czwartek, 18 czerwca

Od niedzieli, wyłączając pusty wtorek (nie poszedłem ostatecznie do kościoła Wizytek na mszę w rocznicę śmierci Marka), praca nad III częścią, której tak się obawiałem, czyniąc wiele wybiegów, aby w nią nie wejść. Dwa pierwsze dni były okropne, z wyobraźnią jak gęsta, wystygła kasza. Wiedząc prawie wszystko, nie umiałem tego wypowiedzieć.

W ostatnim, majowym numerze „Twórczości”, we fragmencie jeszcze niewydanej książki Marii Kureckiej (tej samej, która towarzyszyła mi w charakterze tłumaczki w mojej podróży po NRF w końcu roku 1967 i którą — jak mnie — okradziono w Stuttgar­cie), poświęconym przekładowi Doktora Faustusa, odnalazłem cy­tat z listu Tomasza do siedemdziesięcioletniego już wówczas Bruno Waltera (więc z roku 1946):

„Schiller twierdził, że gwiezdno-mgławicowy, pierwotny stan dzieła jest stanem muzycznym, rytmicznym przeczuciem. Przy pisaniu, zapewniam cię, myśl jest nader często produktem rytmi­cznej tylko potrzeby; używa się jej z uwagi na kadencję, a nie ze względu na nią samą — mimo iż pozornie ze względu na nią samą. Jestem przeświadczony, że najtajniejsza i najsilniejsza siła przyciągania jakiejś prozy tkwi w jej rytmie — którego prawa ileż są delikatniejsze od wyraźnie metrycznych...”.

Trochę pociechy, że właśnie tak myślał Mann. Większość moich lęków i niepewności nie na tym polega, iż nie wiem, co mam napisać, przeważnie wiem, moją klęską bywa zazwyczaj zda­nie i jako takie, i w jego łączności ze zdaniem następnym. Jes­tem bezsilny i pozbawiony wszelkiej inwencji, gdy swoich zdań nie potrafię usłyszeć. Zdaję sobie aż nadto dobrze sprawę, jak wiele refleksji i rozważań, ile moich stronic najbardziej zaa­ngażowanych powstaje właśnie z mojej wewnętrznej i mnie samego fascynującej melodii. Być może, warto by się nieco dłużej zas­tanowić nad owymi tajemniczymi związkami pomiędzy myślą i melo­dią, i w jaki rytm przeobrażają się (lub przeobrażać się muszą) określone stany duchowe.

Zapamiętać, że nie zanotowałem wielu uwag związanych z Życiorysami. Ich polskość; nikt, kto w tym kraju się nie uro­dził i nie wychował — nie jest w stanie zrozumieć i przyjąć różnych szczegółów oraz odcieni językowo-historycznych, z któ­rych, w różnych drobiazgach, te Życiorysy zostały zredagowane. Wiem, że moja ojczyzna w stosunku i na tle pierwszoplanowych problemów międzynarodowych odgrywa rolę podrzędną, a im jest bardziej zniewolona — tym w opinii świata znaczy mniej. Nie opuszcza mnie przecież nadzieja (Gombrowicz tę gorzką nadzieję podjął i zrealizował), że z każdej ludzkiej kondycji zarówno jednostkowej, jak zbiorowej — można, co można?

Obawiam się, że można mało. Ludzkość nie lubi klęsk i skarg. Pokonany rzadko bywa interesujący. Interesujący jest sprzeciw i bunt, choćby nawet przybierał kształty tak tragicznie grotesko­we jak ostatnie poczynania Sartre’a. Ludzie korzystający z pew­nych przywilejów wolności osobistej i publicznej wolą ciemną bzdurę pozornego buntu aniżeli gorzkie żale spętanych i poniżo­nych. Kto spośród tamtych, krzyczących o postępie i wolności, zechce zrozumieć i to zrozumienie ocenić, że w pewnym układzie braku wolności ludzie już nie o niej myślą, nie do niej dążą, lecz po dniu ciężko przepracowanym, po dniu, w którym sto razy kłamali i przeczyli samym sobie — chcą tylko jednego: zasnąć i spać. To jest bardzo mało efektowne, to żenuje i nudzi. Wydaje mi się jednak czasem, że kiedyś (kiedy?) prawdziwie wielka li­teratura właśnie z tych grząskich bagien, z tych nieudanych nie­szczęść ludzkich wyrośnie i kiedyś (kiedy?) znajdzie się ktoś, kto ponad bunt i protest będzie potrafił ukazać racje ludzi znie­wolonych i bez nadziei.

