Księga II

(1728–1731). O ile chwila, w której strach podsunął mi zamiar ucieczki, była smutna, o tyle samo wykonanie zdało mi się urocze. Dzieckiem jeszcze121, rzucić kraj, rodzinę, wszelkie podpory, środki, opuszczać naukę na wpół przebytą, nie nauczywszy się rzemiosła na tyle, aby żyć z niego; wydać się na pastwę biedy, nie widząc żadnego sposobu wydobycia się z niej; w wieku pustoty122 i niewinności wystawiać się na wszystkie pokusy grzechu i rozpaczy; w dalekich stronach szukać nędzy, upadku, niebezpieczeństw, niewoli i śmierci, w jarzmie o wiele twardszym od tego, którego nie mogłem udźwignąć — oto co miałem uczynić; oto perspektywy, które powinienem był sobie uzmysłowić. Jakże odmienne tymczasem kreśliłem horyzonty! Pełnia swobody, którą zdobyłem sobie w mym mniemaniu, była jedynym uczuciem, jakiemu byłem dostępny. Czując się wolnym i panem siebie, mniemałem, iż mogę dopiąć wszystkiego: wystarczał mi jeden rzut, aby się wznieść i szybować w przestworzach. Wkraczałem z ufnością na szeroką scenę świata; spodziewałem się wypełnić ją wartością mej osoby. Na każdym kroku spodziewałem się spotkać uczty, skarby, przygody, usłużnych przyjaciół, kochanki ubiegające się o moje względy; samym ukazaniem się miałem napełnić sobą świat — nie wszechświat wszelako, pod tym względem byłem skłonny do ustępstw. W umiarkowaniu swoim ograniczyłem się do ciasnej, ale rozkosznie dobranej sfery, w której pewien byłem królowania. Ambicji mojej wystarczał jeden zamek; tam, będąc ulubieńcem obojga państwa, amantem panny, przyjacielem jej brata i opatrznością sąsiadów, czułem się zadowolony; nie trzeba mi było więcej.

W oczekiwaniu tej skromnej przyszłości błądziłem kilka dni koło miasta, koczując u znajomych wieśniaków, którzy przyjęli mnie z dobrocią większą niżbym ją mógł znaleźć u mieszkańców miasta. Przygarnęli mnie, dali nocleg, nakarmili; wszystko z poczciwością i prostotą nie roszczącą sobie pretensji do żadnej zasługi. Tego nie można nazwać dobroczynnością, zbyt mało wkładali w swą ludzkość poczucia wyższości.

W ciągu tych wędrówek zapuściłem się aż do Confignon, miejscowości w Sabaudii, o dwie mile od Genewy. Proboszcz tameczny nazywał się ksiądz de Pontverre123. Nazwisko to, słynne w historii Rzeczypospolitej, uderzyło mnie wielce. Ciekaw byłem zobaczyć, jak wyglądają potomkowie Rycerzy Łyżki124. Wstąpiłem do księdza de Pontverre; przyjął mnie łaskawie, mówił o herezji genewskiej, o powadze świętej matki Kościoła i zatrzymał mnie na obiad. Nie miałem repliki na argumenty, które kończyły się w ten sposób; osądziłem, że księża, u których tak smacznie się jada, warci są co najmniej naszych pastorów. Byłem z pewnością bardziej kuty w naukach od księdza de Pontverre, mimo całego jego szlachectwa; ale byłem zbyt dobrym kompanem, aby być równie dobrym teologiem; francuskie winko, w istocie przednie, argumentowało tak zwycięsko za swego gospodarza, że uważałbym sobie za hańbę zamykać mu usta. Ustępowałem tedy, a przynajmniej nie oponowałem wręcz. Patrząc na me wykręty, mógłby mnie ktoś pomówić o fałsz; niesłusznie: byłem jedynie grzeczny. Pochlebstwo, a raczej ustępliwość, nie zawsze jest przywarą; częściej jest cnotą, zwłaszcza u młodych. Dobroć, z jaką ktoś odnosi się do nas, przywiązuje: ustępujemy, nie aby wprowadzić w błąd, ale aby nie sprawić przykrości, aby nie odpłacić złym za dobre. Jakiż interes mógł mieć ksiądz de Pontverre przygarniając mnie, obchodząc się ze mną po ludzku, starając się mnie przekonać? Żadnego, chyba mój własny. Moje młode serce mówiło mi to. Byłem przejęty wdzięcznością i szacunkiem dla zacnego kapłana. Czułem swą wyższość, ale nie chciałem go przygniatać nią w odpłatę gościnności. Nie było w tym hipokryzji: nie myślałem bynajmniej zmieniać wyznania; sama myśl o tym przejmowała mnie wówczas grozą i wstrętem. Pragnąłem jedynie nie martwić tych, którzy przyciągali mnie w tym celu; chciałem zachować ich życzliwość i zostawić im nadzieję zwycięstwa, okazując się na pozór mniej uzbrojony, niż byłem w istocie. Błąd mój podobny był do kokieterii uczciwych kobiet, które pragnąc przeprowadzić jakiś zamiar, umieją niekiedy, nie przyzwalając ani nie przyrzekając, więcej pozwolić się spodziewać, niż mają zamiar dotrzymać.

Względy rozsądku, litości, ładu społecznego przemawiały z pewnością za tym, aby zamiast dopomagać memu szaleństwu, raczej zatrzymać mnie na drodze zguby, po której biegłem, i odesłać mnie rodzinie. To byłby uczynił, albo starał się uczynić każdy człowiek naprawdę cnotliwy. Ale jakkolwiek ksiądz de Pontverre był dobrym człowiekiem, nie był on z pewnością człowiekiem cnotliwym; przeciwnie, był to bigot125, który nie znał innej cnoty, jak modlić się do obrazów i odmawiać różańce; typ misjonarza, który nie wyobrażał sobie nic lepszego dla dobra wiary, niż wydawać książeczki przeciw genewskim pastorom. Nie tylko tedy nie pomyślał o tym, aby mnie odesłać do domu, ale skorzystał z mych awanturniczych zamiarów, aby mnie pchnąć na drogę, z której powrót byłby niemożliwy, nawet gdybym go kiedyś zapragnął. Wszystko przemawiało za tym, że na tej drodze muszę zginąć z nędzy lub stać się łajdakiem. Na to zupełnie nie miał oczu, widział jedynie duszę wydartą herezji i wróconą Kościołowi. Czy będę uczciwym człowiekiem czy gałganem — cóż to znaczy, bylem chodził na mszę. Nie trzeba zresztą mniemać, aby ten sposób myślenia właściwy był jedynie katolikom; jest on związany z wszelką religią dogmatyczną, która treść widzi nie w postępkach, ale w wierze.

„Bóg cię wzywa, moje dziecko — rzekł ksiądz de Pontverre — idź do Annecy; znajdziesz tam zacną panią, bardzo miłosierną, która dzięki dobrodziejstwom króla posiada środki wydobywania innych dusz z błędów, z których ocaliła się sama”. Chodziło o panią de Warens126, osobę świeżo nawróconą, którą istotnie księża zmuszali, aby z kanalią gotową frymarczyć swą wiarą dzieliła pensję dwóch tysięcy franków, wyznaczoną jej przez króla Sardynii. Czułem się bardzo upokorzony, iż trzeba mi było pomocy „zacnej pani, bardzo miłosiernej”. Lubiłem mieć wszystko, czego mi trzeba, ale nie z jałmużny; obraz dewotki też nie miał dla mnie nic pociągającego. Przypierany wszelako przez księdza de Pontverre, przez głód, który już mi się dał we znaki, rad również, iż mam przed sobą podróż, do tego z jakimś celem, zdecydowałem się, jakkolwiek z przykrością, i ruszyłem do Annecy. Mogłem się tam dostać w ciągu jednego dnia, ale nie było mi spieszno: zabawiłem w drodze aż trzy. Nie minąłem żadnego dworku po prawej albo lewej stronie drogi, abym nie próbował szukać w nim przygód, co do których byłem pewny, że mnie oczekują. Nie śmiałem wejść do dworu ani zapukać, byłem bardzo nieśmiały; ale śpiewałem pod oknem, które przedstawiało się najokazalej, i byłem zdumiony, gdy po dłuższym rozdzieraniu sobie gardła nie ujrzałem dam ani panien, które by znęciła piękność głosu albo wdzięk moich piosenek; a umiałem bardzo piękne, nauczone od kolegów, i śpiewałem je, w swoim mniemaniu, cudownie.

Przybywam nareszcie: widzę panią de Warens. Ta chwila zdecydowała o moim charakterze; nie sposób pominąć jej lekko. Miałem wówczas szesnasty rok. Nie będąc co się nazywa ładnym chłopcem, byłem, mimo średniego wzrostu, dość sobie niczego; miałem ładną stopę, zgrabną nogę, fizjonomię rozgarniętą i żywą, ładnie wykrojone usta, czarne brwi i włosy, oczy małe i głęboko osadzone, ale które z siłą promieniowały ogień krążący mi w żyłach. Na nieszczęście, nic nie wiedziałem o tym wszystkim i nie zdarzyło mi się w życiu myśleć o swej urodzie, chyba wówczas, gdy już za późno było ciągnąć z niej korzyści.

Nieśmiałość właściwa wiekowi łączyła się z trwożliwością natury bardzo tkliwej, wciąż dręczonej obawą narażenia się komuś. Przy tym, jakkolwiek posiadałem dość wykształcenia, nie obracając się nigdy w świecie, nie znałem zupełnie form; a wiadomości moje nie tylko nie mogły ich zastąpić, ale jeszcze pomnażały onieśmielenie, dając mi świadomość własnych braków.

Lękając się tedy, iż sam mój widok nie usposobi zbyt korzystnie nowej opiekunki, postanowiłem inaczej wyzyskać swoje przewagi. Skomponowałem piękny list w stylu retorycznym, gdzie, sztukując książkowe zwroty gwarą terminatora, rozwinąłem całą elokwencję, aby sobie zjednać przychylność pani de Warens. Włożyłem list księdza de Pontverre w mój własny i ruszyłem na straszliwą audiencję. Nie zastałem pani de Warens w domu; powiedziano mi, że przed chwilą wyszła do kościoła. Była to niedziela palmowa roku 1728. Biegnę, aby ją dogonić; widzę ją, przystępuję do niej, mówię... Ach, jak żywo mam przed oczyma miejsce tego spotkania; ileż razy później zlewałem je łzami i okrywałem pocałunkami! Czemuż nie mogę otoczyć złotą barierą tego błogosławionego miejsca! Czemuż nie mogę ściągnąć doń hołdów całego świata! Ktokolwiek umie czcić święte pamiątki zbawienia człowieka, nie powinien się tam zbliżać inaczej niż na kolanach.

Była to ścieżka za domem, między strumykiem, który ją, po prawej ręce, oddzielał od ogrodu, a murem okalającym podwórze po lewej. Ścieżka ta prowadziła bocznymi drzwiczkami do kościoła franciszkanów. Mając już wejść, pani de Warens odwróciła się na mój głos. Jakichż uczuć doznałem na ten widok! Wyobrażałem sobie starą, zasuszoną dewotkę; „zacna dama” księdza de Pontverre nie mogła być, w mym pojęciu, czym innym. Ujrzałem piękną twarz, piękne niebieskie oczy pełne słodyczy, olśniewającą płeć, kształty porywające urokiem. Nic nie uszło szybkiemu rzutowi oka młodego prozelity127; stałem się nim bowiem w jednej chwili, pewien, iż religia głoszona przez takich misjonarzy nie może prowadzić gdzie indziej niż do raju. Wzięła z uśmiechem list, który podałem jej drżącą ręką, otwarła, rzuciła okiem na pismo księdza de Pontverre, wróciła do mego, które przeczytała w całości, i byłaby odczytała raz jeszcze, gdyby służący nie zwrócił uwagi, że już czas do kościoła. „Och, dziecko — rzekła tonem, który przyprawił mnie o drżenie — zbyt młodo znalazłeś się na gościńcu; to niedobrze”. Następnie, nie czekając odpowiedzi, dodała: „Wejdź do domu i poczekaj na mnie; powiedz, żeby ci dano śniadanie; skoro się skończy msza, porozmawiamy”.

Ludwika Eleonora de Warens, z domu de la Tour de Pil, pochodziła ze szlachetnej i starożytnej rodziny w Vevai128, w kantonie Vaud. Zaślubiła bardzo młodo pana de Warens z domu Loys, starszego syna pana de Villardin z Lozanny. Małżeństwo to, zresztą bezpotomne, nie było szczęśliwe. Pani de Warens, popchnięta do tego kroku jakimś domowym zatargiem, skorzystała z pobytu króla Wiktora Amadeusza129 w Evian, aby przebyć jezioro i rzucić się do stóp władcy; tym samym, w chwili szaleństwa dość podobnej do mego i którego również przyszło jej żałować, opuściła w jednej godzinie męża, dom i kraj rodzinny. Król, który lubił grać rolę żarliwego katolika, wziął ją pod swą opiekę, wyznaczył jej tysiąc pięćset funtów piemonckich pensji, co było dużo na księcia mało hojnego z natury; a widząc, że ściągnął tym na siebie posądzenie o miłostkę, wysłał swą pupilkę pod eskortą oddziału gwardii do Annecy, gdzie w klasztorze Zwiastowania, pod kierunkiem Michała Gabriela de Bernex, tytularnego biskupa Genewy, dopełniła zmiany wyznania.

W chwili mego przybycia bawiła tam już od lat sześciu; sama liczyła ich dwadzieścia osiem, przyszła bowiem na świat wraz ze stuleciem. Uroda pani de Warens była z tych, które trwają długo, ponieważ są bardziej w wyrazie niż w rysach; piękność jej promieniowała jeszcze pierwszym blaskiem. Miała wyraz pieszczotliwy i czuły, łagodne spojrzenie, anielski uśmiech, usta na miarę moich, rzadkiej piękności popielate włosy, których swobodne i proste uczesanie stroiło ją dziwnym powabem. Była niedużego wzrostu, mała nawet i nieco krótka w stanie, jakkolwiek bez niekształtności; niepodobna natomiast spotkać piękniejszej głowy, gorsu, piękniejszych rąk i ramion.

