Wstęp

I. Patriotyczne prace posła konfederacji barskiej w Paryżu

Konfederacja barska szukała oparcia i pomocy dla swoich poczynań w Turcji, Austrii, Saksonii, a przede wszystkim we Francji. W Polsce wierzono jeszcze w potęgę Francji. W rzeczywistości Francja drugiej połowy panowania Ludwika XV, Francja pań de Pompadour, Dubarry, ministrów Choiseula, d’Aiguillona, wewnętrznie wyczerpana, finansowo zrujnowana, nierozporządzająca większą siłą militarną, pozbawiona zdolnej i konsekwentnej dyplomacji, już tylko strzępami królewskiej purpury wieku Ludwika XIV pokrywała zbutwiałość swego ustroju, przeżycie się zasad absolutnego monarchizmu i przywileju stanowego, które ją niegdyś na szczyt świetności wywiodły, zanik energii i wiary, nudę wewnętrzną tych, którzy do rządzenia nią byli powołani, nędzę i ucisk szerokich warstw narodu. Pomruki dalekie nadciągającej rewolucji zagłuszała zgiełkiem zabaw i dysput filozoficznych, oszałamiała się przepychem życia dworskiego, podniecała sztucznie niebezpiecznymi doktrynami, przygotowującymi ruinę dawnego porządku. Związana niekorzystnym dla siebie, krępującym, a z obu stron nieszczerym sojuszem z Austrią, znalazła się po wojnie siedmioletniej prawie odosobniona wobec młodych, drapieżnych potęg — Prus i Rosji, złączonych ze sobą interesami i traktatami, a pozostających w porozumieniu z dziedzicznym wrogiem Francji, Anglią. Wypierały one powoli i systematycznie Francję z Europy północnej i wschodniej, podcinały tam resztki jej wpływu.

Leniwa, nieprzewidująca, niejednolita i niezręczna polityka Francji ułatwiała im to zadanie. Rosja i Prusy zdezorganizowały i zanarchizowały Polskę i Szwecję, przygotowując obrócenie tych państw w podległe sobie prowincje. Nad Turcją i jej lennikami zawisła groźnie militarna potęga Rosji. Pod naciskiem świadomego swych sił i żądnego ekspansji kolosa pękała bariera wschodnia Szwecji, Polski i Turcji, oddzielająca Rosję od Europy. Wzrastająca potęga i przedsiębiorczość nowych do koncertu europejskiego przybyszów wstrząsnęła całym systemem równowagi, grożąc Francji zupełnym zepchnięciem z naczelnego dotychczas stanowiska, a nawet pozbawieniem jej mocarstwowego znaczenia. Za późno spostrzegł niebezpieczeństwo minister spraw zagranicznych, książę de Choiseul. Gorączkowo począł ratować z rozbicia to, co jeszcze dla Francji uratować było można.

Jednym z najważniejszych punktów oparcia dla Francji w jej dążeniu do odzyskania dawnego znaczenia mogła być Polska. Dlatego Choiseul przyjął z otwartymi rękami biskupa kamienieckiego Adama Krasińskiego, zgłaszającego się pod jesień 1768 r. z prośbą o pomoc w imieniu konfederacji barskiej. Wszak konfederaci chwycili za broń z hasłem wyzwolenia Polski spod ucisku Rosji, która rządziła w niej jak u siebie i zachowywała się jak w podbitym kraju — z hasłem detronizacji Stanisława Augusta, narzuconego przez Rosję wbrew Francji, którego uważano w Wersalu za zaprzedanego duszą i ciałem Rosji i dlatego wzbraniano się go uznać. — Opracowano wspólnie plan działania; Choiseul przyrzekł zasiłki pieniężne dla konfederacji i rozwinięcie akcji dyplomatycznej w celu skłonienia Turcji do wypowiedzenia wojny Rosji i odciążenia w ten sposób Polski. Nawiązane przez Krasińskiego stosunki z ministerium2 francuskim podtrzymywał następnie główny organizator konfederacji (odradzającej się na Podgórzu po czerwcowych klęskach podolskich), podskarbi wielki koronny Teodor Wessel, przez swego agenta Gomolińskiego.