4.

Natychmiast po wyjściu Łukasza Beata Konarska, jeszcze w łóżku, przysuwa aparat telefoniczny na tapczan i wykręca numer Moniki Panek. Telefon odbiera Zofia Panek.

BEATA

Dzień dobry pani, mówi Beata Konarska. Czy mogę po­prosić Monikę?

PANKOWA

Chwileczkę, zaraz sprawdzę, czy córka będzie mog­ła podejść.

BEATA

Dziękuję pani bardzo.

MONIKA

po chwili

Beatka?

BEATA

Przepraszam, kochana, że zabieram ci czas, ale do­szłam do przekonania, że koniecznie muszę do ciebie zadzwonić.

MONIKA

Słucham cię.

BEATA

Tylko się ze mnie nie śmiej, błagam cię. Wczoraj wieczorem coś mnie takiego napadło, że zaczęłam robić, tylko się nie śmiej, proszę cię, zaczęłam robić coś w rodzaju rachun­ku sumienia, to było dla mnie bardzo przykre, musiałam stwier­dzić, że mam niedobry, zły charakter, a w stosunku do ciebie nie jestem w porządku.

MONIKA

Beatko? Czy nie przesadzasz?

BEATA

Wcale nie przesadzam! Byłam wobec ciebie bardzo, ale to bardzo nie w porządku. A ponieważ dzisiaj jest twój ślub, pomyślałam sobie, że powinnam się w jakiś sposób przed tobą oczyścić i wyznać ci moje grzeszki.

MONIKA

lekko

Mam nadzieję, że nie będzie to wyznanie, iż romansowałaś z Konradem.

BEATA

Ach, nie! Skąd? Przede wszystkim nie lubię w łóżku starszych panów, a poza tym... nie, nie! Moje winy wobec ciebie nie mają nic wspólnego z tymi rzeczami. Wprost przeciwnie. Ja ci okropnie zazdrościłam, tak okropnie, że chwilami cię niena­widziłam.

MONIKA

Zdumiewasz mnie, Beatko.

BEATA

No, widzisz! Będziesz mną teraz pogardzać.

MONIKA

Ależ, Beatko? Trochę dziwna jesteś.

BEATA

Wcale nie dziwna. Jestem zła.

MONIKA

Czegóż ty mnie mogłaś zazdrościć? Jesteś młodziut­ka, śliczna, utalentowana, masz wszystko przed sobą...

BEATA

A jednak ci zazdrościłam, widzisz, jaka jestem wstrętna, podła. Cholernie ci zazdrościłam. Zazdrościłam ci, bo chodziły, pewnie słyszałaś, takie plotki, że masz grać Lady Makbet. A ja tak marzyłam o tej roli! Rozumiesz mnie teraz? Jestem szczera, powinnaś mi wybaczyć moje obrzydliwe myśli.

MONIKA

po chwili

Przyznam się, że nie bardzo cię, Beato, rozumiem. Powiedziałaś: plotki. Jakie plotki? Nic mi o żadnych plotkach nie wiadomo. Plotki? Niesłychanie w takim razie dow­cipne plotki! Bardzo mi przykro, Beato, ze względu na ciebie i twój rodzaj uczuć, ale ja gram Lady Makbet, to nie są plotki, w poniedziałek zaczynamy próby.

BEATA

biednie i pokornie

Właśnie, pan dyrektor Otocki też mi to powiedział.

MONIKA

Dał ci rolę? No, widzisz! To bardzo ładnie z jego strony. Nie powinnaś się, Beatko, czuć pokrzywdzona, jesteś jeszcze taka młoda, tyle się jeszcze w życiu nagrasz! Kogo masz grać? Lady Makduf? A może jedną z wiedźm, to by było bardzo w stylu Eryka.

BEATA

tym samym głosem

Nie, Lady Makbet.

MONIKA

po chwili

Przepraszam cię, moja Beatko, wiem, że jesteś dowcipna, ale w tym wypadku, niestety, twoje żarty nie wydają mi się w najlepszym gatunku. Nie rozumiem doprawdy...

BEATA

Ależ ja nie żartuję. Dlaczego na mnie krzyczysz?

MONIKA

Nie żartujesz? Więc co to wszystko znaczy?

