rodzę
grudzień
za wołominem kwitną bagna zamiast
żeby nas zamrozili. nie posłuchałem cię moje ręce pachną
jak twoje piersi (dlaczego drapią pod moim językiem?) choć
nie powinny. zwijam koc jest prawie zielony od trawy
trwam w uporze który nic nie da. chodź. kwiatów mamy już
styczeń
gubisz te kolczyki ostatecznie. chmury pustoszeją
ja się nawrócę. przylepię ucho i postaram się nie skaleczyć
choć najgorsze są powroty. siadam z widokiem sam na
fabrykę o sławie krematorium. wyciągam ręce
luty
w pałacu namiestnikowskim. cały świat na chwilę zamarł
zastrzelono. trzymam cię przez chustkę w strumieniu amfibrachów15
pobożnie potocznie i za słowo. zieleń z purpurą w środek postu
a dopiero przygrywka. wreszcie kończy się błysk fleszu
i możemy zacząć. wyrzucą
marzec
rozpoznaję pierwsze dźwięki (trzy rodzaje westchnienia
i szelest kartek) i zaczynamy mieć nadzieję. w gorcach przebiśniegi
w głowie najczystszej wody tandeta. omal cię nie zgwałciłem
na szczęście kłamię bezwiednie. staram się zrozumieć szum
kwiecień
po koncercie wymiotuję do dwóch konch przy wejściu
teatru wielkiego. bardzo brakuje metafor
***
Nie liczcie na samogłoski wy głaz
Oczu postawionych w solny słup16
A pod cyrklem pierwszej litery
Kotłują teorie w aortach sprężonym tlenem
Pierwsze morze pierwsza utopka pierwszy trup
Rozbite Rozdziały17
etiuda
Rozbili rozdziały na sale
na korytarzach bili na odłamki
kawałek po kawałku
Na a na b na befsztyk
dzielili półtusze batalionów
nas działających rozstrzelali z dział
stawiając zbite ledwo skrzynki naszych mózgów przed: — Patrz, pastisz.
Zdzieraliśmy z siebie ramy wyrośnięte
nasze oczy rozsypywały się na
i na
i na
nas, na snach wyspanych wysypali na
Strach
Jak formalina
Jak piasek w jarzeniówkach.