Wreszcie utworzona w październiku 1769 r. w Białej Generalność, jako najwyższa władza zwierzchnia konfederacji, wyznaczyła na posła swego przy dworze francuskim Michała Wielhorskiego, kuchmistrza wielkiego litewskiego. Wielhorski nie był w dyplomacji nowicjuszem. W r. 1767 brał udział w delegacji konfederacji radomskiej do Moskwy, gdzie intrygował przeciw Stanisławowi Augustowi i reformom konwokacji3. Był to umysł mało samodzielny i niegłęboki, ale wykształcony i ciekawy, przejęty francuską kulturą, pozujący trochę na uczoność. Na swój sposób gorący patriota — przede wszystkim człowiek towarzystwa, miłych i ujmujących manier. Brak potrzebnych funduszów wstrzymywał wyjazd posła. Zdołano je zebrać dopiero w styczniu 1770 r, tak że Wielhorski najwcześniej w lutym stanął w Paryżu. Przyjęty na dworze, później nawet oficjalnie za posła przez rząd francuski uznany, przebywa odtąd aż do wiosny 1776 r. we Francji. Po przyjeździe zajął się zredagowaniem i ogłoszeniem we francuskim języku obszernego zbioru dokumentów dotyczących konfederacji barskiej, pt. Manifest skonfederowanej Rzeczypospolitej Polskiej, który był niejako apelem do rządów i narodów Europy.

Najważniejszym rezultatem zabiegów Wielhorskiego na dworze wersalskim było to, że w lipcu 1770 r. wysłał Choiseul do Preszowa, ówczesnej siedziby Generalicji, pułkownika Dumouriez, jako organizatora i instruktora wojskowego, wraz z innymi oficerami i inżynierami francuskimi. Wydatniejszej pomocy ze strony Francji nie potrafił Wielhorski wykołatać. Ale nie jego tylko w tym wina.

Nawet poseł o większych zdolnościach i energii nie mógłby niczego dokazać w tym chaosie, w jakim znalazła się dyplomacja francuska po upadku Choiseula w końcu 1770 r. Nieobsadzanie teki ministra spraw zagranicznych we Francji przez pięć miesięcy z górą, w końcu nominacja niezdolnego do powzięcia i przeprowadzenia jakiegokolwiek planu politycznego, lekkomyślnego księcia d’Aiguillon, uniemożliwiły Wielhorskiemu rozwinięcie skuteczniejszej działalności. Książę d’Aiguillon, choć utrzymał pozornie politykę Choiseula wobec Polski i wysłał marszałka polnego barona de Viomenil na miejsce Dumourieza, nie potrafił jednak energiczniej poprzeć konfederacji, ani wojskowo, ani dyplomatycznie. Nie pomyślał o nakłonieniu konfederatów do pogodzenia się z królem i wytworzenia jednolitego frontu narodowego. Co gorzej, nie umiał zapobiec zbliżeniu się Austrii do Prus i Rosji, wywołanemu po części klęskami Turcji i obawą Austrii przed usadowieniem się Rosji przy ujściu Dunaju. Pozostawiając Austrię bez żadnej pomocy czy rady, otworzył jej drogę do wejścia w zbrodniczy spisek z Fryderykiem i Katarzyną. Nie spróbował nawet przeciwstawić się dojrzałej już myśli rozbioru Polski, dopuścił do haniebnego, milczącego pogodzenia się z gwałtem dokonanym nad Polską, a godzącym także w najżywotniejsze interesy Francji.

Obojętność, bezwładność, brak jasnej myśli politycznej kierowników francuskiej nawy państwowej musiały sparaliżować dyplomatyczną działalność Wielhorskiego. Nie mogąc więc na tym polu oddać ojczyźnie wybitniejszych usług, starał się czas swój poświęcić pracy nad obmyśleniem poprawy jej ustroju, leczeniu jej wewnętrznej choroby.