BEATA

Nie wiem, kochana Moniko, doprawdy pojęcia, nie mam. Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie pan dyrektor Otocki i powiedział, bardzo cię przepraszam, ale mówię, jak było, powiedział, że po rozmowie z panem Wanertem obaj doszli do wniosku, że mam grać Lady Makbet i w poniedziałek zaczynamy próby.

MONIKA

nieostrożnie

A ja?

BEATA

Dyrektor Otocki powiedział jeszcze, żeby na razie nic ci nie wspominać, ale myślałam, że żartował, może w związ­ku z tymi plotkami, i ty jesteś we wszystkim zorientowana. Okropnie mi przykro, ale jeśli mam być szczera, czuję pewną ul­gę, naprawdę czuję się, jak gdyby lepsza, bo mnie już nie zżera zazdrość, to jest okropne, okropne uczucie.

MONIKA

Wyobrażam sobie, choć muszę wyznać, że moja wyo­braźnia nie za wszystkimi namiętnościami podąża dość sprawnie. Obawiam się, że z zazdrości dostałabym na egzaminie stopień najgorszy, bardzo źle.

BEATA

Szczęśliwa jesteś!

MONIKA

Możliwe. W każdym razie wyobraźni mi starcza, że­by docenić, Beatko, twoje intencje. Bardzo miło z twojej strony, że zadzwoniłaś. Mam nadzieję, że wieczorem zobaczę cię razem z Łukaszem w Jabłonnie?

BEATA

Wcześniej, będziemy przecież na ślubie.

MONIKA

To się cieszę, Beatko. A na razie wybacz, mam je­szcze strasznie dużo roboty. Pa!

Beata po tej rozmowie trochę markotnieje i przygasa. Czuje się zawiedziona. Była prawie pewna, że Monika jak nakłuty balo­nik pęknie z wielkim hukiem. I nie pękła. W pewnym momencie by­ła bliska załamania, szybko się przecież pozbierała. „Twarda krowa” — myśli Beata. I gdy to stwierdza, ogarniają ją wątpli­wości, czy jednak nie przesadziła, odsłaniając swoje karty tak wcześnie i wbrew umowie z Otockim. Och, Beatko, Beatko! — mówi do siebie rozczesując przed lustrem długie, jasne włosy — mu­sisz się jeszcze bardzo, bardzo wiele nauczyć... głupia dupa jesteś, Beata, nędzna cipa — mówi na głos, wysuwając dolną war­gę do przodu i gdy przygląda się swemu odbiciu w lustrze, przy­chodzi jej na myśl, że w podobny sposób powinna w pewnych momen­tach dolną wargę wysuwać do przodu Lady Makbet, a równocześ­nie, wciąż w siebie czujnie wpatrzona, obserwuje z zaintereso­waniem, jak jej okrągłe dziewczęco-naiwne oczy tracą nagle ciep­ły, miodowy blask, zwężają się i stają się zimne, prawie przeź­roczyste, jak krucha warstewka lodu — widzisz, co narozrabia­łaś? Twarda krowa na pewno się nie podda potulnie, już w tej chwili zmieniła się prawdopodobnie w lwicę i ryczy, i pazury wy­suwa, uważaj, Beatko, ona ma plecy, a ty co masz? Kto się o cie­bie upomni, kiedy lwica ryknie i dla świętego spokoju ciebie rzucą na pożarcie? Beatko, Beatko, może być z tobą niedobrze...

Więc, żeby zapobiec ewentualnym komplikacjom, Beata dzwoni do Teatru Stołecznego. Otocki dopiero co przyszedł i chyba po wiadomej rannej rozmowie telefonicznej powinien być w znakomi­tym humorze.

OTOCKI

Jak się masz, Beatko! Co dobrego?

BEATA

Niestety, panie dyrektorze, nic dobrego. Jestem zroz­paczona, stała się rzecz okropna, naprawdę okropna.

OTOCKI

Okropna? Beatko! Pokłóciłaś się z Łukaszem?

BEATA

Och, nie! Łukasz, panie dyrektorze, jest bardzo miły i zabawny, kiedy się gniewa, ale dzisiaj nie miał czasu się kłó­cić, bo się spieszył do telewizji.

OTOCKI

Więc co się stało?

BEATA

Coś bardzo nieprzyjemnego, panie dyrektorze. Okrop­nie mi przykro i wstyd, ale niechcący wygadałem się przed Moni­ką, tak się to jakoś wszystko głupio złożyło. Już po wyjściu Łu­kasza przypomniałem sobie, że zupełnie wyleciało mi z głowy, o której jest ślub Moniki, nie byłam pewna, czy w południe, czy o pół do pierwszej. Więc zadzwoniłam do Moniki...

