Narodziny

Jak było naprawdę, tego nikt się nie dowie, obaj mężczyźni, którzy w pewną kwietniową noc w roku 1937 rozmawiali przez tele­fon, nie żyją, lecz według relacji dość wiarygodnej — jakkolwiek wszelką wiarygodność czasu przeszłego należy dopełnić znakami zapytań — mogło być tak:

W środku nocy, gdzieś około drugiej w nocy, w podmoskiews­kiej daczy Piotra Worotowa zadzwonił telefon. Worotow od wielu miesięcy cierpiał na bezsenność. W pierwszych tygodniach, gdy nastały noce czujnego napięcia i nadsłuchiwania, próbował pracować. Potem przestał się interesować martwymi papierami i żadnej lektury na półkach bibliotecznych nie szukał. Tylko, aby stworzyć pozory pracującego pisarza, rozkładał na biurku kartki z luźnymi notatkami i na podręcznym stoliku, w skupionym poblasku wysokiej lampy z ciężkim abażurem, kładł niemiecki egzemplarz Fausta. Jeszcze potem dokonał w dekoracjach drobnej, lecz, jak mu się zdawało, bardzo istotnej poprawki, wśród notatek umieszczał ołó­wek, a egzemplarz Fausta kładł otwarty, autentyczność atmosfery pracy wydawała mu się szczególnie ważna, gdyby to miało się stać. Wiedział, że się rozbraja bezczynnością, lecz również wiedział, że bronią, jaką ma do rozporządzenia, nie potrafi wal­czyć skutecznie i jest nagi i nagim musi pozostać wśród samot­nych godzin aż wreszcie pewnej, niewiadomej nocy to się dokona.

Gdy po wieczornej herbacie wracał do gabinetu, z początku, kiedy trudny czas nastał, Olga Nikołajewna mówiła: połóż się Piotr, jesteś zmęczony, i wtedy odpowiadał: trochę jeszcze po­pracuję, Oleńka, niedługo przyjdę, śpij spokojnie, i kiedy ona wbrew swoim latom w plecach przygarbiona i w ogóle mniejsza, aniżeli była jeszcze w roku ubiegłym, jak gdyby na skutek wewnętrz­nego napięcia zmalała, szła na górę (zaśnie, pocieszał się, na pewno zaśnie, jest silniejsza ode mnie) — on przechodził do pra­cowni na parterze i gdy stawał na progu rozległego pokoju, wypeł­nionego po sufit spiętrzonymi książkami i z dwoma wysokimi oknami otwartymi na ogród, więc kiedy stawał tam na progu, nie zapalając światła, aby bez sztucznych iluminacji natychmiast nawią­zać kontakt z niewiadomą mocą, wydawało mu się nieraz, że gdyby się położył, zasnąłby natychmiast. Nie szybko rozpoznawał kru­chość tego złudzenia — ktoś musi czuwać, aby spać mógł ktoś — wiedział, że skoro czeka na nie­przyjaciela, musi być sam i samotnie musi czuwać, ponieważ nawet we dwoje czuwać nie można, trzeba się wyrzec wszystkiego, co bliskie i drogie, więc przede wszystkim oddechu śpiącej i ciepłej bliskości jej uciszonego ciała, kto czuwa, musi być sam i taką musi mieć ciszę, aby móc w głębi nocy natychmiast i nieomylnie wychwycić odgłos wrogich poczynań, w tym wypadku skupionych w odgłosach nadjeżdżających samochodów. Rzadko przez osiedle prze­jeżdżały, jednak co noc. Nigdy nie wiedział, skoro z głębi ciem­ności, najpierw letnich, potem jesiennych i już zimowych, a te­raz wiosnę przynoszących, docierał do niego aż nadto dobrze znajomy warkot samochodu, czy ten powoli, lecz uporczywie przy­bliżający się dźwięk, ogromniejąc i nacierając, przy jego domu się zatrzyma i nagle stanie się cisza, sekunda ciszy, i potem obok, pod oknami roztrącą ciszę ludzkie głosy i w ciszy trzeba będzie słuchać odgłosu ciężkich kroków, aż po moment gwałtownego łomotu do drzwi wejściowych, czy też dźwięk, mącący noc, prze­toczy się obok i będzie się oddalać komuś innemu przeznaczony, oddalać się, ginąć i zanikać w tym samym powolnym tempie, w ja­kim był nadchodził.

