Miłość

Zgoda. Zgadzam się. Masz słuszność. — Nie kochasz go, ale lubisz, bardzo lubisz. — Innych wszystkich chłopców nie, bo dokuczliwi i hałaśliwi, ale jego jednego tak. Miły. Zresztą sama nie wiesz, dlaczego. — I boisz się o niego.

Ukrywasz tę swoją nie miłość wcale (bo na to trzeba mieć maturę i w ogóle trzeba być starszą), ukrywasz, że lubisz, i dziwisz się, że skąd wiem? — A ty raz, widzę, zrywałaś listki akacji, a potem byłaś smutna, bo wypadło: „nie dba”.115 — Ale zapewniam cię, że i on lubi, tylko nie chce pokazać, bo żartować będą, wyśmieją was. — A on jest ambitny. — Pamiętasz wtedy: ciastka. On wziął tylko jedno i lekceważąco do ciebie przysunął talerzyk; a ty nie wzięłaś, a ona zjadła drugie; on był wściekły, że nie ty, i ze złości powiedział potem, że ona ma czerwony nos; a to nieprawda, tylko już nie wypadało zjeść; bo też by się wszyscy domyślili, że on — to ciastko jabłkowe zostawił dla ciebie — taka ofiara, i wzgardziłaś. — On też listki akacji potem, i zaczął gwizdać wesoło, bo mu wypadło: „kocha”. Już ja chłopców znam; dziewczynką nigdy nie byłem, więc wiem tylko to, co czytałem i czasem to i owo mi mówiły.

Raz mówiła, zwierzyła się, że nawet lubi do poduszki popłakać. Popłacze, pomodli się — i jakoś lżej — zaśnie pogodzona i ukojona. — Albo głowę utrudzoną złoży — i pół poduszki — zima (tak sobie wyobraża), a pół poduszki (głowę przesunie do ściany), zaraz kwiaty, motyle — wiosna. Albo łóżko — okręt i morze wzburzone, i podróże; albo co będzie za pięć lat. — Jeden buntuje się, drugi godzi się, a trzeci myśli, co zmienić, żeby na świecie inaczej, lepiej było.

Wiem. Jesteś łagodna i wyrozumiała. Ale na ogół dziewczynki bardzo żalą się na chłopców. — Oni, wierzaj116 mi, nie są gorsi, tylko inni. Ja tę sprawę zbadałem matematycznie, bo matematyka to królowa nauk. Tu nie poglądy i zagadki, ale liczba dumna, ścisła, niewzruszona.

Więc liczyłem: ile kleksów i plam w zeszytach, ile liter kaligraficznych, ile szewc za zelówki dziewcząt i chłopaków, ile oni czarnych długich pazurów, ile one, ile piłek zgubili, ile dziur w pończochach i potłuczonych szyb; ile siniaków i opatrunków, ile stalówek złamanych i ołówków, ile zgubionych chustek do nosa, czapek; ile bójek (i kawałków mydła), osobno 50 dziewczynek i 50 chłopców.

Tak, liczba niewzruszona — racja — ale sprawa skomplikowana. — Chłopiec mówi: „Pan liczy tylko bójki; niech pan policzy kłótnie, plotki, skargi i obrażania”. A dziewczynka mówi: „Pan liczy guz na czole, ale chłopiec pchnął mnie na drzewo i upadłam; pan liczy do dziewczynek mój podarty rękaw, a myśmy się bawili i wymówiłam117 nawet, że nie wolno ciągnąć za rękawy. To jego kleks w moim zeszycie; on pożyczył gumkę i zgubił; no tak, opatrunek, ale ukłułam się igłą, kiedy cerowałam chłopacką pończochę, i palec mi się obiera, ale to nie powinno się liczyć”.

A nauczycielka ręce załamuje, że chłopcy leniwi, brudasy i urwanie głowy; a potem: że z nimi łatwiej jednak do ładu. — I dziewczynki też: że bez chłopców cicho jakoś i bodaj nawet smutno. — Aż wreszcie królowa nauk orzekła, że chłopcy są cztery razy ruchliwsi niż dziewczynki. — I cztery razy głośniejsi. Tak. — Nie sto i nie tysiąc, i nie zawsze, i nie wszędzie ich pełno. Ale cztery razy głośniej i pełniej, i prędzej, i żywiej. Już takie ich fatum, mojra, ananke118 — i tak, podoba ci się czy nie, ale tak właśnie jest. Awanturniczy naród.