OTOCKI

wyrozumiale

I wygadałaś się?

BEATA

Sama nie wiem, panie dyrektorze, jak to się stało, ale ona chyba musiała coś przeczuwać, bo zaczęła mi zadawać takie pytania...

OTOCKI

Że szczere, prawdomówne dziecko nie mogło się oprzeć?

BEATA

Jak na mężczyznę jest pan bardzo dobrym psychologiem, panie dyrektorze. Ja naprawdę kłamię bardzo nieudolnie.

OTOCKI

Nie martw się, z wiekiem się nauczysz.

BEATA

Myśli pan? To okropne, że prawdziwe cnoty lgną do człowieka dopiero na starość.

OTOCKI

Starości, Beatko, też się coś niecoś należy. Nie sądzisz?

BEATA

Zapewne. Ale tymczasem my młodzi, niedorośli do cnót, jesteśmy bezbronni. I co teraz będzie?

OTOCKI

Masz szczęście, Beatko!

BEATA

Pan ze mnie żartuje, panie dyrektorze.

OTOCKI

Posłuchaj mnie, Beatko. Starsi panowie, do których się zaliczam, nie tylko bywają, jak to przyznałaś, niezłymi psy­chologami, ale również nie lubią, kiedy się ich wrabia w konia. Tak się mówi po waszemu?

BEATA

ostrożnie

To zależy. Można też robić z kogoś balona, jeleń już wyszedł z mody.

OTOCKI

Tak? Za okupacji „jeleń” był w powszechnym użyciu.

BEATA

Bardzo mi przykro, ale ja się wtedy jeszcze nie ujaw­niłam.

OTOCKI

Duży tupet, Beatko, zawsze się łączy z pewnym ryzy­kiem. Grasz w pokera?

BEATA

Łukasz lubi. I chwali się, że wygrywa.

OTOCKI

Wyobrażam sobie, że też ma niezły tupet.

BEATA

Coś musimy mieć, panie dyrektorze.

OTOCKI

Proszę bardzo, miejcie! Mój syn też ma tupet i po­dobno robi karierę.

BEATA

On jest fajny, panie dyrektorze. Bardzo fajny.

OTOCKI

Zapewne, jak wy młodzi lubicie mówić. Chciałbym jed­nak, żeby ta młoda i interesująca osoba, jaką, Beatko, jesteś, zechciała przyjąć do wiadomości, że jeszcze obok was, tupetowców, istnieją stare ramole, które świetnie się we wszystkich wa­szych grach i komediach orientują. Słyszysz mnie, Beatko?

BEATA

Wszystkie palce u rąk i nóg zmieniłam w słuchanie, panie dyrektorze.

OTOCKI

Niepotrzebnie, wystarczy ci jedno ucho. Otóż, przyjm, Beatko, do wiadomości, że gdyby nie pewien układ faktów — dlate­go ci powiedziałem, że masz szczęście — mogłabyś się leciutko potknąć. Rozumiesz mnie?

BEATA

Obawiam się, że nie nadążam, panie dyrektorze.

OTOCKI

Przestań się zgrywać, Beatko, przede mną nie musisz. Będziesz lepiej grać, kiedy zrozumiesz, że nie każdy wapniak mu­si być głupcem. Że w szczeniackim stylu chciałaś się odegrać na Monice, w obecnym układzie nie mam ci za złe. Przeciwnie, wy­świadczyłaś mi swego rodzaju przysługę. Takie bywa życie, Beatko. I jeszcze jedno, dobra rada wujaszka: jeśli w tej rozgrywce jesteś na minus... jesteś?

BEATA

Zapewne, panie dyrektorze.

OTOCKI

To się w najbliższej przyszłości nie staraj odgry­wać. Ludzie, którzy się jako tako poznali, powinni sobie wzajem­nie pomagać. Takie bywa życie.

BEATA

To znaczy, że w poniedziałek...

OTOCKI

Za kwadrans dziesiąta, Beatko. Grałaś u Wanerta, więc wiesz, jak przestrzega punktualności.

