Rozdział II

Skończyły się wizyty ludzi, którzy przychodzili pocieszać nas w żałobie. Na komodzie pojawiała się fotografia Mojsze, oprawiona w ramkę. Na tej fotografii Mojsze nie miał już okrągłej twarzy ani wyszczypanych policzków. Na martwym papierze stał chudy młodzieniec o bladej i przerażonej twarzy. Jedna ręka biała, druga czarna. Jakby ją trzymał w gumowej rękawiczce. Patrzył na bok, sztywnym obcym wzrokiem jakby nikogo w tym pokoju nie poznawał.

W owych dniach pokazała się w naszym domu jeszcze jedna fotografia. Nadeszła z Jekatierynosławia, miasta, w którym odbywał służbę w carskim wojsku Lejbke, syn ojca z pierwszego małżeństwa.

Lejbke to człowiek w niczym niepodobny do Mojsze. Zupełnie inny wygląd, zupełnie inna postawa. Wysoki, z ostro przyciętymi wąsikami. Na głowie czapka bez daszka. Szlify i guziki. Siedzi obok stolika. Zacięta twarz. Oczy rozwarte. Wnikliwy wzrok. Jakby z daleka zobaczył nadciągającego w pełnym uzbrojeniu nieprzyjaciela.

Ojciec przysunął bliżej lampkę i zaczął wpatrywać się w fotografię Lejbke. W trakcie oglądania zdjęcia czarna broda ojca rozciągnęła się na dwie części. Na jasną część i na ciemną część. Między jasnością a ciemnością migał koniuszek języka, który ojciec z przejęcia wystawił.

— I co powiesz o moim Lejbke? — przemawiał ojciec do fotografii.

Przesunął zdjęcie trochę do tyłu, potem znowu do siebie:

— Oficer pełną gębą. Dosłużył się za Iwana.

Chciał, żeby jego słowa usłyszała mama, żeby się odezwała i podzieliła jego zdanie, że Lejbke wyrósł na wielkiego człowieka. Mama jednak fotografię zdążyła już obejrzeć wcześniej. Zdążyła się już wypłakać patrząc na zdjęcie swego syna Mojsze. Wytarła nos i westchnęła:

— A mój Mojsze leży w ziemi. Biedaczysko.

Teraz, kiedy tato zapytał, co sądzi o Lejbke, pochyliła tylko głowę, pociągnęła nosem i nic nie powiedziała.

Ojciec nie należał do osób gadatliwych. W jego na pół zaspanych oczach zawsze tkwiła głucha cisza. Nigdy człowiekowi w oczy nie patrzył. Patrzył tylko na usta, jakby nie miał zbytniego zaufania do jego słów. Mama uważała, że jest nieco głuchawy i dlatego mówiła do niego głośniej niż do innych osób. Ojciec lubił przechadzać się po pokoju w ciepłym trykotowym swetrze. Lubił zawsze coś robić w domu. Coś tam naprawiać. To reperował ławeczkę, to nakręcał zegar. Wtem zatrzymał się w środku pokoju, popatrzył na mamę swoimi na pół drzemiącymi oczyma i zawołał:

— Czego krzyczysz? Czym głuchy?

— A co? Nie głuchy jesteś?

Zdecydowanym głosem mama zawyrokowała, że tato jest głuchy i koniec.

Tato podszedł bliżej do mamy, która siedziała na moim łóżku. W jego oczach tliła się niepewność, jaką odczuwamy, kiedy spotykamy człowieka i nie wiemy, czy go znamy czy nie.

— Jakoś dzisiaj mówisz całkiem cicho — powiedział do niej.

— Nic nie mówię, kto twierdzi, że coś mówię?

— Ale przecież coś powiedziałaś.

— Nic nie powiedziałam. Daj spokój!

Tato patrzył na usta mamy. Głucha cisza tląca się w jej oczach pokryła się cieniem. Mama wyglądała teraz na obcą, nietutejszą osobę.

Wtedy tato popatrzył na mnie i powiedział:

— Trzeba do niego napisać list. Do Lejbke, ma się rozumieć. Do Jekatierynosławia trzeba napisać.