Wychowanie jej było bardzo różnorodne. Straciła, podobnie jak ja, matkę przychodząc na świat; uczyła się przygodnie, od kogo się zdarzyło; nieco od ochmistrzyni, od ojca, od nauczycieli, a wiele od swoich kochanków, szczególniej od niejakiego pana de Tavel, który, sam obdarzony niepospolitym smakiem i wiadomościami, umiał nimi wzbogacić umysł ukochanej. Ale wśród tylu odmian wykształcenia jeden kierunek sprzeciwiał się drugiemu; wskutek braku porządku nie wszystkie wiadomości pogłębiły się w takim stopniu, jakby to było możliwe przy naturalnej jej bystrości. I tak, mimo iż posiadała nieco wiadomości z zakresu filozofii i fizyki, nie umiała się oprzeć upodobaniu, jakie przejęła po ojcu do medycyny empirycznej i do alchemii. Sporządzała eliksiry, maści, balsamy, specyfiki; twierdziła, że posiada jakieś tajemnice. Szarlatani wszelakiego rodzaju, korzystając z tej słabostki, zawładnęli nią, opętali ją, doprowadzili do ruiny, i pośród tyglów130 i odwarów strawili jej umysł, talenty i uroki, dzięki którym mogła była stać się rozkoszą najwykwintniejszych towarzystw.

Ale jeśli nikczemni szalbierze nadużyli braków nieporządnego wykształcenia, aby zaciemnić jej umysł, doskonałe jej serce przetrwało wszystkie próby i zawsze zostało jednakie: natura kochająca i słodka, tkliwość dla nieszczęśliwych, niewyczerpana dobroć, wesołe, otwarte i szczere usposobienie nie zmieniły się nigdy; i nawet w obliczu starości, wśród niedostatku, nieszczęść i klęsk, pogoda jej pięknej duszy zachowała do końca wesołość najszczęśliwszych dni.

Błędy pani de Warens wynikały z jej natury niewyczerpanie czynnej i wciąż potrzebującej zatrudnienia. Ale czynność ta nie szła w kierunku jakichś kobiecych intryżek; żywiołem jej były wielkie przedsięwzięcia. Pani de Warens była urodzona do wielkich spraw. W jej położeniu pani de Longueville131 byłaby tylko wścibską kumoszką; w roli pani de Longueville ona trzęsłaby państwem. Talenty jej nie były na swoim miejscu; to, co byłoby jej chlubą na wyżynach, stało się jej zgubą w warunkach, w jakich jej żyć wypadło. W każdej rzeczy, która ją zaprzątała, plan rozrastał się w jej głowie; każdy przedmiot widziała w powiększeniu. Z tego wynikało, iż, używając środków zastosowanych bardziej do zamiarów niż do sił, załamywała się; kiedy projekty zawiodły, groziła jej ruina tam, gdzie ktoś inny byłby stracił bardzo niewiele. Ta namiętność do interesów, która jej wyrządziła tyle złego, oddała jej bodaj jedną przysługę: tę, że się nie dała jej zagrzebać na całe życie w klasztorze, jak to zrazu było jej zamiarem. Jednostajne i proste życie zakonnicy, codzienna paplaninka w parlatorium132, wszystko to nie mogło skusić umysłu będącego w nieustannym ruchu i który, tworząc co dnia nowe systematy, potrzebował swobody, aby się im poświęcić. I nie brak żarliwości był powodem, że ta urocza kobieta nie zamknęła się cała w drobnych praktykach, jakby to przystało osobie świeżo nawróconej, żyjącej pod okiem prałata. Jakakolwiek pobudka wpłynęła na zmianę jej religii, raz ją zmieniwszy, była szczera w swej wierze. Żałowała może, iż popełniła ten błąd, ale nie pragnęła się cofnąć. Nie tylko umarła jako dobra katoliczka, ale była nią i za życia. Ja, który, sądzę, czytałem w jej duszy, śmiem twierdzić, że jedynie ze wstrętu przed ostentacją nie okazywała publicznie swej pobożności: wiara jej była zbyt gruntowna, aby udawać dewocję. Ale nie tu miejsce rozwodzić się nad jej zasadami; kiedy indziej będę miał sposobność pomówić o nich.

Niech ci, którzy przeczą sympatii dusz, wytłumaczą, jeśli potrafią, w jaki sposób — od pierwszego widoku, od pierwszego słowa, spojrzenia — pani de Warens tchnęła we mnie nie tylko najżywsze przywiązanie, ale i doskonałą ufność, która nigdy się nie zachwiała. Przypuśćmy, że to, com uczuł, było w istocie miłością — rzecz, która wyda się co najmniej wątpliwa temu, kto będzie dalej śledził historię naszego stosunku; w jaki tedy sposób namiętności tej mogły, od samych narodzin, towarzyszyć uczucia najbardziej jej zazwyczaj obce, jak spokój serca, ufność, pogoda, bezpieczeństwo, pewność? W jaki sposób, przystępując po raz pierwszy do uroczej, wykwintnej, świetnej kobiety, damy przerastającej mnie o całe niebo pozycją, istoty, do jakiej nigdy dotąd nie zbliżyłem się nawet, do tej, od której zależał poniekąd mój los, stosownie do mniejszego albo większego zainteresowania, jakie obudzę; w jaki sposób, powiadam, czułem się w jednej chwili tak swobodny, radosny, jak gdybym miał zupełną pewność jej sympatii? W jaki sposób nie miałem ani chwili zakłopotania, nieśmiałości, przymusu? Z natury wstydliwy, nierówny, nieumiejący się zachować, w jaki sposób znalazłem z nią, od pierwszego dnia, od pierwszej chwili, tę łatwość, te serdeczne słówka, ten swobodny ton, jaki miałem w dziesięć lat później, gdy najbliższe współżycie nasze mogło go uczynić naturalnym? Czy można czuć miłość, nie mówię: bez pragnień — doznawałem ich; ale bez niepokoju, zazdrości? Czy nie czuje się bodaj potrzeby usłyszenia z ust ukochanego przedmiotu, czy się jest wzajem kochanym? Otóż, w życiu nie przyszło mi na myśl pytać ją o to, tak jak nie pytałem siebie, czy ją kocham; i ona w stosunku do mnie również nie zdradzała tej ciekawości. Było coś szczególnego w uczuciach moich dla tej uroczej kobiety i w dalszym ciągu czytelnik spotka się z mnóstwem nieoczekiwanych szczegółów.

Zaczęła się narada nad tym, czym mam zostać; aby swobodniej pomówić, pani de Warens zatrzymała mnie na obiad. Był to pierwszy posiłek w życiu, przy którym apetyt mi nie dopisał; dziewczyna, która nam usługiwała, powiadała również, że jestem pierwszym wędrowcem mego wieku i stanu, u którego spotyka się z tym brakiem. Uwaga ta, która na pani jej uczyniła raczej korzystne wrażenie, rzucona była poniekąd pod adresem tęgiego draba, również włóczęgi, który jadł z nami i który, sam jeden, pożarł przyzwoity obiad na sześć osób. Co do mnie, byłem jakby w zachwyceniu, które nie pozwalało mi jeść. Serce moje karmiło się nowym uczuciem, które wypełniało całą mą istotę; nie zostało we mnie tchu na żadną inną czynność.

Pani de Warens chciała posłyszeć szczegóły moich skromnych dziejów; opowiadając je, odnalazłem całą żywość, którą straciłem u majstra. Im bardziej udało mi się zjednać sympatię tej wybornej istoty, tym bardziej ubolewała nad losem, na jaki miałem się narazić. Tkliwe współczucie wyrażało się w jej twarzy, spojrzeniu, ruchach. Nie śmiała mnie upominać, abym wrócił do Genewy; w jej położeniu byłoby to zbrodnią wobec katolicyzmu, a nie było jej tajne, pod jak ścisłym była dozorem i jak ważono jej słowa. Ale mówiła mi tak wzruszająco o zgryzocie mego ojca, że widziałem dobrze, iż byłaby w duchu przyklasnęła zamiarowi powrotu. Nie wiedziała, jak bardzo, mimo woli, wymowa jej działa przeciw jej chęciom. Jak już, o ile mi się zdaje, wspominałem, byłem zdecydowany w mym postanowieniu; obecnie im bardziej mentorka zdała mi się wymowną i przekonywającą, im bardziej wywody jej wnikały mi do serca, tym mniej mogłem się pogodzić z myślą, bym się miał od niej oderwać. Czułem, że wrócić do Genewy znaczyłoby postawić między nią a sobą zaporę prawie nie do przebycia; chyba żebym znów uciekł się do kroku, który uczyniłem — w takim razie lepiej zostać przy nim od razu. Tak się też stało. Pani de Warens, widząc bezowocność wysiłków, nie posunęła ich aż do nieostrożności względem samej siebie; rzekła jeno z pełnym współczucia spojrzeniem: „Biedny mały, trzeba ci iść tam, dokąd Bóg cię wzywa; ale kiedy dorośniesz, wspomnisz moje słowa”. Sądzę, iż nie myślała sama, aby ta przepowiednia miała się ziścić tak okrutnie.

Główna trudność była wciąż nierozwiązana. W jaki sposób, w tak młodym wieku, znaleźć w obcym kraju utrzymanie? Przebywszy ledwie połowę nauki, daleki byłem od posiadania arkanów rzemiosła. Zresztą, gdybym je był nawet posiadł, nie mógłbym zeń żyć w Sabaudii, kraju zbyt biednym, aby hodować sztuki. Włóczęga, który jadł obiad za nas, zmuszony przerwać na chwilę, aby dać odpocząć szczękom, oświadczył się z radą, o której mówił, iż pochodzi z nieba, a która, jeśli sądzić po skutkach, pochodziła raczej z przeciwnej strony: mianowicie, abym się udał do Turynu. Tam, w przytulisku dla katechumenów133, znajdę środki (mówił) do cielesnego i duchowego życia aż do czasu, w którym, wstąpiwszy na łono Kościoła, otrzymam, dzięki miłosierdziu dobrych dusz, odpowiednie miejsce. „Co się tyczy kosztów podróży — ciągnął dalej obieżyświat — jego wielebność ksiądz biskup nie omieszka, jeżeli pani mu podsunie to świątobliwe dzieło, dostarczyć, w swym miłosierdziu, środków; pani baronowa zaś, która jest tak dobroczynna — rzekł pochylając się nad talerzem — niewątpliwie również przyłoży się do tego”.

Całe to miłosierdzie było mi bardzo ciężkie; serce mi się ścisnęło, nie mówiłem nic. Pani de Warens, nie chwytając się tego projektu z równym zapałem, odrzekła tylko, że każdy powinien wedle możności przykładać się do dobrych uczynków i że pomówi o tym z jego wielebnością. Ale ten ciemny osobnik, który obawiał się snadź134, iż rozmowa może wypaść nie po jego myśli, i który chciał w tej sprawie upiec swoją pieczeń, pobiegł uprzedzić wikariuszów i obrobił dobrych księży tak skutecznie, że gdy pani de Warens, która lękała się dla mnie tej podróży, spróbowała mówić o niej z biskupem, przekonała się, iż cała sprawa jest już załatwiona. Doręczono jej nawet bezzwłocznie pieniądze, przeznaczone na mój podróżny fundusik. Nie śmiała nalegać, aby mnie zostawiono: zbliżałem się do wieku, w którym kobieta w jej latach nie może bez uchybienia przyzwoitości zatrzymywać przy sobie młodego człowieka.

Wobec decyzji osób, które zajmowały się mym losem, trzeba się było poddać; uczyniłem to nawet bez niechęci. Jakkolwiek Turyn był dalej niż Genewa, mniemałem, iż jako stolica musi posiadać z Annecy ściślejsze stosunki niźli odrębna państwowo i wyznaniowo Genewa; a przy tym, wyruszając tam z woli i na życzenie pani de Warens, miałem uczucie, iż żyję wciąż pod jej kierunkiem i opieką, co było więcej niż żyć w jej pobliżu. Wreszcie, myśl o wielkiej podróży schlebiała mojej wędrowniczej manii, która już wówczas zaczynała się objawiać. Zdawało mi się czymś pięknym przewędrować w moim wieku góry i wznieść się nad głowy kolegów o całą wysokość Alp. Zwiedzić kawał świata — to ponęta, której mieszkaniec Genewy nie umie się oprzeć. Przystałem tedy na wszystko. Obieżyświat miał wyruszyć za dwa dni ze swą połowicą. Powierzono mnie i polecono ich staraniom. Oddano im moją sakiewkę, skrzepioną przez panią de Warens, która prócz tego wsunęła mi tajemnie mały fundusik, dołączając obszerne instrukcje; po czym wyruszyliśmy w Wielką Środę.

Nazajutrz po mym wyjeździe z Annecy przybył tam ojciec, goniąc moim śladem wraz z panem Rival, swoim przyjacielem, zegarmistrzem jak on, sprytnym człowiekiem, wcale wykształconym nawet, który układał wiersze lepsze niż La Motte135 i mówił też prawie tak dobrze; był to zacny człowiek, ale z całą swoją manią literacką doprowadził tylko do tego, iż syn jego został komediantem.

Obaj ci panowie odwiedzili panią de Warens i zadowolili się tym, iż wspólnie z nią uronili parę łez nad mym losem, miast jechać za mną i dogonić mnie, co było bardzo łatwe wobec tego, iż byli na koniach, a ja pieszo. To samo powtórzyło się z wujem Bernardem. Przybył do Confignon i tam, dowiedziawszy się, że jestem w Annecy, wrócił do Genewy. Zdawałoby się, że moi bliscy byli w zmowie z mą gwiazdą, aby mnie wydać losowi, który mnie oczekiwał. Brat zaginął przez podobne zaniedbanie i przepadł tak dobrze, że nigdy nie dowiedziano się, co się z nim stało.

Ojciec był nie tylko człowiekiem honoru, ale i nieskazitelnej uczciwości, z duszą zdolną wznieść się na wysokie szczeble cnoty; co więcej, był dobrym ojcem, zwłaszcza dla mnie. Kochał mnie czule; ale kochał też swoje przyjemności; inne przywiązania osłabiły miłość ojcowską, zwłaszcza od naszego rozłączenia. Ożenił się powtórnie w Nyon; żona, nie będąc już w wieku, w którym by mogła dać mi braci, miała za to krewnych; nowa rodzina, nowe twarze, nowe gospodarstwo — to wszystko zacierało pamięć o mnie. Ojciec posuwał się w lata, nie mając żadnego majątku ani zabezpieczenia starości. Ja i brat mieliśmy po matce jakiś mająteczek, z którego dochód w czasie naszej nieobecności przypadał oczywiście ojcu. Myśl ta nie nasuwała mu się wprost, jasno i nie byłaby go wstrzymała od spełnienia obowiązku; ale działała podziemnie, bez świadomości z jego strony i ostudzała niekiedy gorliwość, którą byłby może dalej posunął w innych okolicznościach. Oto, jak mniemam, czemu, przybywszy do Annecy w moje ślady, nie pospieszył za mną do Chambéry, gdzie miał moralną pewność, że mnie odnajdzie. Oto również czemu, ilekroć odwiedziłem go od czasu mej ucieczki, zawsze znalazłem u niego tę samą ojcowską serdeczność, ale bez wielkich starań, aby mnie zatrzymać.

