Rozdział VIII
Hudl mogła mieć ze czterdzieści lat. Ona sama twierdziła, że zbliża się do trzydziestki. To tylko gorzkie życie i parszywa profesja uczyniły ją starą.
Kiedyś Hudl miała męża, ale był to człowiek nie do życia. Niedorajda i w dodatku dotknięty chroniczną chorobą. Hudl bez dłuższego namysłu porzuciła go i wyszła za mąż po raz drugi. Pragnęła mieć dzieci, ale nic z tego nie wyszło. Jeździła do wielu cadyków29. Zasięgała porad najlepszych lekarzy i wypijała morze wywarów z ziół.
Na dużym podwórzu za bóżnicą, gdzie był dom Hudl, zbierały się kobiety i dziewczęta ciekawe posłuchać, jak Hudl miota przekleństwa na głowy swoich mężów. Obaj mężowie Hudl byli widać nieco głuchawi i nie słyszeli, czego Hudl od nich chce. Ona sama — krzyczała — jest zdrowa jak rzepa. Wszyscy lekarze i wszyscy święci Żydzi z Kongresówki zapewnili ją o tym. Słowem winni są tylko jej mężowie, oby gniew nieba spadł na nich.
Wyjść za mąż po raz trzeci już nie chciała. Jeśli wszyscy mężowie warci są śmierci, to ona nie będzie ryzykować życiem. W wieku więc trzydziestu kilku lat, w pełni sił żywotnych, Hudl została wdową.
Smutny jest los samotnej wdowy, nawet kiedy jest się kobietą typu Hudl. Szukała więc kontaktów z ludźmi. Chciała mieszkać i żyć wśród obcych rodzin. Wszędzie woziła ze sobą niebieski, opasany żelaznymi obręczami kufer na kółkach, który z każdym dniem stawał się cięższy od sobotnich lichtarzy, poduszek, ubrań i innych fantów, które biedni ludzie zastawiali u niej i nie mogli potem wykupić.
To chyba mama postarała się o to, by Hudl z nami zamieszkała.
— Po pierwsze — stwierdziła mama — mniej nas będzie kosztował czynsz. A po drugie będzie jakoś przytulniej w mieszkaniu.
Ojciec nie był specjalnie zadowolony z nowej lokatorki. W owym czasie był w stanie sam opłacać czynsz, a co się tyczy przytulności, nie rozumiał, dlaczego mamie miałoby jej w tym mieszkaniu brakować.
Toteż patrzył na Hudl złym okiem. Nie mówiąc słowa, obejrzał kuty kufer, po czym wbił oczy w mamę. W jego spojrzeniu było nieme pytanie:
— Po co nam to było, Frumet?
Hudl wyczytała pytanie z jego oczu. Rozdziawiła więc gębę:
— Czemu pan tak patrzy, panie Lejzorze?
— Dlaczego nie miałbym patrzeć? Na piękną kobietę warto popatrzeć... — zażartował ojciec.
— Cha, cha, cha — skóra okrągłej twarzy Hudl zmarszczyła się.
— Prawda, panie Lejzorze, że jeszcze jestem warta grzechu?
— No, Hudl, przestałabyś — wtrąciła się szybko mama.
— Dlaczego miałabym przestać? W imię czego? Czyżbyś była zazdrosna?
— Nie jestem zazdrosna. Nie lubię takich żartów.
— On przecież, tak czy owak, nie słyszy tego, co się do niego mówi.
Być może tato rzeczywiście nie słyszał, ale za to ja wszystko dobrze słyszałem. Od samego początku. Zabolało mnie, że Hudl stroiła sobie żarty z głuchoty taty. Jej głośne i bezczelne gadanie dotknęło mnie do żywego. Znienawidziłem tę wypasioną babę. Wniosła do naszego domu krzykliwość i obcość. Kuty zielony kufer, który przedtem stał w kuchni, nagle wjechał do dużego pokoju. Hudl z każdym dniem stawała się grubsza. Z dnia na dzień coraz bardziej błyszczała.