Aczkolwiek konfederacja barska wypisała na swym sztandarze konserwatywne hasła obrony dawnych praw i wolności, aczkolwiek pokutował w niej jeszcze duch nieszczęsnych radomian, przecież w głowach przywódców jej torowała sobie drogę świadomość konieczności reformy. Szereg ludzi bardziej wykształconych, trzeźwiej na rzeczy patrzących, mających europejskie stosunki, zdawał sobie sprawę z absurdalności ustroju polskiego i jego konsekwencji: bezsiły, anarchii, zależności od obcych. Dwa zwłaszcza problemy najżywiej zajmowały umysły: uzdrowienie sejmowania, tudzież reorganizacja władzy wykonawczej. Te dwa główne kierunki reformy wytknął już Konarski; po nim różni wskazywali różne sposoby rozwiązania obu tych zagadnień.

Z szefów konfederacji wielu na własną rękę snuło plany w tym przedmiocie. Przede wszystkim, najtęższa w niej głowa, biskup Krasiński rozmyślał nad poprawą prawa i rządu. Projekt jego proponuje zachowanie liberum veto jedynie w odniesieniu do praw kardynalnych, plan zaś reorganizacji rządu idzie w kierunku ograniczenia władzy królewskiej. Władza rządowa ma spoczywać w zreformowanej odpowiednio dotychczasowej radzie senatu, obieranej każdorazowo przez sejm.

Prócz biskupa kamienieckiego także i antagonista jego Wessel nosił się z jakowymiś projektami reformy, które zamierzał wprowadzić w czyn po osadzeniu na tronie elektora saskiego4. Można przypuszczać, że ten gorliwy stronnik Wettinów dążył raczej — w przeciwieństwie do Krasińskiego — do ograniczenia wolności na rzecz Majestatu.

Sam Wielhorski wreszcie zajmuje nie ostatnie miejsce wśród konfederatów-reformatorów ustroju. Swoje pomysły zawarł w dziele pt. O przywróceniu dawnego rządu według pierwiastkowych Rzeczypospolitej ustaw, ogłoszonym w r. 17755 Wielhorski chce dociec treści dawnych praw w ich pierwotnej czystości. Wady ustroju polskiego, które na naród tyle klęsk sprowadziły, powstały z powodu wypaczenia się dawnego, doskonałego ustroju. Dawne prawa mylnie tłumaczono i naciągano do prywatnych celów — stąd wszystkie nieszczęścia. W poszukiwaniach swoich opiera się na tekstach ustaw; tam, gdzie potrzebnego sobie tekstu nie znajduje, powołuje się na Kadłubka i Długosza i za ich przewodem zapuszcza się aż w czasy dwunastu wojewodów. Ale i ogólniejszymi wywodami nie gardzi, a powołuje się przy nich na Locke’a6, Russa7, Mably’ego8. Według niego, te pierwiastkowe9 prawa oddają zwierzchniczą władzę w Polsce szlachcie. Szlachcic obowiązany jest do posłuszeństwa tylko temu prawu, które uchwalili posłowie przez niego wybrani, na podstawie instrukcji, na którą głosował. Podlega on także tylko tej zwierzchności i jurysdykcji10, do której obierania sam się przykładał. Wielhorski chce znieść liberum veto, władzę rządową oddać senatowi. Senatorów dożywotnich wybierać powinny sejmiki; spośród nich sejm wybierałby radę senatu, zmieniającą się w połowie co dwa lata, a będącą właściwym rządem Rzeczypospolitej. Rząd ten wyposaża znacznymi atrybutami, zapewniającymi mu samodzielność i siłę. Król obieralny jest tylko przewodniczącym rady senatu.

Cały projekt Wielhorskiego jest owiany duchem radykalnego republikanizmu, który widocznie stanowił rdzeń jego sposobu myślenia. Nie własna jednak książka stanowi dla p. kuchmistrza tytuł do pamięci u potomnych, ale to, że umiał zachęcić i nakłonić dwóch najznakomitszych ówcześnie filozofów prawa politycznego we Francji, księdza Mably i Jana Jakuba Rousseau, do zajęcia się ustrojowymi kłopotami Polski i opracowania projektów reformy jej praw. Temu, że nie przeceniał sił własnych, ale starał się zaczerpnąć światła u bardziej kompetentnych w sprawach organizacji państwowej, choć Polsce obcych, zawdzięczamy powstanie traktatu Mably’ego, a przede wszystkim Uwag nad rządem Polski Russa — pisma rzucającego tak ciekawe, uzupełniające światło na charakter i umysłowość genialnego pisarza.

