bo więcej już nie przypłynie.
Ala ani razu nie płakała, nie kaprysiła. Alo przeczytał bajkę O Czerwonym Kapturku i tylko raz się pomylił. Tak strasznie nie chciało się Maciusiowi wracać. Niechby tamci robili, co chcą, na bezludnej wyspie, a Maciuś zostałby tutaj.
Ano, wraca Maciuś, a w pokoju czeka na niego Amary.
— Ach, jak to dobrze, że wasza królewska mość powrócił. Byłem niespokojny. Ej, Filip!
Staje Filip wyprostowany jak struna.
— Warta ma stanąć koło kancelarii, rozumiesz? Pokój zamknąć na klucz, klucz mi oddasz, rozumiesz? I jeżeli któremu z was przyjdzie do głowy podsłuchiwać pod drzwiami tajną rozmowę z jego królewską mością, to żywcem skórę zedrę — rozumiesz? Ruszaj!
Filip wszedł do sąsiedniego pokoju, szmer — wszyscy wyszli, Filip oddał klucz.
— Kochany kuzynie — zaczął rotmistrz — pragnę żyć z kuzynem w zgodzie. Chcę kuzyna przeprosić i błagać o przebaczenie.
Amary ukląkł przed Maciusiem.
— Proszę wstać — powiedział Maciuś — nie jestem święty, żeby przede mną klękać. Nic nie rozumiem.
— Najdroższy kuzynku, jestem prawnukiem Elżbiety Narwanej, rodzonej ciotki Henryka Porywczego. Jesteśmy krewni, dlatego smutny król pozwolił mi tu przyjechać. Chcę być posłuszny jak baranek. Nie wydałem obiadu dla waszej królewskiej mości, drogi... kuzynie, bo rachunki muszę mieć w porządku. Ale dostałem tajny rozkaz i teraz będziemy żyli w przyjaźni. Królu, jeśli mi nie przebaczysz, to patrz.
Markiz Amary przykłada do głowy rewolwer i chce się zabić.
— No dobrze — woła przestraszony Maciuś — chcę też żyć z kuzynem w przyjaźni!
A ten rzuca się Maciusiowi na szyję.
Widzi Maciuś, że rotmistrz pijany.
Zgadza się Maciuś na wszystko, żal mu kuzyna i chce, żeby sobie poszedł.
— Płynie we mnie królewska krew. I za co tak cierpię? Musiałem się pojedynkować, bo mnie obrazili. Musiałem zwymyślać generała. I cóż ja takiego powiedziałem: że „ostatni dureń”. No, bo dureń. No, powiedz, najdroższy kuzynie — sam powiedz, czy nie dureń?
— Dureń — zgadza się Maciuś.
— A czy mogłem się nie pojedynkować, no powiedz, wasza królewska mość?
— Nie, nie mogłeś.
— Więc za co mnie tu zesłali?
I znów chce się zabić.
— O, tu mam tajny rozkaz od smutnego króla: Każde życzenie Maciusia jest jak moje własne. Oto tu mam tajny rozkaz... Nie, to nie ten. Bo mam jeszcze drugi rozkaz... Oooo, tu jest. To jest rozkaz młodego króla: Posyłam doktora, niech zbada Maciusia i niech napisze, że Maciuś zwariował, to się ogłosi i będzie koniec. Tak, mój najdroższy kuzynie, takich to przyjaciół mamy my, królowie.
— Młody król był mi wrogiem, nie przyjacielem — mówi Maciuś.
— No tak, ale Klu-Klu... nie, nie Klu-Klu, tylko ten gałgan z latarni morskiej udaje przyjaciela, a ukradł tyle zabawek. Dwie łamigłówki, pajacyk, cztery książki, sześć kolorowych ołówków. Kto za to będzie płacił? Jestem biedakiem, choć płynie we mnie królewska krew. A honor nie pozwala mi nie zapłacić. Zabiję Dormesko i siebie.
— Drogi kuzynie — mówi Maciuś, żeby go uspokoić — ja sam darowałem to wszystko.
— Wasza królewska mość jest szlachetny. Wasza królewska mość ukrywa przede mną, ale ja wiem. Ci szubrawcy-chłopcy hałasują i spać nie dają waszej królewskiej mości. Palą papierosy, co to za papierosy — to są najgorsze śmierdziuchy. I przez dziurkę od klucza wpuszczają dym. I umyślnie wrzucają muchy do królewskiej herbaty, i wsypują pchły do łóżka waszej królewskiej mości. I ukradli dwie siekiery i pół funta gwoździ. A kto za to odpowiada! Ja! Ja! Ja! Nędzarz! Praprawnuk królowej Elżbiety.
Ledwo udało się Maciusiowi odebrać rewolwer. Ułożył go na własnym łóżku, sam wpuścił przez okno wartę, żeby się cicho spać położyli — bo rotmistrza boli głowa.
Siedzi Maciuś, ale taki zmęczony. Tyle się od razu dowiedział.
Więc dlatego było tyle much w herbacie, bo mu umyślnie wrzucali?
Więc dlatego przyjechał doktór68, żeby z niego zrobić wariata?
Więc dlatego pchły tak go gryzą?
Więc rotmistrz musi płacić za wszystko, co zginie?
No, dobrze, ale kto płaci za życie Maciusia, który nic przecież nie robi, a podróże, okręt, latarnia — to wszystko drogo kosztuje.
I czy Amary naprawdę jest jego kuzynem?
I czy nie można ukryć się na wyspie, dokąd nie przypłynie żaden okręt, żaden szczurek, gdzie może być zupełnie — ale to zupełnie sam?
Maciuś zrozumiał jedno: że już nie zostanie długo na bezludnej wyspie. Kiedy w więzieniu postanowił uciec, było zupełnie inaczej. Serce mocno mu biło, myśli latały w głowie — to tu — to tam — spieszył się, bał się, że się nie uda. A teraz nic. Nawet nie przychodzi mu na myśl, że może się nie udać. Jest zupełnie spokojny. Popatrzy — poczeka jeszcze, może się coś zmieni.
Położył na stole muszelkę Alo i kamyczek Ali. I od razu zapomniał o wszystkim. Taka miła muszelka, taka jedyna na świecie. Wie Maciuś, że muszelek jest na brzegu tysiąc i więcej, ale tę muszelkę dał Alo i powiedział:
— Masz za to, że mnie uczysz.
I ten zwyczajny kamyczek jest tylko jeden na świecie. Dała go Ala, uśmiechała się do niego: i do kamyczka, i do Maciusia. Na całym świecie nie ma kamyczka, w którym by był tam gdzieś we środku69, w duszy, uśmiech małej Ali.
Siedzi Maciuś, choć noc. Nie ma się gdzie położyć, bo łóżko zajęte. Wziął pióro i wpisał do pamiętnika:
Myślałem, że rotmistrz jest zły, a on jest bardzo biedny. Gdyby młody król powiedział wszystko, co myśli, i gdybym ja powiedział wszyściutko, co myślę — może nie bylibyśmy wrogami.
I dalej:
Byłoby dobrze, żeby każdy miał samotną wieżę w lesie gęstym.
I dalej:
Są różni ludzie na świecie.
Oparł Maciuś głowę o stół i zasnął.
Jeśli Maciuś nie rozmawiał z wartownikami, to głównie, że nie wiedział, jak do nich mówić. Chciał żyć z nimi jak dawniej z Felkiem. Ale nie chciał pozwolić mówić na siebie „ty”. Wtedy było inaczej: był prawdziwym królem i tak być mogło. Może to zresztą nie było dobre. Mówić im „pan” też nie chciał. Więc trudno mu było.
Ale raz spotkał się przypadkiem z najspokojniejszym i porządnym. I on, jak Maciuś, chodził często na brzeg morza i nie — żeby łapać ryby, a tak sobie siedział. A kiedy widział Maciusia, zaraz odchodził, pewnie żeby nie przeszkadzać.
Spotkali się nagle i tak blisko, i tak od razu, że przystanęli na wąskiej ścieżce.
— Dzień dobry — powiedział Maciuś.
— Dzień dobry.
— Ładnie jest w lesie.
— I cicho.
— Dawniej na całej wyspie było cicho. Dopiero teraz tak się zrobiło. A wy lubicie ciszę?
— Ja lubię.
— Więc dlaczego u was tak głośno?
Pytanie widocznie nie było przyjemne. Nie odpowiedział. Nie chciał obmawiać kolegów.
— Jak się nazywacie?
— Stefan.
— Mój ojciec nazywał się Stefan.
— Wiem, uczyłem się w historii.
Od słowa do słowa dowiedział się Maciuś o wielu rzeczach.
Stefan ma ubogich rodziców. Akurat ojciec nie miał roboty, więc wyjechał na wyspę, żeby pomóc rodzinie, a ciężko pracować nie może, bo słaby na serce. Cały żołd ojcu odsyła.
— Tęsknicie?
— Trochę. Co przyjdzie z tęsknoty. Tak trzeba.
— No a inni?
— Nie wiem dobrze. Jeden, sierota — był w orkiestrze wojskowej. Drugi, syn krawca — dziewięcioro małych dzieci — bieda wielka. Trzeci ze wsi — chciał się uczyć, przyjechał do miasta, ale nic znaleźć nie mógł. Czwarty ma niedobrego ojczyma: prawie go wygnał z domu. A reszty nie znam.
Nie zna albo mówić nie chce.
„Są różni ludzie na świecie” — pomyślał Maciuś.
I nagle:
— Słuchajcie, Stefan, czy palicie papierosy?
— Ja nie palę.
— A dym was nie dusi, jak oni palą?
— Tak, trochę — zakasłał się Stefan.
— Słuchajcie: możecie spać u mnie.
— Dziękuję waszej królewskiej mości; niech już tak zostanie.
— Dlaczego?
— Dokuczać będą.
— Za co?
— Powiedzą, że się pieszczę, podlizuję...
— Kto? Wszyscy powiedzą?
— Nie wszyscy, ale powiedzą.
— No to niech mówią.
— Nie, przykro. Dziękuję waszej królewskiej mości.
Wyraźnie chce odejść. Smutno się Maciusiowi zrobiło.
— Czemu uciekacie?
— Taak. Zobaczą, dokuczać będą.
— A teraz nie dokuczają?
— Co mają dokuczać? — prawie z gniewem powiedział Stefan.
I odszedł.
Przykro było Maciusiowi, żal chłopca.
Co robić?
Do domu wracać nie chce, w lesie smutno, a nad morzem włóczą się ciągle teraz ci albo tamci.
— Pojadę do Ali — decyduje Maciuś.
Idzie na brzeg, chce siąść do czółna, a tu nie ma wioseł. Biegnie Maciuś do dowództwa na skargę.
— Wiosła zginęły.
— Zaraz się znajdą — mówi rotmistrz — zawołać mi wartę.
— Co pan chce robić, panie rotmistrzu?
— Mordy prać!
— Nie pozwalam.
— To trudno: nie będzie wioseł.
Idzie Maciuś do domu, głowę pochylił, zgarbił się cały.
— Wasza królewska mość, wiosło znalazłem, ale jedno, tam w krzakach — mówi Filip.
— A drugie?
— Drugiego nie ma. Ale ja się przepytam i znajdę.
— Słuchaj no, Filip, chyba ty wziąłeś wiosła.
— Jaaa? — zdumiał się Filip. — Jaaa? Jak Boga jedynego kocham, żebym się z miejsca nie ruszył, przekona się wasza królewska mość...
A im więcej zapewnia, tym pewniejszy Maciuś, że to on właśnie.
Niby chodzi, biega, rozpytuje się. A wieczorem ryczy w sąsiednim pokoju:
— To ty, Stefan! Poczekaj, złodzieju, ja mam cierpieć za ciebie! Mnie mają posądzać?
Słucha Maciuś: żeby się Stefan słowem odezwał. Nic.
A następnego dnia czółno znikło. Urwało się z łańcucha — i w morze. Kto znajdzie czółno przez morze porwane? Czekają pewnie Alo i Ala — nie, nie przyjedzie Maciuś. Nie przyjedzie ani dziś, ani jutro. Wrócił do pokoju, przygotował plecak do drogi. Jeszcze pożegna się z górą, a nocą wyruszy. Co ma być, niech będzie.
Idzie na swoją górę, ale niepokój czuje. Może znów coś złego? Idzie spiesznie, jakby chciał przeszkodzić komuś albo bronić. Aaa, pochwycił na gorącym uczynku: Filip kopie nogami cmentarz Maciusia.
Nagle stało się coś, czego Maciuś żadną miarą nie mógł zrozumieć. Zamąciło się w głowie, mignęło przed oczami. Ręka się zacisnęła, uderzyła. Filip pochwycił rękę Maciusia, ale Maciuś był strasznie silny. I chciał bić. I bił. Parę razy Filip odepchnął, więc Maciuś chwycił go za bluzę — i bije, i brak mu tchu. Pochylił się Filip, znów pochwycił ręce Maciusia, ale tylko na chwilę. Odwrócił się i poczuł Maciuś pierwsze uderzenie. Teraz dopiero zyskał Maciuś prawo do walki prawdziwej. Jakby go krępowało, że Filip się broni, chwyta ręce, ale sam nie bije. Skoczył, ale mu się nie udało, cofnął się o krok, całym ciężarem runął na wroga. Filip się pochylił, Maciuś wyrżnął w twarz tuż koło ust, potem dwa razy w głowę. Otrzymał uderzenie. Owinął ręce koło szyi, bije brodą, kopie. Znów dwa razy uderzył, otrzymał dwa uderzenia w piersi. Wyciął, ale nie trafił. I w nos.
I na skopany w walce cmentarz Maciusia — trysnęła krew.
Oprzytomnieli.
— Masz — podał mu Maciuś chustkę do nosa.
Nabrzękła twarz Filipa miała wyraz pogodny. Uśmiechnął się wesoło. Pokręcił głową.
— Nie przypuszczałem, że królowie umieją tak grzmocić.
Maciuś wie, że to wstęp do długiej rozmowy — i czeka.
— Kiedy tak, to już powiem. Wszystko jedno. No tak: ja puszczałem dym, ja zegar umyślnie popsułem, ja muchy — całą garść — do zupy wrzuciłem — ja czółno i wiosła ukradłem. Dokuczałem, mściłem się, ale i nade mną się mścili.
Filip oddany był za kradzież do domu poprawczego, kiedy miał dziesięć lat. I było mu źle. Nie dawali jeść i bili. Wszyscy bili. I dozorca, i stróż, i majster, i starszy chłopak. Kto silniejszy, kazał usługiwać, mógł broić po kryjomu i zwalał winę na słabszych — kto silniejszy, odbierał chleb i cukier małym i słabym. Tam nauczył się w karty grać, papierosy palić, mówić świństwa. Tam nauczył się mścić, robić na złość, kłamać, wykręcać się i oszukiwać.
— A co ja ci złego zrobiłem? — pyta się Maciuś. — Dlaczego mi dokuczałeś?
— Albo ja wiem. Ot, gniewało mnie, że jeden jest król, a drugi — złodziej. I chciałem wiedzieć, czy król naprawdę jest dobry, czy kłamią. Albo ja wiem. Chciałem, żeby się król poskarżył rotmistrzowi i żeby nam baty wsypali.
— Wszystkim — więc i tobie?
— Ano i mnie. Ważna rzecz. To tylko z początku nieprzyjemnie, a potem już wszystko jedno.
— Słuchaj, Filip, nie gniewasz się, że ciebie biłem?
— Eee, co to za bicie. Tylko że w nos się nie bije.
— Nie wiedziałem.
— Rozumie się. Bicie — to niełatwy fach. Trzeba umieć tak bić, żeby bolało, ale żeby nie było ani krwi, ani znaków.
— Słuchaj, Filip, mam prośbę do ciebie. Nie dokuczaj ty Stefanowi.
— Więc niech się broni. Dlaczego taki gamajda70? Robią mu coś, a on nic: to drażni.
— On chory, kaszle.
— No to co? Mówić przecie może? Niech się językiem broni. Bo tak wygląda, jakby był dumny. Niby że nic sobie ze mnie nie robi.
— A jeśli nie umie?
— To niech się nauczy.
— A jeśli nie chce?
— Niech nie będzie uparty.
— Więc nie chcesz obiecać, że mu nie będziesz dokuczał?
— Niech będzie! Nie takie mi znów to dokuczanie potrzebne.
Podali sobie ręce.
— Pamiętaj...
Napisał Maciuś do rotmistrza, że prosi, żeby go nie szukali. Nie jest ani jeńcem, ani więźniem. Może robić, co chce. Dla Rady Pięciu będzie nawet lepiej. Nic ich kosztować nie będzie. Amary wróci do domu. Niech im się zdaje, że Maciuś nie żyje.
No i poszedł. Nocą ciemną — dokąd oczy poniosą.
Wziął tylko, co najkonieczniejsze.
Kierunek wybrał w lesie taki, żeby go nie znaleźli w razie pościgu. Więc idzie blisko, ale nie nad rzeką. Wodę mieć musi, ale żeby nad brzegiem nie znaleźli.
A las gęsty. Nie znajdą. Wystarczy o pięć kroków zaszyć się między krzaki — i byle się nie odezwać, nie złapią.
Ile drogi przeszedł Maciuś, sam nie wie. Gdzie trzeba się przedzierać między gęstwiną, idzie krok za krokiem. Gdzie droga równiejsza, idzie żwawiej. Zresztą nie spieszy się. Jest wolny i bezpieczny. Widocznie nie ma na wyspie ani dzikich zwierząt, ani jadowitych wężów. Głodu się nie boi. Wie z przeczytanych książek, jakie owoce są pożywne, jakie rośliny mają sok słodki, który zastępuje cukier, jakie grzyby jadalne, jakie korzonki podobne do marchwi i sałaty.
Sypia na drzewach zupełnie wygodnie — nawet przyjemniej niż w łóżku. Bo drzewa oplątane lianami o gęstych gałęziach i liściach tworzą jakby wiszące, wygodne, zielone i pełne zapachu materace. Uginają się jak sprężyny. A spaść nie można, choćby się we śnie z boku na bok nawet przekręciło.
Raz spadł na miękkie krzaki, trochę rękę podrapał.
Chciał Maciuś wstąpić do samotnej wieży, ale jej nie znalazł. I po co? Widocznie pustelnik nie chce z nim rozmawiać. Zaraz go wyprowadził.
Idzie Maciuś, idzie, wcale się nie spieszy. Raz cały dzień spędził na tym samym miejscu. Parę razy zdawało się, że słyszy głosy pościgu nad rzeką. To znów jakby głos trąbki. Ano: jak chcą, niech się bawią z nim w chowanego. Znudzi im się, to wrócą.
Przez pierwszy tydzień zapisywał Maciuś, ile dni jest w drodze. Ale przestał, bo po co? Niech sobie przechodzi jeden dzień po drugim. Ciekawi są, którzy na coś czekają, a Maciuś na nic nie czeka.
Ale szczurek pocztowy go znalazł. Ucieszył się Maciuś. To strasznie zabawne. Takie małe stworzonko, a mądrzejszy ma nos niż wszystkie oczy ludzi. Szczurek musiał być napadnięty w drodze, bo miał jedną łapkę odgryzioną i kulał. Maciuś przemył i przewiązał ranę.
Kochany Maciusiu — pisze Klu-Klu. — Wysłałam sto orzechów pocztowych, a nie otrzymałam odpowiedzi. Jeżeli nie jesteś bardzo daleko, powinien byłeś otrzymać już dziesięć listów; bo nasi kapłani obliczają, że na każdych dziesięć szczurków dziewięć ginie w drodze pożarte przez ryby, o ile płyną morzem, i przez zwierzęta. A tylko jeden na dziesięć dojdzie, gdzie trzeba. Napisz, gdzie jesteś i czy potrzebna ci pomoc. I nie zawieszaj szczurkowi orzeszka, dopóki sam nie powie, że wypoczął, chce wracać. Twoja na wieki Klu-Klu. Wojna z białymi trwa jeszcze.