Dlatego cztery razy więcej zelówek i łat, i cer; cztery razy więcej śpieszą się; dlatego gubią i litery koślawe. Bo cierpi, że musi siedzieć, i cierpi, że musi pisać, lekcje odrabiać. A uszy brudne nie dlatego, że one chcą być ładne (bo uszy i tak pod włosami), tylko chłopak cierpi, bo nie ma czasu myć się, bo musi stać, nie będzie ganiał z miską wody. A dziewczynka lubi siedzieć, więc nie sztuka, że zeszyty starannie pisze. (Jużci są wyjątki i odchylenia od normy).

Chłopcy inni, nie gorsi; więc skargi i żale — no, ale i zdziwienia też, i niepokoje też, i przyjaźń, i miłość.

Więc ty go lubisz, bardzo lubisz; boisz się o jego życie, bo jest lekkomyślny i zostanie pilotem. A ty wolisz z dwojga złego, żeby był marynarzem; bo choć też orkany i trąby, ale woda bądź co bądź trochę twardziejsza — trochę twardsza od powietrza, więc może się uratować. Więc chcesz, żeby był kapitanem okrętu; ty z nim, i będziesz nawracała Murzynów po drodze. Bo najgorsze, że on stracił wiarę w zoologicznym ogrodzie, zgubił przed klatką z małpami. I jego tatuś, i mama też nie modlą się i nie wierzą w diabły i w duchy. I on chciał się nawet założyć o tabliczkę czekolady, że nie ma piekła. — Więc co będzie, jeśli samolot spadnie, albo on w ogóle umrze?

Nie smuć się: on nie umrze. Bo jeżeli wtedy zachorował, to że zjadł kilo wiśni, cztery jajka na twardo, trzy ogórki, jabłko i jeszcze coś, ale zapomniałem. W dwa dni zdrów, znów zdrów. — Zapewniam cię, że ma silny organizm. — I nie taki znów lekkomyślny, jak sądzisz. — Wczoraj (siedzimy przy jednym stole) zjadł pięć tylko kawałków chleba z twarogiem i sięgnął po szósty; ale machnął ręką i powiedział: „Będzie dosyć”. Potem zjadł już tylko trzy pajdy, ale musiał — do zsiadłego mleka. — Wniosek: umie korzystać z doświadczenia. Nie chce chorować.

No i mylisz się, jeśli sądzisz, że pierwszemu lepszemu powierzą zaraz samolot. Że kogoś bolał brzuch po wiśniach, to niedostateczna jeszcze kwalifikacja na lotnika. Samolot — aparat bardzo kosztowny, sprzęt: nie powierzą byle patałachowi. On nie patałach — wiem. On taki odważny, i gra w siatkówkę, i na rowerze, i nie płakał, chociaż bardzo oberwał, i właściwie nawet pobił się wtedy o ciebie, kiedy Ksantypka-megierka naplotkowała i pogniewała się, że on przeczytał jej list. I on tak ładnie pływa. — Powiedział wprawdzie, że wcale nie ratowałby dziewuchy, gdyby topiła się, ale to był żart. Sama wiesz — śmiał się. Jakże chcesz, żeby chłopak przyznał się, że ma dobre serce. Też: serce. Chłopak i nagle serce; zaraz powiedzieliby, że baba i zwariował chyba czy co?

I przecież z każdym rokiem samoloty i spadochrony — nowe ulepszenia i droga bezpieczna będzie. A on za młody jeszcze na pilota. Możesz mu poradzić, żeby został lepiej marynarzem, ale nie nalegaj. — Sama mówiłaś, że na morzu też burze i skały podwodne, ale są szalupy i koła ratownicze. Ale kiedy on już będzie pilotem, zapewne będą wisiały jakieś z boku samolociki, i jeśli katastrofa, skrzydło urwie się — on prędko siada do tego ratowniczego i ląduje. I możesz, ale też ostrożnie, powiedzieć, że pilot musi lepiej uczyć się, bo zostanie na drugi rok, i ktoś, kto mu dobrze życzy, będzie musiał czekać.