Chciał przez to powiedzieć, że gdyby sam umiał pisać, to by jeszcze dzisiaj napisał liścik do Lejbke. Ale z napisaniem listu trzeba się zwrócić do mamy, bo nie ma innego wyjścia, jak tylko zaczekać, aż mama będzie skłonna to uczynić.

Tymczasem ojciec włożył fotografię do szuflady komody, gdzie leżała czysta pościel. Od czasu do czasu, zwłaszcza w wieczory pożegnania soboty, wyjmował z szuflady fotografię — na nowo ją oglądał i na nowo sobie przypominał, że trzeba napisać list do Jekatierynosławia. Ale mama nadal nie była w nastroju do pisania, nadal jeszcze nie miała głowy ani do męża, ani do jego syna Lejbke.

Zima owego roku była długa i ostra. Studnia głębinowa na podwórzu obwieszona była nabrzmiałymi soplami lodu, przypominającymi ciężkie kawałki odlanego szkła. W rynsztokach zamarzły wylane podczas nocy pomyje i inne nieczystości. Kłódka na drzwiach domu srebrzyła się bielą i śliskością. Ściany kuchni, w której spała Józia, błyszczały wieczorem niebieskawo-zielonawą wilgocią. Taka sama wilgoć obsiadła ścianę, przy której stało łóżko ojca. Nie pomógł piecyk z zardzewiałymi, ciągnącymi się aż do belki pod sufitem rurami, który stał w środku pokoju. Nie pomogła glina, którą zapchano wszystkie szpary przy oknie. Nie pomogła nawet wata, która przez całą zimę leżała wilgotna między podwójnymi szybami.

Ojcu to jednak nie przeszkadzało. Spał mocnym snem zmęczonego człowieka. O czwartej nad ranem zaczynał się ruszać, gotów do wstawania. A wstawał tej zimy tak wcześnie, bo zawarł spółkę z pewnym Żydem, który nazywał się Motl Sztroj. Był ów Motl mężczyzną wysokiego wzrostu, z ruchliwym jabłkiem Adama, szpiczastą, rzadką bródką i długimi, cienkimi, ruchliwymi rękami.

W ciągu całego swego życia Motl Sztroj obracał się wśród chłopskich furmanek, obmacywał worki zboża, żuł słomę, wpadał od czasu do czasu do garkuchni Mordechaja na ćwiartkę gęsi i układał w długim, skórzanym portfelu banknoty. Tak długo je układał, aż przyszedł do ojca z propozycją utworzenia wspólnego interesu.

— Tak się składa, że jest do nabycia — oświadczył — duży magazyn słomy. Dobrej słomy.

Motl włożył w interes pieniądze, a mój ojciec doświadczenie i znawstwo przedmiotu. Pieniędzy, jak wiadomo, ojciec nie posiadał. W Nowym Młynie, w tamtej wsi, z której ojciec przybył do miasta, rozciągały się duże rozgrzane pola, otoczone niebieskimi, zaciemnionymi lasami. Chatki w Nowym Młynie były drewniane, prymitywne, złożone z nieheblowanych desek. Dachy kryła słoma, a podłogi ulepione były z gliny. Pożywienie chłopów to zazwyczaj zsiadłe mleko, przechowywane w glinianych garnkach. Płaskie bochenki chleba, wypieczone we własnych piecach, uzupełniały posiłek. Latem wieśniacy kąpali się w rzece, sypiali pod stogiem siana i wpatrywali się w polną dal. Być może właśnie w tej wsi ojciec poznał się na sianie.

I zaczęło się po śmierci Mojsze nowe życie w naszym domu. Życie według nowego porządku.

Noc leżała jeszcze senna na zamarzniętych szybach, kiedy ojciec się budził. Przez zimny, ciemny pokój raz po raz przedzierało się głośne ziewnięcie obudzonego ojca. Obróciłem się twarzą do migocącej błękitem ściany i czekałem z niecierpliwością, aż ojciec postawi nogę na podłodze, bo wtedy stanę się panem całego łóżka. Ojciec jednak czekał na jakiś sygnał, na znak, który by go wyciągnął spod ciepłej pierzyny.