W głębokim dziewiętnastowiecznym fotelu i w półcieniu, bo stojącą obok lampę tak ustawiał, aby jej blask zatrzymywał się na krawędzi krzesła, opatrzony w wysokie nagie okna, za którymi, zależnie od pory roku, śnieżyca się kłębiła, padał deszcz, księżyc krwawo wznosił się w odległej głębi, ciemności były zwarte lub lekko rozrzedzone, nagość kasztanów i lip zarysowywała się ciemnymi konturami, czy gęstowie zieleni wypełniało przestrzeń za oknami, więc tak trwając bez ruchu, duże i ciężkie dłonie złożywszy na udach, czujny, by nie zamknąć oczu, choć mu powieki niejednokrotnie bardzo ciążyły, tak zatem trwając i wyczekując mógł myśleć:

nie wiem, czy się śmierci boję, pewnie tak, nie byłbym ciałem, skórą, wzrokiem i słuchem, nie byłbym zdolny do myślenia i do rozkoszy, nie cierpiałbym i radości nie przeżywał, gdybym się nie bał zagłady, ale na pewno wiem, tak, to wiem, że się śmiertelnie boję, co moją ostateczną zagładę poprzedzi, boję się samego siebie, ponieważ nie wiem, jak tym niewiadomym chwilom podołam, boję cię, że mogę dopuścić do poniżenia samego siebie wtedy, gdy mi już nic nie pozostanie prócz świadomości ostatecznej zagłady, boję się samego siebie, boję się próby, kim jestem naprawdę, boję się niewiadomego, które moją zagładę poprzedzi, Bo­że! wiem, że jestem dumny i pyszny, lecz również wiem, że nie tylko z dumy i z pychy chciałbym do końca pozostać sobą, a może kłamię i samego siebie chcę oszukać?, może właśnie z dumy i pychy chcę do końca pozostać sobą?, jakkolwiek jest, daj mi Panie, żebym się nie stał szmatą, od zeszmacenia ocal mnie, Boże, od wstydu tchórzostwa ochroń, pozwól, żebym mógł umrzeć nie gardząc sobą i siebie się nie wstydząc, spraw, Boże miłosierny i wielkiego serca i litości, żebym mógł umrzeć świadomie i na własną miarę, której nie znam i znać nie nogę, dopuść Boże, żeby moja miara ostatecznie nie była nikczemna...

Na spoczynek udawał się nad ranem. Lecz szedł nie na górę do sypialni (sam się przed sobą usprawiedliwiając, że nie chce zbudzić Olgi), tu, w gabinecie, na staroświeckiej kanapie ze sprężyną kłującą jak żądło, u stóp spiętrzonych pod sufit książek, ścielił sobie legowisko, nigdy jednak wcześniej póki się nie upewnił, że świta i na dworze staje się jasno, wiedział z roz­licznych relacji, że światło dzienne nie sprzyja tym sprawom, działającym zazwyczaj pod osłoną ciemności. Więc skoro ciemność powoli, prawie niedostrzeżenie ustępowała przed światłem, zaliczał sobie jeszcze jeden dzień ocalony, nagie wysokie okna osła­niał ciężkimi, bo z pluszu, ciemnozielonymi portierami, gasił lampę na podręcznym stoliku, na którym leżał otwarty egzemplarz Fausta, rozbierał się w półmroku, dbając przecież, aby części garderoby zostały złożone w porządku, i potem nago, ponieważ wbrew zwyczajom swego kraju zawsze sypiał nago, kładł się w chłodną i cokolwiek wilgotną pościel, wiedział, że gdzieś koło ósmej, naj­dalej dziewiątej zbudzi się z krótkiego i ciężkiego snu, lecz go­towy do sumiennego wypełniania wszystkich dziennych obowiązków, i też wiedział i z tą krzepiącą świadomością usypiał, że ani on, ani ona, zachowując pełną swobodę i naturalność, nigdy za dnia nie uczynią żadnej aluzji do minionych, a także przyszłych godzin nocnych, wiedział, że każde z nich zachowa to szczególne wtajem­niczenie wyłącznie dla siebie, ponieważ jest świat, jest życie, są obowiązki, jest praca, nawet zamiary, projekty i nadzieje, niech się zatem kończy noc, skoro kresu dobiegła i należną jej ofiarę wyczerpała.