Więc dobrze: leczy Maciuś szczurka pocztowego i patrzy, jak powie, że gotów do drogi. A szczurek wdzięczny, że Maciuś go leczy: choć boli przemywanie rany, ale liże rękę i tak ślepkami mruga, jakby dziękował. I Maciusiowi nie chce się odsyłać małego przyjaciela. Czuje tak, jakby nie sam był teraz w lesie bezludnej wyspy.
Maciuś gotuje wodę, zaprawioną słodkim sokiem, kraje liście, korzonki i owoce. Zupa podobna w smaku do kompotu z gruszek i jabłek, a szczurek siedzi na tylnych łapkach jak wiewiórka i pilnuje, i czeka. Kładzie się Maciuś spać, a szczurek pocztowy w rękaw włazi, ale tyłem: wysadzi nos, a tak nosem rusza, tak rusza, jakby telegrafował do Klu-Klu.
Z Maciusiem idzie śmiało albo siada mu na ramieniu. Ale jak sam, okropnie ostrożny, byle szelest — od razu znika, siedzi pod liściem i dopiero wysadzi kawałek nosa, jakby się pytał, czy można.
Łapka mu się zagoiła. Napisał list do Klu-Klu, zakleił Maciuś w orzechu i na próbę zawiesił szczurkowi na szyi. Zapiszczał szczurek (pierwszy raz) i tak smutnie spojrzał, że Maciuś zaraz zdjął z szyi łańcuszek. Widocznie nie ma jeszcze sił do drogi, a może wywąchał niebezpieczeństwo. I nie może sobie Maciuś przypomnieć, czy tamten szczurek tak samo prosił, żeby go nie posyłał: zwyczajnie, nie zwrócił wtedy uwagi. Bo nie szanował szczurka.
I domyśla się Maciuś, że jeśli się nie szanuje małego, to nic nie powie. A jeśli szanować, wszystko, nawet kamyk i muszelka mówić zaczynają. Tak, z kamykiem Ali i muszelką Alo Maciuś rozmawia, a i szczurek widocznie rozmawia, bo tak wącha, tak wącha, tak wącha. I przyszło Maciusiowi na myśl, że może posłać szczurka na próbę do latarni morskiej.
Ale nagle szczurek pocztowy zrobił się niespokojny. W nocy kręci się w rękawie i wzdycha, biega, podskakuje na trzech łapkach, jeść nie chce. Mówi wyraźnie, że wypoczął, chce ruszyć. I posłał Maciuś list do Alo i Ali, że mu zabrali czółno, że musiał ich opuścić. Już wieczorem tego samego dnia miał odpowiedź, ale zamoczoną, bo orzech źle sklejony. Parę słów tylko mógł Maciuś odczytać:
Szkoda... uczę się sam... szukali... czekamy.
Ucałował Maciuś ten liścik, schował razem z fotografią matki, ostatnim kawałkiem sałaty, którą jadł zmarły kanarek (w jednym miejscu znać było nawet ślady dziobka), z muszelką i kamykiem.
Szczurek się nie uspokoił: co to dla niego za droga — parę mil tylko? Kręci się — piszczy i szuka orzecha. Ano: wysyła go Maciuś. A że mu smutno samemu, więc rusza w drogę — w górę rzeki.
Aż doszedł do jeziora i spotkał dzikich mieszkańców wyspy. Bo na środku jeziora była wysepka, a trzech dzikich czerpało wodę łupiną kokosowego orzecha.
Nie przestraszył się Maciuś, przeciwnie, ucieszył. Powiewa białą chusteczką na zgodę, a oni patrzą się i dziwią.
Dopiero trzeciego dnia wsiadł jeden na kłodę drzewa i bardzo niezgrabnie pchając kijem — przypłynął.
To dziwne, jak dzicy mogą być niezgrabni.
Prawie na czworakach chodzili. Przywiózł ich poseł: guzik blaszany, wypaloną zapałkę, kawałek, może pół łokcia71, nitki czarnej i korek od butelki. I Maciuś zrozumiał, że przysyłają okup, żeby ich tylko nie ruszał.
Więc poznał Maciuś najdzikszych ludzi, ale nie ludożerców. I zamieszkał z nimi na wyspie na jeziorze. Dzicy lubią Maciusia — dbają o niego. Nic robić nie pozwalają, sami pracują. Maciuś leży całymi dniami i myśli o rozmaitych rzeczach.
Uciekł na wyspę od ludzi, ale się nie udało. I dopiero na tej wyspie morskiej znalazł wyspę jeziora — i tu już ma spokój. Tak jakby się ukrył w samym sercu fortecy. Może zbudować wieżę samotną i zostać. Na zawsze zostać? Może tu jeszcze raz założyć cmentarz, który tam się nie udał?
Teraz dopiero rozmyśla Maciuś dokładnie o Amarym, Stefanie, Filipie. Chce coś dopisać do pamiętnika, ale ma jeden zeszyt czysty i tylko pół ołówka. Więc nie może byle co pisać. Musi oszczędzać papier, nie tak jak w szkole, gdzie dziecko namaże głupstwo na całej stronicy albo wydrze kartkę na kulę lub strzałę.
Czy Amary był dobry, czy zły? Czy Filip może się poprawić? Dlaczego ci ludzie, wśród których żyje, także są dzicy, a nie są ludożercami? Nawet łuków i strzał nie mają.
Zapisał Maciuś w pamiętniku:
Są ludzie spokojni i niespokojni.
Dormesko był spokojny, mama Maciusia spokojna, ten chłopczyk, którego widział podczas wojny w chacie, spokojny. Dzicy, z którymi mieszka teraz, spokojni. I mistrz ceremonii, i kanarek, i Kampanella.
A niespokojny był Felek, niespokojny Amary i Ala, i Filip, i nawet młody król. Tak, i Maciuś jest niespokojny. I Klu-Klu. I ludożercy. Ale nie wszyscy. Ludzie niespokojni prowadzą wojny, spokojni muszą się ich słuchać. Dlatego smutny król, chociaż spokojny, musiał wojować.
I szczurek pocztowy jest niespokojny, ale inaczej niż lew. Szczurek chce przynosić pożytek. I Maciuś też.
I zanotował Maciuś w pamiętniku:
Człowiek niespokojny może być dobry albo zły. Jeżeli będzie na świecie dużo niespokojnych i dobrych, będzie dobrze. Jeżeli będzie więcej niespokojnych i złych, będzie źle.
Ale nie wie Maciuś, co by było, gdyby wszyscy byli spokojni, gdyby wcale nie było niespokojnych ludzi. Trzyma Maciuś zeszyt na kolanach, poślinił ołówek, nie wie, co napisać. A dzikusy siedzą w kucki naokoło, otworzyli szeroko usta, tak patrzą na Maciusia, jakby rozumieli, że robi coś bardzo ważnego. Oczami boją się mrugać, żeby nie przeszkadzać. I Maciuś taki im wdzięczny, i tak ich strasznie żal.
Bum-Drum nie wiedział, jak się zakończyły narady na Fufajce. Doszła go wieść, że Maciusia wysłano okrętem na wyspę bezludną, ale ani przypuszczał, że Maciuś dobrowolnie wyjechał. Więc strasznie się rozgniewał na białych królów za zdradę. Żeby tak się zemścić za jedną królowę72 — to świństwo. Udawali, że się nie gniewają — przecież tłumaczono, że zaszła pomyłka — a cichaczem sprowadzili okręty. No dobrze — ukarali, surowo ukarali czarnych; ale Maciuś nic nie był winien. Życie im uratował, a oni co zrobili?
Wypowiedział Bum-Drum wojnę wszystkim białym królom. Pogodzili się Murzyni z północy i południa, zachodu i wschodu.
Ogłosili świętą wojnę, w której Maciuś był jakby bogiem.
Murzyni nie mają książek ani gazet, więc tylko jeden opowiada drugiemu, każdy coś dodał od siebie — i wyszło zupełnie co innego. Więc niby biali są silni, bo ukradli z nieba pioruny. I piorunami bili czarnych, więc czarni nie mogli nic robić, musieli się słuchać. Ale Bóg zesłał Maciusia, żeby też czarnym dał pioruny. A biali królowie uwięzili Maciusia. Boją się go zabić, a nawet nie mogą, bo pioruny są Maciusiowi więcej posłuszne. I Maciuś obiecał, że jeśli go czarni zwolnią z więzienia, w nagrodę staną się także biali i będzie już dobrze. A Murzynom znudziło się, że ciągle są tylko czarni.
Wojna będzie wielka, a może i nie tak bardzo. Bo, jak znowu inna głosiła legenda, raz już czarni zwyciężyli białych królów. Biali królowie leżeli związani na kupki po pięciu. Ale ludożercy z kraju Tcha-Gro zjedli białą królową i złamali obietnicę, że jeść ludzi nie będą. Maciuś się rozgniewał i pomógł białym zwrócić pioruny przeciw Murzynom. I za karę musi się odbyć ta święta wojna. Więc kiedy już raz zwyciężyli białych, teraz może być łatwo.
Więc biegną gońce73 z kraju do kraju, przez lasy, rzeki, pustynie i góry.
— Wszyscy czarni do broni!
Tylko kobiety zostają w domu, żeby pracować dla starców i dzieci. A mężczyźni w drogę.
Rozumie się, że biali królowie prędzej się dowiedzieli niż nawet wszyscy czarni. Z początku się zlękli, ale pomyśleli, że może i lepiej. Od razu skończą przynajmniej i raz na zawsze dadzą dzikusom nauczkę. Umówili się, ile kto ma dać wojska i okrętów. Ważniejsi królowie dali po piętnaście tysięcy, a tacy sobie po pięć i po dziesięć.
Okrętami przeprawili się do Afryki, okopali nad brzegiem morza i czekają. Wojsko wybrali najsroższe i nie bardzo porządne, pijaków, złodziei i nieposłusznych. Bo myśleli, że jeżeli nawet przegrają — i tak nie będzie szkoda, bo się pozbędą łobuzów, z którymi trudno poradzić. A czarni nie mają okrętów, więc i tak nie zaszkodzą Europie. Niech tylko spróbują łódkami puszczać się na morze.
I była bitwa. Nawet nie bitwa, a rzeź. Podobno tę bitwę już dawno przepowiadali uczeni. Nazywali ją „bitwą ras”. To znaczy, że nie biały naród bije się z białym, a cała rasa białych bić się będzie z czarnymi. Ale żaden z uczonych nie przewidywał, że bitwa będzie tak straszna.
Bo murzyńscy kapłani głosili, że kto w świętej bitwie będzie zabity, ten wcale nie umrze, tylko się przewróci, a na drugi dzień obudzi się biały, że słyszeli tak z ust samego Maciusia.
Więc można sobie wyobrazić, co się działo. Każdy chciał być jak najprędzej zabity, żeby zaraz zrobić się białym, pędzić do żony i powiedzieć:
— Patrz! Widzisz, jakiego masz ładnego męża?
Żony i dzieci się przestraszą i nie zechcą wierzyć, a oni zaczną się śmiać i powiedzą:
— Oj, kobiety, jakie wy głupie. I wy też będziecie zaraz białe.
A tu Maciuś robi cud. I mężowie mówią:
— Widzicie, to jest pachnące mydło od króla Maciusia. Idźcie się, brudasy, wykąpać!
I umyły się — i basta! — skończyło się. Wszyscy są biali.
— No widzicie.
Widzą, więc nie mogą nie uwierzyć...
Teraz już rozumiecie, co się działo. Rannych wcale nie ma, bo każdy chce być od razu zabity. W prawdziwym wojsku pod surową karą nie wolno narażać się na niebezpieczeństwo; jak trzeba, to trzeba, ale żołnierz powinien unikać kul, kłaść się na ziemi, kopać sobie rowy. A ci nie: właśnie tam się pchają, gdzie najwięcej kul leci. A dopiero białe wojsko widzi, że się nie bronią, więc idzie do ataku. Samych czarnych królów zginęło chyba z pięćdziesiąt74, a wśród nich i Bum-Drum.
Ale nie koniec na tym. Za mężami poszły żony. I była druga bitwa. W historii nazywa się ona „bitwą czarnych kobiet”.
Aż się biali królowie sami przestraszyli, że za dużo zabiją. Bo czarni potrzebni są białym. Dzięki czarnym jest kakao, figi, daktyle, kule bilardowe z kości słoniowej, kalosze i strusie pióra, a jeszcze lekarstwa, olej rycynowy; a jeszcze cynamon, wanilia, papugi, ładne muszle, szylkret75 na grzebienie — no i szkoda przecież ludzi, bo chociaż czarni, a ludzie — i pożyteczni. Wprawdzie niesmaczny olej rycynowy, ale przyjemnie grać w bilard, kapelusz z strusim piórem ładnie wygląda, a placki z wanilią są lepsze. Więc biali królowie postanowili nauczyć dzikusów, że są niby lepsi i kobiet zabijać nie chcą.
— Wyście mogli zjeść Kampanellę, bo jesteście dzicy, a my szlachetni i damom nic złego nie robimy.
Wzięli i przebaczyli.
I teraz stała się rzecz najsmutniejsza. Oto Klu-Klu wyprowadziła dzieci do walki. Powiadam, że to najsmutniejsze. Bo dzieci nic nie mogły poradzić i nawet nie doszły do morza. Więcej niż połowa zginęła w drodze.
Biedny, biedny, biedny Maciuś! To, co zobaczył, było tak straszne! W obozie dzieci głodnych, chorych, zrozpaczonych, kiedy zdawało się, że już nic ich nie uratuje, zjawił się nagle Maciuś wezwany przez Klu-Klu.
Jeszcze przed bitwą kobiet otrzymała Klu-Klu orzech pocztowy. I natychmiast wysłała czterech gońców, żeby go z wyspy wykradli. Szczurek pocztowy zaprowadził ich do Maciusia. Dwóch w drodze zjadły rekiny. A dwaj dostali się na wyspę. Zgodnie z rozkazem Klu-Klu wysiedli z czółna o pięć mil przed wyspą i płynęli pod wodą, oddychając przez trzcinę. Bała się Klu-Klu, żeby ich warta wyspy nie przyłapała, bo ciągle myślała jeszcze, że Maciuś jest w niewoli.
Biedny, biedny Maciuś. Tak niechętnie opuszczał swoje bezpieczne schronienie, tak żal mu było odjeżdżać od biednych dzikusów. Ale trudno: dzieje się coś bardzo złego na świecie przez niego i w jego imieniu, i niby dla niego. I wzywa go Klu-Klu, żeby radził, co robić. Jeżeli nic nie może pomóc Bum-Drumowi, toć ma obowiązek dla Klu-Klu i czarnych wiernych przyjaciół.
Dwa tygodnie trwały przygotowania. Trzeba było zepsuć latarnię morską, żeby w nocy było ciemno. Już urządzili to Murzyni. Trzeba było zrobić czółno i wiosła, ukryć to wszystko nad brzegiem morza. I prędko nawet ruszyli w drogę.
Zostawił Maciuś zasmuconym dzikusom pudełko blaszane, kubek porcelanowy, cztery obrazki, pierścionek, klamrę od paska i szkło palące. Długo nie chcieli wierzyć, że Maciuś naprawdę tyle skarbów na zawsze im daje.
Noc była ciemna.
— Jak wam się udało zepsuć latarnię? — pyta się Maciuś.
— To bardzo łatwo. Rekinów koło wyspy nie ma. Więc płynęliśmy pod wodą, tylko kawałek trzciny wystawał. A przez dziurkę w trzcinie oddychaliśmy. Tam dwie godziny czekaliśmy. Ano, poszedł latarnik z dziećmi ryby łowić. A my przecięliśmy druty tam, gdzie nam kazałeś. A na stole położyliśmy twój list.
Bo Maciuś napisał list, bo się bał, że latarnik będzie podejrzewał, że to Alo zrobił, i może się gniewać. A tak — powie, że szczury przegryzły drut elektryczny — i nikt nie będzie nic wiedział.
Noc była ciemna. Morze było spokojne. Maciuś usiadł przy sterze, a Murzyni wiosłują. Jeżeli wszystko pójdzie gładko, za dwa dni dopłyną do lądu, a tam już czekają słonie królewskie, żeby ich zabrać.
Noc ciemna. Tak cicho i dobrze płynąć. I stają w pamięci wszystkie dni spędzone na wyspie, i rozumie Maciuś, że choć było smutno, ale był szczęśliwy. Rozumie Maciuś, że już nie będzie żył spokojnie, nie będzie miał czasu, aby patrzyć na mrówki, rzucać w morze kamyki i opowiadać bajki małej Ali.
Czeka go nowa, ciężka praca i kto wie, ile cierpień.
Wprowadzono Maciusia do królewskiego namiotu. A choć zmęczony podróżą, zaraz pierwszej nocy musiała mu Klu-Klu opowiedzieć, co się właściwie stało. A zresztą sam widzi, co się dzieje. Obóz nieszczęśliwych dzieci wygląda strasznie. Nie ma zupełnie jedzenia, bo nie przygotowali nic na drogę. Wszędzie płacz i jęki chorych. Nie mają siły iść dalej, a zostać na miejscu to znaczy zginąć. Kto mógł, dawno uciekł z obozu, a reszta czeka, co powie Maciuś.
— Pamiętasz, Klu-Klu, jak goniłaś wiewiórkę na drzewie? — pyta się Maciuś. — A pamiętasz, jakeś Antkowi zęby wybiła?
— Pamiętam — mówi Klu-Klu i nawet się nie uśmiechnęła.
Jeżeli ktoś jest zawsze wesoły, a raz smutny, najbardziej żal wtedy.
Długo nic nie mówią.
— Ile jest dzieci w obozie?
— Już teraz sama nie wiem. Część wyginęła w drodze, część się rozbiegła.
— Jak myślisz: czy wytrzymacie jeszcze tydzień?
— Musimy.
— Więc nie ma co. Szkoda czas tracić. Muszę się najprędzej dostać do miasta białych, gdzie jest telegraf bez drutu. Wezwę białych na pomoc.
— A czy się zgodzą?
— Nie ma innej drogi. Zresztą, jeżeli się okazali honorowi w bitwie czarnych kobiet, to pewnie i dzieciom pomogą.
— Rób, Maciusiu, co chcesz. Bo ja nic nie wiem.
Kiedy dzieci murzyńskie zobaczyły, że Maciuś je opuszcza, strasznie zaczęły płakać.
— Ratuj nas! — wołają.
— Nie zostawiaj nas! — wołają.
Wdrapał się Maciuś na drzewo, żeby go wszystkie widziały, i mówi:
— Nie bójcie się. Wrócę z pomocą. Musicie zaczekać tydzień, a może tylko trzy dni. Im prędzej ruszę w drogę, tym prędzej przybędzie wam pomoc.
I dzieci czarne uwierzyły. Zaraz się uspokoiły i nawet niektóre zaczynają śpiewać, chociaż nie bardzo głośno, bo głodne. I Maciusiowi jeszcze się straszniej zrobiło, że tak mu ufają. Bo najgorzej jest wtedy, gdy się daje słowo, że się coś zrobi, a nie ma się pewności, że się uda.
Obóz dzieci znajdował się nad wielką afrykańską rzeką i wiedział Maciuś, że na końcu rzeki jest port białych ludzi, a nawet bliżej są miasta — i może jest tam telegraf. Płynie Maciuś z prądem, więc bardzo prędko. Przydały mu się wycieczki na latarnię morską. Teraz dopiero widzi, jaki jest silny, i rozumie, dlaczego zwyciężył Filipa.
„Jestem zahartowany!” — myśli Maciuś.
I chociaż głodny, śpiący i zmęczony, pędzi jak na skrzydłach, jakby go goniły — sam nie wie, czy cierpienia, czy to słowo honoru, że dopomoże. Pędzi na swoim czółnie jak wicher.
O świcie tyle się tylko zatrzymał, żeby zerwać trochę owoców — i dalej, bo tam czekają.
Dwie miał w drodze przygody: raz zdrzemnął się trochę — łódka sama płynęła. Ale prąd ją pchał w stronę brzegu. I mało co nie dostał się w paszczę hipopotama: dobrze, że wioseł we śnie nie puścił. Drugi raz omal nie przewrócił czółna, gdy napłynął na wielkiego krokodyla. Gdyby w tym miejscu wpadł w wodę, na próżno czekałyby czarne dzieci na pomoc.