I sygnał się rozległ. Codziennie rano, o tej samej porze, dało się słyszeć stukanie palców w szyby i zachrypnięty od zimna głos:

— Panie kupiec! Panie kupiec?

To wołał stary Mateusz, furman, z którym ojciec jeździł po wsiach, żeby skupować siano u dziedziców. Rozstękał się ojciec ciężko, nim opuścił nogi z łóżka na zimną podłogę. Przekręcił knot w lampie. W czerwonym blasku płomyka, który mrugał jak obudzone nagle oko, ojciec zmagał się z nogą, która od wielu lat przysparzała mu cierpień z powodu niezagojonej rany. Ojciec przykładał do rany szczypior z cebuli, która rosła w glinianym garnku na parapecie naszego okna.

Uporawszy się z nogą, ojciec kilka razy westchnął, ziewnął i dopiero wtedy przypomniał sobie, że na dworze czeka stary Mateusz. Podszedł do drzwi, otworzył je i wpuścił starego do pokoju.

Chłop wszedł do izby. Wysoki, siny na twarzy, odziany w pożółkły, śmierdzący kożuch, z batem w ręku. Wyglądał jak strach na wróble.

Stanął i czekał, aż „pan kupiec” będzie gotów do wyjazdu.

„Pan kupiec” tymczasem umył się nad wiadrem z pomyjami, po czym zaczął się głośno modlić.

Matka wiła się i kręciła na łóżku, niczym robak w piasku.

Wcisnęła głowę w poduszkę i wzdychała:

— Cholerne interesy mojego męża. Nie można zmrużyć oka.

Ojciec jednak nie słyszał tego. Józia, córka bednarza, wystawiła swoją czarną, owczą głowę spod kołdry. Wyciągnęła nagie ręce i leniwym wypoczętym głosem zapytała chłopa:

— Ojczulku, masz syna?

— Jasne, że mam — odpowiedział Mateusz, odwracając twarz ku łóżku Józi.

— A młody ten twój syn?

— Młody. Pewnie, że młody.

— To poślij go tu ojczulku. Nie zapomnij!

— On już ma żonę. Nie potrzebuje drugiej.

— I co z tego, że ma żonę? Ja też mogę nią być.

Ojciec krążył po izbie i głośno odmawiał modlitwę.

Rozmowa Józi z chłopem nakładała się na modlitwę. Łóżko mamy zaczęło głośno skrzypieć:

— Lejzorze! Lejzorze! A może by trochę ciszej?

Ale i tego ojciec nie usłyszał. Zanim zamknął za sobą drzwi, matka nieraz obróciła się w łóżku i nieraz wspominała pierwszego męża, u którego w domu klamki przy drzwiach były z mosiądzu.

Po wyjściu ojca z domu, zaległa uspokajająca cisza. Taka jaka nastaje po przejeździe wozu po kocich łbach. Lampka dalej się paliła. Matka po raz ostatni westchnęła z ulgą. Ja zaś w półśnie słyszałem:

— Młody? Przyślij go tu ojczulku...

Domyśliłem się, o co Józi chodzi. Stanął mi przed oczami ów wieczór, kiedy Józia zaczęła mnie ogrzewać. Od tego wieczoru minęło już sporo czasu. Wyglądało na to, że Józia całkiem zapomniała o mnie. Wiele razy wracałem do domu, zesztywniały niemal od chłodu. Wracałem, kiedy w domu nie było ani ojca, ani matki, a Józia siedziała sama przy stole w kuchni i nieruchomymi oczyma wpatrywała się w drżący płomyczek lampy. Musiałem sam wykaraskać się z szarego, żołnierskiego baszłyku8. Sam musiałem poszukać sobie na płycie cośkolwiek do jedzenia. Nawet łóżko musiałem sam ścielić, Józia nie zauważała mnie.