To postępowanie ojca, którego przywiązanie i cnota były mi znane, pobudziło mnie do dumań nad samym sobą, a rezultat ich niemało się przyczynił do moralnego zdrowia mego serca. Wyciągnąłem stąd tę maksymę moralną, jedyną może mającą praktyczne znaczenie, iż należy unikać sytuacji, które stawiają nasze obowiązki w sprzeczności z naszymi interesami i ukazują nam własną korzyść w cudzej szkodzie; w takich okolicznościach, mimo najszczerszego umiłowania cnoty, prędzej czy później, samemu nie wiedząc o tym, słabnie się; człowiek staje się zły i niesprawiedliwy w czynie, nie przestając być sprawiedliwym i dobrym w duszy.

Ta maksyma, głęboko wyciśnięta w mym sercu i przeprowadzona, jakkolwiek nieco późno, w całym postępowaniu, jest jedną z tych, które mi dały pozory największego dziwactwa, nawet szaleństwa, zwłaszcza między znajomymi. Okrzyczano mnie, że chcę być oryginałem i robić inaczej niż drudzy. W rzeczywistości nie myślałem ani o tym, żeby robić jak drudzy, ani żeby robić inaczej. Pragnąłem jedynie szczerze robić to, co jest dobre. Usuwałem się całą mocą od sytuacji, które by mój interes stawiały w sprzeczności z interesem cudzym, a tym samym mogły wszczepić tajemne, choć mimowolne pragnienie czyjejś krzywdy.

Przed dwoma laty milord marszałek136 chciał pomieścić w swym testamencie zapis na moją korzyść. Sprzeciwiłem się ze wszystkich sił. Oświadczyłem, że nie chciałbym za nic w świecie wiedzieć, iż figuruję w czyimkolwiek testamencie, a już najmniej jego. Ustąpił. Obecnie chce mi dać dożywotnią pensję: nie sprzeciwiam się. Powie ktoś, że nieźle wychodzę na zamianie. Może. Ale, o mój dobroczyńco i ojcze! Jeśli będę miał nieszczęście cię przeżyć, wiem, że tracąc cię, wszystko mam do stracenia, a nic do zyskania.

Oto, podług mnie, zbawienna filozofia, jedynie zgodna z sercem człowieka. Z każdym dniem umacniam się w przekonaniu o jej głębokich podstawach; roztrząsałem ją w najrozmaitsze sposoby w ostatnich pismach; ale płocha i bezmyślna publiczność nie zwróciła na to uwagi. Jeśli skończywszy to dzieło, będę żył jeszcze dość długo, aby podjąć nowe, mam nadzieję dać, w dalszym ciągu Emila137, tak wspaniały i uderzający przykład tej zasady, że czytelnik będzie musiał uznać jej oczywistość. Ale jak na podróżnika za wiele tych refleksji, czas mi w drogę.

Wypadła ona milej, niż mogłem się spodziewać; urwipołeć nie był tak srogi jak wyglądał. Był to mężczyzna w średnim wieku, ze związanymi z tyłu szpakowatymi włosami, z grenadierską138 miną, donośnym głosem, dość wesoły, tęgi piechur, jeszcze tęższy żarłok. Chwytał się wszelakiego rzemiosła, nie mając pojęcia o żadnym. O ile mi się zdaje, stworzył projekt, aby założyć w Annecy fabrykę, nie wiem już czego. Pani de Warens pierwsza dała się w to wciągnąć i właśnie ta podróż, którą odbywał, nie na swój koszt oczywiście, do Turynu, miała na celu uzyskanie zgody ministra. Człowiek ten miał talent chodzenia koło swoich interesów; wieszając się ustawicznie przy księżach i udając zelanta139, przyswoił sobie w ich szkole świątobliwą gwarę, którą posługiwał się nieustannie, mając się tym samym za wielkiego kaznodzieję. Znał nawet jeden łaciński ustęp z Biblii, co było tak, jak gdyby ich znał tysiąc, powtarzał go bowiem tysiąc razy dziennie. Poza tym niełatwo brakło mu pieniędzy, kiedy wiedział, iż znajdują się w mieszku bliźniego; operował wszelako więcej zręcznością niż prostym hultajstwem. W ogóle ze swą miną obieżyświata, a namaszczeniem kaznodziei, podobny był do pustelnika Piotra140, gdy z mieczem przy boku zagrzewał ludy do wojny krzyżowej.

Co się tyczy pani Sabran, jego małżonki, była to niezła kobiecina, spokojniejsza w dzień niż w nocy. Ponieważ sypiałem zawsze w ich pokoju, hałaśliwe jej bezsenności budziły mnie często i byłyby budziły o wiele więcej jeszcze, gdybym rozumiał ich przyczynę. Ale nawet mi się to nie śniło; na tym punkcie zachowałem naiwność, która samej naturze zostawiła troskę mego uświadomienia.

Wędrowałem tedy wesoło w towarzystwie nabożnego przewodnika i jego fertycznej141 towarzyszki. Żaden wypadek nie zakłócił podróży. Czułem się w tak szczęśliwym usposobieniu ciała i ducha jak jeszcze nigdy. Młody, silny, pełen zdrowia, animuszu, zaufania do siebie i drugich, znajdowałem się w owym krótkim, ale cennym momencie życia, w którym poczucie jego pełni zestokrotnia niejako wrażliwość i upiększa całą przyrodę urokiem naszego istnienia. Co więcej, mój słodki niepokój związany był z przedmiotem, który go czynił mniej błędnym i przykuwał mą wyobraźnię.

Uważałem się za dzieło, za wychowanka, przyjaciela, niemal kochanka pani de Warens. Przyjazne słowa, których mi nie szczędziła, macierzyńskie pieszczoty, tkliwe zainteresowanie, jakie mi okazywała, urocze spojrzenia, które zdawały mi się pełne miłości, ponieważ tchnęły ją we mnie — wszystko to dawało pokarm myślom w drodze i wprawiało mnie w stan rozkosznego marzenia. Żadna obawa, żadna niepewność przyszłego losu nie mąciła tych rojeń. Wysłać mnie do Turynu znaczyło, w moich oczach, zobowiązać się dostarczyć mi sposobu do życia, przyzwoitego stanowiska. Przestałem się zupełnie troszczyć o siebie; inni zajęli się już tym kłopotem.

Wędrowałem tedy z lekkim sercem, zrzuciwszy z niego ten ciężar; młode pragnienia, urocze nadzieje, świetne projekty napełniały mą duszę. Każdy ujrzany przelotnie przedmiot zdawał się rękojmią przyszłej szczęśliwości. W domach spotkanych po drodze wyobrażałem sobie sielskie festyny, na łąkach rozkoszne igraszki, koło rzek i stawów rybołóstwo; na drzewach smaczne owoce; w ich cieniu, rozkoszne sam na sam; w górach dzieże mleka i śmietany, lube wywczasy, spokój, prostotę, rozkosz błądzenia bez drogi i celu. Słowem, cokolwiek ściągnęło moje oczy, wraz zwiastowało sercu nowe jakieś uciechy. Majestat, rozmaitość, istotna piękność spotykanych dokoła widoków usprawiedliwiały w oczach rozsądku te upojenia; próżność także dodawała tu swej zaprawy. W tak młodym wieku wędrować do Włoch, zwiedzić już tyle kraju, ciągnąć śladem Hannibala142 przez góry, zdawało mi się chwałą przerastającą moje lata. Dodajcie do tego częste i sute popasy, potężny apetyt i środki do zaspokojenia go; po prawdzie bowiem nie warto było na mnie oszczędzać i przy obiadach pana Sabran zupełnie znać nie było mego posiłku.

Nie przypominam sobie, abym w całym życiu przeżył okres równie wolny od trosk i zgryzoty, jak owych siedem czy osiem dni, które trwała podróż: tempo bowiem, w jakim kroczyła pani Sabran, a do którego trzeba było się stosować, uczyniło z tej drogi długą przechadzkę. Wspomnienie to zostawiło mi najżywsze upodobanie do wszystkiego, co się z nim łączy, zwłaszcza do gór i do pieszych podróży. Podróżowałem pieszo jedynie za moich pięknych dni i zawsze z rozkoszą. Z czasem obowiązki, interesy, pakunki zmusiły mnie do odgrywania „pana” i do brania wehikułów; palące troski, kłopoty, skrępowanie wsiadały do nich ze mną. Gdy dawniej w podróżach moich czułem jedynie rozkosz wędrowania, odtąd miejsce jej zastąpiła niecierpliwość przybycia do celu. W Paryżu szukałem długo dwóch towarzyszy o podobnych moim upodobaniach, którzy by gotowi byli poświęcić po pięćdziesiąt ludwików143 i rok czasu, aby razem piechotą zwędrować Włochy, za całą usługę biorąc chłopca, który by niósł woreczek z podręcznym przyborem. Ofiarowało się wielu, zachwyconych na pozór projektem, ale w gruncie uważających go za czystą chimerę, o której się gawędzi, nie mając zamiaru jej urzeczywistnić. Przypominam sobie, że rozmawiając z pasją o tym zamyśle z Diderotem144 i Grimmem145, ożywiłem ich wreszcie mym zapałem. Myślałem, że sprawa już postanowiona: wszystko ograniczyło się do podróży na papierze, w której Grimm, jako najlepszy dowcip, każe Diderotowi popełniać mnóstwo bezbożności i mnie miast niego wydaje w ręce Inkwizycji.

Żal, iż tak rychło dotarliśmy do Turynu, złagodziła uciecha z widoku dużego miasta i nadzieja, iż niebawem zajmę tam godne stanowisko: już uderzyła mi do głowy ambicja, już uważałem się za coś więcej niż terminatora. Daleki byłem od przewidywania, że niebawem znajdę się o wiele niżej tego stanu.

Nim pójdę dalej, winien jestem usprawiedliwić się przed czytelnikiem i przeprosić go za błahostki, nad którymi się rozwiodłem, jak również i za inne, w które zapuszczę się niebawem, a które wydadzą mu się może równie niezajmujące. Skoro raz postanowiłem pokazać całkowicie siebie, chcę, aby nic nie zostało w ciemności lub w ukryciu; chcę nieustannie być na oczach czytelnika; chcę, aby mi towarzyszył we wszystkich zbłąkaniach serca, we wszystkich zaułkach życia; aby mnie nie stracił z oczu ani na chwilę, z obawy, by znalazłszy w opowiadaniu najmniejszą lukę, najmniejszą przerwę i spytawszy samego siebie: „Co robił przez ten czas?”, aby, powiadam, nie obwinił mnie, że nie chciałem wszystkiego powiedzieć. Dość daję strawy złośliwości ludzkiej przez swoje wyznania, nie chcę dostarczać jej jeszcze przez przemilczenie.

Fundusik mój zniknął: wygadałem się z nim, opiekunowie zaś umieli skorzystać z tego zbytku szczerości. Pani Sabran znalazła sposób wydarcia mi nawet srebrnej szarfy, którą pani de Warens dała mi dla przypasania mojej szpadki; ta strata była mi najdotkliwsza. I szpada byłaby została w ich rękach, gdybym się stanowczo nie sprzeciwił. Dali mi sumienne utrzymanie przez drogę, ale nie zostawili mi absolutnie nic. Przybyłem do Turynu bez odzieży, bez pieniędzy, bez bielizny; chwała mego losu miała być dziełem wyłącznie mej osobistej zasługi.

Miałem listy, oddałem je wedle adresu; natychmiast zaprowadzono mnie do konwiktu146 katechumenów, celem obznajmienia z zasadami religii, za którą sprzedawano mi utrzymanie. Wchodząc, ujrzałem wielką bramę z żelaznymi sztabami, która skoro tylko wszedłem, zatrzasnęła się na dwa spusty. Ten początek wydał mi się bardziej imponujący niż przyjemny i zaczynał mi dawać do myślenia, kiedy mnie wprowadzono do dość dużej sali. Ujrzałem, za całe umeblowanie, drewniany ołtarz ustawiony pod wielkim krucyfiksem, dokoła zaś kilka również drewnianych krzeseł. Krzesła te zdawały się woskowane, ale były tylko błyszczące od użytku i wycierania. W sali tej znajdowało się czterech czy pięciu ohydnych bandytów, moich towarzyszów nauki, którzy wyglądali raczej na lejbgwardzistów147 diabła niźli na aspirantów do godności dzieci bożych. Dwaj z tych opryszków byli to Sklawończycy148, jeden rzekomo żyd, drugi mahometanin. Obaj, jak mi sami wyznali, trawili życie na wędrówkach po Hiszpanii i Włoszech, przyjmując katolicyzm i dając się chrzcić wszędzie, gdzie były widoki, że się to opłaci. Otworzono drugie żelazne drzwi, które dzieliły na dwoje balkon, wychodzący na podwórze. Przez te drzwi weszły siostry katechumenki, które miały, jak ja, odrodzić się nie przez chrzest, ale przez solenne wyrzeczenie się herezji. Były to największe pluchy149 i najostatniejsze ladacznice, jakie kiedykolwiek zapaskudziły owczarnię Pana. Jedna tylko wydała mi się ładna i interesująca. Była mniej więcej w moim wieku, może o rok lub dwa starsza. Miała szelmowskie oczy, które spotykały się niekiedy z moimi. To obudziło we mnie chęć zawarcia z nią znajomości; ale przez niespełna dwa miesiące, które mieszkała w tym domu, niepodobna mi było zbliżyć się do niej, tak czujną opiekę roztoczyła nad nią stara dozorczyni i tak pilnie zagarnął ją święty misjonarz, który pracował nad jej nawróceniem z większym zapałem niż pośpiechem. Musiała być wyjątkowo tępa, mimo iż nie wyglądała na to, nigdy bowiem podobne przygotowanie nie wlokło się dłużej. Świątobliwy człowiek wciąż znajdował, że nie jest dojrzała do uroczystego aktu. Wreszcie znudziła się zamknięciem i oświadczyła, że chce wyjść, nawrócona czy nie. Trzeba ją było wziąć za słowo, póki godziła się jeszcze poddać tej operacji, z obawy, że może skaprysić i już nie chcieć.