Masz słuszność: nikt nie wie, co go czeka. Pamiętam: był oficer — dawno, w armii rosyjskiej. Bał się: ile razy atak i bitwa, on zaraz chory i do izby chorych. No i co? — Wyjechał na urlop do miasta, na dwa tygodnie: zadowolony, że bezpiecznie, pójdzie do teatru, wykąpie się, będzie miał w hotelu wygodne łóżko. — A tymczasem co? — Był wiatr. Spadł mu na głowę szyld. Gorzej: szyld fryzjera. Jeszcze gorzej: damskiego fryzjera. — Nie było wtedy Roentgena (podczas wojny japońskiej). No i to, sio — powikłania mózgowe — coś przyplątało się, coś wywiązało się — i pfff — nie ma — zgasł. — Nie od wrażej kuli, od szyldu fryzjera damskiego legł, padł.

Masz słuszność: lotnik musi modlić się. Ale ty nie martw się. Taki jak on chłopak widzi, że dobrze gra w siatkówkę i pływa, i zastrzelił wronę, i ma rower, i fornal pozwolił mu powozić, i gada sześć pajd chleba z twarogiem — i udało mu się do wyższej klasy — więc gada, co ślina przyniesie; jest za pan brat ze sprawami, nad których rozwiązaniem biedzi się i głowi ludzkość setki i tysiące lat. — Wiedza czupurna i zarozumiała; wiara cierpliwa i wyrozumiała.

On zabłądził, błądzi. — Bywa. — Zbierasz w lesie jagody, grzyby — zabłądziłaś. — Tak. — Ano, pokręcisz się tu, tam, trochę najesz się strachu, wreszcie znajdziesz drogę albo spotkasz kogo, kto ci drogę wskaże. — A on śpieszy się i nie grzyby, ale wiedzę o życiu zbiera i o sprawach człowieka — rozgląda się i szuka.

Bywa i tak. Zarzuciła się w trawie czy w krzakach piłka. Nie ma — nie ma. Musi przecież być, tylko zatraciła się, zarzuciła, zgubiła się. — Wreszcie: ooo, jest. — Nie martw się: on urośnie, dojrzeje — wróci, zdąży, znajdzie wiarę.

Dobrze nawet, że powiedział, że nie ukrył przed tobą. Kto swoje myśli hecne, sprzeczne ukrywa i okłamuje, ten mało dokona. Trzeba stanąć mężnie i spojrzeć sobie w oczy. A ty chcesz wpłynąć na niego? Spróbuj łagodnie i życzliwie: rówieśnik wiele może. Dorośli zbyt wiele fukają, uczą też, ale wyniośle i opryskliwie; a są sprawy, gdzie nie chłodne, mądre, doświadczone słowo pomoże, ale ciepła i dobra potrzebna rada rówieśnika. Im więcej człowiek widzi i dłużej żyje, tym mniej pewien siebie. Życie wielkie i silne, on słaby i mały. Ale jeśli zechcesz znów ze mną porozmawiać, proszę bardzo, służę chętnie...

Tyrteusz119

Spotkałem się z tym wierszem Anczyca120 pół wieku temu; towarzyszył mi wpośród różnych chwil, na różnych ścieżkach życia.

Los zdarzył, że miałem możność złożyć go na falach radia — na nowych ważnych przyszłych lat pięćdziesiąt.

Arystomenes121 w świątyni Ateny,

W pośrodku miasta, puklerz, w boju zdarty,

Zawiesił nocą... Radość śród Messeny,

Szalony popłoch powstaje śród Sparty.

Z murów, co dotąd nie zaznały trwogi,

Sromotny przestrach dawne męstwo płoszy,

Uchodzą wstydem pohańbione bogi —

Arystomenes Lakonię pustoszy

I w serce miasta śle okrzyk zwycięski,

A tam jęk! — rozpacz! —

Ustały igrzyska

Wojennej młodzi — wciąż klęski i klęski,

A znikąd zbawcza nadzieja nie błyska.

Przy wspólnym stole nikt głośno nie gwarzy,

Bo strach niewoli usta lodem ścina,

I tylko radzą, i radzą wciąż starzy,

I ślą do Delfów, do wróżb Apollina.

W przybytku syna Zewsa122 i Latony123,

Gdzie wieszczka bogów w tajemniczej mowie

Uchyla Grekom przyszłości zasłony,

Stają z darami spartańscy posłowie.