Pewnego razu jednak i chyba był to ostatni raz, Józia przywołała mnie do siebie:

— Podejdź no, mały — powiedziała i odwracając oczy od lampki, ustawiła mnie wśród fałdów swojej barchanowej sukni. Przechyliła swoją twarz do mojej i otarłszy swój nos o mój, ochrypłym głosem zapytała:

— Opowiedziałeś matce?

— Nie. Nic nie powiedziałem.

— Na pewno?

— Na pewno!

— Przysięgnij!

— Żebym tak żył!

Moja twarz znalazła się w jej obu rękach.

— Chcesz, żebym cię pocałowała?

Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Znowu zrobiło mi się ciasno.

— Chcesz tak jak wtedy? Tak?

Nie czekając na moją odpowiedź raptem przykręciła knot w lampie. W ciemności szybko ściągnęła ze mnie ubranie. Zrozumiałem, że mam się cicho zachowywać.

— Tu, u mnie będzie ci ciepło.

Głos Józi stał się bardziej ochrypły i ręce jej bardziej ciepłe.

— Chodź tu mały. Dzisiaj po raz ostatni. Wyprowadzam się bowiem od was. Nie opowiedziałeś matce?

— Nie... — powiedziałem zdławionym głosem, z twarzą przytuloną do jej ciała.

— Twoja matka kazała mi się wyprowadzić. Na pewno jej nic nie powiedziałeś?

— Na pewno!

— To dlaczego matka każe mi się wyprowadzić?

— Nie wiem.

Więcej nie mogłem mówić. Moje ciało płonęło. Ostry ból przenikał mnie od głowy do nóg.

— Nie gryź — krzyknęła. I śmiejąc się, przysunęła wargi do moich:

— Cha, cha... jesteś już duży. Całkiem duży...

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje, ale pragnąłem, żeby ból, który odczuwałem trwał jak najdłużej.

I nagle powstała we mnie pustka. Taka próżnia. Coś ze mnie odeszło. Coś zostało ode mnie odjęte. W sercu czułem żar. Wydawało mi się, że wycięto mi z ciała kawałek żywego mięsa.

— Czemu płaczesz, głupi cielaku? Taki duży chłopak już nie płacze. Ano, podejdź, chodź tu, psiaku jeden...

Zacisnąłem zęby. Wyrwałem się z jej rąk i stoczyłem się z łóżka na podłogę. Dopiero wtedy rozpłakałem się na dobre.

Józia z powrotem odkręciła knot w lampie i zrobiło się jaśniej. Jej owcza głowa stała się dwa razy większa niż zwykle. Rozwichrzona, rozchełstana i zmieszana stała nade mną i szybko wciągała na siebie barchanową kieckę. Niecierpliwie wiązała wstążki sukni i rzuciła w ciemną przestrzeń pokoju:

— Więcej nie będę się z tobą bawiła. Jesteś jeszcze głupi szczylek. Ale uważaj, jeśli komuś powiesz... — pogroziła pięścią.

Drżałem ze strachu i kiwnąłem głową na znak, że nikomu nie powiem. Mama późno wróciła do domu. Nie byłem w stanie zjeść kolacji. Matka widocznie miała własne kłopoty, bo nie zapytała nawet, dlaczego nie chcę jeść. Prawie, że mnie nie dostrzegała. Na fajerkach kuchni stały zimne, puste garnki.

Ojciec wrócił jeszcze później. W połach płaszcza przyniósł do domu zacinający wiatr. Długo mocował się ze ściągnięciem butów. Miał przy tym wykrzywioną twarz i głośno wzdychał.

We mnie płacz jeszcze nie przebrzmiał. Matka, zdaje się, coś zauważyła. Przysiadła się do mnie na łóżku. W półśnie, w jakim już trwałem, usłyszałem, jak powiedziała do ojca:

— Zdaje się, że Mendel ma gorączkę.

— Gorączkę? — powtórzył ojciec, nie przestając się mocować z butami.

— Kiedy ma się gorączkę, to znak, że chory... Podaj mi szczypior.

Więcej już nie słyszałem, ale kiedy ojciec wlazł do łóżka, obudziłem się i obróciłem twarzą do ściany. Bałem się, że ojciec odczuje zmianę, jaka zaszła w moim ciele.