Z początku niby układa Maciuś plan, co zrobi, jak już będzie u celu. A potem przestaje myśleć — nic nie wie — jakby nie był wcale człowiekiem, jakby był tylko maszyną, która bije wodę wiosłami, jakby był żelazną śrubą okrętową, którą widział podczas pierwszej podróży do Bum-Druma.
I nie zdziwił się ani ucieszył, kiedy zobaczył miasto nad rzeką.
Są biali. Jest poczta. Jest biały garnizon. Jest telegraf. Telegrafista był jeszcze w swoim mieszkaniu. Ładny domek niedaleko rzeki — w ogródku. Patrzcie tylko: tam takie nieszczęście, tyle dzieci ginie, a tu żyją sobie ludzie spokojnie i nic nie wiedzą. Telegrafista podlewa kwiaty na klombie, a koło niego w białej sukience biega wesoło taka mała dziewczynka jak Ala — i zajada chleb z miodem.
— Pan jest telegrafistą?
— No ja — bo co?
— Proszę w tej chwili podać depeszę.
— Zaraz, mój kawalerze. Jeszcze nie ma dziewiątej. Muszę podlać kwiaty, zanim słońce zacznie przygrzewać.
— Ale ja nie mogę czekać.
Maciuś nie może czekać. Ot, zaraz upadnie i zaśnie. I będzie spał chyba sto lat. A tam dzieci czekają.
— Jestem król Maciuś.
— Król Maciuś?
— Dwie noce nie spałem... Tam umierają dzieci. Potrzebna pomoc.
Telegrafista stawia polewaczkę. Maciuś chwyta ją i wylewa wodę na głowę, żeby się orzeźwić.
— Prędzej, bo zasnę.
— No już dobrze — dobrze.
A tu żona:
— Michale, nie jadłeś śniadania.
— Zaraz wrócę.
— Wypij przynajmniej mleko.
Ale Maciuś ciągnie telegrafistę, zawisł na jego ręce.
— Prędzej.
— Już idę.
I zaczyna krawat sobie wiązać.
Wreszcie są przy aparacie.
— No więc co?
— Nie wiem — jęknął Maciuś. — Jak tylko będzie odpowiedź, niech mnie pan obudzi natychmiast.
Widzi telegrafista, że Maciuś śpi.
— Kie licho?
Telefonuje do policmajstra. Policmajster śpi jeszcze. Wczoraj był na balu u gubernatora.
— Ano zobaczymy.
I posyła do komendanta portu depeszę:
Rano o ósmej przyszedł biały chłopak, nieznany, brudny, obdarty, strasznie zmęczony, mówi, że jest król Maciuś, że jakieś dzieci umierają. Potrzebna pomoc. Siedzi i śpi. Kazał się obudzić, jak będzie odpowiedź.
W pół godziny później była odpowiedź:
Natychmiast sprawdzić. Wezwać gubernatora. Wzmocnić straż, nigdzie bez dozoru nie puszczać. Czekam wiadomości.
W pięć minut później nowa depesza:
Czekam wiadomości. Król Maciuś uciekł z bezludnej wyspy. Sprawdzić, czy naprawdę Klu-Klu ogłosiła wojnę świętą czarnych dzieci. Gdzie jest jej obóz? Depeszę podał sekretarz Rady Pięciu.
W pięć minut później znów aparat stuka:
Czy Maciuś przybył z obozu czarnych dzieci? Jeżeli tak, gdzie się obóz znajduje? Ile jest dzieci? Czego potrzeba? Sekretarz Czerwonego Krzyża.
W pięć minut później:
Donieść natychmiast, w jakim stanie przybył Maciuś: czy zdrów. Smutny król.
— Rozerwę się czy co, u kata — złości się telegrafista, bo znów telefon od policmajstra.
— Co robi ten chłopak?
— Śpi.
— Gdzie śpi?
— Na ławce.
— Czy oddycha?
— Oddycha.
Znów dzwonek:
— Mówi gubernator.
— Powściekali się, czy co? Śniadania nie jadłem jeszcze. Albo przez cały dzień ani jednej depeszy, albo — świat się wali. Jakby człowiek miał cztery ręce.
— Ej, ty, chłopak, król Maciuś, czy jak cię tam! Czy oddychasz? Pamiętaj, żebyś oddychał. Policmajster kazał.
A sam znów do aparatu. A tu pod oknami stają żołnierze z karabinami, jak do strzału. Wpada przestraszona żona telegrafisty:
— Uciekaj, strzelać będą.
Dziecko płacze.
A Maciuś śpi — ani drgnie.
I śpiącego porównywa76 gubernator z fotografią Maciusia.
— Chyba ten sam. Co prawda fotografia sprzed roku. Ale chłopcy w tym wieku rosną. Cóż by miał zresztą kłamać? Daj pan depeszę, że Maciuś.
I znów po drutach biegnie w daleki świat wiadomość:
Zdaje się, że istotnie Maciuś. Dobudzić go nie można. Co oczy otworzy, to znów śpi. Przybył czółnem murzyńskim sam. Posłałem po doktora, żeby go ocucił.
Doktorowi udało się obudzić Maciusia. Oprzytomniał. Ucieszył się z depeszy Czerwonego Krzyża. Podyktował odpowiedź:
Potrzebna żywność i dużo lekarstw. Dzieci chore i głodne. Najważniejszy pośpiech, bo mogą wszystkie wyginąć. Dzieci dużo. Ile — nie wiem. W obozie byłem tylko parę godzin, bo musiałem się spieszyć. Byłem w nocy. Błagam o ratunek dla nieszczęśliwych. Możecie ze mną robić, co chcecie, ale im musicie dopomóc. Król Maciuś.
Doktór przyłożył rurkę, wysłuchał serce Maciusia i powiada:
— Dajcie mu już, panowie, spokój. Niech śpi. Bo może dostać zapalenia mózgu i wtedy gorzej, bo będzie plótł trzy po trzy i nic się nie dowiecie.
Więc dali Maciusiowi szklankę mleka, rozebrali go, położyli do łóżka. I Maciuś spał cały dzień — i obudził się o godzinie jedenastej wieczorem.
Wiadomości były pomyślne.
Cztery statki naładowane żywnością są w drodze. I chociaż pod wodę trudniej płynąć, za dwa dni mogą być w miejscu postoju Maciusia. Jeden szpital wyruszy zaraz: pojedzie dwóch doktorów, czternaście sióstr miłosierdzia. Wraz ze szpitalem poślą aparat telegrafu bez drutu, żeby z samego obozu można było wysłać wiadomości. Jeżeli Maciuś weźmie na siebie odpowiedzialność, że to nie zasadzka na białych, można pod jego dowództwem wysłać dwustu żołnierzy i robotników. Gubernator już dostał potrzebne polecenie.
Potrzebna jest odezwa Maciusia do białych dzieci, żeby dały ofiary: śniadania, zabawki, pieniądze i książki z obrazkami.
Tegoż zaraz dnia Maciuś odezwę napisał:
Mili bracia i siostry, białe dzieci. Teraz najlepiej możecie pokazać, że jesteście dobre. Jeżeli kto chce mieć prawa, musi przekonać wszystkich, że ma rozum i dobre serce. Nieszczęśliwe dzieci czarne nie mają pomocy, więc pokażcie, że chcecie im pomóc. Macie ładne sukienki, jecie smaczne rzeczy, bawicie się i chodzicie do szkoły, podlewacie kwiaty, macie chleb z miodem. A czarne dzieci są chore i umierają z głodu. Mówię wam prawdę. Byłem w różnych krajach, na różnych wojnach. Widziałem wiele nieszczęść. Ale wszystko to nic w porównaniu z obozem czarnych dzieci. One są najnieszczęśliwsze, bo nie tylko małe i słabe, ale w dodatku dzikie. Więc trudniej im coś wymyślić, żeby się ratować. Spieszcie z pomocą.
Król Maciuś Pierwszy
Statki nie były duże, więc i żywności nie było tak wiele. Ale na początek i to dobre.
Trudno opisać radość czarnych dzieci, gdy Maciuś powrócił. Żołnierze szybko wyładowali statki, które bez chwili zwłoki ruszyły z powrotem po nowe zapasy.
Maciuś chciał nakarmić naprzód najmniejsze, ale Klu-Klu radziła naprzód dać starszym, żeby mogły pomagać. Mleko i inne produkty były w puszkach blaszanych i nic prócz wody nie trzeba było gotować. Zamiast żołnierskich sucharów przysłano bardzo smaczne białe, słodkie herbatniki, bo dzieci miały chore żołądki. Było to śniadanie, jakiego czarne dzieci nigdy w życiu nie jadły. Ale nie dziwiły się niczemu, bo i statki, które pierwszy raz w życiu widziały, i skrzynie, i worki — wszystko uważały za cud. I tylko czekały, czy nie zrobią się zaraz tak białe jak mleko, które im dawano w kubkach, blaszanych pudełkach i łupinach kokosowych orzechów.
Porządek był doskonały. Nikt się nie bił, nie pchał, nie przezywał.
Śniadanie trwało cały dzień. Wieczorem gotowa już była stacja telegrafu bez drutu i Maciuś wysłał depeszę, że czarne dzieci dziękują za śniadanie.
A w nocy przyfrunęły dwa aeroplany77, a w nich doktór78 i najkonieczniejsze lekarstwa.
Kiedy po dwóch tygodniach przybyli najważniejsi panowie z Czerwonego Krzyża, nie chcieli wierzyć, że czarne dzieci naprawdę były w takim opłakanym stanie. Ale szereg mogił za obozem przekonał ich, jak było źle.
A białe dzieci, które zaraz po odezwie Maciusia zaczęły zbierać, co tylko można — zaraz na drugi dzień otrzymały depeszę Maciusia z podziękowaniem za pierwsze śniadanie. I myślały, że ich dary tak prędko dojechały. Więc jeszcze bardziej je to zachęciło i jeszcze więcej zaczęły dawać. Więc jak to bywa zwykle, jedne dawały, co naprawdę potrzebne, a drugie — co im się znudziło albo było złamane i do niczego.
Przysyłano lalki bez głów, harmonijki, które nie grały, zapisane kajety79, połamane szczotki do zębów, loteryjki, gdzie brakowały numery, abażury z różowej bibułki, zakładki do książek, skórzane paski do łyżew, wypalone latarki elektryczne, pęknięte piłki, młotki krokietowe80, wualki81, pudełka od papierosów82; było z tym wiele kłopotu, ale dzieci się cieszyły.
Jakaś dziewczynka przysłała doniczkę z kwiatkiem, który usechł w drodze, a jeden chłopiec przysłał wszystkie książki szkolne, zapytując w liście, czy czarne dzieci lubią się uczyć, bo on nie bardzo.
Teraz jest już czynny nie jeden, ale trzy szpitale. Ale czarne dzieci są bardzo mocne, więc od razu wszystkie wyzdrowiały i w szpitalu tylko je kąpano i strzyżono włosy, w drugim uczono myć zęby i urządzono pogadanki przyrodnicze o wycieraniu nosów. W szpitalu chirurgicznym przekłuwano dziewczynkom uszy, żeby nosiły kolczyki.
Rozdano dzieciom chorągiewki białych narodów. Nauczyciel gimnastyki urządził pierwszą orkiestrę dętych instrumentów i uczył europejskich tańców. Dzieci murzyńskie były tak zdolne, że po miesiącu odbył się pierwszy mecz piłki nożnej, a starsze dziewczynki były upudrowane i wyglądały naprawdę jak białe.
Jedzenia było już dosyć. Zaczęto przysyłać odzież. Cały statek serwetek i rękawiczek, potem kapy na łóżka, firanki, wreszcie koszule.
Nowa praca, bo do kap trzeba dorabiać łóżka. I niejedna odwieczna palma padła pod elektryczną siekierą. Serwetki przerobiono na fartuszki dla dziewczynek, a firankami zasłaniano małe dzieci na noc, żeby je chronić od komarów i moskitów.
Murzynki-matki zaczęły zabierać po trochu dzieci do domu. A dziecko brało cywilizację i wesoło ruszało w drogę.
I im mniej było dzieci, tym więcej przyjeżdżało białych, żeby je ratować.
— Cóż, Klu-Klu — mówi Maciuś — stało się tak, jak chciałaś. Biali pokochali Murzynów, przyjeżdża ich coraz więcej. A wielu mówi, że już zostaną na zawsze. Jutro przybędzie statek z kinematografem i gramofonami. W każdej chacie wisi portret białego króla. Czy nie uważasz, Klu-Klu, że nawet małpy już są mniej dzikie, niż były?
Tak było w istocie. Wszyscy dobrze wiedzą, że małpy lubią naśladować: co widzą, zaraz robią to samo. Dopóki nie było białych, łaziły po drzewach, patrzyły na ludożerców. Teraz ośmieliły się, chodzą po obozie, patrzą na białych.
I dentysta przysłany do obozu przez związek dentologów przysięgał na wszystkie świętości, że widział orangutana z dwoma złotymi, plombowanymi zębami.
— A mnie małpa ukradła brzytwę do golenia — powiedział fryzjer przysłany przez koło kobiet, bo uczył młodzież używać wodę kolońską i czesać się grzebieniem.
W krótkim przeciągu czasu zrobiono istotnie wiele.
— Cóż, Klu-Klu, jesteś zadowolona?
— A ty nie, Maciusiu?
Maciuś westchnął. Cieszył się, że dopomógł dzieciom murzyńskim, ale mu żal wyspy bezludnej i — prawdę trzeba powiedzieć — tęsknił do białych dzieci.
Bo tak znów ciągle tylko — czarne i czarne.
Każda poczta przynosi mu listy z ojczyzny. To ten, to ów napisze, że cieszy się, że Maciuś się znalazł, że jest zdrów i pracuje. Ale zaraz pytanie:
Dlaczego do swoich nie wraca?
Napisała Irenka, że lalka do sufitu stłukła się. Napisał Antek, że mu się źle powodzi. Napisał Stasio, że został na drugi rok w klasie, bo nauczyciel arytmetyki niesprawiedliwie postawił mu dwójkę. A na dole Helcia dopisała:
Czy pamiętasz, Maciusiu, jakeśmy83 się o grzyb pokłócili?
Co tu gadać: każdy ciągnie do swoich. Miłe są małe dzikusy, miło, że uratował i pomógł. Ale teraz niech Klu-Klu rozpoczętą pracę prowadzi, bo już łatwiejsza i sama sobie poradzi. A jemu by warto do domu.
Choćby na jeden dzień tylko. Pochodzić po swojej stolicy, zobaczyć pałac i park królewski. Tak dawno już tego nie widział.
No i w sprawie pomocy dla dzieci murzyńskich wybrał się w podróż do Europy. Pojedzie na naradę z królami, co można jeszcze zrobić dla czarnych ludzi, żeby to już była wojna ostatnia.
Wsiadł na statek. Orkiestra gra. Dzieci stoją na brzegu rzeki z chorągiewkami — śpiewają, krzyczą: „Niech żyje!”, i nie po swojemu, ale w ojczystym Maciusia języku.
Płynie teraz Maciuś wygodnie. Ma piękną kajutę. Śpi na materacu. Znów szczęście się odwróciło. Jest w porcie. Zanim okręt wyruszy, zamieszkał w hotelu.
— Co mnie znów spotka nowego? — pyta się, jakby wiedział, że jeszcze nie koniec.
I wcale się nie zdziwił, gdy nagle w nocy jacyś dwaj ludzie w maskach na twarzy związali mu we śnie usta ręcznikiem, chustką przewiązali oczy, zarzucili płaszcz i bosego wyprowadzili. Szybko mknie samochód z Maciusiem.
„Młody król porwać mnie kazał — domyślił się Maciuś. — Jestem w jego władzy”. I tak było właśnie.
Tak właśnie było.
Zmuszono młodego króla, aby zwrócił zagrabione Maciusiowi ziemie; nawet portu mu nie oddano. A co najboleśniejsze — kazano oddać ojcu tron i koronę.
Jeżeli ktoś jest zły i silny, to bije i robi, co mu się podoba. A jeżeli słaby i nie ma racji — robi plotki. W każdej szkole jest ktoś, kogo nazywają „plociuchem”, a królów, że są królowie84, nie nazywają plotkarzami, tylko — intrygantami.
Chciał zrobić młody król intrygę, że Maciuś zwariował. Ale mu się zupełnie nie udało. Cały świat widzi teraz, że Maciuś jest dzielny chłopak i bardzo zmądrzał na bezludnej wyspie. Tak doskonale sobie poradził, tak prędko pomógł czarnym dzieciom. W kinematografach85 pokazywali, jak czarne dzieci już myją zęby, wycierają nosy, nawet mają serwetki do ust i papier klozetowy86. To się nazywa kultura albo cywilizacja. I kto wszystko tak zrobił, nie może być wariatem.
Dorośli teraz częściej mówili, że dzieciom trzeba dać prawa. W niektórych szkołach wprowadzono samorząd, pisano gazetkę szkolną. Urządzono w wielu miastach kluby dla dzieci. Nauczyciele zbierali się i radzili, co robić, żeby w klasie było cicho i żeby nie dawać łap87, nie ciągnąć za uszy, nie stawiać w kącie. Znów pozwolono sprzedawać fotografie Maciusia, a za zielony sztandar tylko krzyczeli, ale nie zostawiali w kozie88. Rozumie się, że nie wszyscy byli zadowoleni, ale byli i tacy, którzy mówili, że nic by się złego nie stało, gdyby dzieci miały własnego króla.
W mieście Kikikor odbył się pierwszy zjazd dzieci szkolnych z całego kraju, po jednym z każdej szkoły.
I ten zjazd — to był prawie parlament.
Więc młody król-intrygant widzi, że źle. Nie jest królem, tylko następcą tronu, a ojciec stary, na wszystko się zgadza. Więc zebrał takich samych jak on intrygantów i potajemnie radzą, co robić z Maciusiem. Do bandy młodego następcy tronu należał szpieg, jeden generał, jeden pułkownik, jeden naczelnik więzienia, dwóch adwokatów, żona ministra i kilku zwyczajnych łobuzów. Oni to właśnie porwali Maciusia i pod obcym nazwiskiem osadzili w najcięższym więzieniu.
Bo więzienia tak samo jak szkoły bywają różne. Jedne lepsze, a drugie bardzo surowe.
Więzienie, gdzie osadzono Maciusia, była to stara, zrujnowana forteca, przeznaczona dla największych przestępców. Tylko dwa razy na rok dawano kawę, a tak — tylko wodę i chleb razowy. Spacerów żadnych, tylko ciężkie roboty, najwięcej pod ziemią. Podczas roboty nie wolno było rozmawiać. Za każde słowo dawano jedną rózgę. Dziesięć słów — dziesięć rózeg, sto — sto.
Roboty podziemne były takie, że niby to jest kopalnia węgla. Taki długi podziemny korytarz i trzeba koszami węgiel wynosić. Ale co wynieśli jednym wejściem korytarza, to druga partia musiała zaraz wnosić drugą stroną. Więc więźniowie widzą, że i tak wszystko na nic, i jeszcze nieprzyjemniej pracować. A dozorcy batami poganiają. I nic dziwnego: są tu więźniowie, którzy już po trzy razy siedzieli w zwyczajnych więzieniach i nie chcą się wcale poprawić: co ich wypuszczą, ci znów to samo. Jeżeli ktoś nieporządny, ale chce się poprawić, można poczekać; ale jak się nie chce poprawić, to trudno: sam sobie winien.
Ano, poznał Maciuś najgorszych ludzi, jacy są na świecie. Nic wprawdzie nie wiedział Maciuś, za co tu siedzą, bo rozmawiać nie wolno, ale dość było spojrzeć na ich straszne twarze, żeby się domyśleć. Każdy inny na miejscu Maciusia umarłby ze strachu, ale Maciuś widział tylu ludożerców, że bez obawy schodzi z nimi w podziemia.
Dozorcom płacą tu dwa razy większą pensję niż w innych więzieniach: trudno radzić sobie z awanturnikami, strasznie trzeba pilnować i nieprzyjemnie żyć z nimi razem. A i tak nie bardzo chciał iść tam kto za dozorcę, więc może połowa dozorców byli tacy, którzy z więźniów niby się poprawili. I ci najsurowsi. Znają wszystkie sztuki najgorsze więźniów i nie można nic przed nimi ukryć.