Tymczasem, zgodnie z przewidywaniami Beaty, Monika, odłożyw­szy słuchawkę, rzeczywiście przeżywa moment rozterki, kiedy już, już ma się przemienić w lwicę. Sama w pustym hallu, już uczesa­na, lecz z niedokończonym makijażem (dzięki czemu tylko jedno oko ma opracowane ostatecznie, a drugie jeszcze naturalne, więc jakby niewyklute), nie może w pierwszej chwili uwierzyć, iż to, co przed chwilą usłyszała, jest prawdą. A jednak! Przypomina so­bie cokolwiek dziwne zachowanie Otockiego przed wczorajszym kon­certem. Tam się ukrywa pies pogrzebany? Więc skupiona i opanowa­na stara się dokładnie odtworzyć tę scenę od początku, kiedy ra­zem z Konradem podeszli do Otockiego rozmawiającego w hallu z Erykiem Wanertem. Czyżby właśnie wtedy uknuli to świństwo? Tak nagle! I dlaczego? Kto za tym stoi? Raszewski? Mało prawdopodobne, tego rodzaju zemsta nie byłaby w jego stylu. Lecz jaką sprawę, jeśli nie tę, mógł mieć Otocki? I dlaczego nie powiedział od razu, co miał do powiedzenia? Zachowywał się raczej normalnie, ale Eryk miał twarz trochę niewyraźną. Czy mówił coś? Chyba nie. A może?

W tym momencie Pankowa, nieświadoma sytuacji, zagląda do przedpokoju, chciała o coś ważnego córkę spytać, lecz gdy ta, nieruchoma i blada, a poza tym jednooka, i choć niezmiennie piękna, jest w tej chwili piękna urodą trochę niesamowitą i groź­ną, więc gdy Monika nieprzyjemnie ku matce warknie: czego chcesz? Pankowa intuicyjnie wyczuwając, że musiało zajść coś poważnego, zapomina, co miała do powiedzenia, duża i tęga, też jeszcze bez makijażu, we frymuśnie kolorowym szlafroku stoi osłupiała, a półotwarte usta nie zdobią jej trochę nazbyt obfitej twarzy (tyl­ko ciemno zagęszczone i wciąż ze smolistym poblaskiem oczy mamy Pankowej przypominają prehistoryczne czasy, kiedy przy stoliku w „Nadświdrzańskiej”, w brajtszwancach i ciężarna, przyjmowała oświadczyny ubogiego i niezgrabnego ćwoka).

MONIKA

Czego chcesz?

PANKOWA

Moniczko...

MONIKA

na stłumionym krzyku

Zostaw mnie! Czy w tym prze­klętym domu człowiek nie może być chwilę sam?

Więc wobec nadgorliwie pośpiesznego zniknięcia matki jest sama. Zdecydowanie i bez pośpiechu nakręca numer sekretariatu Teatru Stołecznego. Sekretarka Otockiego informuje ją, że dy­rektor właśnie rozmawia. Zatem dzwoni po kilku minutach, a ponie­waż w przedpokoju, jak we wszystkich przedpokojach, wisi lustro — oczekując na połączenie widzi siebie, nie jest tym odbiciem usatysfakcjonowana, zatem jej chłodna niechęć zwraca się ku Kon­radowi, bo on, nie kto inny wczoraj wieczorem w Filharmonii, gdy sytuacja stała się podejrzanie dwuznaczna, powinien był oka­zać się mężczyzną i natychmiast zażądać od Otockiego wyjaśnień. Zastanawia się również, trochę na stronie, czy nie popełniła w swoim czasie błędu, rezygnując z doprowadzenia Raszewskiego do rozwodu, w tej chwili woli w tej sprawie sobie przypisać wi­nę, aniżeli pamiętać, jak było naprawdę (Raszewski, zdając sobie sprawę, jak złe wrażenie wśród towarzyszy z kierownictwa zrobi­łoby jego małżeństwo z dziewczyną o tyle młodszą i do tego cór­ką starego przyjaciela, nigdy by się na podobną historię nie zdecydował, nie był poza tym aż tak bardzo w Monice zakochany, jak to ona sobie wyobrażała).

Rozmowa Moniki z Otockim:

OTOCKI

Jak się masz, Moniczko?

MONIKA

Dziękuję, mam się bardzo dobrze. Natomiast nie jestem pewna, czy możesz o sobie powiedzieć to samo.

OTOCKI

O! A czemuż to?