Tak więc dni Piotra Worotowa były w ten trudny czas normalne. Po mocnej rannej herbacie i zimnym natrysku zabierał się jak zawsze do pracy i pracował równie intensywnie, jak w latach poprzednich. Tak samo nawiedzały go krótkie chwile zachwytu i wzru­szenia, i tak samo oplątywały godziny zwątpienia i nieświadomości. Telefonowali i przyjeżdżali w odwiedziny przyjaciele z Moskwy, w rozmowach unikano spraw, które wszystkich truły i zżerały, mówiło się o sztuce, literaturze i malarstwie, sięgano do wspom­nień związanych z dawnymi podróżami na Zachód, dzielono się drobnymi plotkami. On też do Moskwy niekiedy jeździł, poczta funkcjonowała normalnie, o jedenastej przynosił ją w wielkiej torbie młody listonosz, Aliosza, zawsze w uśmiechu pokazujący bia­łe zęby, ciemny i smagły, ale niebieskooki, z wilgotną kropel­ką miodu w tych niebieskich oczach, przynosił więc miły Aliosza listy od wielbicieli i wielbicielek geniuszu znakomitego poety, zaproszenia na autorskie wieczory, korespondencję wydawniczą. Zauważył przecież, że im głębiej w tajemniczej sferze zagospoda­rowywał się trudny czas, tym mniej zaproszeń nadsyłano, sprawy wydawnicze kurczyły się wstydliwie, listów prywatnych też uby­wało, a chyba i uśmiech skąpiej odsłaniał białe zęby Alioszy, gdy otwierając torbę mówił młody chłopak: dzień dobry Piotrze Antonowiczu.

Aż wreszcie trudny czas sprawił, iż telefon Worotowa zami­lkł, nikt z Moskwy nie przyjeżdżał, Aliosza przestał się zatrzymywać przed daczą Piotra Antonowicza.

Do popołudnia Worotow potrafił o tym wszystkim nie myśleć, lecz skoro wieczór się zbliżał, wszystko tak proste i zrozumia­łe za dnia, poczynało ciążyć ku wiadomym dołom mroku. Noce wyła­niały się wcześniej niż im to kalendarz zalecał. Jeszcze nie nadsłuchiwał i pracy nie porzucał, lecz już wiedział, że tylko cząs­tką siebie przynależy do dnia. Przygotowywał się do nocnych go­dzin równie pilnie i uczciwie, jak będąc chłopcem przygotowywał się był do komunii. Mógł myśleć: wy mną pogardzacie i chcecie mnie zniszczyć, ja się was boję i nienawidzę was, ale nasze złe myśli i uczucia zamiast nas rozłączyć, kojarzą nas w parę prawie miłosną. Daj mi, Boże, słuszne i godziwe rozeznanie. Nie jestem pustą dziuplą próchniejącą w umierającym drzewie, mam wszystko, nawet ponad miarę, wiem, moje drzewo też żyje i ja jestem w je­go zimowym śnie, w jego powoli nawarstwiających się słojach, jestem w jego potężnym pniu i w korzeniach, i w pokracznych ko­narach, w gęstych sokach budzących się wiosną i w kleistej zie­leni pierwszych liści, i w szumie letniego gęstowia, jesteśmy: ja i moje drzewo... Proszczaj niemytaja Rosija, Strana rabów — strana gospod41... jestem i chcę być, więc dopomóż mi, miłosier­ny i litościwy Boże, żebym siebie mądrze chronił, ponieważ chcę być...

Tak więc wśród podobnych poczynań i wiar, rozdzielonych sprawiedliwie na dzienne i nocne, minęło lato Piotra Worotowa, jesień, także sroga zima, aż wreszcie nastał kwiecień, który na rosyjskiej ziemi pierwsze poruszenie wiosny budzi, lecz dzięki nieodmiennie nieosłoniętym i lekko niedomkniętym nagim oknom trochę z tych pierwszych podmuchów wiosny wnikało do pokoju, zapach wilgotnej ziemi, krzepiąca wilgoć powietrza, cisza, może tylko kruche szelesty kasztanów i lip pod wilgotnym oparem nocy, ale cisza.

Według zwyczaju Worotow siedział w głębokim, staroświeckim fotelu, z rękoma złożonymi na udach, czujnie wpatrzony w nagie okna, w półmroku, bo światło stojącej obok lampy, zgodnie z prze­jętym rytuałem, tak było nakierowane, aby się zatrzymywało na poręczy fotela, a tuż obok, na podręcznym stoliku leżał otwarty egzemplarz Fausta — wtedy, około drugiej w nocy, zadzwonił te­lefon. Aparat stał na biurku, więc trzeba było wstać. Uczynił to bez pośpiechu, trochę zdziwiony, a nawet rozbawiony, że od tej strony niewinnej, nieomal płochej noc go przyzywa. Tak mu­siał to określić w myśli: przyzywa, nie atakuje. Zawsze miał słuch bardzo dobry, a ostatnio szczególnie wyostrzony, więc pod­chodząc do telefonu miał absolutną pewność, że na razie cały rozległy obszar nocy jest pusty i wyciszony. Był, chyba, w tej chwili jak najdalszy myślami od nieprzyjaciela. Podniósł słuchawkę i spokojnie, jak zwykł to był czynić za dnia, powiedział:

— Tak, słucham.