I tu znalazł się nagle Maciuś z kraju zielonych palm i najpiękniejszych ptaków. Tu, gdzie nie ma ani jednego listka, tylko wszędzie czarny pył węglowy. On, który oddychał powietrzem morza i lasów, musi pracować w dusznych podziemiach i spać w norze kamiennej na mokrych cegłach. On, który nie gorzej od Klu-Klu umie chodzić po drzewach, wlecze się krok za krokiem, ciągnąc ciężkie kajdany. A zamiast szelestu liści słyszy świst bata, zamiast śpiewu kanarka słyszy najgorsze przekleństwa. Tam jadł słodkie banany, soczyste owoce, a tu chleb ze stęchłą wodą.
Zbrodniarze zdziwili się bardzo, kiedy go zobaczyli. Aż jeden nie wytrzymał:
— Ilu ludzi zabiłeś, że cię tu wsadzili? — zapytał.
I już chciał Maciuś odpowiedzieć, gdy drugi krzyknął:
— Nie odpowiadaj, mały chłopczyku, bo za każde słowo rózgę dostaniesz!
— Ty się nie wtrącaj. Nie zdechnie od paru rózeg.
Kłócą się i już do bicia się porwali. A dozorca zapisuje na tabliczce, ile słów powiedzieli. A że trudno obliczyć, więc dodał każdemu trochę. I zapisał Maciusia, choć on nic nie mówił.
Nosi Maciuś swój kosz, ale dziwi się, że lekki. A koledzy mu zamiast węgla kładą kawałki lekkiego torfu — i tylko na wierzchu sypią trochę miału.
A tam znów inni odbierają kosz i też, niby że ciężki, niosą i wysypują. A wieczorem jeden z więźniów pcha mu coś czarnego do ręki i mówi szeptem:
— Tylko schowaj dobrze.
— Co to jest? — zapytał się Maciuś.
— Cukier — odpowiedział tajemniczo więzień.
Była to kostka cukru, ale taka brudna, że zupełnie czarna. Maciuś wiedział, że jeść nie będzie, ale schowa jako pamiątkę.
Kiedy wieczorem stał przed kancelarią, bo go wywołano na rózgi — znów jeden więzień wsunął mu coś w rękę: był to zasuszony kwiatek koniczyny. Długo przyglądał się Maciuś, zanim się domyślił, co to za kwiatek. Więźniowie litowali się nad nim i dawali, co kto miał najdroższego. A z kancelarii rozlegały się krzyki tych, których bito.
Wreszcie przyszła kolej na Maciusia.
— Chodź, psisynu! — krzyknął dozorca i pochwyciwszy za kołnierz, podnosi go w górę jedną ręką, a w drugiej trzymał rzemienny bat.
Zatrzasnął drzwi i mówi:
Jak ci powiem: „krzycz”, to krzyknij: „oj, boli!” Rozumiesz? Nie będę cię bił. Tylko pamiętaj, żebyś mnie nie zdradził. Rozbieraj bluzę, prędko. No, krzyknij!
— Oj, boli! — krzyknął Maciuś.
A dozorca uderzył batem w ławkę.
— Jak się nazywasz, biedny chłopczyno?
I buch rzemieniem w ławkę.
— Oj, boli! — krzyczy Maciuś. — Nazywam się Maciuś. Oj, boli, boli!
A dozorca, co uderzy w ławkę, maluje na plecach Maciusia czerwoną farbą taką wielką pręgę, jakby od bicia.
— Oj, boli! — krzyczy Maciuś, bo znów dozorca uderzył w ławkę i znów mu pręgę zrobił na plecach czerwoną farbą.
— Teraz cicho krzycz, niby że już nie możesz. A potem zemdlejesz. Twoje szczęście, że nie ma dzisiaj naczelnika, bo nie zawsze sztuka się udaje. No, a teraz już cicho. Zamknij oczy.
Wziął Maciusia na ręce i niby zemdlonego wynosi do celi.
A na noc dali mu do celi jeszcze jednego więźnia, niby że chory.
Jeszcze wieczorem naczelnik sprawdza cele.
— A tu kto?
— Ten mały nowy więzień.
— A po co ten drugi?
— Bo zemdlał przy biciu.
— Pokaż.
Zdjęli z Maciusia bluzę — pokazują plecy przy ciemnym świetle latarki.
— Nie szkodzi: przyzwyczai się. Kajdany możesz mu zdjąć: nie ucieknie. — Roześmiał się i wyszedł.
— Ej, chłopak — mówi więzień — nie udawaj no. Przecież ciebie nie bili.
— Oj, boli! — jęknął Maciuś, bo się bał podstępu.
— Głupiś: pomalowany jesteś tylko. Dozorca zabronił ci mówić. Ale to tylko dla naczelnika. Żeby wszystko robić, jak każą, to by tu nikt roku nie przeżył. Muszą używać sposobów. Dla słabszych i chorych mamy lekkie koszyki i farbę zamiast rózeg. Po głosie możemy poznać, kto naprawdę krzyczy. Niejednego się dowiesz, jak tu pobędziesz. Za co cię tu wsadzili?
— Za wielkie zbrodnie. Chciałem dać dzieciom prawa i dlatego wielu ludzi zabili.
— Ilu — trzech — czterech?
— Więcej niż tysiąc.
— Tak, tak, mój synu, często tak jest, że człowiek chce jedno, a wyjdzie całkiem inaczej. I ja byłem kiedyś małym chłopakiem, chodziłem do szkoły, mówiłem pacierz, a ojciec, jak z roboty wrócił, przynosił cukierki. Nikt się nie rodzi w kajdanach. Dopiero ludzie nałożą na ciebie żelaza.
I jakby na potwierdzenie tych słów, brzęknął łańcuchami.
I ostatnią myślą Maciusia, zanim zasnął, było:
„Jak on to dziwnie powiedział. Smutny król mówi podobnie”.
Miał już Maciuś taką naturę, że nigdzie nie było mu źle, byle coś nowego zobaczyć. Więc pierwszy tydzień, choć więzienie było straszne — przeszedł mu prędko. Dozorca krzyczał na niego „psisynu” i groźnie wywijał batem, ale go nie uderzył. Kajdany zdjęli i nawet się trochę wstydził, że jest wyjątkiem. I zbrodniarze już mu się mniej straszni teraz wydają. Jeżeli który zaklął zbyt brzydko, zaraz ktoś się odzywa: „Wstydu nie masz, przy dziecku klniesz, jak ostatnia cholera”. Robią z chleba różne rzeczy i dają Maciusiowi.
— Masz, raku zatracony, baw się.
Chleb do lepienia trzeba długo gryźć w ustach, żeby się zrobił zupełnie miękki bez jednej kruszynki; wtedy można ulepić, co się tylko chciało. A więźniowie najwięcej lepili kwiaty. Za to Maciuś rozdał w niedzielę swoje papierosy. A wszystko to było jakieś tajemnicze i bardzo ładne, bo nic nie mówili, a wiedział, że go lubią.
„Biedni ludzie — myśli Maciuś — niby są biali, a mało się różnią od ludożerców”.
I bójki ich były dziwne. Pobiją się, pokrwawią, a nie ma w nich złości; jakby się z nudów bili i tęsknoty.
— Jeden los nas bije — usłyszał raz Maciuś.
Długo myślał, leżąc na tapczanie, co znaczy los.
Po tygodniu zmieniono mu celę na lepszą, bo stał w niej piec i nie było tak zimno. Śmieszne się może wydać, że lepsze są cele z piecami, bo w nich nie palono nigdy. A jednak przyjemniej, gdy stoi sobie w kącie, bo jest nadzieja, że może zapalą. Niektórzy więźniowie podobno kradli po kawałeczku, a jak już garstkę węgla uciułał, co czasem dwa miesiące trwało — to sobie wreszcie raz napalił zapałką od papierosów. Bo do dziesięciu niedzielnych papierosów dodawali siedem zapałek.
W niedzielę przez dwadzieścia minut wolno było rozmawiać. Rozmawiali najczęściej o kawie.
— Podobno w tym roku mają dawać po trzy kostki cukru.
— Co rok tak mówią od lat dziesięciu, jak tu siedzę. Może mają dawać, a sami zżerają, psiakrew.
— Czego w niedzielę, chamie, przeklinasz?
— Zapomniałem.
— To nie zapominaj, psiajucho.
Aż naczelnik wyjechał służbowo na tydzień do stolicy. Niby się nic nie zmieniło, a wszyscy się cieszą.
— Naczelnik wyjechał.
Więc co? Tak samo noszą kosze z węglami, tak samo łańcuchy brzęczą, tak samo bat świszcze i nie wolno rozmawiać. Nawet tak samo wywołują co wieczór na rózgi do kancelarii; a jednak jest jakby swobodniej.
I w Maciusia wstąpiła nadzieja.
Pod wieczór rzucił się dozorca na Maciusia:
— A ty co myślisz, żeś lepszy? Myślisz, żeś dziecko? Tu nie ma dzieci, a kryminalni. Kajdany mu zdjęli, to, psubrat, myśli, że szlachcic. Do kancelarii!
Znów krzyczał Maciuś: „Oj, już nie będę, oj, boli, boli!”, znów ławka dostała, że aż huczało. Znów dozorca kazał zemdleć z bólu i zaniósł go nie do celi, ale do siebie.
— Słuchaj, mały, tylko bez bujania, czy to prawda, że jesteś królem?
— Jestem.
— Bo mnie tam wszystko jedno. Nie dlatego mówię, żeś król, ale żeś podobny do synka, który mi umarł. Jedyne szczęście miałem w psim życiu i Bóg je zabrał. A potem przyszło to wszystko. Więc ruszaj na cztery wiatry, rozumiesz, bo jak nie, to...
Z przyzwyczajenia wywinął batem w powietrzu.
— Bo jak nie, to wiedz, że każdy po roku już ma suchoty89, a po dwóch latach kopyta wyciąga90, rzadko który pięć lat przeżyje, a tylko sześciu mamy, którzy wytrwali lat dziesięć. I to są chłopy jak dęby, a nie takie pisklęta jak ty. Więc ruszaj, psubracie, mówię ci jak ojciec rodzony — i pomódl się tam, na wolności, za duszę mojego dzieciątka, bo modlitwa katorżna91 i Bogu niemiła.
Wyjął z kuferka ubranie zmarłego jedynaka, a zanim ubrał Maciusia, trzy razy ucałował.
— Takie same miał, psisyn, oczy jak ty i taką samą miłą jak ty mordę.92
I zapłakał.
A Maciuś sam nie wie, czy ma się cieszyć, że wolny, co mówić, co robić.
I tak jakoś dziwnie mu się zrobiło, jakby go stąd wyganiano, i objął za szyję rękami dozorcę.
— Poszedł won — odepchnął go więzień-dozorca i wyrżnął batem w ławkę, aż huknęło.
Ale uciec z celi łatwiej niż opuścić twierdzę otoczoną murem wysokim i rowem z potrójną strażą. Tydzień cały ukrywał dozorca Maciusia w komórce. Pod deskami, obok dawnego placu gimnastyki wojskowej. Cztery dni przesiedział Maciuś w starej czatowni na murze więziennym. Akurat były noce księżycowe, nie można uciekać.
Więc dowiedział się Maciuś, co później było. Więc dozorca zameldował w kancelarii, że Maciuś umarł pod batem.
— I po co było tak bić szczeniaka? — krzywi się felczer. — Co będzie, jak sąd się upomni?
— A licho wiedziało, że taki słaby.
— Trzeba się było mnie spytać. Nie mogłeś wiedzieć, boś nie sanitarny93. Jeżeli trzymają człowieka uczonego, to właśnie dlatego, żeby się było kogo poradzić.
— Pierwszy raz dzieciaka mi dali.
— No właśnie. I trzeba się było zapytać, jak bić.
— Naczelnik widział pręgi i nic nie mówił.
— Bo naczelnik nie uczył się medycyny. Jego rzecz pilnować porządku, a za życie i zdrowie ja jestem odpowiedzialny przed królem i kolegami. Tak, mój kochany, uczyłem się medycyny u profesora Kapusty, u radcy sanitarnego Kapusty. Łysy był jak kolano, a wszystko z rozumu. Koledzy moi, Virchow i Dżenner — mają pomniki. A ja co? Jak trzeba dać rózgi, to każdy robi po swojemu. A kto musi głowę łamać, żeby papiery były w porządku?
Nalał do szklanki spirytusu, wypił, dmuchnął i pisze:
Dnia tego i tego — widziałem zmarłego więźnia...
Jak on się nazywał?
Dozorca powiedział nazwisko wymyślone, pod którym Maciusia zapisano w więzieniu.
...Krajałem zmarłego. Wzrost 1 metr 30 centymetrów. Wiek lat jedenaście. Na skórze ani w kościach żadnego śladu pobicia i żadnych siniaków nie znalazłem. Skóra gładka, jak potrzeba, więc więzień był dobrze karmiony. W płucach znalazłem dużo dymu od papierosów. Serce zwyrodniałe od wódki. Śmierć nastąpiła dlatego, że więzień w młodości palił papierosy i był pijakiem. Znalazłem serce pijaka, wątrobę pijaka, wszystko pijaka, zgodnie z badaniem Virchowa i Dżennera.
Nieboszczyk miał trzy razy szczepioną ospę i otrzymywał różne lekarstwa z więziennej apteki, ale uratować go żadną miarą nie mogłem.
Felczer znów wypił pół szklanki spirytusu. Podpisał i przyłożył dwie pieczęcie: jedną — izby przyjęć, drugą — kancelarii sanitarnej.
— Na, masz. A na drugi raz, jeżeli się nie poradzisz, to napiszę zwyczajnie: zmarł z pobicia. I będziesz miał kram. Rozumiesz?
— Rozumiem, panie profesorze.
— No już dobrze, dobrze. Napij się i ty trochę.
— Pokornie panu profesorowi dziękuję.
— Ja tam nie profesor, a zwyczajny felczer. Ale uczyłem się u profesorów. Dwie piątki miałem na patencie: z anatomii i chemii. Wodę pod mikroskopem i powietrze widziałem. Sam radca sanitarny mnie egzaminował. A łysy był jak kolano.
Czytał Maciuś świadectwo, bo mu je dozorca przyniósł do czatowni.
— Czytaj, Maciusiu, a jak ci się znów uda być królem, będziesz przynajmniej wiedział, jak ludzi męczą. Nie jesteśmy najlepsi, to prawda, ale i najgorszym należy się sprawiedliwość.
Te cztery dni, które spędził Maciuś w czatowni, kiedy nic nie mógł robić wtulony w kąt — i tylko słuchał, jak wicher wyje przez otwory okien — porównywał Maciuś z samotną wieżą na bezludnej wyspie — i myślał, czym one do siebie podobne.
A piątego dnia przyjechał naczelnik. Zebrał wszystkich więźniów i krzyczy:
— Jak tu przyjadą i będą pytali, czy był między wami jaki mały więzień — taki chłopak — żebyście powiedzieli, że nie. Rozumiecie? Jeżeli kto powie, że tak, dostanie dwieście batów. A jeżeli powiecie, że nie, to do kawy na Wielkanoc dostanie każdy cztery kostki cukru. Rozumiecie? Nie chcę was oszukiwać: ten mały zbrodniarz dostał się tu nieformalnie. Ale już odesłaliśmy go do innego więzienia. Więc każę wam i rozkazuję, żebyście zapomnieli raz na zawsze, że on tu był. Rozumiecie? Albo dwieście batów, albo cukier.
— Co nie mamy rozumieć. Tylko zawsze łatwiej zapomnieć, jak się coś wypije. — Mówi najstarszy więzień-delegat.
— Więc dobrze: dostaniecie po kieliszku wódki.
Siedzi Maciuś w swojej czatowni i rad, że przez niego taką mają biedacy uciechę: wódkę dostali.
Bo nie mówiłem, co to była za awantura po porwaniu Maciusia.
— Co wiele gadać — powiadają królowie — porwany został przez następcę tronu.
Następca tronu udał obrażonego.
— Jeśli porwałem, więc szukajcie. Prawda: nie lubiłem Maciusia. Ale czy ja jeden? I między Murzynami miał Maciuś wrogów. Ile to czarnych przez niego zginęło. A i biali królowie nie wszyscy go lubią. Orestes jest zły na Maciusia. Cesarz Pafnucy też nie znosi Maciusia, bo od przygody na Fufajce nie może przyjść do zdrowia: stracił sen, często miewa boleści i bóle głowy.
Ale rozumie młody następca tronu, że będą szukali. No i choć Maciuś w więzieniu, ale mogą znaleźć. Więc się ucieszył, że Maciuś nie żyje. Już teraz będzie przynajmniej spokój.
A tymczasem wiedzą już królowie, dokąd zajechał samochód z Maciusiem. Badają właściciela hotelu, rybaków-przewoźników, robotników portu, marynarzy.
Jakaś kobieta widziała samochód. Skręcił na prawo. Tu zatrzymali się, bo im pękła opona. Tam jedli śniadanie, a mały chłopak zajrzał do środka do samochodu, ale zaraz go odpędzili; nie wie, czy tam ktoś siedział. Wreszcie znaleźli ślad, gdzie Maciusia przenieśli z samochodu na łódkę. Już wiedzą nawet, jakim jechał okrętem. Ale naprawdę dowiedzieli się wszystkiego przez zwyczajny przypadek.
I tak często bywa: zgubisz coś — szukasz, szukasz — i nie ma.
A tu nagle — już zapomniałeś nawet —- i nagle znalazłeś.
Więc jeden adwokat chciał napisać książkę uczoną o więzieniach na całym świecie. Ilu w jakim państwie jest więźniów, za co ich wsadzono, jak długo siedzą, czy się poprawiają, czy się z nimi dobrze obchodzą, czy nie umierają. A już taki jest zwyczaj, że jak ktoś pisze uczoną książkę, wszyscy mu pomagają. I przez lat dziesięć jeździł ten uczony po wszystkich krajach całego świata — i pozwalali mu przeglądać papiery. I teraz był akurat w stolicy następcy tronu.
Cichy, zakurzony od starych papierów, które całe dnie czytał — taki grzeczny — ciągle się tylko pyta, czy aby nie przeszkadza — za wszystko dziękuje — siedzi sobie i pisze, liczy, przepisuje. Oczy mu się od czytania popsuły — dwie pary okularów ma na nosie — nikogo nie poznaje. Na lokaja94 mówi: „Panie dyrektorze”, dyrektorowi departamentu chce dać na piwo, bo myśli, że to lokaj, pióro95 umoczył w herbacie, którą mu z litości postawili, bo od rana nic nie jadł. Śmieją się z niego i figle mu płatają urzędnicy.
— Głupi. Zdaje mu się, że się czego dowie z papierów. W papierach wszystko jest w porządku.
A uczony nic nie wie — pracuje.
— Przepraszam serdecznie, czy nie przeszkadzam? Bo nie czytałem jeszcze świadectw lekarskich. Ale przepraszam, bo może pan nie ma czasu?
— Nie szkodzi. Ej, woźny, daj tam panu z czternastej szafy dwa pudy96 papierów. Te zakurzone.
— Serdecznie dziękuję. Nie szkodzi, że zakurzone.
Woźny, już trochę znudzony — buch mu przed nosem na stół pożółkłe papierzyska. Ano, kichnął dwa razy.
— Serdecznie panu naczelnikowi obowiązany.
Ale pracowała w wydziale więziennym urzędniczka, która kupiła nową bluzkę, więc zła, że się zakurzy. Więc wzięła papiery najnowsze, z ostatniego tygodnia i mówi:
— Niech pan lepiej to czyta, bo są czyste przynajmniej. I dowie się pan, co jest teraz, a nie — sto lat temu.
— Serdecznie pani dziękuję. Owszem, i to ważne, i to ważne. Serdecznie obowiązany. Pani się trudzi, dziękuję.
A na tej samej górze leży świadectwo Maciusia.
Wzrost zmarłego — 1 metr 30 cm. Wiek lat jedenaście... Więzień w młodości palił papierosy i pił wódkę.