Nie znać w nich jednak tej spartańskiej buty,

Co ludom Grecji w oczy kurz miotała:

Wzrok mężów chmurny, do ziemi przykuty,

A twarz od sromu124 blada i nieśmiała.

Wieńcami strojni i bielą odziani,

Słudzy Apolla zalegli świątynię;

Pada zwierz liczny dokoła otchłani125,

Nad którą trójnóg w mgłach kadzideł ginie,

A na nim Pytia.

W proroczym zachwycie

Z ust jej bezładne, dziwne płyną dźwięki;

Apollo głosi: „Spartanie, wam życie

I wolność wróci tylko z Aten ręki,

Ich więc błagajcie!”

Błagać? — O złowieszcze

Słowo! Śmierć raczej z rąk mściwej Messeny!

Sparta ma błagać? Błagać? Kogo jeszcze?!

Zazdrosne wiecznie i wrogie Ateny?

Sparta nie znała ni srebra, ni złota,

Wymyślnej strawy ni pysznego stroju,

Tylko żelazo; a najpierwsza cnota

Spartańskich synów: ginąć za kraj w boju;

Sparta, ilekroć za oręż porwała,

Zawsze zwycięska: uległy Arkady,

Padła Tyrea i Messena spała

W niewoli lata. Śród całej Hellady

Jedne Ateny stały na jej drodze,

Na każdym kroku czyniąc Sparcie wstręty,

Ateny Sparcie to cierń w krwawej nodze...

I dziś ich błagać?!

Ale wróg zawzięty

Pod samo miasto rozpuszcza pogonie,

Kwiatem młodzieży gęsto zasłał pola

I, szydząc, poi w Eurotasie konie,

A Sparcie tylko już śmierć lub niewola —

Śmierć lub niewola!...

O, jeszcze za wcześnie

Umierać Sparcie, choć przedśmiertne dreszcze

Przebiegły ciało i duch porósł w pleśnie,

W schorzałej piersi bije serce jeszcze.

I krzew laurowy, gdy go dręczy spieka,

Opuszcza liście i, zda się, już ginie...

Lecz, gdy wiatr spędzi nawał chmur z daleka

I deszcz ożywczy potokami spłynie —

Laur nową siłą odżyje wspaniale,

Świeże listeczki gałęzie odmłodzą.

A co niewola — nie wie Sparta wcale,

Bo niewolników jej córy nie rodzą.

Gdy nawą126 fala rozhukana miota,

Czyż hańbą szukać zbawienia wśród burzy?

„Z rąk Aten przyjść ma zbawienie żywota,

Z rąk Aten wolność Apollo nam wróży:

Słuchajmy bogów!”

Wnet messeńskie straże

Omylił sternik, szybko z wiatrem leci,

Do Akropolu prostą drogę wskaże,

Bo Erychtona wóz na niebie świeci.

Nim księżyc Grecji nowym błyśnie rogiem,

Straszne pioruny zagrzmią z gór Attyki:

Atene — Aten, Ares — Sparty bogiem,

Przed tym przymierzem drżyj, najeźdźco dziki!

Nim wrócą posły, Sparta bogów błaga;

Czaty jej wbiegły na wzgórza, mórz brzegi,

Śledząc, czy rychło wionie zbawcza flaga

Albo z gór spłyną ateńskie szeregi.

Złudne nadzieje!... Biegną dni i noce,

Cisza — nad miastem krążą sępów roje,

Czasami w dali żagiel zamigoce,

Lecz skrzętnie mija lakońskie ostoje.

Złudne nadzieje!... Próżno uchem męże127

Pytają ziemi — w ziemi spokój głuchy...

Czasami zda się, że dźwięczą oręże...

Nie... To wół w jarzmie potrząsa łańcuchy...

I wiele rzeki, wiele wód uniosły,

Z Aten ni flota, ni zbawcze zastępy,

Ni nawet własne nie wracają posły128...

Tylko z północy gęsto ciągną sępy

I, na wyżynach zasiadłszy Tajgetu129,

O nagie skały poostrzają dzioby.

Za cóż wiatr wiosnę niesie od Miletu,

Chloris130 po smugach rozściela ozdoby?

Za cóż gród słońce pozłaca uroczo,

W powietrzu drgają cudne kwiatów wonie,

Gdy syny Sparty zwątpiały wzrok toczą,

A córy we łzach załamują dłonie?...