Całą tę małą gminę zgromadzono na cześć nowego przybysza. Udzielono nam krótkiego napomnienia; mnie, aby mnie zachęcić do godnego odpowiedzenia łasce, jaką Bóg na mnie zsyła, innym, aby zechcieli wspierać mnie modlitwą i budować przykładem. Następnie dziewice wróciły do swej zagrody, ja zaś miałem czas rozejrzeć się po naszej.

Nazajutrz rano zebrano nas znów na naukę; wówczas zacząłem po raz pierwszy zastanawiać się nad krokiem, jaki miałem uczynić, i nad okolicznościami, które mnie do niego przywiodły.

Powiedziałem, powtarzam i powtórzę jeszcze rzecz, w której każdy dzień coraz więcej150 mnie umacnia: a to, że jeżeli kiedy dziecko otrzymało wychowanie rozumne i zdrowe, to tym dzieckiem byłem ja. Przyszedłszy na świat w rodzinie tradycją i obyczajami wyrastającej nad zwykłe pospólstwo, miałem dokoła siebie, wśród krewnych, jedynie wzory cnoty i przykłady honoru. Ojciec, mimo iż lubiący żyć, był człowiekiem nie tylko z gruntu uczciwym, ale także bardzo religijnym. Był to człowiek światowy między ludźmi, chrześcijanin w domowym ognisku; jakoż wszczepił mi wcześnie uczucia, którymi był przeniknięty. Ciotki moje, wszystkie trzy, były cnotliwe i zacne. Dwie starsze były wybitnie nabożne; trzecia, osoba pełna wdzięku, dowcipu i rozsądku, była może pobożniejsza od nich, mimo iż z mniejszą ostentacją. Z łona tej godnej rodziny dostałem się do pana Lambercier, który mimo iż duchowny i kaznodzieja, był człowiekiem wierzącym i czynił prawie równie dobrze, jak nauczał. Siostra jego i on rozwinęli za pomocą rozumnych i łagodnych nauk zasady pobożności, które zastali w mym sercu. Ci zacni ludzie używali do tego celu środków tak prostych, tak umiarkowanych, tak mądrych, że nie tylko nie nudziłem się na kazaniu, ale zawsze wychodziłem wzruszony do głębi i pełen postanowień lepszego życia, postanowień, którym rzadko chybiałem, o ile myślałem o tym. W domu ciotki Bernard nabożność była mi uciążliwsza, bo ciotka czyniła z niej rzemiosło. U majstra nie myślałem wcale o tych rzeczach, co nie znaczy, bym myślał o nich odmiennie. Nie spotkałem tam młodych ludzi, którzy by mnie zepsuli w tym względzie. Byłem wisusem, ale nie niedowiarkiem.

Byłem tedy człowiekiem religijnym w stopniu, w jakim może być dziecko w moim wieku. Może i więcej; czemuż bowiem nie rzec otwarcie, co myślę? Dzieciństwo moje nie miało cech dziecinnych; czułem, myślałem zawsze jak człowiek dorosły. Dopiero wzrastając, osunąłem się do pospolitej klasy; przychodząc na świat, wyszedłem z niej. Może się ktoś śmiać ze mnie, iż z taką skromnością podaję się tu za fenomen. Dobrze, ale kiedy się wyśmieje do syta, niechaj mi znajdzie dziecko, które w szóstym roku życia czytanie powieści zajmuje, przykuwa, porywa aż do łez; wówczas uczuję śmieszność mej próżności i przyznam, że jestem w błędzie.

Kiedy twierdziłem zatem, że nie trzeba dzieciom mówić o religii, jeśli się pragnie, aby ją miały kiedyś, i że są one niezdolne do pojęcia Boga, nawet na nasz sposób, zaczerpnąłem to zdanie z obserwacji, a nie z doświadczenia; wiedziałem, że doświadczenie nie może być miarą dla innych. Znajdźcie więcej Janów Jakubów w szóstym roku życia i mówcie im o Bogu w siódmym, a ręczę, że nic wam nie grozi.

Każdy czuje, jak mniemam, iż mieć religię — dla dziecka, a nawet dla dorosłego — znaczy czcić tę, w której się ktoś urodził. Niekiedy, coś z niej odpada; rzadko coś przybywa; dogmatyczna wiara jest owocem wychowania. Poza tą powszechną zasadą, która wiązała mnie do wyznania ojców, miałem właściwą naszemu miastu odrazę do katolicyzmu, który przedstawiano nam w najczarniejszych kolorach. To uczucie posuwało się u mnie tak daleko, że zrazu, ilekroć zdarzyło mi się zajrzeć do kościoła, spotkać kapłana w komży, usłyszeć dzwonek procesji, ogarniał mnie dreszcz grozy i przestrachu; uczucie, którego z czasem przestałem doświadczać w miastach, ale które nieraz odżywało we mnie w parafiach wiejskich, bardziej podobnych do miejsc, w których go pierwotnie doznałem. To prawda, że osobliwy kontrast do tego wrażenia stanowiło wspomnienie pieszczot i czułości, z jaką księża z okolic Genewy chętnie odnoszą się do tamecznych dzieci. Równocześnie z uczuciem strachu, które budził we mnie dzwonek kapłana z wiatykiem, dzwon wzywający na mszę i nieszpory, przypominało mi się jakieś śniadanko, podwieczorek, świeże masełko, owoce, nabiał. Obiadek księdza de Pontverre wycisnął się jeszcze głębszym wrażeniem. Dlatego łatwo uległem pomieszaniu pojęć na tym punkcie. Patrząc na papizm151 jedynie pod kątem zabawy i łakoci, oswoiłem się bez trudu z myślą o tym wyznaniu; ale przyjęcie go solenne przedstawiało mi się jedynie mglisto i w nieokreślonym oddaleniu. I oto przyszła chwila, w której niepodobna było się cofnąć: ujrzałem z najwyższym przerażeniem zobowiązanie, które przyjąłem i jego nieuniknione skutki. Przyszli neofici, których widziałem wkoło siebie, nie bardzo byli po temu, aby swoim przykładem umocnić mą odwagę; nie mogłem utaić przed sobą, że święte dzieło, którego miałem dokonać, było w gruncie postępkiem szubrawca. Mimo swej młodości uczułem, że bez względu na to, która religia jest prawdziwa, miałem sprzedać moją i że choćby nawet wybór mój był dobry, miałem w głębi serca skłamać Duchowi Świętemu i zasłużyć na wzgardę ludzką. Im więcej o tym myślałem, tym więcej byłem oburzony na siebie, a zarazem jęczałem nad losem, który mnie do tego doprowadził, jak gdyby ten los nie był mym własnym dziełem! Niekiedy refleksje te stawały się tak silne, iż gdybym na chwilę znalazł drzwi otwarte, byłbym się z pewnością wymknął; ale nie miałem sposobności, a i samo postanowienie również nie utrzymało się w tej sile.

Zbyt wiele zwalczało je tajemnych pragnień, aby go nie miały zwyciężyć. Zresztą, upór w postanowieniu niewracania do Genewy, wstyd, trudność nawet przebycia gór z powrotem, obawa znalezienia się z dala od kraju bez przyjaciół, bez środków, wszystko skłaniało mnie ku temu, aby wyrzuty sumienia uważać za spóźnione żale. Tym ciężej wyrzucałem sobie to, co uczyniłem, aby usprawiedliwić to, co miałem uczynić. Powiększając ciężar błędów przeszłości, patrzałem na przyszłość jako na ich nieunikniony skutek. Nie powiadałem sobie: „Nic się jeszcze nie stało; możesz zostać niewinny, jeśli zechcesz”, ale mówiłem: „Cierp za zbrodnię, której się dopuściłeś i która zmusza cię iść po tej drodze aż do końca”.

W istocie, jakiejż siły trzeba by w moim wieku, aby odwołać wszystko, com do tej chwili przyrzekł albo czegom pozwolił się spodziewać; aby zerwać łańcuchy, które sam sobie nałożyłem i oświadczyć nieustraszenie, że chcę zostać przy wierze ojców; aby to uczynić, powiadam, narażając się na wszystkie skutki! Ten hart ducha nie był na mój wiek. Rzeczy zaszły zbyt daleko, aby się zgodzono na taką zmianę frontu; im większy byłby mój opór, tym bardziej, w ten lub w inny sposób, uważano by za obowiązek go przełamać.

Sofizmat, który mnie zgubił, wspólny jest wielu ludziom, którzy skarżą się, że brak im siły, wówczas gdy już za późno jest, aby jej użyć. Żyć cnotliwie przychodzi nam z trudnością jedynie z naszej winy; gdybyśmy chcieli być zawsze rozsądni, rzadko potrzebowalibyśmy być bohaterami cnoty. Ale idziemy bez oporu za naszymi skłonnościami, wówczas gdy łatwo jeszcze byłoby je pokonać; ustępujemy lekkim pokusom, lekceważąc niebezpieczeństwo. Tak, ani widząc kiedy, popadamy w karkołomne sytuacje, których mogliśmy się z łatwością ustrzec, ale z których nie możemy się wydobyć bez heroicznych wysiłków; wówczas, przerażeni i bezsilni, osuwamy się w przepaść, mówiąc Bogu: „Czemuś mnie uczynił tak słabym?”. Ale wbrew sofizmatom, on odpowiada naszemu sumieniu: „Uczyniłem cię zbyt słabym, abyś się wydobył z przepaści, ponieważ uczyniłem cię dość mocnym, aby się w nią nie stoczył”.

Nie postanowiłem wyraźnie przejść na katolicyzm; ale, widząc termin jeszcze w oddaleniu, oswajałem się z wolna z tą myślą, żywiąc zarazem nadzieję, iż zajdzie jakiś niespodziany wypadek, który mnie wybawi. Aby zyskać na czasie, postanowiłem rozwinąć najenergiczniejszą obronę. Wkrótce próżność moja sprawiła, że nie potrzebowałem pamiętać o celach mego zamiaru; z chwilą gdy spostrzegłem, że udaje mi się niekiedy wprawić w kłopot moich instruktorów, nie potrzebowałem innej podniety, aby się starać ich pognębić. Wkładałem w to nawet zapał dość komiczny: gdy oni, ze swego urzędu, nawracali mnie, ja siliłem się nawrócić ich samych! Wierzyłem naiwnie, że wystarczy ich przekonać, aby ich skłonić do przejścia na protestantyzm.

Bądź co bądź, nie znaleźli we mnie ofiary tak łatwej, jak się spodziewali, ani pod względem światła, ani pod względem woli. Protestanci są zazwyczaj bardziej wykształceni religijnie niż katolicy. To całkiem naturalne: zasady jednych wymagają ciągłego roztrząsania, zasady drugich — poddania się. Katolik musi przyjąć decyzję, jaką mu nałożą, protestant uczy się sam stanowić o sobie. To było im wiadomo; ale nie oczekiwano po chłopcu mego stanu i wieku, aby wytrawnym ludziom mógł nastręczyć wielkie trudności. Zresztą, nie odbyłem jeszcze pierwszej komunii ani nie odebrałem nauk z nią złączonych; to wiedziano również, ale nie wiedziano, iż w zamian przeszedłem staranną naukę u pastora Lambercier i co więcej, zgromadziłem zapasik wiadomości bardzo niedogodny dla tych panów, mianowicie z Historii Kościoła i cesarstwa152, które posiadłem prawie na pamięć w domu ojca i które, mimo iż później zapomniane, odżywały mi w pamięci, w miarę jak rozgrzewałem się dysputą.

Pewien stary ksiądz, nieduży, ale dość czcigodnej postaci, miał wspólnie dla nas pierwszą rekolekcję. Rekolekcja ta była dla moich towarzyszy raczej katechizacją niż dysputą; księżyna więcej miał roboty z tym, aby ich pouczać niż aby usuwać wątpliwości i zarzuty. Inaczej ze mną. Kiedy przyszła kolej na mnie, wychwytywałem go na wszystkim, nie oszczędziłem ani jednego zarzutu, ani jednej pułapki. To przedłużało konferencję i czyniło ją dla obecnych bardzo nudną. Staruszek gadał dużo, rozpalał się, zaperzał; w końcu wykręcał się z kłopotu, mówiąc, że nie umie dobrze po francusku. Nazajutrz z obawy, by moje niedyskretne zarzuty nie zgorszyły towarzyszy, umieszczono mnie oddzielnie w innym pokoju z drugim księdzem, młodszym, tęgim mówcą, to znaczy umiejącym snuć nieskończenie długie okresy i delektującym się sobą. Mimo to nie dałem się ujarzmić jego imponującej minie; czując, iż ostatecznie jestem w swoim prawie, zacząłem mu odpowiadać, jak umiałem, i wyłapywać go tędy i owędy. Mniemał, iż zdławi mnie św. Augustynem153, św. Grzegorzem154 i innymi ojcami; ale wnet spostrzegł ku swemu zdumieniu, że obracam się w tych wszystkich ojcach niemal tak dobrze jak on; to nie znaczy, abym ich czytał kiedy, i on także może nie; ale zachowałem w pamięci wiele ustępów z książki Le Sueura; owóż ilekroć on mi zacytował jakieś zdanie, natychmiast, nie wdając się w dysputę nad cytatem, odpowiadałem innym z tego samego ojca, wprowadzając go nieraz w znaczny kłopot. Mimo to ksiądz bił mnie w końcu z dwóch przyczyn: jedna, że był silniejszy i że czując się niejako na jego łasce, rozumiałem dobrze, mimo mej młodości, że nie trzeba go nadto przypierać do muru; widziałem bowiem, że księżyna wcale nie zasmakował w mojej erudycji ani we mnie. Druga racja, to że mój adwersarz miał studia, a ja nie. To sprawiało, iż rozwijał w swej argumentacji metodę, której nie mogłem wydołać. Zresztą, ilekroć go zaskoczyłem nieprzewidzianym zarzutem, odkładał go do nazajutrz, powiadając, że odbiegam od tematu. Odrzucał niekiedy wszystkie moje cytaty, utrzymując, że są fałszywe; ofiarowując się przynieść książki, wyzywał mnie, abym je w nich znalazł. Czuł, że nie ponosi wielkiego ryzyka i że przy całej pożyczanej erudycji byłem zbyt mało obytym w książkach i zbyt słabym łacinnikiem, aby znaleźć jakiś ustęp w grubym tomie, choćbym nawet pewien był, że się tam znajduje. Podejrzewam nawet, że uciekał się sam do niesumienności, o którą oskarżał pastorów i że zdarzało mu się podrobić jakiś ustęp, aby się wykręcić od kłopotliwego argumentu.