Mama w tym czasie całkiem prawie straciła swój miękki, ładny, w Warszawie wyhodowany, podbródek. Twarz jej ściągnęła się i wyostrzyła. Z rana nie nosiła już czarnej jedwabnej spódnicy, którą dostała od ciotki Gitl-Hadasy. Miała teraz na sobie zwykłą barchanową. Stała się jakby wyższa, szczuplejsza.
Hudl chodziła po mieszkaniu, kołysząc biodrami i demonstrując gołe ramiona. Swoją perukę wysmarowała jakimś gęstym smarem, którego zapach drażnił nozdrza. Bez przerwy żuła kawałki słodkiego ciasta, na przemian z żółtą, tłustą chałwą. Oblizywała się przy tym tak samo jak Władek przy swoich wyżebranych kromkach chleba.
Kiedy żarła, odwracała twarz ku ścianie. Nigdy nie uważała za stosowne kogoś poczęstować. Jeśli ktoś zastawał ją przy jedzeniu, przestawała żuć, zamykała usta pełne żarcia i czekała, aż ów odejdzie.
Bała się strasznie uroków. Co najmniej dwa razy w tygodniu mama musiała nalać do szklanki wody, wrzucić do niej węgielek, umoczyć palce w wodzie, obmyć twarz Hudl i kilka razy splunąć wymawiając zaklęcie: „Niech to spłynie na wszystkie puste pola”.
W ten sposób mama odczyniała uroki, które jakoby spadały na Hudl. Zapach zjadanych przez Hudl pomarańczy nieraz łaskotał moje podniebienie. W nosie mi się kręciło od konfitur, które Hudl trzymała pod łóżkiem. Mimo że jej serdecznie nie znosiłem, nie mogłem się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie popatrzeć na to, jak zajada się tymi smakołykami.
Pewnego razu Hudl przywołała mnie do siebie, zajrzała mi w oczy i podała kawałek strudla.
— Masz młokosie! Jeśli będziesz się dobrze sprawował, dostaniesz więcej.
Czy sprawowałem się dobrze, nie wiem, ale kilka dni później znowu mnie przywołała. Obejrzała mnie ze wszystkich stron i poczęstowała chałwą.
— Jedz braciszku. Zasłużyłeś — powiedziała z uśmiechem cwaniaczki, szczypiąc mnie w policzek. — Dobra chałwa? Smakuje?
Chałwa była rzeczywiście dobra, ale dlaczego mnie uszczypnęła?
Bolał mnie policzek. Pozostał na nim siniak, który potem sczerniał. Bałem się, że mama go zauważy. Gotów byłem Hudl oddać i chałwę, i strudel, byle tylko przestała mnie szczypać.
I oto pewnego dnia w sobotę rano zdarzyła się rzecz następująca. Mieszkanie nie było jeszcze sprzątnięte. Żółty wilgotny piasek, którym posypano podłogi wczoraj, był teraz biały i suchy. Na parapecie okiennym stały zimne talerze z jeszcze zimniejszą rybą. Mamy nie było w domu. Poszła do ciotki Miriam. Ktoś tam miał wpaść. Herbaty w domu nie było. Stara Pawłowa, która w sobotę paliła u nas w kuchni, jakoś spóźniała się. Tato przeczytał już rozdział Tory przypadający na ten tydzień i chciał się napić herbaty. Być może z powodu pragnienia zaczął mnie co chwila budzić, żebym wstał.
— Już czas pójść się modlić.
Pod kołdrą było ciepło. W mieszkaniu panował chłód. Jakże mógłbym chcieć opuścić łóżko? Zacząłem więc grać na zwłokę:
— Zaraz, tatusiu, jeszcze troszeczkę.
