Bajka dla najmłodszej
— ...Więc oni, ten brat i siostra, stoją tak te sierotki w lesie i patrzą, ale widzą, domek zobaczyli, domek widzą. On pyta się: „Co to?” — Ona mówi: „Jakiś domek”. — On pyta się: „Dlaczego mały?” — Ona mówi: „Nie wiem”. — Bo nie wie, kto tu mieszka. — Mały domek, małe okienka i drzwi, mały komin na dachu i dymek z komina. — Ale chłopczyk i dziewczynka stoją, patrzą, trzymają się za ręce. A tu nagle idą krasnoludki, niosą w garnuszkach poziomki. — A ty myślisz może, że zwyczajne krasnoludki? — Nie. — Bo krasnoludki mają skrzydełka.
— Białe.
— Rozumie się, że białe. No tak, białe. — Może jeden krasnoludek miał nawet skrzydełka niebieskie, albo różo...
— Nnnie.
— To nie: jeżeli ci się nie podoba; bo mnie wszystko jedno: możesz wybrać kolor, jaki chcesz. — Więc te krasnoludki niosą zielone garnuszki z czerwonymi malinami.
— Poziomkami.
— Poziomkami. Omyliłem się. I mają białe skrzydełka...
— Jak aniołki.
— Mhm. Właśnie. Białe jak aniołki, czyste, białe — i rączki mają czyste. Umyły rączki i buzie. Krasnoludki lubią się myć. A ty chciałabyś mieć skrzydełka?
— Nnnie.
— Dlaczego?
— Bo nie.
— Co by ci to szkodziło? — Można mieć skrzydełka i nie fruwać, jeżeli nie chcesz...
— Opowiadaj dalej.
— Dobrze. Ale konserwatystka jesteś. Co by ci to szkodziło? — No, patrz: i ptaszki mają, i muchy, i motylki mają skrzydełka, i pszczoły...
— Co to za kółko?
— Mikrofon.
— Tak?
— Tak. — Telefon taki... Krasnoludki mają czyste noski i uszki. Bo pies na przykład nie ma chustki do nosa. Liźnie językiem i już czysty ten psi nos. Albo mucha myje się łapkami. I kotek my...
— Ja widziałam, jak kot myje się łapką.
— I ja raz widziałem: wróbelek kąpał się w piasku i kotek myje się raz.
— Ja sto razy widziałam. On się, ten kot, nazywa Morusek.
— Miałaś nie mówić, jak się kto nazywa. Trzeba mówić: Bum.
— Wiem. Morusek Bum. — Do czego to kółko?
— Nie ruszaj. To przyrząd naukowy. Precyzyjny instrument. Można zepsuć.
— A słyszałeś moją awanturę jutro?
— Wczoraj wieczorem? — Ba. — Jestem twoim bezpośrednim sąsiadem. Wszystko wczoraj słyszałem.
— Wczoraj.
— Mama myła, a ty nie chcesz, bo kąpiesz się w całej rzece, więc po co w misce?
— No.
— Znałem takiego chłopca...
— Buma?
— Aha. On też nie chciał. Mówi, że potem mokro w uchu. Jego mamusia miała roztrzęsione nerwy i mocno go myła. To boli.
— Boli.
— Mówił ten Bum, że mu czyste uszy wcale do szczęścia niepotrzebne. Mówił, że szyja nie brudna, tylko śniada. Chciał, żeby woda po myciu była czarna jak smoła. Bo jak nie, to szkoda fatygi. Mówił, że myć się, to są zmurszałe poglądy. I nie upadł tak nisko, żeby się dwa razy czesać i co dzień myć zęby.
— Czy to pamiątkowe kółko?
— Nie pamiątkowe, ale ważne. Mikrofon.
— Co to jest pamiątkowe? — Mamusia nawet zgubiła pamiątkową broszkę i płakała.
— Ooo. A ja czytałem, takie ładne czytałem w książce...
— Tej tu?
— Nie. Innej. — O dziewczynce, że jej mama grała na fortepianie. Długo gra mamusia, a ona stoi i słucha. Oparła się o fortepian i słucha.