Tak schodziły dni na tych pasowaniach, dysputach, mamrotaniu pacierzy i wałkoństwie. Wśród tego zdarzyła mi się mała przygoda, dość szpetna, która mogła mieć dla mnie przykre następstwa.

Nie ma tak brudnej duszy i tak barbarzyńskiego serca, iżby nie były zdolne do jakiegoś przywiązania. Jeden z dwóch bandytów, którzy podawali się za Maurów155, spodobał sobie we mnie. Szukał chętnie mego towarzystwa, gwarzył ze mną w swym diabelskim szwargocie, świadczył mi drobne usługi, podsuwał mi niekiedy swój talerz przy stole, a zwłaszcza obdarzał mnie częstymi pocałunkami z żarliwością bardzo dla mnie kłopotliwą. Twarz ta, koloru piernika, ozdobiona wielką szramą oraz spojrzenie to, rozpłomienione, zdawałoby się, raczej wściekłością niż uczuciem, budziły we mnie naturalną odrazę; mimo to znosiłem te pocałunki, powiadając sobie: „Ten biedak powziął snadź dla mnie szczerą przyjaźń; nie godzi się go odtrącać”. Stopniowo przybierał coraz swobodniejsze obyczaje i mówił rzeczy tak szczególne, iż przypuszczałem, że ma źle w głowie. Jednego dnia wieczór chciał położyć się ze mną; sprzeciwiłem się, mówiąc że łóżko jest za małe. Wówczas zaczął nalegać, abym ja przyszedł do niego; odmówiłem również, łajdaczyna bowiem był tak niechlujny i tak cuchnął tytoniem, który żuł ustawicznie, że przyprawiał mnie o mdłości.

Nazajutrz dość wczesnym rankiem znaleźliśmy się sami w sali; zaczął znowu swoje pieszczoty, ale z tak gwałtowną mimiką, że można się było przestraszyć. W końcu chciał przejść do najbardziej niewłaściwych swobód i zmusić mnie, kierując mą ręką, abym go naśladował. Wyrwałem się, wydając krzyk i uskakując w tył, nie zdradzając wszelako oburzenia ani gniewu, gdyż nie miałem najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi; ale z taką energią dałem wyraz memu wstrętowi i zdumieniu, że mnie poniechał. Naraz, gdy on się dalej szamotał sam ze sobą, ujrzałem, jak wyleciało ku kominkowi i spadło na ziemię coś białawego i lepkiego. W gardle mi się ścisnęło ze wstrętu. Rzuciłem się na balkon, tak wzruszony, pomieszany, przerażony nawet, jak jeszcze nigdy w życiu, bliski po prostu omdlenia.

Nie mogłem zrozumieć, co to było, co się dzieje z tym nieszczęśnikiem: mniemałem, iż cierpi na wielką chorobę156 albo na inne, jeszcze straszliwsze cierpienie; i doprawdy, dla kogoś patrzącego chłodno, nie mogę sobie wyobrazić nic wstrętniejszego niż te plugawe zabiegi i tę ohydną twarz, rozpaloną ogniem najbrutalniejszej żądzy. Nie widziałem innego mężczyzny w podobnym stanie; ale, jeżeli wszyscy tak wyglądamy wobec kobiet, muszą mieć chyba wzrok bardzo urzeczony, aby nie nabrać do nas wstrętu.

Nie miałem nic pilniejszego niż opowiedzieć wszystkim, co mi się trafiło. Stara gospodyni kazała mi cicho siedzieć, ale widziałem, że bardzo była przejęta tą historią i słyszałem jak mruczała przez zęby: Can maledet! brutta bestia!157 Ponieważ nie rozumiałem czemu miałbym milczeć, robiłem dalej swoje mimo zakazu i paplałem tak, że nazajutrz rano jeden z zarządców wypalił mi dość ostrą reprymendę, wyrzucając, że narażam honor świętego domu i że robię zbyt wiele hałasu dla drobnostki.

Rozgadał się na ten temat, tłumacząc mi wiele rzeczy, których nie wiedziałem, ale co do których przypuszczał, iż musiały mi być wiadome; był przekonany, iż broniłem się wiedząc, czego tamten ode mnie żąda, ale nie chcąc się zgodzić. Oświadczył mi poważnie, że jest to uczynek zakazany jak wszelka rozpusta, ale którego intencja nie jest poza tym obrażająca dla osoby, i że nie ma powodu tak się gniewać o to, iż się w kimś wzbudziło sympatię. Powiedział mi bez ogródek, iż on sam w młodości dostąpił tego samego zaszczytu i że, zaskoczony w taki sposób, iż nie mógł stawić oporu, nie znalazł w tym wszelako nic strasznego. Posunął swój bezwstyd aż do użycia właściwych terminów w ich całej nagości i wyobrażając sobie, iż przyczyną mego oporu była obawa bólu, upewnił, iż ta obawa jest płonna i że nie ma powodu do najmniejszej trwogi.

Słuchałem tego bezecnika ze zdumieniem tym większym, iż nie przemawiał we własnym interesie; pouczał mnie jakoby tylko dla mego dobra. Nauki te wydawały mu się tak naturalne, iż wygłaszając je, nawet się nie troszczył o poufność; świadkiem naszej rozmowy był jakiś ksiądz, który nie zdawał się ani trochę zgorszony. Owa swoboda mówienia o tym takie na mnie uczyniła wrażenie, że zacząłem mniemać, iż jest to zapewne obyczaj powszechnie przyjęty, z którym jedynie nie miałem sposobności zapoznać się dotąd. To było przyczyną, iż wysłuchałem bez gniewu, choć nie bez odrazy. Obraz tego, co mi się zdarzyło, a już szczególnie tego, com widział, wycisnął mi się tak mocno w pamięci, iż mdłości mnie zbierały na samo wspomnienie. Mimo woli odraza do samej rzeczy rozciągnęła się i na jej obrońcę; mimo że starałem się panować nad sobą, musiał widzieć, jak złe wrażenie wywarły jego nauki. Obrzucił mnie mało przychylnym spojrzeniem i odtąd nie zaniechał niczego, aby mi pobyt w przytulisku uczynić nieprzyjemnym. Dopiął tak dobrze celu, iż widząc jeden tylko sposób wydobycia się stamtąd, chwyciłem się go z tą samą energią, z jaką dotychczas starałem się go oddalić.

Ta przygoda ubezpieczyła mnie na przyszłość od podejrzanych przyjaźni; sam widok takich ludzi budził we mnie — przez wspomnienie twarzy i ruchów ohydnego Maura — taki wstręt, iż niepodobna mi było go ukryć. Przeciwnie, kobiety wiele zyskały w mych oczach na porównaniu: zdawało mi się, że najtkliwsze moje uczucia, najpoddańsze hołdy ledwie mogą być zadośćuczynieniem za zniewagi, jakie cierpią od mojej płci, a najszpetniejsza poczwara stawała się w mych oczach cudowną pięknością przez pamięć rzekomego Afrykanina.

Co się tyczy jego, nie wiem, co mu tam powiedziano; nie uważałem wszakże, aby z wyjątkiem pani Lorenzy ktokolwiek patrzył nań gorszym okiem. Bądź co bądź, nie zaczepił mnie od tej pory ani nie odzywał się do mnie. W tydzień później przystąpił do chrztu z wielką ceremonią, ubrany biało od stóp aż do głowy, dla wyobrażenia białości odrodzonej duszy. Nazajutrz opuścił przytułek i nie spotkałem go już.

Moja kolej przyszła w miesiąc później; tyle czasu było trzeba, aby zapewnić kierownikom duchownym chlubę trudnego nawrócenia. Kazano mi kolejno przejść wszystkie dogmaty, aby święcić tryumfy nad mą świeżo zdobytą uległością.

Wreszcie, dostatecznie pouczony i dostatecznie, zdaniem mych nauczycieli, przejęty łaską, udałem się, wiedziony procesjonalnie, do katedry św. Jana, aby tam dopełnić uroczystego wyrzeczenia się i przyjąć dodatkowe obrzędy chrztu, mimo iż nie chrzczono mnie w istocie: ale ponieważ są to mniej więcej te same obrządki, korzysta się z tego, aby budzić wśród ludu pojęcie, że protestanci nie są chrześcijanami. Byłem przybrany w jakąś szatę szarego koloru z białymi wyłogami, przeznaczoną na takie okazje. Dwóch drabów niosło przede mną i za mną duże mosiężne tace, w które uderzali kluczem i gdzie każdy z obecnych składał jakąś jałmużnę, w miarę swej pobożności lub zainteresowania osobą nowo nawróconego. Słowem, nie poniechano nic z całego katolickiego przepychu, aby uczynić uroczystość bardziej budującą dla publiczności, a upokarzającą dla mnie. Brakło jedynie białej szaty, która byłaby mi się bardzo przydała, a której mi nie dano jak owemu Maurowi, zważywszy, iż nie miałem zaszczytu być żydem.

Nie koniec na tym: trzeba było iść do urzędu Inkwizycji, by otrzymać rozgrzeszenie ze zbrodni herezji i wrócić na łono Kościoła z tą samą ceremonią, jakiej musiał się poddać Henryk IV158 przez swego ambasadora. Mina i obejście wielebnego ojca inkwizytora nie bardzo były po temu, aby rozproszyć tajemny strach, jaki mnie ogarnął, gdym wchodził do tego domu. Po licznych pytaniach tyczących mej wiary, stanu, rodziny spytał nagle, czy matka moja jest potępiona. Zgroza, jakiej doznałem, powściągnęła pierwszy odruch oburzenia; zadowoliłem się odpowiedzią, iż mam nadzieję, że nie i że Bóg mocen159 był ją oświecić w ostatniej chwili. Mnich zamilkł, ale uczynił grymas, który nie wyrażał wcale aprobaty.

Po ceremonii, w chwili gdy spodziewałem się, iż zaczną się urzeczywistniać moje błyszczące rojenia, wyprawiono mnie za drzwi, wsypawszy w rękę w drobnej monecie nieco więcej niż dwadzieścia franków — owoc kwesty. Polecono mi żyć jak przystało dobremu chrześcijaninowi, być wiernym uzyskanej łasce; dodano życzenia pomyślności, po których drzwi się zamknęły i wszystko znikło.

Tak rozpadły się w jednej chwili wielkie nadzieje; z interesownego postępku, który popełniłem, zostało mi jedynie wspomnienie, że byłem odstępcą i dudkiem zarazem. Łatwo osądzić, jaki przewrót musiał nastąpić w mych pojęciach, kiedy ze świetnych rojeń o wspaniałym losie znalazłem się nagle w najzupełniejszej nędzy. Rano rozmyślałem jeszcze nad wyborem pałacu, w którym mam zamieszkać, wieczorem ujrzałem perspektywę nocowania na ulicy. Pomyśli ktoś, że pierwszym mym uczuciem była rozpacz, tym okrutniejsza, iż do wyrzutów sumienia dołączyła się dotkliwa świadomość, iż całe nieszczęście było mym własnym dziełem. Nic podobnego. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się spędzić w zamknięciu przeszło dwa miesiące; otóż uczuciem, jakiego doznałem, była radość z odzyskanej swobody. Czułem się po długiej niewoli panem siebie i swoich uczynków; znalazłem się w dużym mieście pełnym dostatków, pełnym światłych ludzi, którzy z pewnością pośpieszą przygarnąć mnie i oddać sprawiedliwość mym talentom, skoro tylko będą mieli sposobność je poznać. Ba, miałem zresztą czas: dwadzieścia franków, które czułem w kieszeni, zdawały mi się skarbem nie do wyczerpania. Mogłem rozrządzać nimi wedle ochoty, nie zdając nikomu sprawy. Pierwszy raz w życiu byłem panem takiego bogactwa. Daleki tedy od łez i rozpaczy, zmieniłem jedynie kierunek swych nadziei. Nigdym nie miał uczucia takiej wiary w sobie: miałem przeświadczenie, iż los mój jest zapewniony i dumny byłem, iż zawdzięczam go jedynie sobie.

Pierwszą rzeczą, jaka mnie skusiła, było przebiec całe miasto. Zaspakajając naturalną ciekawość, dopełniałem zarazem aktu swobody. Poszedłem zobaczyć, jak zmieniają straże; muzyka wojskowa spodobała mi się bardzo. Włóczyłem się za procesjami: lubiłem słuchać nosowego falsetu księży. Poszedłem obejrzeć pałac królewski; zbliżałem się z obawą, ale widząc, że inni wchodzą, poszedłem za ich przykładem; przepuszczono mnie. Może zawdzięczałem ten przywilej małemu zawiniątku, które miałem pod pachą. Jak bądź rzecz się miała, powziąłem wielkie mniemanie o sobie samym, znalazłszy się w pałacu; czułem się niemal jego mieszkańcem. W końcu, nawałęsawszy się tam i sam, zmęczyłem się; uczułem głód, było gorąco; wstąpiłem do handlarki nabiału; dała mi sera, kwaśnego mleka; dodawszy do tego dwie kromki wybornego piemonckiego chleba, wyprawiłem sobie za pięć czy sześć soldów160 jeden z najlepszych obiadków w życiu. Trzeba było starać się o nocleg. Ponieważ znałem już język piemoncki na tyle, aby się porozumieć, nietrudno mi to przyszło; byłem tak przezorny, iż obrałem kwaterę wedle sakiewki, a nie wedle mego smaku. Wskazano mi przy ulicy Padewskiej żołnierkę, która, za solda na noc, dawała przytułek służącym bez miejsca. Znalazłem wolny tapczan i zakwaterowałem się. Gospodyni była młoda i świeżo zamężna, mimo iż miała już kilkoro dzieci. Spaliśmy wszyscy w jednej izbie, matka, dzieci, lokatorowie; trwało tak przez cały czas, dopóki mieszkałem u niej. Zresztą, była to dobra kobieta, mocna w przekleństwach jak stangret, wiecznie rozmamłana i nieuczesana, ale łagodna i uczynna. Nabrała do mnie sympatii i nawet przyszła mi w niejednym z pomocą.