Tato nie mógł się doczekać. Ani mnie, ani Pawłowej. Zarzucił na kapotę tałes, a na tałes wciągnął płaszcz i poleciwszy mi zaraz podążyć za sobą, udał się do bóżnicy.
Mnie nadal nie chciało się wstać. Zacząłem liczyć do stu, bo postanowiłem przy stu jeden wyskoczyć z łóżka. Ale doszedłem do dwustu i dalej leżałem.
I oto w trakcie liczenia usłyszałem, jak ktoś zamyka drzwi w kuchni.
W jakim celu ni z tego, ni z owego zamyka się drzwi w kuchni? Co ta Hudl zamierza robić?
Niedługo przyszło mi czekać na odpowiedź. W pokoju pojawiła się Hudl. Sama chyba nie wiedziała, jak wygląda. Zamiast sukni miała na sobie spodnie zakończone szpicami. Takie spodnie noszą sztukmistrze, którzy pokazują magiczne sztuczki w „budzie”. Nocnego czepka Hudl na głowie nie miała, dlatego też po raz pierwszy zauważyłem, że ma rzadkie włosy. Do tego siwe. Co się z nią stało? Szybko się rozejrzała po mieszkaniu. Podeszła do okien i zaciągnęła firanki.
Zdziwiło mnie to niepomiernie. W czym zawadzały jej firanki?
Ale Hudl widocznie miała swój plan. Nim zdążyłem się domyśleć, o co jej chodzi, jednym skokiem dopadła mego łóżka i usiadła na nim.
Gorący pot oblał moje ciało. Wstyd mi było, że obca kobieta przysiadła na moim łóżku.
Nadal nie wiedziałem, o co Hudl chodzi. Ale instynktownie naciągnąłem na głowę kołdrę i po prostu ukryłem się w jej cieple.
— Dlaczego się chowasz? — powiedziała Hudl, odkrywając kołdrę.
— No, masz cukierek.
— Nie chcę cukierków! Niech pani pozwoli mi wstać!
— Nie krzycz tak. Wiedz, że ja kiedyś zadusiłam chłopca, który tak jak ty krzyczał.
Głos jej stał się chrapliwy. Zdawało mi się, że ja właśnie jestem tym chłopcem i Hudl już mnie udusiła.
Inaczej nie mogłem tego zrozumieć. Język mi zesztywniał.
Poczułem chłód w nogach. Miałem wrażenie, że setki szpilek kłuje moje stopy.
— Głuptasku — powiedziała Hudl pochyliwszy się nade mną — przygotowałam dla ciebie pomarańcze, winogrona i orzechy laskowe. Jak myślisz, czego od ciebie chcę?
Nie powiedziała mi, czego chce, ale raptem swoimi grubymi wargami przycisnęła moje usta.
Straciłem oddech. Dusiłem się. Starałem się wyrwać moje wargi spod jej ust, ale ona był silniejsza. Rękami niby obcęgami przytrzymywała moją głowę. Po chwili poczułem przy sobie czterdziestoletnie wypasione ciało Hudl.
— Kochany — już nie mówiła tylko charczała. — Dam ci pieniądze... mam dużo pieniędzy. I zegarek też dostaniesz. Przecież już jesteś dorosły. Powinieneś mieć zegarek.
Jak w gorączkowym śnie przypomniałem sobie, że Józia, córka bednarza, też takim ochrypłym głosem do mnie mówiła. Ale Józia mnie objęła, kiedy było mi zimno po powrocie z pogrzebu. Czego Hudl chce ode mnie? Jestem teraz w jej rękach słaby i bezbronny.
I oto podnosi mnie. Nie mogę się bronić.
— Jak ja chcę, to musisz! — zgrzyta zębami i chce mnie położyć na sobie.
Ale w tym momencie zdarza się cud. Czuję w sobie napływ sił. Padam nie tam, gdzie Hudl chce. Jednym ślizgiem wykręcam się z jej rąk. Skok i jestem na podłodze.