— I co?
— Jej mamusia gra smutną piosenkę i już skończyła. A dziewczynka pyta się: „Mamo, jakimi ty łzami płakałaś?”
— Nie lubię smutnych bajek. No, opowiadaj.
— Dobrze. Więc krasnoludki gonią się wesoło, bawią się wesoło. Tak wesoło fruwają, tymi różowymi skrzydł...
— Białymi.
— Białymi. Omyliłem się. Przepraszam.
— A ty mnie kochasz?
— Więcej niż kochać wolno, niż pozwolą siły.
— Głupstwa pleciesz. Mów do mnie po ludzku.
— Właśnie po ludzku. „Czy Maria ciebie kocha, mój drogi, mój miły, więcej niż wolno...” To jest klasyczny urywek (Malczewskiego)73.
— Nie rozumiem.
— Opowiadać dalej o krasno...
— Nie gniewasz się na mnie wcale?
— Za co?
— Za wczoraj awanturę?
— Nie. Tylko smutno mi było, że masz zmartwienie, i mamusia głośno gniewała się na...
— Mamusia na ciebie także się gniewa.
— Za co?
— Bo ty chrapiesz przez ścianę. Mamusia zamknęła okno i nie może spać, i łóżko do tamtej ściany przesunęła. I mamusia wybiła się od spania. Ale ja nie widziałam, jak wybiła się, bo spałam. — I my się prze-pro-si-my — nie — przeprowadzimy się. No, opowiadaj.
— Więc sierotki patrzą, a krasnoludki fruwają wesoło na zielonych skrzydełkach. (Pauza).
— Dlaczego nie mówisz?
— Bo myślisz o czym innym i nie słuchasz.
— Słucham.
— A ja powiedziałem, że na zielonych skrzydełkach, a ty nie poprawiłaś, że na białych.
— Bo poprawiam i mówię, i to nie pomaga, więc sto razy będę mówiła ci?
— Lubisz bajki?
— Trochę bardzo... A ty wiesz, jak ja myślę?
— Też trochę bardzo.
— A ten chłopczyk, on robił awantury?
— Jaki chłopczyk?
— Ten. Nie chce się myć, bo boli.
— Teraz nie. Wytłumaczyłem, że w uchu są różne zakręty, zaułki, zakątki i skrytki, więc nie trzeba myć mocno — ostrożnie, żeby nie bolało. I ostrożnie czesać, i nos wycierać, nosek, nie mocno, żeby mydło w oczy nie szczypało.
— Tak.
— I ząbki lekko, ostrożnie. Bo można mieć roztrzęsione nerwy — i nie boli.
— A czy jak nie będę myła zębów, to będę stara baba, brzydka baba? — Szcze-bra-ta74?
— Wytłumaczę ci. Bum, przedszkolak, wiesz, jemu wypadł mleczny ząb i teraz nowy rośnie ładny. Czy on stary i brzydki?
— On ładny, ale nie chce bawić się ze mną.
— Martwisz się?
— Nie.
— Dużo masz zmartwień?
— Tego nigdy nie brak. — Nie lubię kożuchów.
— W mleczku?
— Ani w mleku, ani w kakauu75. — I marchewki nie lubię. — Co to za książka?
— Naukowa.
— Przeczytaj.
— Dobrze. Przeczytam. — Tu?
— Tu.
— „...Masa skały znajduje się w nieustannym ruchu, już to kurcząc się, już to ulegając ściśnieniu, wskutek czego miażdży krawędzie”.
— Ty to rozumiesz?
— Mhm.
— Bo ja nie. (Westchnienie).
— Chciałabyś rozumieć?
— Ja śpiewam lalce, żeby spała, i ona już potem śpi, i ja już nie śpiewam, bo śpi, i ja już mam różne kłopoty.
— Dlaczego? — Że ona śpi?
— Nnnie... Mamusia też ma nawet kłopoty.
— Mamusia też?
— No. — Z tatusiem. — Bo tatuś...