Najpierw zwrócił się Wielhorski do Mably’ego11. Ksiądz Gabriel Bonnot de Mably (1709–1785) poświęcił całe swe życie naukom społecznym i państwowym. Pisarz płodny, pracowity i sumienny, umysł samodzielny, charakter prawy i czysty, szeregiem dzieł swoich zdobył sobie u współczesnych ogromną powagę i uważany był przez nich za znakomitość. W pismach swoich głosił zasady zwierzchnictwa narodu, supremacji parlamentarnego przedstawicielstwa narodu nad władzą wykonawczą, równości obywatelskiej, a rozwiązania tego ostatniego problemu szukał w pomysłach komunistycznego ustroju własności gruntowej. W wielu ideach swoich spotykał się z Russem. W Polsce Mably był znany: Rozmowy Focjona o związku obyczajności z polityką pojawiły się w przekładzie księdza Chróścikowskiego już w r. 1770 i podobno nawet były sprzedawane na odpustach.

Z Wielhorskim zawiązał Mably widocznie bliższy stosunek przyjazny, skoro nie zawahał się odbyć — później już, w r. 1776 — uciążliwej podróży do Polski i przepędzić przeszło rok w Horochowie, wołyńskim majątku pana kuchmistrza. Pośpieszył też uczynić zadość jego wezwaniu do opracowania projektu reformy ustroju Polski, tym chętniej, że gorąco zainteresował się sprawą barską. W sierpniu 1770 ukończył i doręczył Wielhorskiemu w rękopisie pracę swą pt. O rządzie i prawach Polski. W lipcu zaś 1771 r., po otrzymaniu od wybitnych barszczan szeregu uwag krytycznych, dodał drugą, uzupełniającą część, jako Wyjaśnienia. Rękopis oddany Wielhorskiemu nie ukazał się dotąd w druku. Pierwsze wydanie rozprawy z r. 178112 jest ponownym opracowaniem, uskutecznionym na podstawie brulionu, pozostałego w rękach autora. Zredagował je, chcąc wydaniem swego traktatu uprzedzić zamierzone ogłoszenie Uwag Russa. Ponieważ Wielhorski udzielił rękopisu pracy Mably’ego Russowi, zanim tenże przystąpił do spisywania swojego traktatu, należy bliżej rozejrzeć się w tym, jakie to główne zmiany w rządzie i prawach Rzeczypospolitej projektował Mably13.

Nie idealizował ani charakteru narodowego, ani zalet ustroju polskiego. W czarnych barwach odmalował ludzi i urządzenia. Chwalił wprawdzie waleczność Polaków, podobało mu się u nich zamiłowanie wolności, ale równocześnie ganił ich nieskłonność do posłuchu. Rządzącemu stanowi rzucał w oczy prawdę. Wymawiał obojętność dla spraw ojczyzny, prywatę, chciwość, płaszczenie się przed możnymi, a wyzyskiwanie upośledzonych warstw niższych. Ze wstrętem prawie mówi o ciemnocie Polaków, przesądach, barbarzyństwie, o braku potrzeb kulturalnych, nieopatrzności i beztrosce dzikich ludzi. Z rysów rozrzuconych w tej książce układa się obraz bagna zepsucia i głupoty.

Patrząc bez złudzeń na rzeczywistość polską, widział w tym państwie najpotworniejszą anarchię, kuszącą wprost sąsiadów do zaborów. Tylko nieudolnej polityce carów zawdzięcza Polska, że nie stała się jeszcze rosyjską prowincją. Winę takiego stanu przypisał wadliwej konstytucji, która nie umiała pogodzić i harmonijnie ustosunkować uprawnień króla i praw narodu, dążącego do wolności. Zasadniczo złe postawienie atrybutów króla, jego zbyt wielka władza, niegodząca się z wolnością poddanych, a mająca swe źródło w prawie swobodnego rozdawnictwa urzędów, spowodowały w dalszym następstwie wytworzenie wadliwych urządzeń, mających zaradzić wyrodzeniu się władzy królewskiej w tyranię. Do tych niezdrowych instytucji, które zepchnęły państwo w otchłań bezrządu, zalicza Mably liberum veto, konfederacje, elekcyjność tronu i dożywotność ministrów.