*

Z woli eforów zbiera się lud mnogi,

A przed nim pyłem okryty mąż stawa131

I rzecze: „Sparto, witam twoje bogi,

Jestem Ateńczyk!”

Cisza — i wnet wrzawa

Rozbija chmury; woła lud zdziwiony:

„Gdzie zbrojne hufce?”

Ateńczyk im na ten

Wykrzyk odpowie: „Przychodzę w te strony

Sam — mnie wysłali archontowie Aten.

Młódź nasza w domu stali grotów ostrze

Przeciw Megarze, a najwyższa rada

Z lutnią i pieśnią w pomoc Sparcie, siostrze,

Śle mnie, poetę Tyrteusza”.

„Zdrada!” —

Ryknęły tłumy — „Szydercy okrutni,

W strasznej niedoli zamiast zbrojnych szyków

Ślą nam pieśniarza! Precz! Nie dźwięków lutni,

Krwi nam potrzeba, krwi, krwi Ateńczyków!...

Śmierć Tyrtejowi!”

I już tłum rozżarty

Z okrzykiem: „Śmierć! Śmierć!” leci, już z wszej strony

Miecz błyska... a mąż rzecze: „Ludu Sparty,

Wszak jam132 bezbronny!”

I lud zawstydzony

Cofa się nagle, sromem mordu tknięty;

Szmer tylko z piersi, a gniew z oczu tryska.

Tak Eurotasu wzburzone odmęty,

Kiedy na powrót wrócą do łożyska,

Ono im ciasne — więc w skaliste łomy

Bije nurt wściekły, miota się i dyszy,

Jak gdyby groził co chwila brzeg stromy

Przełamać znowu.

Wśród chwilowej ciszy

Tyrteusz okiem pogodnym wokoło

Wiedzie, nie trwożny ni wrzawy, ni grotów,

I rzecze, jasne wznosząc w górę czoło:

„Jestem Ateńczyk, a więc umrzeć gotów,

Gdy wam się zdaje, żem wniósł w wasze gniazda

Obelgę Aten i przyjaźni zdradę;

Lecz pozwól, ludu, nim zagaśnie gwiazda,

Ostatnią pieśnią pożegnać Helladę,

Grecji poświęcić gasnące strun dźwięki,

A tam, do Aten, nad brzegi Illisu,

Wiatry poniosą echa mej piosenki”.

Cisza tak wielka, że słychać szmer cisu,

Pod którym stoi wieszcz, a lud wzburzony

Nie śmie odrzucić tej ostatniej prośby;

A choć zniewagi tkwią mu w sercu szpony,

Milczy ponuro i połyka groźby.

A Tyrtejowe czoło opromienia

Niebiańska światłość, i męskie oblicze

Niewysłowiony krasi wdzięk natchnienia,

I z lutni zrazu nadziemskie, dziewicze,

Pełne a rzewne płyną w przestrzeń tony,

Jakoby z arfy czarownej Eola133...

Znów jęczą dziko poszarpnięte strony134,

A pieśń wylata135 straszna — jak niewola!...

PIEŚŃ TYRTEUSZA

Znacie ten kraj, co mu stopy skaliste

Zmywa toń mórz, a Olimp wieńczy skroń,

Kastalskich wód kryształy biją czyste,

Słowików pieśń i róż zachwyca woń?

Znacie ten kraj, co mężnych synów chwałą

W daleki świat o sobie rozniósł wieść,

Potęgom burz nadstawia pierś zuchwałą

I szydzi z tych, co mu chcą jarzmo nieść?

Znacie ten kraj, co dostał z bogów ręki

Olbrzymią moc z harmonią cudną słów?

Gdzie wyrósł mąż136, co lwom targał paszczęki

I mieczem swym ściął hydrze siedem głów?

Dziewiczych niw137 przemocą ani zdradą

Aż po dziś dzień nie zdeptał obcy wróg;

Znacież ten kraj?... Nie znacie — nie! — Hellado,

Ja ciebie znam i Ares, mężnych bóg!

Wyrzecz się ich, Hellado, ziemio święta!

Twym synem być wart tylko wolny mąż,

A Sparta kark w ohydne zgina pęta!...

Messeno, pójdź i lud ten podły wiąż!