— Ale może ty już nie chcesz rozmawiać? — Już nawet ziewasz. — Może zmęczyłaś się i chcesz iść bawić się z dziećmi?
— Mam takie zmartwienie, że nikt nie wie na świecie. Nie mama, nie tatuś: nawet lalce nie mówiłam. Ale tobie powiem.
— Nie mów lepiej. Ściany mają uszy.
— Głupstwa pleciesz. — Nieładnie mówić: pleciesz. Do dzieci wolno: pleciesz; ale do mamusi i do pana niegrzecznie. — A oni mówią: „Idź sobie, idź sobie, mała, nie będziesz się z nami bawiła, bo jesteś mała. Ty nie umiesz, ty mała”. — Ona powiedziała: „Zaraz zrobisz w majtki”. — Nie wstydziła się, że ja się wstydzę. I przy wszystkich. — A ja — duża pannica. Ja bym chciała być lalką, bo lalka zawsze nigdy sucha (westchnienie). — A ty chrapiesz i nie czujesz, bo śpisz. A ja także nie czuję... — Co ty piszesz?
— Zaraz ci powiem. Jeżeli usłyszę coś ważnego, zapisuję, żeby pamiętać.
— Przeczytaj.
— Dobrze: „Ja bym chciała być lalką, bo lalka zawsze nigdy sucha. A ty chrapiesz i nie czujesz, bo śpisz. A ja także nie czuję”.
— Tak. — To ważne?
— Bardzo. — Raz jeden chłopiec chciał chodzić w sukience. Ty wczoraj wieczorem awanturę, że nie chcesz się myć, a on rano nie chciał się ubierać. A jego mamusia myślała, że kompleks76. Więc powiedział mi tajemnicę, że chce być dziewczynką, bo dziewczynki są posłuszne, a on w spodniach nie może, i chce być grzeczny w sukience. Też zapisałem. — A jedna dziewczynka chciała być małpką w klatce, bo małpka w klatce może bawić się i nie brudzi sukienki, i może skakać w klatce, i jej tatusia (małpki) głowa nie boli i nie pęka.
— A mój tatuś...
— Patrz: znów ziewasz. Zmęczyłaś się.
— Lubię z tobą rozmawiać.
— No tak. Ale ja też już ziewam.
— To mów bajkę.
— Masz słuszność. Bajka o krasnoludkach łatwa i wygodna; prawda o krasnoludkach ważna, ale trudna. Bajkę o krasnoludkach można zacząć i nie skończyć — i nic; ale kto zacznie prawdę, temu przykro, że nie może do końca.
UWAGA
Jeśli bajkę zaczynasz opowiadać, nie staraj się jej skończyć. Bajka może być wstępem do rozmowy, może przeplatać ją rozmowa. Ciąg dalszy tylko na żądanie. — Jedną bajkę wiele razy można powtarzać.
Dorośli i my — dzieci
Może, proszę was, nie pokłócić się pasta do zębów z musztardą, może nie pokłócić się lampa z lustrem, etażerka z pianinem; ale (krew nie woda) człowiek z człowiekiem? — W lecie, kiedy gorąco i tyle wolnego czasu?
Zawsze tak: pogodnie, pogodnie — nagle zerwała się wichura, i granatowa chmura — cisza — trrach, grzmot, piorun. — Cóż to? — Zawsze tylko dzieci mają kłócić się, a dorośli wcale? Co za taki znów jakiś przywilej? — Już tak jest: musi być w sezonie jedna awantura, że ktoś dotkliwie dotknięty i gorzko rozgoryczony wyjeżdża przed końcem sezonu obrażony i zawiedziony. Już tak jest, taki porządek rzeczy.
Gdybym nawet wiedział dlaczego, nie mógłbym wam wytłumaczyć, bo wolno mi tylko do lat czternastu (dorośli nie należą do mojego resortu). — Ale nie wiem: życie — gmatwanina — nawarzy piwa — galimatias. Kiedy byłem taki jak wy, chciałem również wszystko rozumieć. Teraz? — Hii. — Życie to jak aparat radiowy: pewnie, że ciekawe; ale trzaski, puki, coś tam mówią, ciekawe — albo za prędko, albo za cicho — nie zrozumiałeś, nie dosłyszałeś, tylko domyślasz się. Życie zgaduje się, ot.