MONIKA

Wiem wszystko. Ta mała żmija nie omieszkała się po­chwalić. Jestem zdumiona, tak zdumiona, że wolę nawet nie okreś­lać charakteru tego zdumienia. Powiem tylko tyle: wydawało mi się, że od ludzi, których uważałam za przyjaciół, którzy, jak mogłam sądzić, także i ze swojej strony za moich przyjaciół przynajmniej jak dotąd się uważali, mogę oczekiwać minimum lo­jalności i szacunku. Może się mylę, lecz do tej pory sądziłam, że jeśli się podejmuje jakieś decyzje, to informuje się przede wszystkim osobę zainteresowaną. Jakim prawem narażacie mnie, ty i Eryk, żebym się dopiero od jakiejś smarkatej musiała dowia­dywać, że zdecydowaliście się na podwójną obsadę? Wstyd mi za was!

OTOCKI

Przepraszam cię, Moniko, ale nie bardzo cię rozumiem.

MONIKA

Jeszcze nie rozumiesz?

OTOCKI

Wspomniałaś o podwójnej obsadzie. Czyżby Beatka tak ci tę sprawę zreferowała?

MONIKA

Wybacz, ale teraz ja nie rozumiem.

OTOCKI

Czego?

MONIKA

po chwili

Ach tak? Umówmy się zatem, że już ro­zumiem. Nie doceniałam cię, mój błąd. Pozwól jednak, że cię o jedno tylko spytam.

OTOCKI

Słucham.

MONIKA

Za kogo ty mnie właściwie bierzesz? Za kreaturę, którą można w taki sposób załatwiać odmownie i do tego ośmie­szać?

OTOCKI

Nie denerwuj się, kochana Moniko.

MONIKA

Ja się nie denerwuję, ja pytam.

OTOCKI

Owszem, denerwujesz się. A tymczasem nikt nie miał zamiaru ani załatwiać cię odmownie, ani tym bardziej ośmieszać. Sprawa jest rzeczywiście pod pewnymi względami trochę przykra i drastyczna...

MONIKA

Trochę?

OTOCKI

Ale jeżeli zechcesz ją rozpatrzyć obiektywnie...

MONIKA

Dość, nie wysilaj się. Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich obłudnych racji obiektywnych. Chcę wiedzieć jedno: poza moimi plecami, bez mojej wiedzy odebraliście mi w ostatniej chwili rolę. Tak czy nie?

OTOCKI

Przyznaję, może zbyt późno, ale trudno, wiele zło­żyło się przyczyn, doszliśmy z Erykiem do przekonania, zresztą lojalnie stwierdzam: inicjatywa wyszła ode mnie, a jako dyrektor teatru mam chyba do tego prawo, otóż doszliśmy do przekona­nia, że przy koncepcji Eryka, zwłaszcza przy jego koncepcji po­staci Lady Makbet, lepiej się do tej roli nada dziewczyna ty­pu Beaty. Zaufaj, Moniko, mojemu artystycznemu doświadczeniu, ale kiedy dokładnie całą sprawę przeanalizowałem, doszedłem do przekonania, że po kilku próbach, posiadając tak niezawodny in­stynkt, sama byś z roli zrezygnowała. Tradycyjną Lady Makbet na pewno zagrałabyś wspaniale, ale nie Lady Makbet Eryka, wierz mi, kochana Moniko.

MONIKA

Zatem to twoja decyzja ostateczna?

OTOCKI

Jeszcze mi będziesz kiedyś za nią wdzięczna, zoba­czysz.

MONIKA

Mam nadzieję, że Konrad nie został wciągnięty do tego spisku?

OTOCKI

Nie mógł zostać wciągnięty do czegoś, czego nie by­ło.

MONIKA

W takim razie może zechce pan, panie dyrektorze, przyjąć do wiadomości, że w sytuacji, którą pan z tak niebywa­łym artystycznym taktem zechciał wytworzyć, w pańskich planach repertuarowych, a także personalnych będą musiały zajść pewne zmiany, powiedziałabym: dość radykalne. To jedno. A poza tym, wolałabym zrezygnować z przyjemności ujrzenia pana na moim ślu­bie. Może pan uważać, że życzenia już mi pan złożył. Żegnam.

Pankowa cały czas podsłuchuje pod drzwiami, ponieważ jed­nak nie dosłyszy na prawe ucho, nawet mimo nienagannej dykcji córki nie może się połapać w całości sytuacji.

Monika przechodzi do gabinetu ojca i stamtąd dzwoni do te­lewizyjnego studia. Telefon wciąż zajęty, a gdy wreszcie połącze­nie uzyskuje — generalna próba Prometeusza, już się zaczęła.