— Ludzie, ratujcie! — krzyczę.
— Przestaniesz krzyczeć?!
Hudl wyskakuje z łóżka i gdy ja czołgam się po podłodze, ona podbiega do mnie i stawia mi na karku swoją ciężką nogę.
Nic innego, jak tylko chce mnie udusić. Tak jak to zrobiła z owym chłopcem.
Nie wiem, jak na to wpadłem. Chyba Pan Bóg pomógł mi wyrwać się z jej rąk. W jednej chwili wpiłem się zębami w nogę Hudl.
— Złodziej! Morderca! — zaczęła wrzeszczeć płaczliwym głosem.
Puściłem nogę. Zaczęła skakać na drugiej jak spętana gęś.
— Żeby cię ogień spalił, ty podły sukinsynu! Zaczekaj, już ja cię urządzę! Taki mały bękart, a już łazi do kobiet. Żeby cię cholera!
Nagle chwyta ze stołu lichtarz i rzuca go w moją stronę. Ja, szybko wciągając spodnie, ledwo zdążyłem uchylić się przed ciosem. Lichtarz spadł na kołdrę. Leży teraz na łóżku jak nieboszczyk. Hudl, skacząc na jednej nodze, znalazła się w kuchni.
Ja sam musiałem teraz wyglądać jak nieboszczyk.
Ubrałem się w mig. Przez kuchnię nie mogłem przejść. Tam była Hudl. Otworzyłem więc okno i wyskoczyłem na dwór.
Z kuchni doszło mnie błogosławieństwo Hudl:
— Żebyś połamał ręce i nogi!
Na ulicy wpadłem na mijanych ludzie. Którędy się idzie do bóżnicy? Zaszedłem nie tam, gdzie trzeba. Znalazłem się w starym ogrodzie miejskim. Biada mi! Co powie tato i co ja jemu powiem?
Droga do bóżnicy zajęła mi znacznie więcej czasu niż zwykle. Przyszedłem w połowie nabożeństwa. Ojciec popatrzył na mnie wzrokiem pełnym złości. Nic nie powiedział. Położył rękę na moim ramieniu. Pokazując mi palcem odmawiany właśnie werset w modlitewniku mruknął:
— No, o...
Wbiłem wzrok w żółte na pół podarte kartki modlitewnika, ale liter nie widziałem. Na karku czułem palące spojrzenie ojca. Wśród linijek tekstu pojawiała się Hudl. Nie wiedziałem, czy już należy odwrócić stronicę. Nie słyszałem, jaki werset odmawia teraz kantor. Ojciec co kilka chwil wychylał głowę spod tałesu i mruczał:
— No, oo...
Nie wolno mu było rozmawiać, ale w jego mruknięciu, które pochodziło raczej z nosa niż ust, usłyszałem z uporem powtarzane pytanie:
— Gdzie tak długo byłeś? Dlaczego nie modlisz się? Dlaczego jesteś taki zmieszany?
Modlitwa stała się dla mnie istną pańszczyźnianą męką, piekłem. Prosiłem Boga, żeby się prędzej skończyła, żebyśmy mogli już pójść do domu. Ale znaleźć się w domu też nie było dobrym rozwiązaniem.
— Co się z tobą dzieje, Mendel? — głos ojca niby świder, wiercił mi dziurę w mózgu.
— Nic. Co ma się dziać?
— Dlaczego od razu nie przyszedłeś do bóżnicy?
— Nie miałem czystej koszuli — szybko zmyśliłem kłamstwo.
— Co znaczy, żeś nie miał czystej koszuli? Przecież leżała na krześle.
— Nie mogłem jej znaleźć.
— A matka jeszcze nie wróciła?
— Nie.
— Coś mi wyglądasz na zmieszanego. Mendel, co ci jest? Może jesteś chory?
— Głowa mnie troszkę boli.