Za pierwszy warunek uzdrowienia Rzeczypospolitej uważa należyte rozgraniczenie władz. Dotychczasowe pomieszanie władz polega na powierzeniu władzy ustawodawczej trzem stanom. Przede wszystkim należy więc rozdzielić różne funkcje państwowe między poszczególne stany: powierzyć wyłącznie stanowi szlacheckiemu sprawowanie władzy ustawodawczej, senatowi zaś i królowi całą władzę wykonawczą.

Liberum veto krytykuje ostro, ale w pesymizmie swoim nie odważa się proponować jego zupełnego zniesienia. Uważa, że to zbyt trudno wykorzenić ślepe przywiązanie do veta. Ogranicza się tylko do żądania, by odjąć prawo veta pojedynczym posłom, a przyznać je zbiorowo wszystkim posłom poszczególnych województw, tak żeby prawo to tylko łącznie posłowie jednego województwa mogli wykonywać. Śmielej już domaga się zniesienia instrukcji14.

Władzę rządową oddaje w ręce senatu, wybieranego przez sejm spośród senatorów. Istniejące przy senacie departamenty są tylko pomocniczymi organami senatu; decyduje o wszystkim plenum15.

Król nie powinien mieć żadnej władzy; powinien się ograniczyć do reprezentowania majestatu Rzeczypospolitej. Sam przez się nic nie może, bo jest nieodpowiedzialny; ma tylko „wypełniać próżne miejsce” — i z tego względu tron powinien być dziedziczny. Mably proponuje osadzenie na tronie polskim któregoś z arcyksiążąt, ewentualnie jakiegoś księcia spokrewnionego blisko z domem Habsburgów. Z realnych atrybutów władzy przyznaje królowi jedynie przewodnictwo w senacie, z prawem dwóch kresek w razie równości głosów, a nadto prawo mianowania urzędników. Ale w wyborze kandydatów na urzędy związane z jurysdykcją lub komendą król jest skrępowany przez sejm, który proponuje trzech kandydatów na każde stanowisko — co do innych zaś urzędów przez senat, mający również prawo przedstawiania terna16.

Za pomocą takich to środków Mably chciał poprawiać ustrój polityczny Rzeczypospolitej. W przedmiocie poprawy ustroju społecznego nie stawia szerszego programu. Radzi podnieść stan trzeci17, już choćby tylko ze względu na dobro samego państwa. Chciałby przynajmniej dopuścić mieszczan do udziału w sądownictwie, odebrać panom jurysdykcję patrymonialną18 i utworzyć dla spraw chłopskich osobne trybunały, dające gwarancję sprawiedliwego sądzenia; pragnąłby, by wprowadzono stan wolnych włościan19, właścicieli gruntów, by mieszczanom i żydom również przyznano prawo posiadania ziemi na własność. Ale to wszystko uważa za projekty niewczesne, zanadto naruszające zadawnione przesądy: Polska jeszcze tych prawd nie zrozumie.

Co do metody wprowadzania reform, Mably ostrzega ustawicznie przed zbytnią gwałtownością, pośpiechem, nieoględnością w reformowaniu. Nie należy zanadto zrażać ludzi, trzeba liczyć się z ich przesądami i ambicjami, szukać kompromisu; zacząć od poprawy najważniejszych wad, a resztę zostawić przyszłości.

Nie wdając się w bliższą ocenę traktatu O rządzie i prawach Polski, należy stwierdzić, że Mably — zarówno wskutek dostosowywania projektu do ówczesnego położenia Polski i jej historycznego rozwoju, jak wskutek sceptycyzmu co do wartości Polaków — zanadto oszczędzał zaskorupiałe przesądy szlacheckie, nie dość stanowczo i zbyt nieśmiało żądał od Polski wyrzeczenia się wybujałości wolnościowych. Miał odwagę tknąć się praw majestatu, zabrakło mu jej do wyrwania „źrenicy wolności”. A przecież już w w. XVII wytworzył się w Polsce pogląd, że oba kierunki reformy są ściśle ze sobą związane i że pożądaną równowagę może przynieść tylko załatwienie ich obu. Niewiara i pesymizm wstrzymały także Mably’ego od śmielszego postawienia sprawy społecznej i wytknięcia szerszego planu jej rozwiązania.