Strawiłem tak kilka dni, oddając się jedynie uczuciu swobody i ciekawości. Wałęsałem się po mieście i okolicy, zwiedzając wszystko, co mi się zdało nowe i zajmujące; a cóż nie było nowe dla młodego chłopca świeżo wybiegłego z gniazda, który nigdy nie widział stolicy! Byłem zwłaszcza bardzo punktualnym dworakiem: regularnie, co rano, asystowałem mszy króla jegomości. Miało dla mnie pewien urok znajdować się w jednej kaplicy wraz z monarchą i jego świtą; ale główną pobudką raczej była namiętność do muzyki, już zaczynająca się objawiać, niż pompa dworska, której ceremoniał, powtarzający się i zawsze jednaki, nie jest w stanie zająć długo. Król Sardynii miał wówczas najlepszą kapelę w Europie: Somis, Desjardins, Bezuzzi, błyszczeli w niej na przemian. Nie trzeba było i tyle, aby ściągnąć młodego chłopca, którego dźwięk najlichszego instrumentu, byle czysty, przejmował rozkoszą. Poza tym wspaniałość uderzająca me oczy budziła we mnie jedynie głupio dziecinny i pozbawiony wszelkiej pożądliwości podziw. W całym tym blasku dworskim zajmowało mnie jedynie to, czy nie było tam gdzie jakiej księżniczki, która by warta była mego hołdu i z którą mógłbym nawiązać intrygę miłosną.

Tymczasem o włos, że nie nawiązałem innej miłostki, o wiele mniej świetnej, ale która gdyby doszła do skutku, dałaby mi stokroć rozkoszniejsze słodycze.

Jakkolwiek prowadziłem życie bardzo oszczędne, sakiewka wyczerpała się nieznacznie161. Oszczędność moja wynikała zresztą nie tyle z przezorności, ile z prostoty upodobań, której nawet dzisiaj obycie ze światowym wykwintem nie zatarło we mnie. Nie znałem i nie znam do dziś lepszej uczty niż prosty, sielski posiłek. Nabiałem, jajkami, trochą162 sałaty, sera, z dodatkiem świeżego chleba i jakiego takiego wina, można być pewnym, że się mnie najlepiej uraczy; dobry apetyt dopełni reszty, o ile marszałek dworu i lokaje sterczący wkoło nie odbiorą mi go swym natrętnym widokiem. W owym czasie, wydając sześć albo siedem soldów, jadałem o wiele lepiej niż później za cenę sześciu albo siedmiu franków. Byłem tedy wstrzemięźliwy z braku pokus; źle zresztą mówię „wstrzemięźliwy”, wkładałem w to bowiem całą pełnię smakoszostwa. Parę gruszek, giunca163, kromka chleba i kilka szklaneczek taniego wina czyniły mnie najszczęśliwszym z gastronomów. Ale i przy tym trybie owych dwadzieścia franków musiało kiedyś, ostatecznie, mieć swój koniec. Przekonywałem się o tym z każdym dniem wyraźniej; mimo nieopatrzności mego wieku, przyszłość przejmowała mnie grozą. Ze wszystkich zamków na lodzie została mi tylko nadzieja, iż uda mi się znaleźć zatrudnienie, z którego bym mógł żyć; a i to nie było łatwe. Przypomniałem sobie dawne rzemiosło; ale nie umiałem go na tyle, aby znaleźć pracę w jakim warsztacie, a i warsztatów tych niedużo było w Turynie. Postanowiłem tedy w oczekiwaniu czego lepszego chodzić od sklepu do sklepu, ofiarowując się z wyryciem liter albo herbów na naczyniu stołowym, w nadziei, iż umiarkowana cena i gotowość do usług znęci klientelę. Pomysł nie okazał się zbyt szczęśliwy. Prawie wszędzie spotkałem się z odmową, a robota, jaką uzyskałem przedstawiała tak niewiele, że ledwo parę posiłków zdobyłem tą drogą. Jednego dnia, przechodząc dość wcześnie przez Contra Nova, ujrzałem przez szyby sklepowe młodą kupczynię tak pełną uroku i tak powabnej postaci, iż mimo mej nieśmiałości wobec dam nie zawahałem się wejść i ofiarować me skromne usługi. Nie odprawiła mnie, kazała usiąść, opowiedzieć swoje dzieje, użaliła się nade mną, dodała otuchy, upewniając, iż dobrzy chrześcijanie mnie nie opuszczą; następnie, posławszy tymczasem do sąsiedniego złotnika po narzędzia, które mi były potrzebne, poszła do kuchni i sama przyniosła śniadanie. Początek wydał mi się dobrą zapowiedzią, dalszy ciąg nie zadał jej kłamu. Pani była widocznie rada z mej skromnej pracy, jeszcze więcej z mego szczebiotu, skoro się trochę ośmieliłem; wydawała mi się bowiem tak świetna i strojna, iż mimo łaskawego tonu blask ten przejął mnie zrazu nieśmiałością. Ale przyjęcie pełne dobroci, współczujący głos, łagodne i pieszczotliwe obejście wróciły mi rychło swobodę. Widziałem, że sprawiam korzystne wrażenie, i to dodawało mi skrzydeł. Mimo to ona, jakkolwiek Włoszka i zbyt ładna, aby nie być trochę zalotną, była tak skromna, a ja tak trwożliwy, że mała była nadzieja rychłego porozumienia. Nie zostawiono nam zresztą czasu... Z tym większym urokiem wspominam krótkie chwile, które spędziłem przy niej; mogę rzec, iż wówczas poznałem w ich pączku najsłodsze i najczystsze zarazem rozkosze miłości.

Była to bardzo fertyczna brunetka; wrodzona dobroć wszelako, malująca się na twarzy, łagodziła jej żywość odcieniem słodyczy. Nazywała się pani Basile. Mąż, starszy od niej i dość zazdrosny, zostawiał ją w czasie swych podróży pod strażą pomocnika. Był to osobnik zbyt skąpo obdarzony od natury, aby mógł być niebezpieczny; nie był i on wprawdzie wolny od pretensji, ale objawiał je jedynie złym humorem. Zdołałem od razu wzbudzić jego antypatię, mimo iż lubiłem przysłuchiwać się jak grał na flecie, którym władał dosyć dobrze. Cerber164 ten mruczał zawsze, ilekroć widział mnie wchodzącego do pokoju pani; traktował mnie ze wzgardą, którą ona odpłacała mu z nawiązką. Zdawała się czerpać w tym zabawę, aby dla jego udręki darzyć mnie niewinnymi pieszczotami w jego obecności, który to rodzaj zemsty, bardzo zresztą przypadający mi do smaku, byłby mi jeszcze o wiele milszy sam na sam. Ale pani nie posuwała go aż tak daleko, a przynajmniej nie w taki sam sposób. Czy że znajdowała mnie zbyt młodym, czy nie umiała czynić pierwszych kroków, czy naprawdę chciała zostać bez skazy, dość, iż wówczas zachowywała się z miarą, która nie była odpychająca, ale która onieśmielała mnie, sam nie wiem czemu. Mimo iż nie żywiłem dla niej owej głębokiej i tkliwej czci, jaką miałem dla pani de Warens, czułem wobec niej więcej obawy, a mniej poufałości. Byłem zakłopotany, drżący; nie śmiałem na nią patrzeć, nie śmiałem oddychać; mimo to rozłąki z nią lękałem się bardziej niż śmierci. Ukradkiem pożerałem oczyma deseń jej sukni, koniec ładnej nóżki, kawałek białego i jędrnego ramienia, który błyszczał między rękawkiem a rękawiczką, rąbek biustu wychylający się spod chusteczki. W miarę jak zapuszczałem wzrok coraz mniej dyskretnie, oczy zachodziły mi mgłą, pierś ściskała się, brakowało mi oddechu; zdolny byłem wydawać jedynie westchnienia, bardzo wymowne w ciszy, jaka często zapadała między nami. Szczęściem, pani Basile, zajęta swą robotą, nie spostrzegła tego, o ile mi się zdawało. Mimo to widziałem niekiedy, iż jakby przez sympatyczne odczucie chusteczka kryjąca jej piersi faluje szybszym tempem. Ten niebezpieczny widok do reszty pozbawiał mnie przytomności; ale kiedy już byłem bliski poddania się swym wzruszeniom, zwracała się do mnie najspokojniej z jakimś słówkiem, które wracało mnie natychmiast do przytomności.

Kilka razy spędziłem z nią w ten sposób całe godziny, przy czym najlżejsze słowo, gest, nawet bardziej wymowne spojrzenie nie zaznaczyło najmniejszego porozumienia między nami. Ten stan, pełen udręki, był jednakże mą rozkoszą; w niewinności serca nie bardzo umiałem sobie wytłumaczyć przyczyny mych cierpień. Zdaje się, iż te niewinne sam na sam i jej nie były przykre; przynajmniej dostarczała do nich sposobności wcale często — gorliwość dość jałowa, zważywszy sposób, w jaki korzystała z tych chwil sama i mnie pozwalała z nich korzystać!

Jednego dnia pani Basile, znudzona głupimi docinkami cerbera, schroniła się do swego pokoju. Pośpieszyłem się, jak mogłem, aby co rychlej dokończyć roboty i udałem się za nią. Drzwi były uchylone, wszedłem niepostrzeżony. Haftowała przy oknie, z twarzą odwróconą od drzwi. Nie mogła widzieć, jak wchodzę, nawet i słyszeć, z przyczyny ulicznego turkotu. Ubierała się zawsze starannie; tego dnia strój jej trącił zalotnością. Siedziała w pozycji pełnej wdzięku: głowa, pochylona nieco, odsłaniała biały karczek, włosy podczesane zręcznie, upięte kwiatami. Cała postać tchnęła czarem, którym miałem czas napawać się do syta i który wyprowadził mnie z równowagi. Rzuciłem się na kolana tuż u drzwi, wyciągając namiętnym ruchem ręce, bez myśli, aby mnie mogła widzieć, ale lustro nad kominkiem zdradziło mnie. Nie wiem, jakie wrażenie wywarł na niej ten wybuch; nie spojrzała, nie przemówiła; ale, na wpół odwracając głowę, nieznacznym ruchem wskazała mi podnóżek u swych stóp. Zadrżeć, wydać okrzyk, rzucić się ku wskazanemu miejscu było rzeczą jednej chwili; ale co trudniejsze do uwierzenia, to że w tym stanie nie śmiałem nic przedsięwziąć ponadto, nie odważyłem się wyrzec jednego słowa, podnieść oczu. Trwałem nieruchomo, nie mając nawet tyle odwagi, aby w tak niewygodnej postawie oprzeć się przez chwilę o jej kolana. Byłem niemy, sparaliżowany, daleki wszakże od spokoju; wszystko zdradzało we mnie wzruszenie, radość, wdzięczność, żarliwe pragnienia, ledwie świadome swego przedmiotu i powściągane obawą jej gniewu.

Ona wydała mi się również niespokojna i strwożona. Zmieszana mą bliskością, przestraszona tym, że mnie ściągnęła ku sobie, i zaczynając sobie zdawać sprawę z doniosłości owego znaku, który z pewnością wyrwał się jej bez zastanowienia, nie czyniła nic, aby mnie przygarnąć ani też odtrącić. Nie odejmując oczu od robótki, starała się zachować, jak gdyby nie widziała mnie u swoich nóg; ale mimo całej mej naiwności musiałem spostrzec, że podziela me zakłopotanie, może moje pragnienia i że wstrzymuje ją jakiś wstyd podobny mojemu; to wszystko nie dodawało mi wszelako siły do wyzwolenia nas z tego kłopotliwego stanu. Oczekując z tytułu kilku lat starszeństwa pierwszych kroków z jej strony, powiadałem sobie, iż skoro ich nie czyni, nie życzy sobie widocznie, abym się dalej posunął. Dziś jeszcze myślę, iż miałem słuszność: była ona z pewnością zbyt sprytna, aby nie widzieć, że nowicjusz taki jak ja potrzebował nie tylko zachęty, ale i nauki.

Nie wiem, jakby się skończyła ta scena tak żywa, choć niema, ani jak długo byłbym przetrwał w tej równie śmiesznej, jak rozkosznej pozycji, gdyby nam nie przerwano. W chwili mych największych wzruszeń usłyszałem, iż otwierają się drzwi od kuchni. Pani Basile, przerażona, rzekła z cicha, podkreślając gestem żywość słów: „Wstań, idzie Rozyna”. Wstając spiesznie, chwyciłem rękę, którą zostawiła w moich, i wycisnąłem na niej dwa palące pocałunki; przy drugim uczułem, iż ta urocza ręka przycisnęła się nieco do mych warg. W życiu nie zaznałem tak słodkiego momentu, ale raz utracona sposobność nie powtórzyła się i nasze nieśmiałe miłostki nie posunęły się dalej.

Może dlatego właśnie obraz tej lubej istoty odcisnął się w mym sercu w tak czarujących rysach i wypiękniał mi jeszcze, w miarę jak lepiej poznawałem świat i kobiety. Gdyby miała bodaj trochę doświadczenia, byłaby się inaczej zabrała do dzieła, aby ośmielić młodego chłopca. Ale serce jej, mimo iż słabe, było z gruntu uczciwe; ustępowała, wbrew własnej woli, skłonności, która ją ciągnęła: była to według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwsza jej niewierność. Kto wie, może więcej miałbym trudu z przezwyciężeniem jej wstydliwości niżeli mojej własnej. Nie doszedłszy do tego momentu, zakosztowałem wszelako przy niej niewypowiedzianych słodyczy. Nic z tego, czegom zaznał w objęciach kobiet, nie jest warte owych dwóch minut, które spędziłem u jej nóg, nie śmiejąc nawet dotknąć jej sukni. Nie, nie ma rozkoszy równych tym, jakie może dać uczciwa a ukochana przez nas kobieta. Jedno skinienie palcem, lekkie przyciśnięcie ręki do ust — oto jedyne dowody wzajemności, jakie otrzymałem od pani Basile, ale gdy o tym myślę, wspomnienie owych drobnych łask przejmuje mnie jeszcze wzruszeniem.

Przez dwa następne dni próżno czyhałem na nowe sam na sam. Niepodobieństwem165 mi było znaleźć sposobną chwilę, z jej strony zaś nie spostrzegłem współdziałania w tym względzie. Obejście pani Basile było nawet, nie powiem chłodniejsze, ale powściągliwsze niż zazwyczaj; zdaje mi się, że unikała mych spojrzeń z obawy, iż nie umiałaby dosyć panować nad swymi. Przeklęty strażnik nieznośniejszy był niż kiedykolwiek: stał się wprost drwiący, uszczypliwy; powtarzał mi, że będę miał w życiu powodzenie u kobiet. Drżałem z obawy, czy nie zdradziłem się jaką nieostrożnością: uważając się już poniekąd za wspólnika grzechu mej ukochanej, chciałem największą tajemnicą osłonić wzajemną skłonność, która jak dotąd, tak bardzo tego nie wymagała! Stałem się tak ostrożny i oględny w szukaniu sposobności, iż w końcu nie znalazłem ich wcale.