Nie kłamałem. Głowa faktycznie mnie bolała. I pod sercem coś mnie kłuło. Ojciec powoli i dokładnie obejrzał mnie. Nie mogłem ustalić, czy mi wierzy, ale nie zamęczał mnie więcej pytaniami.
Szliśmy w milczeniu. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod nogami. W innych okolicznościach pozwoliłbym sobie na ślizganie po zamarzniętym rynsztoku. Po cichu oderwałbym się od ojca i z kumplami zabralibyśmy się do lepienia bałwana. Dzisiaj jednak biała sobotnia ulica wyglądała czarno w moich oczach.
Było mi zimno. Zdawało mi się, że w skrzypieniu śniegu słyszę słowa o mojej winie, o moim grzechu. Wstydziłem się kroczyć tuż przy ojcu. Bałem się bowiem, że swoim brudnym ciałem zanieczyszczam jego sobotnią kapotę.
Kiedy przyszliśmy do domu, fajerki na płycie były już białe od gorąca. Z pełnych garnków rozchodził się zapach gęsiny i słodkiej kapusty.
Jak widać, matka wróciła już od ciotki Miriam. Opowiedziała, że wuj Szmuel przejadł się wczoraj i zachorował na żołądek. Lekarz Towie przystawił mu pijawki. Mama zaczęła się krzątać przy łóżku. Wygładziła kapy i poduszki. Przy łóżku ojca zatrzymała się trochę dłużej. Serce podskoczyło mi do gardła. Czyżby coś zauważyła?
Ale po chwili przewróciła tylko na drugą stronę kołdrę i rozciągnąwszy ją, wygładziła.
Hudl stała w naszym pokoju twarzą zwrócona ku oknu. Była ubrana w czarną suknię i miała złoty, długi łańcuch na szyi. Gruba, rozłożysta, lekko kiwała się nad otwartym modlitewnikiem.
Patrzyłem na nią z boku. Byłem pewny, że zaraz obróci się twarzą ku mnie i głośno powie, dlaczego dzisiaj spóźniłem się do bóżnicy. Szykowałem się już do odpowiedzi. Przecież ja również miałem coś do opowiedzenia.
Hudl jednak nic nie powiedziała. Zaczęła chodzić po pokoju, gniewna, chmurna, z opuszczoną głową. Nikomu w oczy nie patrzyła.
— Hudl — zapytała mama — czy masz, nie daj Bóg, jakieś zmartwienie?
Hudl nie odpowiedziała. Zaraz po obiedzie wyszła do miasta i przez całą sobotę nie było jej w domu. Dopiero późno w nocy, kiedy ojciec siedział już na łóżku i ściągał buty, zjawiła się.
Postanowiłem trzymać się jak najdalej od Hudl. Już wiedziałem, do czego zmierza swoją chałwą i strudlem. W sobotę już nie wylegiwałem się w łóżku. Wręcz przeciwnie. Wstałem wcześniej od ojca.
Sama Hudl przestała od tamtego czasu rozmawiać nie tylko ze mną, ale również z mamą i z ojcem. Nikogo nie poznawała i nikogo o nic nie pytała. Przez cały dzień paradowała po mieszkaniu w koszuli z dekoltem i z obnażonymi w całości ramionami. Siedem razy dziennie otwierała i zamykała kufer. Jedzenie swoje gotowała w garnkach mamy. Rozbijała szklanki. Jednym słowem oszalała. Mama przyglądała się temu i milczała. Ojciec, który wyjeżdżał raniutko, nigdy Hudl w takim stanie nie widział. Kiedy zamykał za sobą drzwi, Hudl właśnie przewracała się na drugi bok. Kiedy w nocy wracał i otwierał drzwi, Hudl spała już, zmęczona złością obnoszoną za dnia.
Raz tylko, kiedy mama była chora, ojciec został w domu. Wtedy zobaczył Hudl.