Wielhorskiemu rady księdza Mably’ego, oparte na mocnych republikańskich zasadach i przepojone nieufnością dla wydatniejszej władzy królewskiej, musiały na ogół przypaść do smaku. Nie poprzestał jednak na nich, lecz pokusił się o to, by w sprawie ustroju Polski i jego poprawy uzyskać opinię od znakomitości nierównie sławniejszej niż Mably, od Jana Jakuba Rousseau, teoretyka wznoszącego wówczas najwyżej sztandar wolności narodu.

Rousseau (1712–1778) już od pierwszych występów literackich (Rozprawa o postępie nauk i sztuk, 1750, i Rozprawa o powstaniu nierówności, 1755) wzbudził zainteresowanie wśród literatów i publiczności. Oryginalnością myśli, znakomitą zdolnością dialektyczną, krańcowością tez swoich, przeciwstawiających się panującym zapatrywaniom, namiętnym potępieniem współczesnej cywilizacji wywoływał sprzeciwy i polemiki — świetnością stylu olśniewał wyobraźnię, gorącem uczucia, z jakim głosił swoje przekonania, podbijał serca. Późniejsze obszerne dzieła: Nowa Heloiza, czyli Listy dwojga kochanków (1761), romans uczuciowy, i Emil czyli o wychowaniu (1762), romans pedagogiczny, wreszcie Umowa społeczna, traktat prawno-polityczny, postawiły go w rzędzie najpierwszych pisarzy europejskich. Wróg filozofów, zwalczany przez nich i prześladowany, nie przez wszystkich był uznany, ale znany był w całym świecie umysłowym.

I w Polsce także głośno było o Russie20. Czytywano go dużo w oryginale. Krasicki pisze w Doświadczyńskim21, że „u najmniejszych zastaniesz WMćpan22 na gotowalni23 księgi pana Russa”. Powszechna naówczas znajomość francuszczyzny, wypierającej nawet ze szkół łacinę, ułatwiała przenikanie sławy genewskiego obywatela do Polski. „Monitor”24 już od r. 1765, „Wiadomości Warszawskie”25 od r. 1766 pisały o nim, rozwodziły się nad przygodami jego życia, cytowały jego dzieła. Mniej go tłumaczono. Pierwsze przekłady pojawiają się dopiero w r. 1778, i to nie najważniejszych dzieł. Widocznie „straszące każdego prawowiernego sofizmata”26 odbierały odwagę tłumaczom.

Nie dziw więc, że Wielhorski zapragnął skorzystać z obecności tak znakomitego i popularnego pisarza w Paryżu i wciągnąć go do pracy nad tym, co jemu samemu najwięcej na sercu leżało i dla czego we Francji siedział — nad poprawą nieszczęsnej doli Rzeczypospolitej. Z tym większą ufnością zwracał się doń republikanin Wielhorski, że właśnie Russo w Umowie społecznej głosił wymownie zasadę zwierzchnictwa narodu. On doktrynę tę rozpowszechnił i w mózgi ludzkie wtłoczył, on uczynił ją na długi czas obowiązującą podstawą wszelkiego rozumowania prawno politycznego. Przykład w tym względzie dali Wielhorskiemu Korsykanie. Po zrzuceniu jarzma Genui27 zwrócili się oni w r. 1764 — w myśl rozdziału Umowy „O Prawodawcy” — do Russa z prośbą, by stworzył dla nich odpowiednie prawodawstwo, a przede wszystkim obdarzył ich ustrojem politycznym. On po pewnych wahaniach propozycję przyjął, zabrał się do studiów nad historią, stanem społecznym i ekonomicznym, dotychczasowymi prawami Korsyki — zaczął rzucać na papier pierwsze pomysły projektu. Późniejsze smutne i tułacze koleje losu nie pozwoliły mu dalej dzieła prowadzić, wreszcie zajęcie Korsyki przez wojska francuskie i przyłączenie jej do Francji w r. 1768 uczyniły całą pracę bezcelową. Sprawa legislacji Russa dla Korsyki nabrała jednak rozgłosu i Wielhorski z pewnością musiał o niej słyszeć.