Oto jeszcze jedno romantyczne szaleństwo, z którego nigdy nie mogłem się uleczyć i które, połączone z wrodzoną nieśmiałością, w znacznym stopniu zadało kłam wróżbie sklepikarza. Kochałem zbyt szczerze, zbyt doskonale, śmiem powiedzieć, aby móc łatwo dostąpić szczęścia. Nigdy może nikt nie żywił namiętności bardziej żywych i czystych zarazem; nigdy miłość nie była tkliwsza, szczersza, bezinteresowniejsza. Byłbym tysiąc razy poświęcił własne szczęście dla szczęścia osoby, którą kochałem. Dobra sława jej była mi droższa od własnego życia; nigdy, za wszystkie słodycze posiadania, nie chciałbym jej narazić bodaj na chwilę na niebezpieczeństwo. To sprawiało, iż wkładałem tyle starań, tyle tajemnicy, tyle ostrożności w swoje zabiegi, iż nigdy żaden z nich nie mógł doprowadzić do skutku. Słabe moje rezultaty z kobietami wynikały zawsze z tego, iż nadto je kochałem.

Wracając do cerbera grającego na flecie, muszę zaznaczyć, iż odnoszenie się jego do mnie uległo naraz korzystnej zmianie, co było zapewne wynikiem powziętego już zdradzieckiego planu. Od pierwszego dnia gdy zdołałem wzbudzić w pani Basile sympatię, pomyślała o tym, aby mnie w jakiś sposób zatrudnić w sklepie. Byłem dość mocny w arytmetyce; zaproponowała mu tedy, aby mnie nauczył prowadzić książki; ale gbur bardzo niechętnie przyjął propozycję, lękając się może, abym go nie wyparował z miejsca. Tak więc po odłożeniu rylca całą mą pracą było przepisywanie jakichś rachunków, porządkowanie ksiąg i czasem tłumaczenie paru listów z włoskiego na francuski. Naraz człowiek ten objawił dobre chęci, których mu wprzódy brakło, i oznajmił, iż będzie mnie uczył podwójnej buchalterii. Mówił, iż chce mnie przygotować na tyle, abym mógł ofiarować usługi panu Basile, skoro wróci. Było wszakże w jego tonie, w spojrzeniu coś fałszywego, złośliwego, ironicznego, co nie budziło we mnie zaufania. Pani Basile, nie czekając odpowiedzi, rzekła sucho, że jestem mu wdzięczny za gotowość, co do niej jednak, ma nadzieję, iż znajdę w życiu godniejsze siebie stanowisko i że byłaby szkoda, gdybym przy mojej bystrości miał zostać jedynie mizernym subiektem166.

Powtarzała często, że chce ułatwić mi pewną znajomość, która może mi być użyteczna. Nasze nieme wyznania miały miejsce we czwartek; w niedzielę, pani Basile wydała obiad, na którym znalazłem się ja i także pewien okazały zakonnik, jakobin167, któremu mnie przedstawiła. Mnich odnosił się do mnie nader serdecznie, winszował nawrócenia, wtrącił też parę słów świadczących, iż pani Basile opowiedziała mu szczegółowo moje dzieje. Następnie, klepiąc mnie po twarzy, powiedział, abym był rozsądny, nie tracił otuchy, abym go odwiedził kiedy, a wówczas będziemy mogli swobodniej pogadać. Ze sposobu, w jaki się doń wszyscy zwracali, domyśliłem się, że to musi być jakaś wpływowa osobistość, z ojcowskiego zaś tonu, z jakim odnosił się do pani Basile, że jest jej spowiednikiem. Przypominam sobie również, iż mimo dobrodusznej poufałości obejście jego zdradzało wyraźnie szacunek, a nawet cześć jaką miał dla swej penitentki — szczegół, który mniejsze wrażenie uczynił na mnie wówczas aniżeli dziś. Gdybym miał więcej doświadczenia, jakąż dumą i wzruszeniem przejęłoby mnie to, że zdołałem poruszyć serce młodej kobiety, posiadającej szacunek swego spowiednika!

Stół okazał się zbyt mały jak na ilość gości; trzeba było dostawić stoliczek, przy którym zasiadłem w lubym sam na sam z panem subiektem. Nie czułem się jednak na tym wygnaniu bynajmniej upośledzony; co chwila wędrowały do stoliczka smaczne kąski przeznaczone z pewnością nie pod adresem cerbera. Dotąd szło wszystko jak najlepiej: kobiety były wesołe, mężczyźni dworni, pani Basile robiła honory z nieopisanym wdziękiem. W połowie obiadu słyszymy nagle, iż lektyka zatrzymuje się pod bramą; ktoś idzie po schodach: to pan Basile. Widzę go, jak gdyby wszedł w tej chwili, w szkarłatnym ubraniu ze złotymi guzami, do którego to koloru nabrałem od tego dnia odrazy. Był to rosły i przystojny mężczyzna, przedstawiający się nader okazale. Wszedł z hałasem i z taką miną, jak gdyby kogoś zaskoczył, mimo iż byli tam sami jego przyjaciele. Żona rzuca mu się na szyję, ściska za ręce, obsypuje tysiącem pieszczot, które on przyjmuje chłodno i obojętnie. Pozdrawia całe towarzystwo, dają mu nakrycie, zasiada do jedzenia. Ledwie wymieniono pierwsze zdania, pan Basile rzucając okiem w stronę stolika, zapytuje surowo, kto jest chłopak, którego tam widzi. Pani Basile objaśnia go w najlepszej wierze. Pyta dalej, czy mieszkam w domu; dowiaduje się, że nie. „Czemu nie? — mówi szorstko. — Skoro przesiaduje tu cały dzień, mógłby równie dobrze spędzać i noce”. Tu zabrał głos zakonnik; oddawszy poważne i zasłużone pochwały pani Basile, przemówił kilka słów na mą korzyść; dodając pod adresem męża, iż nie tylko nie powinien ganić pobożnego miłosierdzia żony, ale raczej przyczynić się do niego szczerym sercem, ile że w niczym nie naruszono granic uczciwości. Mąż odpowiedział z irytacją, ledwie złagodzoną szacunkiem należnym duchownej osobie; ale i to wystarczyło, abym się domyślił, że miał co do mnie informacje i że pan subiekt przysłużył mi się w tej mierze.

Ledwie wstaliśmy od stołu, subiekt ów, wysłany przez pryncypała, przyszedł z tryumfem nakazać mi w jego imieniu, abym opuścił natychmiast dom i aby moja noga tu nie postała. Ze zlecenia wywiązał się w sposób najbardziej obelżywy i okrutny. Wyszedłem, nie mówiąc słowa, ale z rozpaczą w sercu, nie tyle, iż trzeba mi porzucić tę uroczą kobietę, ile że muszę ją zostawić na pastwę mężowskiej brutalności. Miał słuszność, oczywiście, iż nie chciał, aby go zdradziła; ale mimo iż szlachetna i cnotliwa, była ona Włoszką, to znaczy czułą i mściwą; i sądzę, iż źle czynił, uciekając się do takich środków, bardziej sposobnych, aby nań ściągnąć nieszczęście, niż aby mu zapobiec.

Taki był rezultat mej pierwszej przygody. Próbowałem przejść parę razy ulicą, aby bodaj z daleka ujrzeć tę, którą serce me opłakiwało bez przerwy; ale zamiast niej ujrzałem jedynie męża i czujnego subiekta, który spostrzegłszy mnie, łokciem kupieckim uczynił w mą stronę gest bardziej wymowny niż pociągający. Widząc taką czujność, straciłem nadzieję i przestałem chodzić tamtędy. Byłbym chciał odwiedzić bodaj protektora, którego pani Basile usposobiła dla mnie tak życzliwie. Na nieszczęście nie znałem jego nazwiska. Krążyłem wkoło klasztoru, próbując go spotkać, ale bez skutku. Wreszcie inne wypadki zatarły we mnie urocze wspomnienie pani Basile, a nawet w ogóle kazały mi zapomnieć o istnieniu pięknych kobiet i ich powabów.

Bądź co bądź, hojność opiekunki podrestaurowała nieco mój tłumoczek, bardzo skromnie wszelako i z rozwagą praktycznej kobiety, która bardziej troszczy się o schludność niż o strojność i która chciała zabezpieczyć mnie od braku, nie zaś dostarczyć sposobów błyszczenia. Ubranie, w którym przywędrowałem z Genewy, było jeszcze wcale przyzwoite; uzupełniła je jedynie kapeluszem i trochą bielizny. Nie miałem mankietów; nie chciała mi ich dać, mimo że miałem na nie serdeczną ochotę. Poprzestała na tym, iż dostarczyła mi środków ubrania się schludnie; zresztą, nie trzeba mi było tego zalecać, dopóki czułem na sobie jej oczy.

W krótki czas po katastrofie gospodyni moja, która jak wspomniałem, nabrała do mnie sympatii, oznajmiła mi, iż może uda się znaleźć dla mnie miejsce i że pewna dystyngowana dama pragnie mnie widzieć. Słysząc to, wyobraziłem sobie, iż tym razem wpłynąłem co się zowie na wody wielkiego świata; ta chimera bowiem prześladowała mnie nieustannie. Przygoda okazała się mniej wspaniała niż sobie wyobrażałem. Udałem się do tej pani ze służącym, który o mnie wspominał. Zaczęła mnie wypytywać, badać; musiałem zrobić niezłe wrażenie, z miejsca bowiem wstąpiłem w jej służby, nie tyle w charakterze faworyta, co lokaja. Ubrano mnie w liberię, jaką nosili jej ludzie; jedyna różnica była ta, iż oni nosili pętelkę, mnie zaś jej nie dano; że zaś liberia nie miała galonów, wyglądała prawie na zwykłe ubranie. Oto nieoczekiwany kres, do którego przybiły wreszcie moje wielkie nadzieje.

Hrabina de Vercellis, do której się zgodziłem, była bezdzietną i wdową; mąż jej pochodził z Piemontu; co do niej, zawsze uważałem ją za Sabaudkę, nie przypuszczając, aby Piemontka mogła mówić po francusku tak dobrze i tak czysto. Była to osoba w średnim wieku, szlachetnej postaci, wykształcona, zamiłowana w literaturze francuskiej i wielka jej znawczyni. Pisywała dużo, zawsze po francusku. Listy jej miały styl i niemal wdzięk pani de Sevigné168, niektóre mogły wprost przyprawić o pomyłkę. Głównym mym i chętnie spełnianym zatrudnieniem było pisywać pod dyktandem; hrabina bowiem, cierpiąc na bardzo dokuczliwego raka w piersi, nie mogła pisywać sama.

Pani de Vercellis miała nie tylko bystry umysł, ale i silną, wzniosłą duszę. Patrzałem na jej ostatnią chorobę; patrzałem, jak cierpiała i umierała bez najmniejszej słabości, bez walk z sobą, bez sprzeniewierzenia się roli kobiety i bez świadomości, ile w tym mieści się głębokiej filozofii: słowo, które nie było jeszcze w modzie i którego nie znała nawet w znaczeniu dzisiejszym. Ta siła charakteru dochodziła niekiedy do oschłości. Twarda i hartowna dla siebie, i drugimi nie rozczulała się zbytnio; kiedy czyniła dobrze nieszczęśliwym, to raczej, aby czynić to, co jest dobre samo w sobie, niż przez prawdziwe współczucie. Doświadczyłem nieco tego chłodu przez trzy miesiące, które spędziłem przy niej. Było naturalną rzeczą, aby nabrała sympatii dla młodego człowieka rokującego pewne nadzieje, którego miała nieustannie przed oczami, i aby czując zbliżającą się śmierć, pomyślała, iż straciwszy jej dom, będzie potrzebował oparcia i pomocy. Mimo to czy nie uznała mnie godnym szczególnej uwagi, czy że ludzie, którzy ją oblegali, nie pozwolili jej pomyśleć o tym, nie uczyniła nic dla mnie.

Przypominam sobie dobrze, iż zrazu objawiła niejaką ciekawość bliższego poznania mnie. Zadawała mi niekiedy pytania, kazała sobie pokazywać listy, które pisywałem do pani de Warens, zachęcała mnie do wynurzeń. Ale snadź niedobrą obrała drogę do mego wnętrza, nie otwierając nigdy własnego przede mną. Serce moje skłonne było do wylań, byle czuło, iż odbiera je drugie serce. Suche i zimne pytania, nieodwzajemniające mych odpowiedzi żadną pochwałą ani naganą, nie mogły obudzić we mnie ufności. Nie mogąc odgadnąć, czy paplanina moja jest jej do smaku, czułem się wciąż niepewny; całą mą troską było nie tyle wyrażenie mych myśli, ile nie wyrwanie się z niczym, co by mi mogło zaszkodzić. Zauważyłem później, że ten suchy sposób zadawania ludziom pytań, jakoby celem ich poznania, jest dosyć powszechny u kobiet, które wiele mniemają o swoim rozumie. Wyobrażają sobie, iż nie zdradzając swoich myśli, łatwiej przenikną myśli drugiego; nie widzą, iż tym samym odejmują odwagę objawienia ich. Człowiek, którego się bierze na spytki, zaczyna przez to samo mieć się na ostrożności; jeśli mniema, iż nie mając dlań istotnego zainteresowania, chce ktoś go jedynie wyciągnąć na słowa, wówczas albo kłamie, albo milczy, albo ma się w dwójnasób na ostrożności i woli raczej uchodzić za głupca niż wziąć się na lep obojętnej ciekawości. Słowem, źle się ten bierze do czytania w sercu drugich, kto zbyt oczywiście ukrywa przed nimi własne.

Pani de Vercellis nie rzekła mi nigdy najmniejszego słowa, które by trąciło sympatią, współczuciem, życzliwością. Wypytywała mnie chłodno, odpowiadałem oględnie. Odpowiedzi moje były tak nieśmiałe, iż musiały się jej wydać służalcze i widocznie znudziła się nimi. Pod koniec nie pytała już o nic i odzywała się do mnie jedynie w rzeczach usługi. Oceniła mnie nie tyle wedle tego, czym byłem, ile wedle tego czym mnie uczyniła; nie widząc we mnie nic oprócz lokaja, nie pozwoliła, abym się jej okazał czym innym.