Może nawet lepiej. Bo lato bez ani razu ani jednej burzy byłoby jakieś nie dosolone, jałowe. Jak powrót z zagranicy bez „przykrości” na komorze celnej, jak ulgowa wycieczka bez walki o miejsce w wagonie, jak święcone jarskie77, mecz bez oklasków i okrzyków.
Muszą być zdarzenia, żeby w zimie wspomnienia: „Uuuch, zmokliśmy, woda ciurkiem”. — Albo: „Mało się nie utopił”. — Albo: „O włos od pożaru”. Co to za las, w którym nikt nie zabłądzi? — Co za taki mizerny pensjonat, gdzie nikt z nikim nie pożarł się na amen, i posiłki osobno w pokoju, albo zgoła wyjechał. — Albo letnie mieszkanie — nuda — gdy zgoda i harmonia. — Też...
Dlatego właśnie powieść moja nieciekawa, że bez nadzwyczajnych wypadków. Są ludzie, którzy umieją ciekawie. — Jeden był na wojnie. Nie wie nawet, jak go postrzelili. A drugi tak:
— Ja rwę naprzód, a kule — bzz, bzz — potem: pac — brrr — trrrach; więc padam, a trawa zagazowana78; więc ja maskę, a tu samolot, bomba, iperyt79: wrr — bac — bac — z prawej strony o dwa kroki, z lewej krok, trzecia bomba pod nogi (ale nie wybuchła szczęśliwie). Zrywam się — hop — dwie nieprzyjacielskie armaty za pysk, i prowadzę. I nic: tylko drasnęło.
Wierzysz, nie wierzysz, ale słuchasz.
Albo polowanie:
— Rozjuszony dzik — tup, tup — dudni — łamie gałęzie — trzask — ja za krzak — prosto na mnie — ogień z ryja — zapach siarki — a ja celnie opanowany w oko. I leży, ogonem grzebie — kopytami — trup.
Było, nie było — słuchasz. — A ja co?
Pamiętam: raz na kolonii. Też dni bezchmurne — cicho, gładko — chłopcy, w dzień złote słońce, wieczory gwiaździste. — Tu las — tu moje chłopaki, a tam marchew. — Właśnie. — Skarga, że marchew — właśnie — zjedli. Ano tak: śledztwo. — Kto? — Kto pierwszy — kto jeszcze — kto z kim, kiedy, kto ile? — Wstyd! — Zapisałem; nawymyślałem, że ochrona przyrody, bo i gałęzie też, kultura i złodziejstwo. — Skończyłem, idę do śmietnika: że za blisko kuchni, więc muchy i sanitarna komisja, więc trzeba zarazę zasypać i dalej wykopać. — Ale już w drodze do tego śmietnika widzę, że za mną chłopak osowiały, nieswój jakiś. — Więc pytam go się: „Sknociłeś?” — Uśmiechnął się blado. — Mówię: „Niewiele ma człowiek w życiu wakacji i radości — idź się bawić”. — A on za mną. — Powiadam: „Do kuchni nie wolno”. A on: „Chcę panu powiedzieć”. — „Nie teraz, jutro mi powiesz”. Chce zaraz. — „Nie mam czasu”. — „To krótkie, bo — że i ja — ja też marchew rwałem”. — „I zjadłeś?” — „Zjadłem”. — „Marchew?” — „Marchew”. (Chciałem go się zapytać, dlaczego nie przyznał się od razu, ale po co?) Więc wyjmuję z kieszeni blok śledczy, ołówek urzędowy i pytam się tonem urzędowym: „Ile?” — A on mówi: „Raz trzy marchewki”... — „Duże?” — „Średnie — ooo, takie”. — „Dobrze”. — „Drugi raz — cztery. A trzeci raz nie pamiętam ile”. — „Ale mniej więcej?” — „Mniej więcej niech będzie sześć”. Zapisałem, podsumowałem, mówię: „Jedenaście”. — „Pan pomylił się: trzynaście”. — Liczę: „Trzy i cztery — siedem, siedem dodać sześć — masz słuszność; trzynaście marchwi wyrwałeś i zjadłeś”. — „I dwa pomidory”. — „Też?” — „Też”. — Zapewne sądzicie, że koniec? — Nie. — Bo kiedy już zamknąłem bloknotes, on dodał: „I ogórek”. Westchnąłem, szepnąłem: „Hiperwitaminoza” — zapisałem ogórek. — Potem okazało się, że było więcej ogórków i pomidorów, o których gospodarz nie wiedział. — Ale co? — trzeba było zapłacić po słusznej cenie rynkowej, żeby nie krzywdzić człowieka: bo nie może swojego dobytku schować do ogniotrwałej kasy i musi ufać ludziom.