Więc stary uczony miał syna, także adwokata — i napisał w liście, że znalazł bardzo ciekawy papier, że w najcięższym więzieniu umarł taki mały więzień:
Wiesz, kochany synu, że bardzo się cieszę, że taką ciekawą wiadomość będę mógł napisać w swojej uczonej książce.
A synowi błysnęła nagle myśl, czy to nie Maciuś przypadkiem. Co tu robić? Nie bardzo chce mu się jechać daleko, ale jedzie.
— Jeżeli się uda, będę od razu najsławniejszym adwokatem na świecie.
Stary przepisał dokładnie ten cały papier. A syn — było nie było — ogłosił w gazetach. Co książka napisze za lat dziesięć — gazeta ogłasza w jeden dzień — od razu.
Nie mogę za dużo opowiadać o jednym, więc dużo przepuszczam. Młody następca tronu bronił się jak mógł. Chce pokazywać papiery, ale nikogo nie wpuści do więzienia. Ale nie było rady. Stary król sam dał pozwolenie.
Felczer kręci, więźniowie ni to, ni sio — naczelnik więzienia się plącze. Widać, że sprawa nieczysta.
Wreszcie się wydało. Ale nie wszystko. Świat się dowiedział, że Maciuś nie żyje.
Nie wszystko się wydało. A jeśli dokładniej powiedzieć, nie dla wszystkich wydała się prawda. Każdy troszkę wiedział, a trochę się domyślał.
Więc tak: starego króla bardzo szanowali, nie chcieli mu robić wstydu. Więc niby młody król był wplątany, ale właściwie nie on, a jego generał. Dalej, Maciuś już na bezludnej wyspie był niezdrów, a potem męczył się zanadto w obozie czarnych dzieci i nawet się zaraził jakąś chorobą. Dalej, Maciuś nie umarł w więzieniu, tylko w szpitalu niedaleko więzienia. Więźniowie poplątali Maciusia z synem rzemieślnika, który odnawiał mieszkanie naczelnika więzienia. Był Maciuś w więzieniu, ale tylko jeden dzień.
Ten generał będzie ukarany. Choć i on nie jest winien. Zaszło nieporozumienie. Młody król wysłał depeszę, żeby „usunąć przeszkodę”, a generał źle zrozumiał, że ma niby porwać Maciusia.
Właściwie winien telegrafista, bo nie tam postawił przecinek, gdzie trzeba.
Gazety się kłóciły, a każda inaczej pisała.
Zbrodnia czy nieszczęście — pisze największa na świecie gazeta. Stoimy wobec bolesnej tajemnicy. Z całego serca pragniemy wierzyć, że król Maciuś Reformator zmarł śmiercią naturalną, że nie został zabity. Ten mały król, męczennik, pierwszy król dzieci, waleczny rycerz i opiekun Murzynów, choć wielki, był jednak śmiertelny. Burzliwe życie mogło osłabić jego zdrowie. Zabłysnął jak wielka gwiazda — i zgasł. Ciężka strata, słone łzy, bolesne westchnienie. Ale cios byłby straszny, gdyby istotnie zginął z rąk morderców.
Inna gazeta pisze:
Czy nie wszystko jedno? Bo jedno jest pewne: Maciuś nie żyje. Dopóki nie mieliśmy pewności, wszystko było ważne. Każda nowa wiadomość dyktowała wyrazy nadziei albo zwątpienia.
Inna znów gazeta:
Niech spoczywa w spokoju. Zasłużony bojownik, rycerz bez skazy, orzeł i lew pustyni. Świat ten niegościnny pożegnał.
Inna znów:
Król-sierota. Pamiętajmy, że głowa w złotej koronie była głową dziecka-sieroty. Pamiętajmy, że pod purpurowym płaszczem królewskim biło tęsknie serce dziecka-sieroty.
Wybaczono Maciusiowi wszystko. Kiedy jedna z gazet pozwoliła sobie na uwagę, że Maciuś w polityce popełniał czasem błędy, wszyscy rzucili się na redaktora, który przez tydzień bał się wyjść na ulicę i nie chodził do teatru, żeby go nie obili.
W szkołach pozwolono zbierać składki na pomnik Maciusia.
A siedemnaście tysięcy depesz nadeszło do jego stolicy:
Narodowi w żałobie zasyłamy97 wyrazy współczucia.
W nieszczęściu, które spotkało, niech was pocieszy uczucie dumy, że mieliście takiego króla.
Wasz król odniósł największe zwycięstwo: zdobył serca całego świata.
Ktoś, ale nie pamiętam kto, napisał, że dla uczczenia Maciusia byłoby dobrze wprowadzić jakąś jego reformę, dać dzieciom prawo, jedno z tych, o które Maciuś walczył. Odpowiedziano, że plecie głupstwa: jeżeli się zrobi to, czego chciał Maciuś, dzieci się będą cieszyły. I będzie wyglądało, że się dzieci cieszą, że Maciuś umarł, a to przecież byłoby nieładnie.
Dzieci powinny być smutne, że ich obrońca nie żyje. A Maciusia chwalą nie dlatego, że chciał dać dzieciom prawa, ale że był wielki reformator.
Idzie Maciuś szosą ciemną w kierunku swojej ojczyzny. Nie cieszy się. Tylko tak mu się plącze w głowie myśl, że ot i z więzienia go wypędzono. Miał dach nad głową, miał chleb — dlaczego akurat dozorca się zlitował i zmusił do ucieczki? Ciężkie miał tam życie, ale czy nie trudniej myśleć, co robić dalej, niż nosić kosze z węglami? Pracować i tak musi, bo nie chce darmo jeść, choćby i dali. Ukrywać też się musi, bo nie może ciągle wojen prowadzić. Zatrzymał się i zapisał w swym pamiętniku:
Życie jest jak więzienie.
I jakby w odpowiedzi usłyszał śpiew słowika. Zatrzymał się, oparł o ogrodzenie i słucha.
Dlaczego ludzie nie są jak ptaki?
Wstąpił do karczmy, zjadł skromny posiłek. Postanowił iść pieszo. Niewielka suma pieniędzy wystarczy na drogę. Nie chciał jechać koleją. Wraca do kraju boso i na piechotę, tak jakoś wypada. Zresztą lepiej się myśli w drodze. Widocznie pszczółki głowy98 wtedy się kołyszą i prędzej fruwają.
O swojej śmierci dowiedział się z gazety w miasteczku, przez które przechodził. Tak lepiej. Przynajmniej go szukać nie będą. W drodze z tym i owym zagada — podwiozą go małowiele99 — widzą, że z obcych stron. Znudziło się Maciusiowi kłamać.
— Jestem sierota. Wracam tu i tu.
Na resztę pytań odpowiada:
— To długa historia.
I najciekawsi więcej się nie pytają.
Aż zaszedł do ziemi, której był królem. Ukląkł i ucałował, jakby ją witał czy też przepraszał.
Zatrzymał go strażnik graniczny.
— Ty skąd?
— Ze świata.
— Dokąd?
— Do domu.
— A gdzie twój dom?
— Gdzie mój dom? Nie wiem.
— Masz papiery?
Przypomniał sobie Maciuś, że mu dozorca dał jakiś fałszywy papier. Podał go.
— Syn dozorcy więzienia?
— Nie — powiedział Maciuś z uśmiechem — syn króla.
— Ho-ho! Wysokiego jesteś rodu. No, ruszaj.
Nie uwierzył. A Maciusiowi wszystko jedno. Zmęczony. Nic mu pszczółki nie powiedziały — idzie w stronę stolicy, ale coraz wolniej. Zmęczony i głodny. Już nie ma ani grosza. Cały jego majątek fotografia matki — taka wytarta, że tylko jeden Maciuś poznałby królowę100. Cały jego majątek — to ta fotografia, muszelka, kamyk i czarna kostka cukru — ołówka kawałek i ten kajecik101-pamiętnik.
Zgodził102 się Maciuś za pastuszka.
Jest teraz Marcinkiem — dwie krowy pasie. Ciche zwierzęta. Lubią go.
Lubią go i ludzie. Cichy, posłuszny, usłużny i smutny; a najsmutniejszy, kiedy się uśmiecha.
— Musi103 dzieciak wielką przeszedł biedę: z oczu mu patrzy.
Były poranki chłodne, a Maciuś w polu krów pilnuje. Były deszcze i grady. Były dnie upalne, że aż język zasychał. Maciuś jakby nie spostrzegał: swoje robi.
Ani razu nie skusił się, jak inni chłopcy, nie pobiegł do lasu na poziomki, jeżyny, jagody. Ani razu krowy nie wlazły w szkodę.
A co wart, poznali sami gospodarze, kiedy jakaś dziwna gorączka przyszła. Nieważna choroba. Dwa dni zimno trzęsie, kości bolą, że jęczysz, w głowie szumi, a kaszel, zdaje się, piersi rozrywa. A potem osłabienie takie, że ledwo nogi wleczesz.
Jeden — tydzień bieduje, inny dłużej, a w całej wsi sam chyba Maciuś — dnia nie przeleżał. A każdego zastąpi, nic mu nietrudne, wszystko umie.
Chłop szanuje zdrowie.
— Na oko, chuchro104 — pańskie dziecko, a mocny.
Upodobali sobie Marcinka:
— Ostań105 na zimę.
— Zostanę.
Z chłopcami mało rozmawia. Bo chłopcy, jak to oni:
— A co, a jak, a skąd?
— Dumny, nie chce mówić.
Probują106 go wciągnąć do kompanii:
— Chodź, głupi, na gruszki. Ogrodnik wyjechał.
— Nie pójdę.
— Boisz się?
— Nie boję się, a nie chcę.
Swoje krowy mu zostawiają, wiedzą, że Maciuś usłuży. Ale niech weźmie zapłatę.
— Masz gruszkę.
— Dziękuję.
— Podziękujesz, jak weźmiesz. Dlaczego nie chcesz?
— Kradziona.
Jeżeli sam nie bierze, to pewnie zaskarży.
I to nie.
— Rwałeś gruszki, urwisie?
— Nie rwałem.
— A wiesz, kto rwał?
— Może wiem, a nie powiem.
— Numerek! Pilnujcie tego przybłędy, gospodarze. Cicha woda brzegi rwie.
I trzasnął drzwiami.
— Każecie odejść? — pyta się Maciuś.
— A źle ci u nas?
— Dobrze, ale pan ogrodnik ma złość na mnie.
— Bo jesteś uparty. Trzeba powiedzieć, coś widział.
Maciuś się uśmiecha smutnym uśmiechem: ma opowiedzieć, co widział?
Nadeszła zima.
— Czy mogę chodzić do szkoły?
— Jak cię wezmą, to chodź. Roboty mało.
Idzie Maciuś do szkoły.
— Znajda107 idzie.
Maciuś nie znał porządków szkolnych. Idzie sobie, wchodzi z chłopcami, siada na ławce.
— To moje miejsce, ja tu zawsze siedzę.
Spędzają go z każdego miejsca — śmieszy ich to.
— Czy pani cię zapisała?
— Jaka pani?
Stanął przy ścianie, a oni wokoło.
— Ot dumy. Niech stoi. Zobaczymy, co pani powie.
Dzwonek. Siedzą — czekają.
Wchodzi pani.
— Coś ty za jeden?
— Marcinek.
— Czego chcesz?
— Do szkoły.
A tu wszyscy w śmiech. Pani się rozgniewała.
— Kto go tu sprowadził?
— Nikt. Sam przyszedł. Krowy pasał przez lato.
— I gruszki kradł.
— Znajda.
— Przybłęda.
— Obieżyświat.
A Maciuś — nic, jakby nie o nim mowa. „Obieżyświat” — tak, prawda, że pół świata obiegł i objechał.
Ale ci krzyczą, a pani patrzy na Marcinka i chce sobie przypomnieć, do kogo podobny.
— Czy ty mnie znasz, Marcinek?
— Pierwszy raz panią widzę.
— A ja ciebie już gdzieś widziałam.
— Bo on przybłęda, proszę pani.
— Wilkołak, proszę pani.
Wszyscy w śmiech. A tu wpada kierownik, który miał lekcję w sąsiedniej klasie.
— Co to za hałasy!
Porwał za uszy dwóch z pierwszej ławki, wyrzucił z klasy.
— Proszę pani, lekcji mieć nie mogę. Nie powinno być wrzasków w szkole.
Pogroził linią i wyszedł.
A nauczycielka, zawstydzona, jakby się miała rozpłakać.
— Usiądź, Marcinku, na pierwszej ławce. Dajcie mu książkę. Umiesz czytać?
— Umiem.
Podają książkę do góry nogami, żeby go wyśmiać.
Maciuś czyta płynnie.
— Opowiedz.
Maciuś swoimi słowami opowiada, ale nic nie przepuści.
— Uczyłeś się historii?
— Tak, trochę.
— Słyszałeś o Pawle Zwycięzcy108?
— Słyszałem.
Więcej mówi niż w książce.
— Weź kredę i zrób zadanie.
Probuje109 — nie umie.
— Znasz zagraniczne języki?
Już i chłopcy się dziwią. Nie śmieją się, patrzą ciekawie.
Ale naprawdę cicho się zrobiło, kiedy nauczycielka zapytała się z geografii:
— A możesz mi coś opowiedzieć o roślinach i zwierzętach gorących krajów?
Maciuś patrzy przez okno i jakby widział to wszystko, co opowiada. Tak wyglądają palmy, a tak liany. Takie owoce ma figa, takie pestki daktyle. Banany są smaczne. Takie są kokosowe orzechy. Tak nosorożec wygląda. O, taki będzie na wysokość. Młode są mniejsze, bywają i jeszcze wyższe.
Lew, tygrys, hiena, lampart, słoń, krokodyl, małpy, papugi, kanarki.
— Musi110 sam widział to wszystko — powiadają chłopcy — tak z książki się nie opowiada.
Marcinek zostanie tymczasem u nauczycielki, jak się douczy arytmetyki, przejdzie do starszego oddziału111.
Nauczycielka jest dla Maciusia-Marcinka bardzo dobra, a chłopców Maciuś drażni jakoś. Probują i tak, i owak: to powiedzą coś, żeby się roześmiał, to pchnie go który na próbę, czy się bić umie: ten chce się zaprzyjaźnić, żeby mu powiedział, skąd się wziął, co za jeden. A może się rozzłości, a może rozdokazuje później, kiedy się ośmieli.
— Ty się nie bój. Pani ci nic nie zrobi. Nauczyciel — to co innego. A pani dooobra.
„Dooobra” mówili tak, jakby żartowali.
Czekają — niecierpliwią się — a między jedną a drugą próbą — zawsze ktoś rzuci:
— Przybłęda.
Jeden mówi: „cicha woda”, drugi, że „świętoszek”, trzeci: „lizuch”, czwarty: „panienka”.
A Maciuś przypomniał sobie kanarka z klatki i wolne kanarki bezludnej wyspy.
„Tam było tak samo”.
Zauważyła nauczycielka, ale myśli, że się przyzwyczają. Ale raz mu chłopiec umyślnie kajet112 atramentem zachlapał. Tego było za wiele.
— Niegodziwi jesteście! — krzyczy pani, taka czerwona ze złości jak nigdy. — Czego od niego chcecie? Że więcej od was umie, jest lepszy, więc mu zazdrościcie?
— Czego mamy zazdrościć? Chyba dziurawych butów? — powiedział syn bogatego gospodarza, bardzo dumny ze swej nowej czapki.
Był to stawiak113 wielki, leń, ale silny, więc choć nie lubili, ale go się bali.
— Pani tak się za nim ujmuje, jakby był narzeczony. A ty czego tak patrzysz?
— Bo mam oczy — odpowiedział Maciuś i lekko się zarumienił.
— A ja nie chcę, żebyś na mnie patrzał114.
Wyszedł z ławki, dochodzi do Maciusia. Maciuś wstał, zmrużył oczy.
— Ty oczu nie mruż, rozumiesz?
Maciuś przypomniał sobie bójkę z bezludnej wyspy. Wtedy tak samo czuł coś w sercu, coś w głowie, coś w rękach.
— No, czego patrzysz?
— Bo mam oczy — powtarza Maciuś i rękę położył na ławce obok kałamarza.
— Chcesz się bić?
— Nie chcę.
— Chcesz dostać w zęby?
— Nie chcę.
— To dostaniesz.
— Nie dostanę.
Nauczycielka biegnie na pomoc, ale za późno.
Maciuś dawno się nie strzygł, miał długie włosy. Chłopiec schwycił Maciusia za włosy, pięścią w pierś z całej siły uderzył. A potem głową o ławkę.
— Biją się, biją się! — krzyczy klasa.
Każdy biegnie zobaczyć.
Wbiega nauczyciel taki zły, że strach. A najwięcej na nauczycielkę.
— Co to za nowe porządki! Wytrzymać nie można. W klasie powinno być cicho. Pani pozwala na bójki podczas lekcji. Pani jest za dobra. Ja mam dosyć kłopotów z własną klasą, żeby jeszcze pani chłopców pilnować.
Maciuś słucha uważnie: zmarszczył brwi, ręce w tył założył. Postanowił, że musi nauczycielce dopomóc.
Uspokoiło się. Po dzwonku szkoła się skończyła. Maciuś idzie do kancelarii.
— Proszę pani.
— Czego chcesz, Marcinku?
— Proszę pani, albo mi pani pozwoli spróbować, albo przestanę chodzić do szkoły: bo przeze mnie pani ma niepokój.
— A co chcesz spróbować?
— Nie wiem jeszcze.
Wszedł nauczyciel.
— Co tu robisz? Nie wiesz, że do kancelarii wchodzić nie wolno?
Maciuś wyszedł.
— To nadzwyczajny chłopiec — mówi nauczycielka.
— Pani ma samych nadzwyczajnych uczniów — zażartował nauczyciel — jeden znakomity rysownik, drugi nadzwyczajny arytmetyk. A wszyscy razem nadzwyczajnie rozpuszczone łobuzy. Już dwie szyby w tym roku stłukli.
A Maciuś ręce w tył założył, ma dwie wiorsty do domu. Myśli. Podchodzi do niego właśnie ten rysownik.
— Ty się nie martw — mówi. — Oni się odczepią. Mnie też z początku dokuczali!
— Za co?
— Nie lubią, jak kto umie coś lepiej.
— Dlaczego?
— Chyba z zazdrości. Nie wszyscy, ale kilku, a za nimi reszta. Wiesz: obrazek ci narysuję. Chcesz? Co ci narysować? Tak wtedy opowiadałeś o dzikich krajach. Żebyś jeszcze raz opowiedział, to bym ci narysował Maciusia na bezludnej wyspie.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Przecież Maciuś umarł.
— No to co, że umarł? Rysować można. Czy pozwolą, żebym przyszedł do ciebie wieczorem?
— Zapytam się: pewnie pozwolą. Dobrzy są moi gospodarze. Kupili książki i wszystko. I buty też może kupią.
— No patrz, jaki on świnia. Że ma nową czapkę, to buty dziurawe wymawia. Dobrze, żeś się z nim nie bił. Jego ojciec bogaty. Dlatego się rozporządza, bo wie, że ojciec przyjaźni się z nauczycielem. Ale my go tak nabijemy, że popamięta. Nie w szkole, ale go już przydybamy115. Więc pamiętaj o tym obrazku.
— Dziękuję.
Idzie Maciuś, ale myśli.
A śnieg gęsty padał. A im więcej śniegu, tym się pszczółki-myśli w głowie Maciusia żywiej poruszają.
„Byłem królem — myśli Maciuś — rządziłem całym narodem. A teraz nie mogę sobie poradzić z jedną klasą. Mówiłem w parlamencie i się nie wstydziłem, a teraz wstydzę się mówić do chłopców. Rozumiem, dlaczego Franek nie chciał z nimi zaczynać. Najgorsze jest dokuczanie i wyśmiewanie. Chociaż co? Znów powiedzą: «Przybłęda, ma buty dziurawe». Niech mówią. I zawsze jeden zacznie, a inni to samo”.
A na drugi dzień miał już Maciuś cały plan złożony.