Kręciła się po mieszkaniu w wydekoltowanej koszuli nocnej. Co chwila podchodziła do swojego kuferka. Otwierała go, wyciągała jakieś rzeczy, potem wkładała je z powrotem i zamykała.
Ojciec z tałesem na ramionach modlił się. Czy jego oczy na dłużej zatrzymały się na postaci Hudl, trudno powiedzieć. Faktem jest, że w pewnej chwili zaczął modlitwę szybciej i głośniej recytować.
Mama leżała w łóżku. Była osłabiona. Nie mogła rozmawiać. Kiedy jednak, przy bożej pomocy, wstała z łóżka, a Hudl dalej kręciła się po pokoju w swojej wydekoltowanej koszuli, nie wytrzymała i zawołała:
— Hudl, czy ci nie zimno?
Hudl podeszła do kuchni i wetknąwszy prawie twarz w garnek z gotującą się strawą odpowiedziała:
— Dlaczego ma mi być zimno? Czy nie pali się w kuchni?
— Ale jak można w taki sposób paradować po mieszkaniu?
— A w jaki to sposób paraduję?
— No wiesz... może byś coś tak włożyła na siebie? Nie wypada...
— Popatrz, no, popatrz... nie wypada... czego mam się wstydzić? Czy to nie moje?
— Ależ posłuchaj, Hudelciu, w twoim wieku... no wiesz... w mieszkaniu przebywa przecież chłopiec...
— Widzicie ją? Boi się o chłopca! Dobra, dobra, ten twój chłopaczek, to twoje biedaczysko, wie więcej niż my obie.
Krew napłynęła mi do twarzy. Wybiła chwila. Hudl zaraz opowie, zaraz powie. Gdzie się tu schować? Co powiedzieć?
— Sza! Ani słowa! — Mama jakby odpędzając rękami słowa Hudl, odskoczyła od niej i zawołała:
— Niech już lepiej twoi wrogowie mówią za ciebie!
Hudl założyła ręce na biodra i stanąwszy pośrodku pokoju powiedziała:
— Od kiedy to stałaś się taką pobożną matroną?
Twarz matki wydała mi się w tej chwili dwukrotnie większa niż zwykle. Malowało się na niej zmieszanie i niepewność.
— Nie stałam się pobożną matroną — tłumaczyła się — ale w domu są mężczyźni...
— Przyzwoici mi mężczyźni! Ładni mi mężczyźni! Żebym tak zdrowa była, jak ci mężczyźni lubią to, czym inni nie gardzą...
Wypowiedziała to z triumfującym, tajemniczym uśmieszkiem na twarzy i z taką zuchwałością, że wargi matki w mig się zamknęły. Widać było, że z trudem łapie powietrze.
Dotknęło mnie to do żywego. Gotów byłbym puścić w niepamięć własną krzywdę, ale ból matki przejął mnie do głębi. Gdybym tak mógł przyskoczyć do Hudl i kopnąć ją w brzuch, sto lat życia przybyłoby mi.
Matka chyba czegoś się domyśliła. Spojrzała na mnie jakoś smutnie swoimi niebieskimi, na pół drzemiącymi oczami. Wydawało się, że w jej wzroku tkwi żądanie, żebym zdał jej sprawozdanie, żebym powiedział jej, co jest grane.
Powiedziałbym. Opowiedziałbym wszystko, ale bałem się, że to może jeszcze pogorszyć sprawę.
Przez wiele dni matka pogrążona była w milczeniu. Jakoś zmalała i skurczyła się. Jakby Hudl przygniotła ją do ziemi, nie słowami, ale kamieniami.
Wieczory stały się ciemnoszare, nieprzyjemne, ciężkie. Matka cerowała, poprawiała i łatała bieliznę. Hudl zaś dalej zajmowała się gotowaniem jedzenia. Jak przedtem odwracała się przy jedzeniu twarzą do ściany i wcinała rosół z kurzymi skrzydełkami.