W okowach wlecz do bram swojego grodu,

Na wieczny wstyd do żaren męże kuj!

Lub sprzedaj ich, a dziewice z ich rodu

Do twoich uczt niech ślubny wdzieją strój!

Śród fletnich brzmień niech w igrzysk śpieszą koło

I z wrogiem pieśń na Sparty wznoszą skon,

A, zdobiąc w kwiat Arystomena czoło,

Włochatą pierś do czystych tulą łon!

Bo w Sparcie już krew starych ojców zmarła,

Od Aten chcą, aby im pomoc nieść,

I grożą im — a nie śmią wrogom z gardła

Krwią wydrzeć swą ojczyznę, wolność, cześć!

O światło, zgiń! Niech nigdy promień słońca

Nie spłynie już w skalany trwogą gród!

Niech straszny mrok, panując tu bez końca,

Skryje ten wstyd, co podły hańbi lud!

Ten wolny nurt, co mężnych krzepił znoje,

Niech wyschnie wraz! Niech w łożu pełza gad!

Przeklinam cię, Lakonio, i twe zdroje!

Niech zatrze czas istnienia twego ślad!

I matki te, co trwożnych synów dały,

Zeusie, zhańb! Oblicza wstydem spal!

Niech łona ich poszarpią lwy w kawały,

Lub własna dłoń zatopi w piersiach stal!

O Sparto, ruń, nim doznasz strasznej doli,

Nim zwiędnie laur, co tkwi na czole twym,

Nim syny twe przywdzieją strój niewoli —

Upadnij w gruz i hańbę przykryj nim!

O Sparto, ruń, zanim ślad twej wielkości,

Naddziadów138 grób messeński zburzy młot

I na żer psom rozwlecze święte kości,

A przodków cień odpędzi od twych wrót!

Ty, ludu, nim wróg w pętach cię powlecze,

Ojców twych broń na progach domów złam

I w przepaść rzuć! Niech nie wie świat, że miecze

Były śród was — a serca brakło wam!

*

I pieśń skonała; z ostatnim akordem

Mistrz lutnię z żalu roztrzaskał o głazy.

Gdy igrał ze lwem i drażnił go mordem,

I serce hańbą poszarpał sto razy,

Gdy grobom ojców groził z wrogiej ręki,

Przeklął ojczyznę i łona cnych matek —

Lud milczał, bólem skamieniały męki;

Lecz kiedy wygrał już pieśni ostatek,

I pękły struny — wtedy, jak huk gromów,

Co walą skały i druzgocą lasy,

Jak trzask piorunów, co dno morskich toni

Palą swym żarem i niebo drą w pasy —

Z wzgórz, dolin, świątyń, przedsionków i domów

Powstał krzyk jeden: „Do broni! Do broni!”

I z placów, ulic, ze wszystkich stron miasta

„Do broni!” milion powtarza się razy;

Zda się, że ludność spod ziemi wyrasta,

Lub w zbrojnych mężów zmieniają się głazy.

Hasłem „Do broni!” rozbudzona Sparta

Rzuca mdłe jęki i za oręż chwyta —

I znowu silna, straszliwa, rozżarta,

Potężna, wielka i walki niesyta.

Trzęsie się miasto od wojennej wrzawy,

Blednieje słońce od blasku oręża,

A naród, chciwy rzucić się w bój krwawy,

Z zapałem wzywa ateńskiego męża:

„Prowadź nas, prowadź! Ty staniesz za krocie!

Umrzem — lecz wolnej ziemi wróg nie zdepce!

Umrzem — lecz dziewic nie damy sromocie!

Chce wróg krwi naszej, niechaj ją wychłepce!!

Chce wróg krwi naszej, niech ją pije rzeką!

Lecz precz z niewolą! My do niej niezdolni!

Niechaj ostatnie krople krwi wycieką,

I padniem wszyscy, ale padniem wolni!”

„Prowadź!” — niewiasty wołają i biegną —

„Myśmy Spartanki, znamy się z żelazem;

Jeśli mężowie śród walki polegną,

Pobijem dzieci i zginiemy razem!”

I poszli...

Miasto długo pustką stało.

Słychać trąb odgłos, wraca lud zwycięski

I na zdobytych dźwiga tarczach ciało,

Spowite w laury...

Oto wieszcz ateński!