Zaraz na pierwszej lekcji wstał, że chce mówić. No więc dobrze. Wstaje, ale tak mówi:
— Jestem znajda, przybłęda i mam dziurawe buty. Więc jeżeli nie chcecie, żebym chodził do szkoły, mogę nie chodzić. Bo po co pani ma mieć przeze mnie przykrości. Zrobimy głosowanie: jeżeli więcej nie chce, to dobrze. Ale jak jeden nie chce, a wszyscy chcą, to już trudno. Nie myślcie, że się boję. Jak się kto chce bić, dobrze, ale nie w szkole. Możemy się umówić, będziemy walczyli przy świadkach. Nauczyciel bije, więc go się słuchają. Ja myślę, że więcej trzeba się słuchać, jeżeli nie bije. I dopóki dzieci nie przestaną się bić między sobą, nie mają prawa żądać, żeby ich dorośli nie bili. Dopóki dzieci nie przestaną się bić i rzucać kamieni, muszą być wojny — i będą sieroty, bo ojców na wojnie zabili. Wiem, że można się czasem pokłócić, ale trzeba się zebrać, żeby było wiadomo, kto ma słuszność: nie trzeba się zaraz bić.
Podczas mowy Maciusia słychać było głosy:
— Ooo, jak się rozgadał.
— Co to za lekcja?
— Znajda chce być naszym profesorem.
— Wariat.
— Niech sobie idzie.
I kiedy Maciuś przerwał i powiedział, żeby podnieśli ręce ci, którzy go nie chcą, więcej niż połowa podniosła w górę ręce.
Maciuś tak powiedział:
— Nie myślcie, że nie słyszę, co pod nosem gadacie, ale nic sobie z tego nie robię. Wstałem i mówię głośno, a oni wiedzą, że nie mają racji, więc tylko burczą pod nosem. Bo są tchórze i nic nie mają do powiedzenia. Więc kto nie chce, żebym chodził do szkoły, niech podniesie rękę.
No i podnieśli. Nauczycielka chciała coś powiedzieć, chciała go zatrzymać, ale Maciuś wziął książkę i zeszyty i wyszedł bardzo prędko.
Już w drodze dogonił go chłopiec, żeby wrócił, że to była omyłka, że wielu nie zrozumiało. On też podniósł rękę, bo myślał, że trzeba podnieść, żeby Maciuś został.
— Zobaczysz, że już nie będą dokuczali. My wiemy, kto na ciebie buntował. No spróbuj, co ci szkodzi? Wróć, Marcin. Sam widzisz teraz, że jesteś dumny. Mówię, że zaszła omyłka, a ty nic. Patrz, jaki ty jesteś.
Maciuś niby słyszy, niby nie słyszy, co mówi kolega. Szkoda mu pani i szkoda szkoły. Ale trudno. Jeżeli nawet w więzieniu go nie chcieli i przepędzili z najcięższego więzienia, jakże go mieli przyjąć do szkoły? Toć wiadomo: umarł Maciuś — więc po co się błąka między ludźmi? Tak mu było dobrze u kiełbaśnika, tak mu było dobrze na bezludnej wyspie, tak dobrze mogło mu być w pomarańczowym ogrodzie królowej Kampanelli, tacy dobrzy byli dla niego zbrodniarze, a teraz tak mu źle, tak mu żal, tak smutno.
Wrócił Maciuś do domu.
„Wypędzili ze szkoły”.
Wyjął z kącika ukryty pamiętnik i zapisał:
„Życie jest gorzkie” — powiedział Walenty. Wtedy nie rozumiałem, co to znaczy. Teraz rozumiem.
Ależ chryja116. I to taka, że no! Jakby było coś w Maciusiu takiego, że gdzie się pokaże, zawsze jest ambaras117. Był królem — wiadomo, co się działo. U Murzynów i białych, królów, dorosłych i dzieci — wszędzie coś zaczął, zmienił zwykły porządek, jakby ludziom oczy zamknięte otwierał.
W cichej wsi zawrzało jak w ulu. Utworzyły się dwie partie: przeciw Marcinkowi i za Marcinkiem.
— Ten przybłęda mówił w klasie, że nauczyciela nie trzeba się słuchać, bo bije. Mówił, że będzie bił wszystkich, co mają całe buty i nowe czapki. A pani mówi, żeby go prosić, żeby chodził do szkoły. Jednemu zginęło pióro: to pewnie on ukradł, więc się boi, udaje obrażonego.
Od dzieci przeszło na starszych. Ci chwalą nauczyciela, a tamci panią.
Opiekunowie Maciusia trzymają stronę Maciusia:
— Cichy — posłuszny — pracowity — gada jak stary. Marcinek ma rację — i kwita.
— Owa118, znaleźli się dobrodzieje: gębą dobrzy, a butów mu nie kupili. A że obdartus, wiadomo: gospodarskiemu dziecku nowej czapki zazdrości.
Zaczynają różne winy wymawiać: a ten pijak, a ten leń, a ten fałszywie w sądzie świadczył.
— Jaki ojciec, taki syn.
Aż byli tacy, co mówili, że lepiej było bez szkół.
— Apostołowie czytać nie umieli, a święci byli.
— Nauka tylko rozpuszcza dzieci, od roboty odciąga.
— Nie ma ani szacunku dla starszych, ani posłuszeństwa dla gospodarzy zamożnych i statecznych.
Tak się coś z tydzień kręciło w kółko. Aż Maciuś wrócił do szkoły. Niby się uczy tej arytmetyki, ale mu nie spieszno do wyższego oddziału. Wrócił Maciuś ani pokorny, ani dumny — taki, jak był. Tylko że nie sam teraz wraca do domu, a z chłopcem, co ładnie rysuje. I na jednej ławce z nim siedzi. Nic, tylko prawdę mówi. Niech jakiś hałas albo co, Maciuś spojrzy i czeka. Jak pani się nie pyta, nic Maciuś nie mówi, a jak zapyta i tamten się nie przyzna, Maciuś nic się nie boi.
— To on — i palcem pokazuje.
Lekcja się skończyła.
— Poczekaj, szpiegu, pożałujesz.
— Szpieg — to co innego — odpowiada spokojnie. — A ty tchórz. Sam się przyznaj.
Ani razu się nie bił, ale jakoś czują, że zaczynać z nim nie należy.
Nauczycielka sama nierada119, więc nawet nie pyta, kto szura nogami pod ławką, gwizdnął nagle albo ziewnął głośno. I ma coś Maciuś w oczach, że jak spojrzy, to tamten przestanie, jak lord Pux na obradach.
Ale strasznie się wszyscy zdziwili, kiedy Maciuś powiedział, że chce się bawić w śnieżki.
Przypomniał sobie Maciuś wojnę z królewskiego parku.
— Kto trzy razy trafiony, zabity. Kto się przewróci, w niewoli.
Nie nazywa się Maciuś oficerem, walczy razem z wszystkimi, a wychodzi, że jest dowódcą. Bo jak mówi, tak wszyscy się zaraz zgadzają. I nigdy nikomu nie powie: „Ee, ty tam dużo wiesz”, a każdego wysłucha i jeśli dobrze radzi, zaraz się zgadza, a jak źle poradzi, zmieni trochę, że wyjdzie jak trzeba; albo wytłumaczy, dlaczego nie można.
— Wybierzemy generałów — ktoś mówi.
— Po co? — pyta się Maciuś. — Zróbmy lepiej tak: niech każdy rzuci pięć razy do celu. Zapiszemy, kto dobrze celuje — i rozdzielimy się na dwie równe partie.
A że wszędzie są oszukańcy, więc niektórzy umyślnie źle celują, niby nie mogą trafić. Ale Maciuś od razu poznaje.
Inni znów kłócą się, że trafili, a tymczasem nieprawda.
— Wymawiam120: nie wolno się obrażać.
Już chcą zaczynać: a to odwilż przyjdzie, a to śnieg będzie suchy. A Maciuś się nie śpieszy:
— Lepiej odłożyć, ale żeby nam się udało.
Starszy oddział121 chce się przyłączyć.
— Teraz nie: musimy naprzód sami spróbować.
Trzy dni się szykowali. I żeby się im nie nudziło, tymczasem robią wały.
Nikt już nie mówi, że dumny. Lubią Maciusia. Najwięcej bajek umie, i to takich dziwnych. Ale się Maciuś nie zdradza, że to bajki murzyńskie, więc zmienia imiona.
Rośnie Maciuś w sławę. A coraz bardziej ciekawi wszyscy, co on za jeden.
Wiedzą, że syn dozorcy więzienia — no ale gdzie?
— Widziałeś, Marcinek, zbrodniarzy?
— Czy prawda, że można po oczach poznać zbrodniarza?
— Czy dużo podróżowałeś?
Maciuś tak zręcznie skieruje rozmowę na coś innego.
— Słuchaj, powiedz nam wreszcie prawdę.
— Co? — niby się nie domyśla.
— No, daj słowo, że powiesz.
— Daję słowo, że jak przyjdzie czas, wszystko opowiem.
Oj, nie chciał Maciuś, nie chciał, żeby ten czas nadszedł. Dobrze mu w domu i w szkole — i dobrze z dziećmi. Tacy wszyscy mili; jest paru gorszych, ale się starają, tylko nie mogą:
— Myślisz, że nie wiem, że jestem kłótliwy? Chcę być inny, ale nie mogę. Mówię sobie: od poniedziałku będzie inaczej. Więc co ja winien, że mi się nie udaje?
Ten znów lubi zaczepiać:
— Żebym się nie pilnował, to by ze mną nikt nie wytrzymał. Sam nie wiem dlaczego, ale lubię, jak się ktoś złości.
— Teraz to już nic — mówi inny — żebyś wiedział, jakim ja dawniej byłem łobuzem. Pies nie pies, kura, dziad, koń, dziecko — albo kamieniem, albo kijem. Patrz tylko.
I pokazuje na głowie, na rękach, na nogach duże i małe blizny.
— Patrz: tu mnie koń kopnął. Tu siekierą mało palca nie uciąłem. To szkłem od butelki — tak się krew lała. Tu pies mnie pogryzł, jak mu do ogona chciałem przywiązać sanki, żeby woził. Teraz jestem duży, więc wiem, ale przedtem — o rety!
Maciuś radzi i tak, i tak, ale każdemu mówi, żeby się starał, żeby się nie martwił: można się poprawić.
— Najważniejsza jest silna wola. Ale nie od razu można wolę wyrobić, tylko po troszku. Na przykład chcesz dopłynąć do latarni morskiej, od razu nie będziesz mógł, bo się zmęczysz, tylko po troszku. Albo jak jesteś ludożercą.
I opowiadać zaczyna o ludożercach, jakby ich widział i znał.
— Jak ci się zdaje, Marcin, czy król Maciuś naprawdę był u ludożerców, czy tylko tak w gazetach pisali?
Często w rozmowach chłopcy wspominają króla Maciusia:
— Gdyby żył król Maciuś, to by nauczyciel nie targał za uszy.
— O, tu zaczęli budować karuzelę dla szkoły.
— Pamiętasz czekoladę? Ale tylko trzy razy wydali i to nie wszystkim.
— A w stolicy dorośli chodzili do szkoły, a dzieci dawały łapy122 i stawiały w kącie. To ci była stypa123, o raju.
Śmieją się jak z wesołej bajki, a Maciusiowi tak jakoś dziwnie się robi.
I milknie.
I wzdycha.
Bo przeczuwa, że skończą się niedługo ciche, miłe dni bez troski, bez walki.
Trochę Maciuś przeczuwa sam z siebie, trochę — wie z tego, co ludzie z gazet mówią.
Więc w gazetach piszą, że stary król umarł, a młody znów zasiadł na tronie. Zawarł młody król przymierze z cesarzem Pafnucym i dwoma żółtymi królami. Zaczął się bunt w wojsku, bo była partia przeciwna młodemu królowi. Ale on zbuntowanych wystrzelał i zapowiedział, że się nikogo nie boi. Mówi, że go królowie oszukali, że port zabrali. Pokłócił się ze smutnym królem raz na zawsze.
— Przecież sam podpisałeś umowę — mówią. — A taka umowa królów nazywa się traktat, więc nie można zmieniać.
— Po pierwsze, nie ja podpisałem, a ojciec. Maciuś podpisał na Fufajce dwa traktaty.
— No tak, ale Maciuś był pijany.
— A kto mu się kazał upijać? Zresztą co innego, kiedy żył, a co innego, kiedy go nie ma.
Jeszcze ministrowie, posłowie, różni dyplomaci próbują, ale widać, że będzie wojna, a kto wie, czy nie większa, niż były.
„Wojna śpi” — przypomniał sobie Maciuś słowa latarnika.
Wojna śpi, ale lada dzień może się obudzić.
I kiedy Maciuś siedział na lekcji i nauczycielka pytała się, a Maciuś nie wiedział nawet, o czym mówią w klasie, nikt się nie domyślał, jak ważne pytania ważył Marcinek w swej głowie.
— Marcinku, trzeba na lekcji uważać — upomina pani łagodnie.
— Dobrze, postaram się — odpowiada Maciuś.
Nauczycielka powtarza, klasa się niecierpliwi.
Coraz widoczniej niepokój ogarniał Maciusia. Nie bawi się, w nocy wzdycha. Już chce z nim gospodarz jechać do doktora, bo może urzekli chłopaka.
Aż wojna się obudziła. I Maciuś powiedział w szkole:
— Proszę pani, nie będę chodził do szkoły. I pani, i kolegom za wszystko dziękuję.
— A cóż się stało? — pytają zdziwieni.
— Muszę jechać do stolicy — mówi, a słowa tak mu z trudem przechodzą przez gardło, a w kącikach oczu błysnęły dwie duże łzy i powoli spłynęły po twarzy.
Cisza długo trwała. A Maciuś stoi w ławce, ręką mocno trze czoło.
— To nieprawda, że król Maciuś umarł. Ja jestem właśnie Maciusiem Reformatorem, tylko się ukrywałem.
A choć wiadomość była tak strasznie dziwna — zupełnie jak bajka — od razu uwierzyli wszyscy.
Jak mogli się tak długo nie domyślić sami? Rozumie się, że to jest król Maciuś.
Późna noc. W gabinecie królewskim cicho, tylko zegar tyka. Siedzi Maciuś przy biurku i raz jeszcze czyta list do królów.
Przed chwilą skończyła się narada z ministrami, gdzie ułożyli wspólnie notę do królów całego świata.
Jeszcze nie za późno — pisze Maciuś. — Jeżeli młody król odwoła wojnę, możemy się pogodzić. Dosyć rozlewu krwi.
I dalej:
Jeżeli wróciłem z wygnania, gdzie żyłem spokojnie wśród dobrych ludzi, zrobiłem tak, bo nie chcę wojny. I niech tylko się uda zażegnać burzę, znów chcę oddać koronę, niech naród wybierze kogoś i razem z nim rządzi; ja nie chcę być królem.
I dalej:
Chociaż młody król źle mi życzył, nie mam do niego żalu. Wiele się nauczyłem i wiele zrozumiałem. Nie chcę się chwalić, ale mówię, że chociaż najmniejszy z królów, więcej wiem od niejednego z dorosłych. Bo dzieci nie są głupsze od dorosłych, tylko nie mają doświadczenia. Więc nawet wdzięczny jestem młodemu królowi, że dzięki niemu zdobyłem doświadczenie i zahartowałem wolę. Młody król zna generałów, a ja znam i żołnierzy, on zna porządnych, ja poznałem i zbrodniarzy, młody król zna dorosłych, ja znam i dzieci. Młody król zna naród, kiedy się kłania i krzyczy „Wiwat!”, a ja wiem, jak żyje i pracuje, jak się kłóci i godzi, jak się opiekuje sierotą.
Jeszcze Maciuś coś przekreśli w liście, coś doda, żeby ładniej było i zrozumialej. Na jutrzejszym posiedzeniu z ministrami się naradzi i wtedy już wyśle list gotowy.
Ministrowie są teraz nowi. Ze starych pozostał minister wojny, minister oświaty i sprawiedliwości. Ale oni też się zmienili. Kiedy minister oświaty sprzedawał kuriery124 przed dworcem, poznał wielu chłopców i teraz ma więcej doświadczenia.
— Nie dziwię się — mówi podczas przerwy w posiedzeniu, kiedy pili herbatę — nie dziwię się, że chłopcy źle się sprawowali. Jedni mogą siedzieć spokojnie, a inni nie. Trzeba urządzać wycieczki, różne zabawy na boisku, muszą biegać i skakać. Bo inaczej uciekają ze szkół, sprzedają kuriery, biegają po ulicy i skaczą do tramwajów125.
I minister sprawiedliwości mniej teraz mówi o paragrafach i książkach:
Jak byłem konduktorem, to się tak nauczyłem, że od razu poznawałem, kto uczciwy i płaci za bilet, a kogo trzeba pilnować, bo się wśrubuje126 i za darmo chce jechać.
Spojrzał Maciuś na zegar. Sięga po listy. O, jest telegram od Klu-Klu.
Chciałaby przyjechać, ale nie ma czasu. Już czarni zaczynają budować domy murowane. Samych szkół murowanych już jest sześćset czterdzieści. Cieszy się Klu-Klu, och, jak się cieszy, że Maciuś żyje.
Jest list od smutnego króla: Teraz już nie będę głupi — pisze smutny król — nie dam się omanić127.
Oblicza Maciuś, ilu będzie miał przyjaciół, jeżeli się nie da uniknąć wojny. A na wszelki wypadek notuje różne myśli do odezwy do wojska, jeżeli będzie potrzebna.
Myśli Maciuś, czy nie byłoby dobrze wezwać lorda Puxa: Pux wie wszystko i bardzo mądrze prowadził obrady królów.
I pszczółki w głowie Maciusia tak fruwają, fruwają i coraz coś sobie przypomina.
Byłoby dobrze napisać do nauczycielki, do latarnika. Niech nie myślą, że o nich zapomniał. I nagle przestraszył się, bo sobie przypomniał wielkie worki z listami, które wtedy czytał.
Wyszedł Maciuś do parku. Księżyc świeci. Tak ładnie i biało.
Pamięta każdy kącik. Tu z ojcem jeździł na kucu, tu w malinach spotkał się z Felkiem, co też on porabia? Tu puszczano fajerwerki, i tu sadzawka, w której go szukali, kiedy uciekł na wojnę.
Wszystko niby tak samo, a inne.
„Czy to wszystko się zmieniło, czy ja się zmieniłem. Ano — myśli Maciuś — wracam z tamtego świata”.
I nagle okropnie mu się zachciało ślizgać. Wrócił do pałacu: łyżwy leżą na zwykłym miejscu, cały czas leżały.
„Gdy ja wszędzie byłem — myśli Maciuś — one na tym samym miejscu leżą”.
Więc idzie i tak się ślizga sam jeden w parku królewskim na sadzawce przy świetle księżyca. Ma słuszność minister oświaty: jak się długo siedzi, trzeba się potem rozruszać.
Spał Maciuś długo: na królewskim łóżku. A kiedy się obudził, zapytał sam siebie, czy to, co przeżył, było snem, czy prawdą.
Koło południa list do królów został wysłany.
A królowie już wpierw wiedzieli, że Maciuś żyje, bo gazety o tym pisały. Ano, niby się cieszą, choć są i tacy, którzy się nie na żarty zlękli. Bali się, co znowu Maciuś zacznie wyrabiać. Ale zaraz się uspokoili, jak przeczytali notę128 Maciusia.
Jasne było, że nie chce wojny.
Więc zaraz do młodego króla, żeby w tej chwili zatrzymał wojsko, bo będzie źle, jeżeli się odważy przekroczyć granicę państwa Maciusia. A młody król aż się pieni ze złości. Chciał zacząć panowanie od zwycięskiej wojny, żeby go naród szanował. Bo naród już dawno nie chce króla. Ale dopóki żył stary król, więc niech sobie będzie. Ale dosyć tego dobrego. Wszędzie narody same rządzą, więc i oni chcą także.
— Cesarz Pafnucy mi pomoże — mówi młody król na naradzie wojennej. — Jeżeli wojsko zatrzymam, znów się zaczną bunty. Więc naprzód!