Myśmy w owym czasie mięsa w powszednie dni tygodnia nie jedli. Rano mama gotowała kaszę, wieczorem barszcz z kartoflami.
Zapach kurzych rosołów łaskotał podniebienie. Przed zaśnięciem Hudl z zamkniętymi ustami żuła kawałki pomarańczy.
Czy można było taką kobietę lubić? Nie mówię już o tym, że kiedy myśmy się kładli spać z brzuchem pełnym kartofli, ona delektowała się pomarańczami, ale czego chciała ode mnie? Co miała do zarzucenia ojcu? Właśnie, co?
Mama przez jakiś czas milczała. Było to długie i bolesne milczenie. Aż pewnego wieczoru, kiedy ojciec spokojnie przekrawał łyżką ugotowany kartofel, matka, kładąc łatę na koszuli, przysunęła się do niego i cichym głosem powiedziała:
— Lejzorze!
Drzwi do kuchni były przymknięte. Ja już zapadałem w sen. Miałem zamknięte oczy. Czułem, że matka chce powiedzieć ojcu coś takiego, czego nie powinienem usłyszeć.
Może przyczynił się do tego jej dziwny szept, a może jej długie milczenie. Fakt, że postanowiłem nadstawić uszu i podsłuchiwać.
— Lejzorze — powtórzyła matka i jeszcze bardziej przybliżyła się do ojca.
— Co? — zapytał ojciec zostawiając łyżkę w talerzu.
— Powiedz mi prawdę, Lejzorze...
Ojciec obrócił brodę ku mamie. Na jego twarzy malowała się ciekawość.
— Co?
— Widzisz, Lejzorze — słowa utkwiły mamie w gardle — Hudl...
— Co Hudl?
— Hudl powiada... to znaczy, nie mówi tego otwarcie...
Mama położyła rękę na ramieniu ojca. Ojca, widać, sprawa zaczęła obchodzić. Odsunął od siebie talerz i wbił wzrok w twarz mamy:
— Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz, Frumet! Co chcesz powiedzieć?
— Chcę powiedzieć — głos mamy obniżył się — to znaczy zadaję ci pytanie. Powiedz mi prawdę... czy ty z Hudl? No wiesz.
— Co?
Oboje siedzieli zwróceni twarzą ku łóżku, w którym leżałem. Przez chwilę panowała cisza. Przyglądali się sobie i milczeli. W głosie mamy brzmiała płaczliwa prośba. Twarz ojca pobladła:
— Frumet! Kto ci to powiedział?
— Ona sama... Hudl...
— Co ona sama?
— Ona powiedziała, że ty z nią...
Trwało to chwilę. Chwila zastanowienia. I nagle ojciec zerwał się z miejsca, odsunął na bok krzesło i postawił krok w kierunku przymkniętych drzwi kuchni.
— Lejzorze! — Matka zagrodziła mu drogę. — Co chcesz zrobić?
— Daj mi tylko wejść do niej!
— Lejzorze! Zaklinam cię, nie rób tego! Jeśli chcesz, żebym żyła!
— Nie zaklinaj mnie Frumet! Muszę tej czarownicy dać nauczkę. Raz i na zawsze!
— Nie pójdziesz do niej. Wierzę ci. Gdybym ci nie wierzyła, to bym ani przez chwilę tu nie pozostała. No już, daj spokój. Chodź tu, usiądź przy stole.
— Nie, Frumet! Ona musi natychmiast się wynieść stąd! Podła baba! Bezczelna wiedźma!
Mama objęła ojca za szyję.
— Lejzorze, nie pójdziesz do niej! Za duży to dla niej zaszczyt. Usiądź, proszę cię.
Ojciec usiadł przy stole. Co chwila jednak kierował wzrok ku drzwiom kuchni. W końcu mamie udało się go przekonać, ale jeść już nie chciał.