Zawsze tak: zawsze jakaś utajona marchew i tajemnica — niby już wiesz — nie — bo jeszcze i pomidor, i porzeczki, i ogórek. Niewiele ma człowiek tych wakacji — i jakoś sam sobie to niepotrzebnie psuje.
Dorośli — oni też broją i psocą. Bo różni różnie, i ten sam niby człowiek nie zawsze tak samo. — Pytam go się: „Powiedz, chłopak, co ty za jeden: czy porządny?” — A on mówi: „Sam nie wiem”. — Raz tak, raz nie: człowiek!
Albo prawda? — Nie, żeby miał kłamać, ale mija się z prawdą. — On tędy idzie sobie, a prawda tędy. I mija się z nią. Czasem nawet nie pozna prawdy w pośpiechu albo pozna, ukłoni się, owszem, uśmiechnie się przyjaźnie albo nawet przystanie i zapyta o zdrowie — ale potem znów — mijamy się, rozchodzimy, chociaż chciałoby się z nią, z prawdą razem. — Jeżeli człowiek prawdomówny i skłamie, to tylko tyle, ile już koniecznie musi i nie może inaczej, i też mu potem smutno, przykro i wstyd.
Był raz chłopak, syn wdowy, jedynak. Spadł z drążka gimnastycznego na podwórku, boisku. Nic strasznego: nie takie guzy widziało się. — Ale mówię: „No, patrz, uprzedzałem cię, żebyś nie robił sztuk; a co teraz twoja mamusia?” — Pytam go się potem: „Czy mamusia bardzo zmartwiona, co powiedziałeś?” — A on powiedział, że upadł i uderzył się. — Więc mówię: „Skłamałeś”. — A on: „Nie” — prawdę powiedział: bo upadł — istotnie — uderzył się. — Ale zaczerwienił się, bo czuje, że minął się z prawdą — i mówi: „Gdyby mamusia wiedziała, toby mi zabroniła gimnastykować się na drążku”. — Więc ja zdziwiony: „Jakże mamusia może ci zabronić; przecież nie ma jej tu i nie widzi, co robisz”. — A on: „Nie; bo jakby mamusia nie pozwoliła, to przecież nie mogę skłamać, jeżeli zapyta się, czy nie gimnastykowałem się na drążku”.
Ooo — rwał, też rwał marchew — trzy razy rwał — wstyd mu było czy bał się, czy jak — nie umiał zaraz, ale potem i o ogórku też; a oni od razu szlachetnie i odważnie o marchwi, ale ani mru-mru o pomidorach i ogórkach; bo przecież nie pytałem się i nie chcieli zdradzić, bo koleżeństwo.
I zaczynamy mówić o koleżeństwie, o szkole i kolegach, i o różnych wpływach: że jeden kolega pomaga i poprawia, a drugi psuje i szkodzi. — Niby łatwo: „Nie baw się z łobuzami”. — Jak poznać od razu, kto porządny, kto nie? Albo czasem cichy gorszy od łobuza. Albo z łobuzem wesoło — no i można go przecież poprawić? — Pogromca80 nawet lwa, nawet tygrysa umie poprawić i nauczyć. — I nawet ludożerców można cywilizować. — I co jest właściwie zło, grzech, a co tylko nie wolno i nieładnie? — I dlaczego komary tną, więc my je zabijamy, ale zjadamy także kurczęta; i człowiek wszystko zjada i topi szczenięta, chociaż pies jest ładny i wierny.