Chciał skończyć z Maciusiem, zanim tamci postanowią, co robić. Naprzód zwycięży, potem będzie gadał. Generałowie nie bardzo się cieszą, ale widzą, że tak źle, tak niedobrze, więc nie chcą brać na siebie odpowiedzialności. Cała nadzieja w Pafnucym. A Pafnucy się zląkł żółtych królów. Bo i oni się przyłączyli do Maciusia.
— Poczekaj, toś ty taki — mówi młody król — obiecałeś, a teraz nie chcesz?
— Nie chcę, i co mi zrobisz? Wypowiesz mnie wojnę — dużo się boję. Wszyscy są przeciw tobie, bo jesteś intrygant129. Nawet własne wojsko ciebie nie lubi. Pilnuj się, żeby cię nie zdradzili.
Pilnowanie niewiele pomoże, jeżeli jeden człowiek ma wszystkich pilnować. Sam król nic nie poradzi, jeżeli naród jest przeciwko niemu.
Cały świat się zbroi.
Widzą generałowie, że gorzej jest, niż myśleli. Zebrali się na tajną naradę bez króla.
— Więc przypuśćmy nawet, że nam się uda i pobijemy Maciusia. Rzucą się wtedy na nas inni królowie. Przecież nie można z całym światem wojować.
Tak mówi jeden. A drugi:
— Nie, moi kochani, nie pobijemy Maciusia, to darmo. Maciusia uwielbia wojsko, naszego nie lubią. My napadamy, a oni się bronią. I pamiętają dobrze naszą gospodarkę, kiedyśmy tamtym razem zwyciężyli. Daliśmy się im we znaki. Lepiej nie mówić o zwycięstwie, a co zrobimy, jeżeli przegramy.
Aż tu wstaje jeden najgrubszy generał i mówi:
— Ha, jeżeli żaden z was nie ma odwagi powiedzieć, co myśli, więc ja powiem za wszystkich. Jeżeli zebraliśmy się, więc nie żeby się oszukiwać. Powiem otwarcie: zebraliśmy się na tajną naradę, nie żeby mówić, czy zwyciężymy. O tym mogliśmy radzić razem z królem...
Sapie — oczy mu na wierzch wyszły — czerwony, że strach — i kończy głośno, prawie krzyczy:
— Zebraliśmy się na tajną naradę, żeby zdradzić króla! Więc nie traćmy czasu, bo nas przyłapią.
Generałowie źli, że tak od razu powiedział.
— Kolego generale, nie ma pan prawa mówić za wszystkich. To, co pan nazywa zdradą, może ktoś inny nazwać właśnie — jedynym dla króla ratunkiem.
— Cha, cha, cha — śmieje się gruby generał, aż mu się brzuch trzęsie — a czy król prosił, żebyście go ratowali? Nie, panowie, nie trzeba udawać. Nasza tajna narada jest przestępstwem.
— Więc co robić?
— Są dwie drogi: albo związać młodego króla i odesłać do Maciusia, albo zostawić go, a samym zwiać jak najprędzej.
Generałowie radzą, a młody król już wie o wszystkim. Ale nic nie może poradzić; ma przeciw sobie naród, żołnierzy, generałów i wszystkich królów.
Osiodłał konia i jedzie prosto do króla Maciusia.
Zatrzymał młody król konia przed okopami i powiewa białą chustką, ręce podniósł do góry; znaczy, że się poddaje. Zaprowadzili go żołnierze do sztabu pułku, stamtąd do sztabu dywizji. Wiedzą, że jeniec nie byle kto. Ale dopiero w sztabie armii poznali, że to młody król; więc telefonują do samego Maciusia, do głównej kwatery.
Główną kwaterą nazywa się mieszkanie największych wodzów i króla. Podczas pokoju mieszkają w pałacach, podczas wojny muszą mieszkać w zwyczajnej chałupie, więc dla honoru mówią o chałupie, że — kwatera, i w dodatku główna.
Ano — dobrze.
Kazał Maciuś wyjść wszystkim z kwatery, został sam na sam z młodym królem.
— Wasza królewska mość — mówi młody król — pisałeś w odezwie do królów, żeś mi wdzięczny, że dzięki mnie zdobyłeś doświadczenie, zahartowałeś wolę. Wasza królewska mość nie ma do mnie żalu. Więc...
Młody król padł na kolana. A Maciusiowi zrobiło się nieprzyjemnie i wstyd, że go się boi, aż klęka.
— Niech wasza królewska mość wstanie. Napisałem, jak myślę, nic waszej królewskiej mości nie grozi. Nie będę się mścił, tylko swojego kraju bronić muszę.
Więc wezwano ministrów, co robić. Niech przede wszystkim wojska młodego króla wrócą do siebie. Młody król zamieszka w pałacu Maciusia, potem się zobaczy, czego chce naród.
Ale ani wojsko, ani naród — nie czekali, co młody król powie. Wojsko zaraz poszło do domu, a naród ogłosił republikę130. Młodemu królowi będą płacili pensję, żeby nie umarł z głodu, bo pracować nie umie. Niech robi, co chce, niech mieszka, gdzie chce; tylko nie wolno mu robić plotek i intrygować131.
Wraca Maciuś do stolicy, ale nie patrzy ani na rozwieszone chorągwie, ani zebrane tłumy, nie słucha wiwatów ani wystrzałów armatnich. Wie, że jak się uda, to wszyscy życzliwi, a prawdziwych przyjaciół poznaje się w nieszczęściu.
Jedno go tylko cieszy: że po raz pierwszy witają go dzieci zielonym sztandarem. A policja nic nie mówiła.
Ano, zaraz z pociągu jedzie do parlamentu i mówi, że już koniec. Mają ministrów, niech sobie rządzą. Prosi tylko, żeby mu znaleźli miejsce, najlepiej w jakiejś fabryce.
— Chcę na siebie pracować. Wynajmę pokoik. Będę chodził do szkoły.
Proszą Maciusia posłowie, żeby tego nie robił. Chcą mu płacić co miesiąc, niech mieszka w pałacu królewskim. Ale Maciuś nie i nie.
Więc niech Maciuś napisze pamiętnik: co robił, kiedy był królem. Tę książkę się wydrukuje, Maciuś będzie miał dużo pieniędzy; bo książkę wszyscy kupią, bo zwyczajni ludzie lubią czytać o królach, przygodach różnych i o bandytach.
A Maciuś nie — i nie:
— Wynajmę pokoik, pójdę do fabryki pracować i będę się uczył w szkole.
Jeden poseł sejmu miał fabrykę papierosów, więc chce wziąć Maciusia — że niby wszyscy się dowiedzą — będą palili jego papierosy. Ale zaraz drugi mówi, że da miejsce Maciusiowi:
— Ja mam fabrykę perfum. W mojej fabryce ładnie pachnie.
Już zapomnieli o wszystkim, co mieli radzić, tylko wyrywają sobie Maciusia i kłócą się, że strach:
— Ach, ty oszuście — krzyczy jeden — w twojej fabryce brudno!
— A w twojej ciasno i ciemno.
— A twoi robotnicy tacy wygłodzeni, że się ledwo na nogach trzymają.
— A twoje maszyny takie stare, że nic robić nie można.
Aż wstał jeden poseł-robotnik i mówi:
— Nie kłóćcie się, panowie fabrykanci, bo to jest parlament, a nie bazar. Zróbmy tak: niech każdy doprowadzi do porządku fabrykę. Wybierzemy komisję i za miesiąc komisja obejrzy wszystkie fabryki, u kogo będzie najczyściej i najlepiej, tam król Maciuś będzie pracował. Proszę, żeby mój wniosek głosować.
— Zgadzam się — mówi Maciuś — więc głosowanie nie jest potrzebne, bo pójdę tam, gdzie zechcę.
Przez miesiąc idzie taka robota, że strach. Malują, czyszczą, przestawiają piece, żeby dobrze grzały, robią elektryczną wentylację, budują nowe klozety i kąpiele dla robotników. Majstrowie tacy grzeczni, aż miło. I po miesiącu fabryki aż się błyszczą. Bo każdy fabrykant chce mieć sławę, że u niego król Maciuś pracuje.
Ale komisja sejmowa wszystko obejrzała i nie wie, którą wybrać. A Maciuś się uśmiecha i mówi:
— Dziękuję bardzo, że panowie tak się starali. Ale ja powiedziałem, że pójdę tam, gdzie zechcę. I już sobie znalazłem miejsce. Ten fabrykant nie jest bogaty, bo nie dbał o zarobki, a więcej o robotników, więc nie mógł wszystkiego uporządkować; ale u niego zawsze było porządnie.
I wybrał Maciuś niewielką fabrykę na krańcach miasta. I zaczął pracować.
Maciuś nie wiedział, że jak się pracuje w fabryce, nie można do szkoły chodzić, bo nie ma czasu. Więc się umówił, że tymczasem chce cały dzień robić. A jak już będzie umiał, postara się prędzej skończyć robotę i wcześniej będzie wychodził. Wszyscy się zgodzili, bo wiedzieli, że Maciuś jest sprawiedliwy i nie oszuka.
A tymczasem wynajął Maciuś mały pokoik na poddaszu i mieszka sobie. Gospodarz wstawił piecyk żelazny. Maciuś sam gotuje śniadanie.
Sporo miał Maciuś kłopotu z gospodarstwem. A to mu szczotka potrzebna, a to rondelek, kubełek, to to, to owo. Wszystko trzeba kupować, a drogo kosztuje.
Wstaje Maciuś raniutko, ściele łóżko, czyści buty, ubranie, ogień zapali, wodę zagotuje, zamiecie izdebkę, wróblom okruchy wysypie, naleje kawy w manierkę na drugie śniadanie. Przyjemnie, że sam wszystko zrobił. Prędko herbatę wypije — idzie, bo niedługo gwizdek fabryczny.
I wie Maciuś, kogo spotka w drodze, co zobaczy.
Na schodkach spotka Janka, który idzie do szkoły i powie „dzień dobry”. Na podwórzu dorożkarz myje dorożkę. Stróż zamiata bramę. Ze sklepiku wybiegnie pies i merda ogonem, jakby i on wiedział, że trzeba Maciusia pozdrowić.
Z początku dokuczali Maciusiowi gapie. Staną, patrzą, palcami pokazują:
— O, Maciuś idzie.
— Patrz, to król Maciuś.
Ale gapie tacy już na świecie, że długo niczym się nie zajmą. Bawi ich wszystko, co nowe, co pierwszy raz widzą. Byle głupstwo ich zajmie, ale tylko na krótko. Więc prędko się odczepili — już nie widzą nawet Maciusia. Ważna rzecz: taki sam chłopak jak każdy. Tak samo idzie do fabryki z manierką, a wieczorem zasmolony wraca do domu.
Za to spokojni i porządni coraz bardziej szanują Maciusia. I często starsi robotnicy witają go pierwsi, a jedna dziewczynka co dzień przechodząc, tak przyjemnie uśmiecha się do niego i miłym głoskiem mówi:
— Dzień dobry!
Maciuś jej nie zna, nie wie, jak się nazywa. A tak jakby znał dawno, bo co dzień spotyka, domyśla się, że jest dobra i miła.
I staruszkę co dzień spotyka. Nie wie Maciuś, dokąd idzie, co niesie w koszyku. Ale lubi staruszkę, bo tak wolniutko idzie — zatrzyma się, zakaszle — takim dobrym wzrokiem patrzy na Maciusia, jakby błogosławiła albo dziękowała za coś.
Próbowali w fabryce dawać Maciusiowi łatwiejszą robotę, ale nie chciał.
— Jeżeli jestem za słaby, więc132 poszukam innego miejsca133. A jak jestem, robić będę, co134 wszyscy. Nie chcę być wyjątkiem.
Przestraszyli się: boją się stracić Maciusia, bo i robotnik dobry, i honor dla fabryki, i jakoś weselej pracować, gdy się wie, że ktoś może być królem, a woli z nimi być razem.
I tak się jakoś stało, że i w domu, gdzie mieszka, i w fabryce, gdzie robi135 — nawet na ulicy — starają się wszyscy, żeby nie utracić Maciusia.
Dawniej dużo było pijaków, złodziei, łobuzów. Policja ciągle coś miała do roboty. Wymyślania — krzyki — skargi. Wszystko ucichło. Ktoś w oknach postawił doniczki — zaraz wszyscy przybrali okna kwiatami: przyjemnie będzie Maciusiowi. I stróże czyściej zamiatają ulice. I chłopcy przestali rzucać kamienie.
Aż raz Maciuś znalazł wetknięty za klamkę taki list:
Kochany królu Maciusiu, mój tatuś był bardzo niedobry, bił mamusię, bił dzieci, przeklinał — i pieniędzy nie dawał. A teraz jest taki dobry i kochany. I mówi: „Maciuś mnie nauczył, jak żyć trzeba”. Więc ci dziękuję. Zosia.
W kopercie był obrazek: taki aniołek. Litery były trochę niezgrabnie napisane. „Pewnie od tej dziewczynki” — pomyślał Maciuś. I cały tydzień jej nie spotykał: chodzi inną ulicą, bo się wstydzi.
Przyszedł Felek brudny i obdarty, chudy i nieszczęśliwy. Jeżeli ktoś zawsze jest cichy i smutny, to nic; ale jak zawsze wesoły — i nagle coś mu się stanie, to bardzo żal, że tak się od razu odmienił.
— Felek, co się z tobą dzieje?
A Felek nie odpowiada, tylko mu z oczu płyną łzy — i kapią po brudnej twarzy.
— Powiedz, Felek, dlaczego taki jesteś?
Felek wzruszył ramionami. Nie chce mówić. Widać się wstydzi. Ano, trudno. Trzeba pomóc.
— Masz mieszkanie?
— Mam: pod mostem, nad rzeką.
— Głodny jesteś?
Nie odpowiada.
— Nie masz roboty?
— Nie umiem robić.
— Ja też nie umiałem. Kto chce, wszystko potrafi.
— Nie umiem chcieć.
— To się nauczysz.
I Felek został u Maciusia. Mieszkają razem. Rano Maciuś wstaje, Felek leży.
„Zmizerowany, biedak, niech wypocznie sobie”.
Felek wypoczywa, a Maciuś na niego i na siebie pracuje.
Skąpy zarobek nie bardzo wystarcza. Więc sprzedał Maciuś zegarek ojca i dalej gospodaruje. Bo kiedy Maciuś przestał być królem, to mu dał rządca skarbu królewskiego pierścień ojca z brylantem, kolczyki matki i ten zegarek, który teraz sprzedał.
Dla siebie nie sprzedawałby pamiątki. Ale musiał kupić dla Felka łóżko, ubranie, no i na życie więcej teraz wydaje.
Felek siedzi w mieszkaniu, papierosy pali. Kupuje głupie książki i niby czyta, a właściwie nic cały dzień nie robi.
Toteż bardzo się Maciuś ucieszył, że Felek chce iść do fabryki.
— A czy mnie przyjmą?
Już mówił Maciuś z majstrem, ale nie chciał pierwszy Felkowi powiedzieć, żeby nie myślał, że mu jest ciężarem. I teraz nawet:
— Może chcesz trochę wypocząć?
— Nie.
Więc już we dwójkę idą rano do pracy. Rozmawiają o tym, o owym. Przyjemniej chodzić we dwoje136. A co było, ani słowa. Wstydzi się widać: wiadomo, nic mądrego nie robił.
— Patrz, Felek, tu trzeba być ostrożnym, bo motor, tu pas może pochwycić. Przed dwoma laty rękę chłopakowi urwało. Tu trzeba być uważnym, bo można się dostać między tryby koła.
— Wiem, wiem — mówi Felek.
I miesiąc nie upłynął, jak Felek rozruszał się, poweselał — śpiewa — gwiżdże — żartuje.
Pracują obok. Cały dzień razem. Tylko w niedzielę Maciuś zostaje w domu, a Felek na cały dzień wychodzi. Późno widać wraca, bo strasznie w poniedziałek zaspany; ale o której godzinie, nie wie Maciuś, bo drzwi izby zostawia otwarte, a sam się kładzie.
Nie pyta się Maciuś, gdzie Felek spędza niedziele, nie chce, żeby się Felek pytał, co Maciuś robi w domu.
A Maciuś pisał. Pisał i chował pod bieliznę na samo dno szuflady. Była to tak jakby bajka, jakby prawdziwa opowieść. Było to coś, co chciał Maciuś, żeby zostało tajemnicą, dopóki całego nie skończy.
Raz mało nie wynikła sprzeczka. I właśnie w poniedziałek.
Budzi się rano Maciuś; podłoga cała zabłocona. Ponarzucane niedopałki papierosów. Atrament na stole wylany. Przykro się Maciusiowi zrobiło, bo sam wyszorował wszystko w sobotę.
— Nóg nie wytarłeś — powiada Maciuś.
— Wiem, że nie wytarłem. To trudno: nie jestem tak delikatny jak ty. Nie miał mnie kto uczyć porządku. Ale jeżeli nie chcesz, mogę się wyprowadzić. Jeżeli ci się znudziłem, możesz mnie wypędzić. Ty jesteś tu gospodarzem. A ja tylko z łaski.
— Jesteś moim gościem.
— Ładny gość, co błoci podłogę i atrament wylewa.
Boi się Maciuś, żeby Felek nie odszedł, więc nic już nie mówi. Ale Felek się nie uspokoił.
I w domu, i w fabryce o byle co się przyczepi, jakby się chciał koniecznie pokłócić. Szuka zaczepki.
Tydzień wesół jak dawniej — znów dwa, trzy dni się kłóci. O byle co. O młotek, o stołek, o kołek na palto137.
— Ja tu zawsze palto wieszałem. Co za bydlę mój wieszak zajęło?
A poznaje, że wisi palto samego majstra. Naumyślnie powiedział.
Robotnicy ustępują, bo nie chcą martwić Maciusia. Ale widzą, że Felek zanadto sobie pozwala.
Wychodzi na to, że Felek chce rzucić robotę, ale nie mówi wyraźnie, tylko czeka, żeby go wyrzucili.
A Maciuś, czy nie dostrzega, czy udaje, że nic nie widzi — robi swoje, czasem tylko powie:
— Daj spokój, Felek, przestań, Felek. I o co ci idzie?
O, dobrze widzi Maciuś: Felek jest jak szczurek pocztowy. Niespokojny, bo czas mu w drogę.
*
I przyszedł ten straszny poniedziałek — ostatni.
Już w drodze wymyślał Felek na fabrykę, tę parszywą budę, gdzie człowiek zdrowie i siły traci. Majstrowie sieczkę mają w głowach. Maszyny rozklekotane. A narzędzia, choć w łeb cisnąć fabrykantowi.
— Aleś wybrał sobie fabrykę, że powinszować.
— Ja ciebie, Felku, nie zmuszam. Poszukaj gdzie indziej roboty.
— Jak zechcę, nie będę się ciebie pytał o pozwolenie.
Idą. Nic nie mówią.
Zaczął się zwykły, poniedziałkowy, szary dzień fabryczny. Stanął Maciuś przy swoim warsztacie i myśli o bajce, którą wczoraj skończył.
„Przeczytam Felkowi, może się uspokoi”.
Bo ma to być bajka, która nawet najgorszych ludzi poprawi. Pisząc ją myślał Maciuś i o ludożercach, i o młodym królu, i towarzyszach więzienia.
I tak sobie myśli o bajce, a ręce same pracują. I nie widzi Maciuś, nie słyszy, co się obok dzieje.
Aż nagle rozległ się krzyk Felka:
— Niech majster sam robi! Myśli, że mnie kupił! Owa138, dużo się boję!
A potem:
— Dureń, majster, jesteś! Stary osioł! Pętak!
I jeszcze, i jeszcze.
Aż zamierzył się Felek na majstra.
Maciuś doskoczył, chwycił Felka za rękę.
— Felek, przestań, co robisz?
A Felek pchnął z całej siły Maciusia.
— O Jezu!
— Zatrzymać motor!
— Zdjąć pas!
— Ratunku!
Wszystko trwało zaledwie minutę. Zatrzymano maszynę. Leży Maciuś w kałuży krwi.
— Żyje...
— Po doktora...
Stoi Felek, patrzy, patrzy, oczy przeciera, patrzy. Ale wszyscy się odsunęli od niego — i też patrzą. Każdy boi się ruszyć — cisza — nikt słowa nie powie. Czekają.