Pierwszy to raz wówczas zetknąłem się z ową złośliwą grą ukrytych interesów, która miała mnie prześladować całe życie i która wzbudziła we mnie bardzo naturalną odrazę do rzekomego porządku, będącego ich źródłem. Pani de Vercellis nie miała dzieci; spadkobiercą jej był siostrzeniec, hrabia de la Roque, który nadskakiwał jej pilnie. Poza tym wpływowsi domownicy, widząc, że dni ich pani zbliżają się ku końcowi, nie zapominali o sobie; tyle osób cisnęło się koło niej, iż trudno było w istocie, aby miała czas pomyśleć o mnie. Na czele domu stał niejaki Lorenzi, obrotny człowiek, którego żona, jeszcze zręczniejsza od niego, tak umiała się wcisnąć w łaski pani, że raczej była na stopie przyjaciółki niżeli płatnej sługi. Naraiła jej za pokojową swoją siostrzenicę, pannę Pontal, sprytną osóbkę, która przybierała tony damy do towarzystwa. We dwie opanowały tak skutecznie swą panią, że widziała jedynie przez ich oczy i działała jedynie przez ich ręce. Nie miałem szczęścia przypaść do serca tym trojgu; słuchałem ich, ale się im nie wysługiwałem; nie uważałem za właściwe, abym poza obsługą wspólnej pani miał jeszcze być lokajem jej lokajów. Byłem zresztą dla nich figurą raczej niepokojącą. Widzieli dobrze, że nie jestem tu na swoim miejscu; lękali się, iż pani może to również spostrzec i że to, co uczyni, aby mi pomóc do odzyskania właściwszego stanowiska, może zmniejszyć ich udziały; tego rodzaju ludzie, w których chciwość tłumi poczucie sprawiedliwości, uważają każdy legat jako zrabowany169 z ich części. Podali sobie tedy ręce, aby mnie usuwać z jej oczu. Lubiła pisywać listy; w tym stanie było to dla niej rozrywką; odstręczali ją od tego i postarali się, aby lekarz wpłynął na nią w tym duchu, tłumacząc, iż to ją męczy. Pod pozorem, że jestem nie dość zręczny, użyli do posług koło pani dwóch drabów noszących zazwyczaj lektykę; słowem, zakręcili się tak dobrze, iż kiedy przyszła pora testamentu, od tygodnia noga moja nie postała w jej pokoju. Trzeba dodać, iż później bywałem tam tak jak dawniej; byłem nawet gorliwszy od innych, cierpienia bowiem biednej istoty rozdzierały mi serce; męstwo, z jakim cierpiała, czyniło mi ją czcigodną i drogą; wiele szczerych, a przez nikogo nie widzianych łez wylałem w jej pokoju.

Straciliśmy ją wreszcie. Patrzałem na jej zgon. Życie jej było życiem niepospolitej i rozumnej kobiety, śmierć była śmiercią mędrca. Mogę rzec, iż pojednała mnie z religią katolicką przez tę pogodę duszy, z jaką wypełniła jej obowiązki, bez zaniedbania i bez afektacji170. Umysł jej był z natury poważny. Pod koniec choroby zdradzała jakiś odcień wesołości, zbyt równej, aby mogła być sztuczna; była to jakby samoobrona jej rozumu przeciw opłakanemu stanowi. Spędziła w łóżku jedynie dwa ostatnie dni, do końca rozmawiając spokojnie. W końcu, przestawszy mówić, już w mękach agonii p...ła głośno. „Brawo! — rzekła, odwracając się — kto p..., jeszcze nie umarł”. To były ostatnie słowa, jakie wyrzekła.

Zapisała testamentem roczne zasługi całej niższej służbie; ale ponieważ nie byłem jeszcze na liście, nie dostało mi się nic. Mimo to hrabia de la Roque kazał mi dać trzydzieści funtów i zostawić nowe ubranie, które miałem na grzbiecie, a które pan Lorenzi chciał ze mnie ściągnąć. Przyrzekł nawet zająć się wyszukaniem mi miejsca i pozwolił zgłosić się do siebie. Poszedłem dwa czy trzy razy nie mogąc dotrzeć do hrabiego; łatwy do zniechęcenia, jak zwykle, nie wróciłem więcej. Okaże się niebawem, iż byłem w błędzie.

Ach, czemuż nie dokończyłem wszystkiego, co miałem do powiedzenia z pobytu u pani de Vercellis! Ale mimo iż położenie moje zostało toż samo, nie wyszedłem z tego domu takim, jakim weń wstąpiłem. Uniosłem z sobą niestarte wspomnienie zbrodni i nieznośny ciężar wyrzutów, które po upływie czterdziestu lat gniotą jeszcze me sumienie i których gorycz nie tylko nie słabnie, ale zaostrza się, w miarę jak zbliżam się ku starości. Któż by mniemał, iż błąd dziecka może mieć tak okrutne następstwa? Te następstwa właśnie, więcej niż prawdopodobne, czynią me serce niepocieszonym. Może przyprawiłem o zgubę w hańbie i nędzy miłą, uczciwą, godną szacunku dziewczynę, z pewnością więcej wartą ode mnie.

Rzadko bywa, aby zwinięcie domu nie pociągnęło za sobą jakiegoś nieporządku i aby nie zginęło przy tym to lub owo. Tutaj domownicy byli tak uczciwi, oboje zaś Lorenzi tak czujni, iż nic nie brakło przy oddawaniu inwentarza. Jedynie pannie Pontal zginęła jakaś wstążka różowa ze srebrem, już znoszona. Wiele cenniejszych rzeczy było mi dostępnych; ta jedna wstążka skusiła mnie, ukradłem ją po prostu, a że nie kryłem się wcale, wnet znaleziono ją u mnie. Żądano wytłumaczenia, skąd ją wziąłem. Mieszam się, bełkocę i wreszcie, czerwieniąc się, powiadam, że dała mi ją Maryjka. Maryjka była to młoda dziewczyna, którą pani de Vercellis przyjęła za kucharkę, kiedy przestawszy wydawać przyjęcia, odprawiła kucharza, bardziej potrzebując dobrego rosołu niż wykwintnych łakoci. Maryjka nie tylko była ładna, ale miała tę świeżość cery spotykaną w górach, a zwłaszcza ten wyraz skromności i słodyczy, który sprawiał, iż każdy, kto ją ujrzał, musiał ją polubić; poza tym dziewczyna dobra, cnotliwa i nieskazitelnie wierna. Toteż słowa moje wywołały zdziwienie. Zaufanie, jakie budziła powszechnie, osłabiało nieco wiarogodność moich twierdzeń; osądzono też, iż należy wprzód sprawdzić, kogo z dwojga trzeba będzie uważać za łotrzyka. Wezwano ją; zebranie było liczne, był i hrabia de la Roque. Zjawia się, pokazują jej wstążkę, oskarżam ją bezczelnie; stoi w osłupieniu, milczy, rzuca mi spojrzenie zdolne rozbroić diabła, moje nieludzkie serce zostaje nieczułym. Przeczy wreszcie stanowczo, choć bez uniesienia, przemawia do mnie, upomina, abym wszedł sam w siebie, abym nie odzierał z czci niewinnej dziewczyny, która mi nie uczyniła nic złego. Ja z piekielnym bezwstydem powtarzam oskarżenie i utrzymuję do oczu, że dała mi wstążkę. Biedna dziewczyna rozpłakała się i rzekła tylko te słowa: „Ach, Rousseau, myślałam, że masz lepszy charakter. Czynisz mi wielką krzywdę, ale nie chciałabym być na twoim miejscu”. Oto wszystko. Broniła się w dalszym ciągu z prostotą i stałością, ale nie pozwalając sobie na żadne wycieczki przeciwko mnie. To umiarkowanie w zestawieniu z moim stanowczym tonem zgubiło ją. Zdawało się trudnym do wiary przypuszczać z jednej strony bezczelność tak szatańską, z drugiej tak anielską słodycz. Sąd nie wypowiedział się jasno, ale raczej przechylał się na moją stronę. Zamęt, jaki panował w domu, nie pozwalał na zbytnie zgłębianie sprawy; hrabia de la Roque uwolnił jedynie ze służby nas oboje i ograniczył się do powiedzenia, że sumienie tego, który zawinił pomści krzywdę niewinnego. Przepowiednia jego nie była czczym słowem: dzień odtąd nie przeminął, aby się nie sprawdziła okrutnie.

Nie wiem, co się stało z ofiarą mego oszczerstwa, ale mało jest prawdopodobne, aby łatwo znalazła odpowiednie miejsce. Wyniosła ze sobą zarzut ciężko naruszający jej honor. Kradzież była drobnostką; ale ostatecznie była to kradzież, co gorsza łączyła się ze zbałamuceniem młodego chłopca; do tego kłamstwo i upór; słowem, niewiele można się było spodziewać po istocie, w której jednoczy się tyle przywar. Dzięki mnie znalazła się może w nędzy i opuszczeniu; może gorzej jeszcze. Kto wie, dokąd mogła ją zawieść w jej wieku gorycz pohańbionej niewinności? Jeśli nieznośną jest mi już zgryzota, iż mogłem ją uczynić nieszczęśliwą, można osądzić, czym jest dla mnie obawa, iż może uczyniłem ją gorszą ode mnie!

To okrutne wspomnienie nawiedza mnie niekiedy i dręczy tak, iż w bezsenne noce widzę tę biedną dziewczynę zjawiającą się, aby mi wyrzucać mą zbrodnię, jak gdybym ją popełnił wczoraj. Póki żyłem w spokoju, mniej mnie ono dręczyło; ale teraz, w odmętach burzliwego życia, odejmuje mi najsłodszą pociechę cierpiących prześladowanie — świadomość, iż cierpią niewinnie. Powiedziałem, zdaje mi się, w którymś z pism, że wyrzut sumienia zasypia w pomyślnej doli, ale zaostrza się w przeciwnościach. Mimo to nie mogłem się nigdy zdobyć na to, aby zrzucić z serca to wyznanie, wylewając je na łono przyjaciela. W najpoufniejszym zbliżeniu nigdy nie zwierzyłem się z tym nikomu, nawet pani de Warens. Umiałem zdobyć się jedynie na ogólnikowe zwierzenie, iż mam sobie do wyrzucenia czyn okrutny, ale nigdy nie powiedziałem, na czym on polega. Ten ciężar uciskał tedy, do dziś, me sumienie i mogę powiedzieć, iż potrzeba uwolnienia się od niego przyczyniła się w znacznej mierze do podjęcia tej spowiedzi.

W wyznaniu mym postąpiłem sobie otwarcie, bez ogródek; nikt chyba nie będzie uważał, iż starałem się tu ułagodzić ohydę mej zbrodni. Ale nie dopełniłbym celu książki, gdybym nie przedstawił równocześnie mego wnętrza i gdybym nie starał się usprawiedliwić o tyle, o ile tego wymaga prawda. Nigdy nie była dalej ode mnie wszelka zła intencja niż w tym okrutnym momencie; dziwnym, ale prawdziwym będzie, gdy powiem, iż kiedym obwiniał tę nieszczęśliwą dziewczynę, nie co innego, lecz przychylność moja dla niej stała się tego przyczyną. Ona plątała się właśnie w mych myślach; zaskoczony, oparłem swoje usprawiedliwienie o pierwszy przedmiot, który się nasunął. Oskarżyłem ją, iż uczyniła to, co ja chciałem uczynić; powiedziałem, iż dała mi wstążkę, ponieważ ja właśnie miałem zamiar jej ją ofiarować. Kiedy ujrzałem ją później pod ciężarem oskarżenia, serce darło mi się w strzępy, ale obecność tylu osób była silniejszą niż skrucha. Nie lękałem się kary, lękałem się jedynie wstydu; ale lękałem się go bardziej niż śmierci, więcej niż zbrodni, niż czego bądź w świecie. Byłbym chciał ukryć się, zapaść pod ziemię, niezwyciężony wstyd przeważył wszystko, wstyd jedynie dał mi siłę bezwstydu; im głębiej brnąłem w zbrodnię, tym bardziej obawa przyznania się czyniła mnie nieustraszonym. Widziałem jedynie grozę, iż mogę być odkryty, ogłoszony publicznie, w żywe oczy, złodziejem, kłamcą, oszczercą. Zamęt, w jaki mnie to wprawiało, odejmował mi wszelkie inne uczucie. Gdyby mi zostawiono czas do opamiętania, byłbym niechybnie wszystko wyznał. Gdyby mnie pan de la Roque wziął na osobność, gdyby powiedział: „Nie gub tej biednej dziewczyny. Jeśliś winien, wyznaj mi” — byłbym mu się bezzwłocznie rzucił do nóg, jestem pewny. Ale czyniono wszystko, aby mnie onieśmielić w chwili, w której należało dodać mi odwagi. Trzeba również mieć na względzie i wiek: wszak ja wówczas ledwie wyszedłem z dzieciństwa, raczej tkwiłem w nim jeszcze. W młodym wieku prawdziwa niegodziwość jest bardziej zbrodnicza niż w wieku dojrzałym; ale to, co jest tylko słabością, stanowi o wiele mniejszą winę, a w gruncie błąd mój nie był niczym innym. Toteż wspomnienie jego trapi mnie mniej dla samego złego niż dla złego, którego może stało się powodem. Wspomnienie to oddało mi tę usługę, iż zabezpieczyło mnie na całe życie od wszelkiego uczynku trącącego występkiem, a to przez owo straszliwe wrażenie, jakie mi zostało po jednej jedynej zbrodni, którą kiedykolwiek popełniłem. Zdaje mi się, że mój wstręt do kłamstwa płynie w znacznej części z wyrzutu, iż mogłem się go dopuścić w tak niecnej postaci. Jeżeli to jest zbrodnia, którą można odpokutować (a śmiem tak przypuszczać), to powinna mi być darowana za tyle nieszczęść przygniatających schyłek mego życia, za czterdzieści lat prawości i honoru w trudnych okolicznościach. Biedna Maryjka znalazła w świecie tylu mścicieli, iż mimo ogromu mej winy nie lękam się, abym ciężar tego błędu miał z sobą ponieść do grobu. Oto co miałem do powiedzenia w tym przedmiocie. Niechaj mi będzie wolno nie wracać do niego więcej.