A w ich szkole tak było.
Koleżanka nie nauczyła się lekcji, a miała odpowiadać. Więc szyję chustką obwiązała, udaje, że ma chrypkę. Więc pani pyta się, co jej jest, a ona udaje — cicho tak mówi, że ma chrypkę. A pani: „Widzicie, chora przyszła do szkoły, żeby lekcji nie stracić”. I jedna już nie mogła wytrzymać i śmieje się (pęka). Pani bardzo rozgniewała się: że brak serca i lekkomyślność, i brak koleżeństwa, że szacunek, wzór i współczucie, nie śmiech.
No i co miałyśmy zrobić? I w ogóle trudno, często trzeba i nie można. — Bo czy można nie dać ściągnąć klasówki, jeżeli ona pilna, ale jej trudno, albo nie ma książki, bo ojciec mało zarabia, albo musi pracować i pomagać, albo przepuściła, bo była chora, albo głowa bolała? — Czy można nie podpowiedzieć, jeżeli jedno słówko zapomniał albo ze strachu tylko pomylił się?
Albo jeżeli stłukł szybę, albo co innego zrobił i nie przyznał się? Bo jednemu w domu nic nie powiedzą, a drugi ma surowych rodziców, albo nawet biją w domu też.
Jednemu łatwo, drugiemu trudno i nie umie sobie poradzić, jednemu jakoś udaje się wszystko, a drugi zaraz wpadnie i oberwie nie tylko za siebie, ale za innego albo za wszystkich.
A często nie wiadomo nawet, czy wolno, czy nie: na przykład prima aprilis albo tłusty czwartek? — Wesoły nauczyciel pozwala, surowy zabrania, a nerwowy raz tak, raz tak, jednemu nic, drugiemu za byle co awantura. — Co to są właściwie te nerwy? — Podobno lekarze sami nie bardzo wiedzą. — Bo kto nerwowy, a kto zwyczajnie tylko złośnik? Czy trudno być doktorem? Czy doktór81 ważniejszy, czy inżynier? Czy lotnik? Inżynier źle zbuduje most i zawali się, albo dom, albo samolot, i zaraz katastrofa. A doktór też może być bohaterem, jeżeli zarazi się od chorego i umrze. — I co to jest ślepa kiszka, dlaczego tak się nazywa? — Dlaczego jeden strasznie lubi kino, a drugiego oczy bolą i głowa? — I co to jest sen? Czy są kabalarki i sny prorocze? — Co to jest lunatyk; czy pacyfista i bigamista to to samo; czy jest letarg i jak fakir może żyć zakopany?
Dlaczego raz mówią, że mały i nie rozumie, a drugi raz — że drągal, już powinien rozumieć?...
I rozmawiamy, gwarzymy o tym i o owym, i nawet ta dorosła awantura nie tak znów bardzo nas obchodzi, bo mamy własne ważne sprawy, bo jeden widział, drugi czytał w książce albo w gazecie, trzeci słyszał w radio, na ulicy, od kolegi; każdy miał jakieś zdarzenia, spotkania, trudne chwile; więc wymiana myśli.
Rozmowy nasze raz kleją się, raz nie kleją się, nie mamy ani prezesa, ani porządku dziennego; sami nie wiemy nawet, czy nasze Towarzystwo Naukowe jest, czy nie jest towarzystwem naukowym. — Bo i mały przyjdzie, słucha i jakoś po swojemu rozumie. I nie należy mówić: malcy, bo wzgardliwe miano uraża.
UWAGA
Albo życie dorosłych — na marginesie życia dziecięcego. Albo życie dzieci — na marginesie życia dorosłych. — Kiedy nadejdzie owa szczera chwila, gdy życie dorosłych i dzieci stanowić będzie równoważny tekst?