Ale był jeden robotnik stary. Przez trzydzieści lat pracy napatrzył się wszystkiego. On pierwszy odważył się głośno powiedzieć, co wszyscy wiedzieli:
— Przepadło...
*
Leży Maciuś w szpitalu.
Dali mu osobny pokoik.
Operacja się udała: odzyskał Maciuś przytomność. Uścisnął rękę doktora — dziękuje, że jeszcze żyje. Niedobrze byłoby, gdyby umarł od razu. Musi coś jeszcze powiedzieć. Przymknął Maciuś oczy, chce sobie przypomnieć, co jeszcze ma do powiedzenia.
Jest bardzo słaby. Znów zasnął — znów się przebudził:
— Proszę przynieść moje pamiątki.
Pędzi samochód do izdebki Maciusia.
Już wie całe miasto, że Maciuś odzyskał przytomność, że jest nadzieja.
— Uratujemy Maciusia — mówią doktorzy — musi się udać.
Przywieźli Maciusiowi pudełko, gdzie w zieloną zawinięte bibułkę leżały: muszelka, kamyk, zwiędły listek, czarna kostka cukru — fotografia matki, pierścień z brylantem, kolczyki królowej.
Lewa ręka Maciusia była zdrowa. Po kolei bierze to wszystko, ogląda i — uśmiechnął się Maciuś.
Już wie całe miasto, że Maciuś się uśmiechnął.
— Śpi. Obudził się. Pił mleko.
Cieszą się dzieci, cieszą się doktorzy — całe miasto wesołe.
— Maciuś znów gorączkuje.
Smutek.
— Znów gorączkuje.
— Wezwał Felka do siebie.
Myśleli, że zapomniał o Felku. Potrzebny Maciusiowi spokój. Jak zobaczy Felka, może się zdenerwować. Niech będzie w pobliżu, ale go nie wprowadzać. Może zapomni.
A Maciuś zasnął. A co oczy otworzy — patrzy tak, jakby czekał. Aż się doczekał.
— Czy przyjechała już Klu-Klu?
Tak: wczoraj właśnie. Gdy tylko telegraf bez drutu przyniósł straszną wiadomość, rzuciła Klu-Klu wszystko — i aeroplanem — okrętem — koleją — bez tchu — przybyła do stolicy Maciusia.
Widocznie przeczuł Maciuś, bo głośniej niż przedtem powiedział:
— Zawołajcie Klu-Klu i Felka.
Uklękli przy łóżku Maciusia.
— Felku, nie martw się. Klu-Klu — to moja ostatnia prośba...
Cisza. Zmęczył się Maciuś.
— Weź, Felku, ten pierścień. Klu-Klu niech weźmie kolczyki. Tobie, Felku, trudno tu żyć. Jedź z Klu-Klu. A jak urośniecie...
Zakasłał Maciuś... Na uśmiechniętych ustach pokazała się krew... Przymknął Maciuś oczy — i już nie otworzył...
I już całe miasto wiedziało, że Maciuś umarł.
I kraj.
I cały świat.
*
Na wysokiej górze bezludnej wyspy pochowano Maciusia. Alo i Ala przystroili grób Maciusia kwiatami. A nad grobem śpiewają kanarki.
Przypisy:
1. protokół — 1. zapis wszystkiego, co zostało powiedziane podczas narady, zebrania lub posiedzenia; 2. protokół dyplomatyczny to zbiór reguł postępowania obowiązujących podczas oficjalnych spotkań władców lub ambasadorów różnych państw; pojęcie o znaczeniu zbliżonym do znaczenia wyrażenia etykieta (dworska); w niniejszym zdaniu możliwe oba znaczenia. [przypis edytorski]
2. oczów — dziś popr. forma D. lm: oczu. [przypis edytorski]
3. zapytać się (reg.) — zapytać. [przypis edytorski]
4. pałasz — rodzaj białej broni, podobny do lekkiego miecza, o prostej, dość długiej i wąskiej głowni, w Polsce używany od XVI do XIX w. [przypis edytorski]
5. ślepa babka — dziś raczej: ciuciubabka, zabawa, w której jedna osoba z zawiązanymi oczami ma za zadanie złapać lub dotknąć jednego z pozostałych graczy, aby ten przejął jej rolę. [przypis edytorski]
6. Jeśli wasza królewska mość pozwoli, będę go odwiedzała codziennie — zdanie w formie grzecznościowej: zaimek go oznacza tutaj Maciusia. [przypis edytorski]
7. lokaj — służący. [przypis edytorski]
8. perski proszek — substancja służąca dawniej do zwalczania owadów, zwłaszcza pcheł, uzyskiwana z wysuszonej i sproszkowanej rośliny, zwanej wcześniej złocieniem dalmatyńskim, a dziś raczej wrotyczem dalmatyńskim (łac. Pyrethrum cinerariaefolium a. Tanacetum cinerariifolium). [przypis edytorski]
9. milicjant — formacja, która pilnuje porządku w kraju Maciusia, nosi nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]
10. Dormesko — nazwisko znaczące, utworzone od czas. oznaczającego spanie w językach romańskich: fr. i hiszp. dormir, wł. dormire. [przypis edytorski]
11. oddział (tu daw.) — klasa. [przypis edytorski]
12. szkoła powszechna — dziś: szkoła podstawowa. [przypis edytorski]
13. Kto śpi, ten nie grzeszy (łac. Qui dormit, non peccat) — fragment żartobliwego powiedzenia popularnego w średniowieczu. [przypis edytorski]
14. wierzaj — dziś popr. forma 2 os. lp tr. rozkaz.: wierz. wierzaj mi pan — dziś popr. forma grzecznościowa: proszę mi wierzyć a. niech mi pan wierzy. [przypis edytorski]
15. portfelu — dziś popr. forma D. lp.: portfela; portfel (z fr. portefeuille: portfel, daw. także: teczka na dokumenty) — tu: teczka na dokumenty. [przypis edytorski]
16. Dolce far Niente (wł.) — tu: nazwisko znaczące, utworzone z wł. powiedzenia dolce far niente, opisującego słodkie lenistwo, miłe nicnierobienie. [przypis edytorski]
17. wiorsta — daw. jednostka odległości, ok. 1 km. [przypis edytorski]
18. milicjant — formacja, która pilnuje porządku w kraju Maciusia, nosi nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]
19. kinematograf (daw.) — kino. [przypis edytorski]
20. doktór — dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
21. zgryzota — zmartwienie. [przypis edytorski]
22. siłaczów — dziś popr. forma D. lm: siłaczy. [przypis edytorski]
23. dwadzieścia — tu popr. forma D. lm r.mos.: dwudziestu (jako że mowa o łapaczach, czyli mężczyznach zajmujących się łapaniem zbiegów). [przypis edytorski]
24. łapaczów — dziś popr. forma D. lm: łapaczy. [przypis edytorski]
25. wymamić a. wymanić (daw. pot.) — wyłudzić, uzyskać podstępem lub natrętnymi prośbami. [przypis edytorski]
26. mistrze — dziś popr. forma M. lm: mistrzowie. [przypis edytorski]
27. iluzjon (daw.) — kino. [przypis edytorski]
28. stalka a. stalówka — w czasach, w których powstała ta książka, pisano piórem, przy czym tzw. wieczne pióra były drogie, więc dzieci w szkołach używały zwykle pióra składającego się z podłużnej drewnianej obsadki z zamocowaną metalową stalówką, którą maczało się co chwilę w kałamarzu z atramentem. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]
29. maciuśka — tu: stalówka marki „Maciuś” (zapewne słowo wymyślone na bieżąco przez autora). [przypis edytorski]
30. zostawiać w kozie (pot.) — karać, zamykając ukaranego w jakimś pomieszczeniu w szkole, w czasie lekcji, a częściej po lekcjach. [przypis edytorski]
31. samodzierżec lub raczej samodzierżca — władca rządzący niepodzielnie, władca absolutny. [przypis edytorski]
32. ustęp — tu: toaleta. [przypis edytorski]
33. popatrzał — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: popatrzył. [przypis edytorski]
34. patrzał — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: patrzył. [przypis edytorski]
35. doktór — dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
36. aklamacja (z łac. acclamatio: okrzyk) — sytuacja, w której wszyscy się zgadzają, co wybrać, wszyscy głosują na to samo rozwiązanie. [przypis edytorski]
37. dlatego (...), bo — dziś popr.: dlatego, że. [przypis edytorski]
38. votum separatum (łac.: wniosek odrębny) — oficjalne zgłoszenie niezgody jednego z uczestników narady na coś, co inni uczestnicy uznają za właściwe. [przypis edytorski]
39. dojść — tu: podejść, zbliżyć się. [przypis edytorski]
40. pisało — popr.: było napisane. [przypis edytorski]
41. wilia (daw.) a. wigilia — tu: dzień poprzedzający jakieś wydarzenie; w wilię — w przeddzień. [przypis edytorski]
42. grzanie — tu: lanie, bicie. [przypis edytorski]
43. wytłomaczyć — dziś popr.: wytłumaczyć. [przypis edytorski]
44. ogonek — kolejka. [przypis edytorski]
45. królowę — dziś popr. forma B. lp: królową. [przypis edytorski]
46. stawiak (daw. pot.) — chłopiec, który zachowuje się niegrzecznie i arogancko, aby zrobić wrażenie odważnego i niezależnego. [przypis edytorski]
47. tchórzów — dziś popr. forma D. lm: tchórzy. [przypis edytorski]
48. aeroplan (daw.) — samolot. [przypis edytorski]
49. dlatego — tak w tekście źródłowym, najprawdopodobniej zam.: długo. [przypis edytorski]
50. fonograf — wynalazek Thomasa Edisona (1847–1931), jedno z pierwszych urządzeń do nagrywania i odtwarzania dźwięku. Fale dźwiękowe wpadały do trąbki, połączonej z igłą, która utrwalała drgania na folii cynowej, rozpiętej na wałku. Wałek obracał się, poruszany za pomocą korbki. Niebawem fonografy zostały zastąpione przez gramofony, a wałki przez płyty gramofonowe. [przypis edytorski]
51. wiorsta — daw. jednostka odległości, ok. 1 km. [przypis edytorski]
52. grządka — tu: mała grzęda, szczebelek w klatce kanarka. [przypis edytorski]
53. probować — dziś popr. forma: próbować. [przypis edytorski]
54. Stefan Rozumny, Julian Cnotliwy, Paweł Zwycięzca, Anna Nabożna — przodkowie Maciusia: tatuś, dziadek, pradziadek i prababcia. [przypis edytorski]
55. wesół — dziś: wesoły. [przypis edytorski]
56. wesół i zdrów (daw.) — dawne, krótkie formy przymiotników w r.m.: wesoły i zdrowy. [przypis edytorski]
57. pojechać — dziś, kiedy mowa o łódce, popr.: popłynąć. [przypis edytorski]
58. aeroplan (daw.) — samolot. [przypis edytorski]
59. kajecik (daw., z fr. cahier: zeszyt) — zeszycik, mały zeszyt. [przypis edytorski]
60. coś pomyślał — dziś raczej: co pomyślałeś. [przypis edytorski]
61. patrzałem — dziś popr. forma 1 os. lp cz.przesz.: patrzyłem. [przypis edytorski]
62. oboje — tu popr. forma B. l.mos.: obydwu, obu (popycha obydwu; jako że mowa o dwóch chłopcach). [przypis edytorski]
63. czytał (...) podróż — dawniej książki podróżnicze nazywano w skrócie podróżami. [przypis edytorski]
64. w pośrodku — dziś: pośrodku. [przypis edytorski]
65. królowę — dziś popr. forma B. lp: królową. [przypis edytorski]
66. patrzał — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: patrzył. [przypis edytorski]
67. patrzał — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: patrzył. [przypis edytorski]
68. doktór — dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
69. we środku (reg.) — dziś popr.: w środku. [przypis edytorski]
70. gamajda a. ciamajda — człowiek niemrawy lub lękliwy, który unika wysiłku fizycznego i ryzyka. [przypis edytorski]
71. łokieć — daw. miara długości, licząca w różnych miejscach i w różnych czasach od 52 do 114 cm, najczęściej ok. 60 cm. [przypis edytorski]
72. królowę — dziś popr. forma B. lp: królową. [przypis edytorski]
73. gońce — dziś popr. forma M. lm: gońcy. [przypis edytorski]
74. czarnych królów zginęło chyba z pięćdziesiąt — dziś popr. forma liczebnika w r.mos.: pięćdziesięciu. [przypis edytorski]
75. szylkret — materiał pozyskiwany z pancerza żółwia morskiego zwanego żółwiem szylkretowym, służący dawniej do wyrobu grzebieni, guzików i ozdób, najczęściej w kolorze błyszczącego brązu. [przypis edytorski]
76. porównywa — dziś częstsza forma 3 os. lp cz.ter.: porównuje. [przypis edytorski]
77. aeroplan (daw.) — samolot. [przypis edytorski]
78. doktór — dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
79. kajet (daw., z fr. cahier) — zeszyt. [przypis edytorski]
80. młotki krokietowe — krokiet to gra, w której uderza się specjalnymi młotkami w drewnianą kulę, aby przeprowadzić ją przez bramki na drugi koniec boiska. [przypis edytorski]
81. wualka — dziś popr.: woalka; był to element stroju damy: fragment siatkowej tkaniny, który spuszczało się z ronda kapelusza, aby osłonić twarz. [przypis edytorski]
82. pudełka od papierosów — dawniej pudełka od papierosów były blaszane i dzieci zbierały je, by przechowywać w nich różne drobiazgi. [przypis edytorski]
83. jakeśmy się (...) pokłócili — dziś raczej: jak się pokłóciliśmy. [przypis edytorski]
84. że są królowie — tu w znaczeniu: ponieważ są królami. [przypis edytorski]
85. kinematograf (daw.) — kino. [przypis edytorski]
86. papier klozetowy — dziś: papier toaletowy. [przypis edytorski]
87. dawać łapy — tu: bić po rękach. [przypis edytorski]
88. zostawiać w kozie (pot.) — karać, zamykając ukaranego w jakimś pomieszczeniu w szkole, w czasie lekcji, a częściej po lekcjach. [przypis edytorski]
89. suchoty (daw.) — gruźlica, niebezpieczna choroba płuc, dawniej często śmiertelna. [przypis edytorski]
90. kopyta wyciągać (przen. pot.) — umierać. [przypis edytorski]
91. katorżny a. katorżniczy — związany z katorżnikiem, czyli więźniem skazanym na katorgę; katorga — w carskiej Rosji kara polegająca na zmuszaniu do ciężkiej pracy, często bardzo daleko i w trudnych warunkach, np. na Syberii; modlitwa katorżna i Bogu niemiła — Bóg niechętnie wysłuchuje modlitwy złego człowieka, przestępcy. [przypis edytorski]
92. Takie same miał, psisyn, oczy jak ty i taką samą miłą jak ty mordę — dozorca, przywykły w więzieniu do brutalności, używa brzydkich słów nawet wtedy, kiedy wyraża swoją tęsknotę po zmarłym synku. [przypis edytorski]
93. boś nie sanitarny — bo nie jesteś sanitariuszem, bo nie znasz się na medycynie. [przypis edytorski]
94. lokaj — służący. [przypis edytorski]
95. pióro umoczył w herbacie — w czasach, w których powstała ta książka, pisano piórem, przy czym tzw. wieczne pióra były drogie, a częściej używano pióra składającego się z podłużnej drewnianej obsadki z zamocowaną metalową stalówką, którą maczało się co chwilę w kałamarzu z atramentem. Długopis został wynaleziony w 1938 r., a do powszechnego użytku wszedł znacznie później. [przypis edytorski]
96. pud — jednostka masy, używana dawniej w Rosji, ok. 16,38 kg. [przypis edytorski]
97. zasyłać (daw. a. reg.) — przesyłać, przekazywać. [przypis edytorski]
98. pszczółki głowy — tu: myśli. [przypis edytorski]
99. małowiele (gw.) — trochę. [przypis edytorski]
100. królowę — dziś popr. forma B. lp: królową. [przypis edytorski]
101. kajecik (daw., z fr. cahier: zeszyt) — zeszycik, mały zeszyt. [przypis edytorski]
102. zgodzić się (tu daw.) — podjąć się pracy. Zgodził się za pastuszka, czyli został przyjęty do pracy jako pastuszek. [przypis edytorski]
103. musi (tu gw.) — zapewne, najprawdopodobniej; na pewno. [przypis edytorski]
104. na oko, chuchro — wygląda na słabego. [przypis edytorski]
105. ostać (gw.) — zostać. [przypis edytorski]
106. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]
107. znajda — tu: dziecko, które nie ma rodziców i nie wiadomo, skąd się wzięło. [przypis edytorski]
108. Paweł Zwycięzca — pradziadek Maciusia. [przypis edytorski]
109. probować — dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]
110. musi (tu gw.) — zapewne, najprawdopodobniej; na pewno. [przypis edytorski]
111. oddział (tu daw.) — klasa. [przypis edytorski]
112. kajet (daw., z fr. cahier) — zeszyt. [przypis edytorski]
113. stawiak (daw. pot.) — chłopiec, który zachowuje się niegrzecznie i arogancko, aby zrobić wrażenie odważnego i niezależnego. [przypis edytorski]
114. patrzał — dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: patrzył. [przypis edytorski]
115. przydybać — przyłapać; spotkać w miejscu dogodnym do spełnienia jakichś złych zamiarów. [przypis edytorski]
116. chryja (pot.) — okropna awantura. [przypis edytorski]
117. ambaras (daw.) — kłopot. [przypis edytorski]
118. owa (gw.) — tu: ba!; dobra-dobra. [przypis edytorski]
119. nierad (daw.) — niezadowolony. [przypis edytorski]
120. wymawiać — tu: umówić się, zgłosić nową regułę zabawy. [przypis edytorski]
121. oddział (tu daw.) — klasa. [przypis edytorski]
122. dawać łapy — tu: bić po rękach. [przypis edytorski]
123. stypa — tu: dziwna i ciekawa awantura (a zwykle stypą nazywa się uroczysty obiad po pogrzebie). [przypis edytorski]
124. kurier — tu: gazeta. [przypis edytorski]
125. skaczą do tramwajów — w I połowie XX w. tramwaje były zbudowane tak, że możliwe było wskoczyć do nich w czasie jazdy. Zdarzało się, że ten, kto próbował wskoczyć, wpadał pod tramwaj. [przypis edytorski]
126. wśrubować się (pot.) — wkręcić się, czyli wejść gdzieś, gdzie nie powinno się być lub gdzie jest trudno się dostać. [przypis edytorski]
127. omanić (daw. pot.) — oszukać. [przypis edytorski]
128. nota — list polityka lub króla, pisany do władców innych państw, bywa nazywany notą dyplomatyczną. [przypis edytorski]
129. intrygant — osoba, która manipuluje informacjami (często nieprawdziwymi) w taki sposób, aby skłócić innych i uzyskać coś dla siebie. [przypis edytorski]
130. republika — państwo, w którym nie ma króla, a rządzą przedstawiciele narodu, powoływani w powszechnych wyborach raz na kilka lat. [przypis edytorski]
131. intrygować — manipulować informacjami (często nieprawdziwymi) w taki sposób, aby skłócić innych i uzyskać coś dla siebie. [przypis edytorski]
132. Jeżeli jestem za słaby, więc poszukam innego miejsca — dziś popr.: jeżeli jestem za słaby, to poszukam innego miejsca. [przypis edytorski]
133. miejsce (tu daw.) — zatrudnienie, miejsce pracy. [przypis edytorski]
134. robić będę, co wszyscy — dziś popr.: robić będę to, co wszyscy. [przypis edytorski]
135. robić — tu: pracować (w fabryce, gdzie robi: w fabryce, gdzie pracuje). [przypis edytorski]
136. dwoje — dziś popr. forma: dwoje ludzi, ale: dwóch chłopców. [przypis edytorski]
137. kołek na palto — wieszak na ścianie do powieszenia wierzchniego ubrania. [przypis edytorski]
138. owa (gw.) — tu: ba!; dobra-dobra. [przypis edytorski]