Nie wiadomo, za czyim pośrednictwem poznał się Wielhorski z Russem i co ułatwiło mu wejście z nim w bliższe stosunki. Niełatwe to musiało być zadanie. Nadmierna wrażliwość pisarza, duma i ambicja wrodzona, wybujałość wyobraźni w połączeniu z rzeczywistymi prześladowaniami, złożyły się na rozbudzenie w nim obłędu prześladowczego. Dekretem parlamentu paryskiego, zarządzającym spalenie Emila i uwięzienie autora, zmuszony w r. 1762 do ucieczki z Francji, tuła się po Szwajcarii z kantonu do kantonu. Wypędzany zewsząd, szuka schronienia w Anglii. Wraca do Francji, pod przybranym nazwiskiem ukrywa się w Delfinacie28. Wreszcie w czerwcu 1770 r. osiada na stałe w Paryżu, gdy upływ czasu i wygnanie dawnego parlamentu usunęły bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Przejścia te rozwinęły w nim chorobę. Uwierzył w szerokie sprzysiężenie przeciw sobie, uknute przez Diderota29, d’Alemberta30, Grimma31, Hume’a32, kierowane przez samego księcia de Choiseul, posługujące się olbrzymim zastępem wspólników, sprzysiężenie mające na celu zbezcześcić go, oczerniać, obwiniać o najstraszniejsze zbrodnie, podać w pogardę całego świata. Wszyscy go prześladują, dokuczają mu tysiącznymi wyrafinowanymi i podłymi sposobami, szpiegują go, dręczą ustawicznie i okrutnie. W Paryżu żyje samotnie, odprawia od drzwi swoich wielbicieli, ciekawych, narzucających się z opieką i pomocą. Nieliczni przyjaciele, których zachował, żyją w ciągłej niepewności, czy najlżejszą jakąś niezręcznością, słówkiem źle przezeń zrozumianym nie narażą się na gwałtowne zerwanie i posądzenie o uczestnictwo w spisku.

Ale w chwilach wolnych od chorobliwej udręki umiał być łagodny i serdeczny. Prowadził z przyjaciółmi długie filozoficzne rozmowy, komponował pieśni i opery, odzyskiwał w pełni zdolność logicznego rozumowania. I nie zatracał talentu pisarskiego. Przeciwnie może nawet — talent jego właśnie w tym czasie osiąga szczyt swego rozwoju. Czarujące swoje Wyznania kończy przecież w r. 1770, w latach 1774 do 1776 pisze swe Dialogi, dzieło nierówne, dziwaczne, w pewnych ustępach szaleńcze, ale miejscami przedziwnie silne, wspaniałe stylem i napięciem uczucia. Musi już pozostać tajemnicą Wielhorskiego, w jaki sposób potrafił sobie zaskarbić zaufanie podejrzliwego i zbolałego filozofa. Może łącznikiem między nimi stała się ukochana przez obu muzyka. Zaopatrzywszy się w formalne upoważnienie od litewskiego marszałka generalnego konfederacji, Michała Paca, uprosił Wielhorski Russa o wypracowanie planu reformy praw politycznych polskich. Dostarczył mu rękopisu pracy Mably’ego, własnego memoriału o urządzeniach i obyczajach Polski (prawdopodobnie szkicu później wydanej pracy swojej), jakichś nieznanych jeszcze bliżej projektów reform, wyszłych33 z obozu konfederackiego.

Na podstawie tego materiału zabrał się Russo do opracowania Uwag nad rządem Polski. Nie należy zresztą przeceniać znaczenia tych materiałów dla jego dzieła. Miały one dla Russa tylko informacyjne znaczenie. Te wytyczne praw Polski, które z nich wyczytał, skojarzyły się w jego umyśle z własnymi ideami o narodzie i państwie. Pobudzona tym wyobraźnia twórcza zaczęła snuć projekty reformy, a oparła się w tej pracy nie na cudzych pomysłach, ale na rezultatach wieloletnich rozmyślań politycznych.

Przed przystąpieniem do bliższego rozpatrzenia Uwag należy zapoznać się z całokształtem poglądów politycznych ich autora, by móc ocenić, jaki stosunek łączy z nimi to ostatnie polityczne dzieło Russa.