We mnie wszystko się burzyło. Pierwszy i chyba ostatni raz w życiu widziałem ręce mamy na szyi ojca.
Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze. Ich słowa powoli i z trudem cedzone przypominały powolne ruchy zmęczonych, łażących po ścianach much. Sen odebrał mi słuch. Zasnąłem z widokiem rąk mamy zarzuconych na szyję ojca. W mojej wyobraźni ręce mamy wyglądały jak dwa białe, czyste ptaki.
Pośrodku nocy coś mnie obudziło. Poczułem ból w ustach. Jakby mnie szydłem kłuto. W głowie mi szumiało. Ojca już nie było. Widocznie zdążył już wyruszyć z chłopem na wieś.
— Co mnie tak boli? Co mi w głowie szumi? Może ząb? Nie. To nie jeden ząb, ale cała połowa ust. Ból świdruje mi głowę, czuję go w plecach. Sięga już do palców u nóg.
Boję się krzyczeć. Nie chcę nikogo budzić. Wiję się i stękam. Chowam głowę pod kołdrę, ale mama mimo to usłyszała, że nie śpię.
— Mendełe? Dlaczego stękasz? Boli cię coś?
— Oj, zęby mnie bolą.
— Biada mi syneczku! Gdzie cię boli?
I nie czekając na moją odpowiedź, wstała z łóżka i w ciemności zaczęła czegoś szukać.
— Gdzie zapałki?
Panująca w pokoju ciemność była dzisiaj gęstsza niż zwykle. Zupełnie nieprzenikniona. W ciemności wzmagał się ból. Kłuł mnie w plecy. Świdrował mózg. Mama wreszcie znalazła zapałki i zapaliła lampkę. Teraz dopiero zacząłem się wiercić i wić jak wąż.
— Pokaż, Mendełe, gdzie cię boli.
Długim palcem dotknęła wnętrza moich ust. Szukała miejsca bólu. Zacząłem się dusić. Nie mogłem uleżeć w łóżku. To podnosiłem się, to kładłem znowu. Ból nie ustępował.
Mama zaczęła szukać spirytusu, czosnku i pieprzu. Chciała zrobić gorący kompres z rozgrzanego piasku. Cała izba poszła w ruch. Szafa, komoda z wiszącym zegarem. Tylko Hudl głośno chrapała. Wreszcie i ona się obudziła. Panicznym głosem zawołała:
— Co tam się dzieje? Dlaczego tak krzyczą?
— Oj, droga Hudl — mama zapomniała, że się na nią gniewa — ząb... biedaczysko... strasznie go boli. Nie wiem, czy w domu mamy spirytus. Może ty, Hudl, masz trochę spirytusu?
— Nie mam spirytusu! Skąd u mnie spirytus!
— Co w takim razie mam zrobić?
— Co zrobić? — piskliwym głosem zawołała Hudl. — Co za pytanie? Zadusić go trzeba i koniec. Żeby taki młokos nie dawał oka zmrużyć!
Mama już więcej o nic nie prosiła Hudl. Tak długo szukała, aż znalazła w domu spirytus. Wziąłem krople na ząb. Przyłożyła mi do policzka kompres z gorącego piasku. Ciepłymi rękami głaskała mnie po twarzy i w ten sposób złagodziła moje cierpienie.
Hudl jednak nie spała już. Jej głos wgryzał się w mózg jak rdza w żelazo.
— Oka nie dadzą zmrużyć. Przez pół nocy przeszeptywała się z mężem. Jak się chce gruchać z mężem, to nie trzeba przyjmować sublokatorów. I ten bękart ze swoimi zębami. Kto mu kazał mieć zęby? Chętnie bym go zadusiła.
— Obyś się sama udławiła i udusiła! Boże jedyny!
Słowa te mama wymówiła z głębi serca. I jeszcze czulej objęła moją głowę ciepłymi rękami.