Odpowiedział, prawie obok, niski, męski głos:

— Towarzysz Worotow?

— Tak, słucham — powtórzył.

— To ja.

Więc jednak! Spełniło się, consumatum est! Zatem nie za pośrednictwem najemnych zbirów, podrzędnych siepaczy i pachołków od brudnej roboty, lecz osobiście z tajemnych pieczar na Kremlu przemówił nieprzyjaciel. Gość w dom, Bóg w dom, zwłaszcza, jeśli prawdziwe bóstwo nawiedziło chatę. Pod jak licznymi i zmiennymi postaciami bogowie śmiertelnym się objawiali! Mówili z głębi ognistego krzaka, zstępowali z nieba w kształtach byka, łabędzia i chmury, wyłaniali się z oceanów, z piekielnych czeluści, z dzikich górskich szczytów, z ołtarzy i świątyń, byli ziemią, powietrzem, ogniem i wodą, mieli tysiące masek i kostiumów, nigdy się jednak, chyba, nie przydarzyło, aby bóstwo, prawdziwe i wiarygodne, przemówiło przez telefon. Poczuł się uświęcony, lecz również wystrychnięty na dudka. Na Boga! Po cóż wyczekiwał, nie spał i tyle nocy się dręczył, jeśli to objawiło się tak prosto?

Zatem spytał:

— Czym wam mogę służyć, towarzyszu Stalin?

— Nie obudziłem was?

— Nie, towarzyszu Stalin, późno zwykle się kładę.

— Tak, jak ja. Słusznie! Noc jest przyjacielem człowieka. Jednym daje sen po pracy, drugim właśnie pracę najlepszą. Pracu­jecie?

— Czytam, robię notatki.

— To dobrze, bardzo dobrze. Przyjaciele o was pamiętają?

— Tak, bywają goście.

— A wasze zdrowie, towarzyszu Worotow?

— Dziękuję, nic mi na razie nie dokucza.

— Kłopotów nie macie, zmartwień?

— Jak każdy człowiek, towarzyszu Stalin.

— Wy nie jesteście każdy. Wy jesteście Piotr Worotow, człowiek na świeczniku, więc i wasze zmartwienia są na świeczniku. Słyszycie mnie?

— Tak, towarzyszu Stalin.

Mógł, lecz nie musiał pomyśleć: do czego on zmierza, czego chce?

— Olga Nikołajewna zdrowa?

— Dziękuję, tak.

— Też nie śpi i czuwa?

— O nie, śpi na pewno, ona ma dobry, zdrowy sen, nigdy nie zarywa nocy.

— Słusznie robi, bardzo słusznie, od czuwania wy jesteście, starczy. A tam u was na wsi więcej już pewnie czuć wiosnę niż u mnie, pomiędzy murami? Kwiecień, piękny miesiąc na rosyjskiej ziemi.

Ja poniał żyzni cel i cztu

Tu cel, kak cel, i eta cel

Priznat, czto mnie niewmogotu

Miritsja z tiem, czto jest apriel42.

Nie od razu w tych twardo akcentowanych słowach rozpoznał własne sprzed lat dwudziestu, lecz gdy to sobie uświadomił, uświadomił sobie i to również, że za chwilę, jak po błyskawicy pada piorun — musi z tamtego odległego i ciemnego brzegu, z kremlowskich pieczar, wyniknąć cios decydujący, uderzenie, cios, chyba zagłada.

Więc powiedział, czując, że mu gardło wysycha i sztywnieje:

— Macie znakomitą pamięć, towarzyszu Stalin.

Na to niski i spokojny głos:

— No tak, zatem zdrowie wasze, towarzyszu Worotow, dobrze, pracujecie, szczególnych trosk nie macie, cieszę się, szczerze się cieszę. A wiecie, że pisarz Żylin został aresztowany?

Prawie na pewno musiał pomyśleć: teraz się rozstrzygnie. I chociaż miał gardło wyschnięte i zesztywniałe, powiedział moż­liwie wyraźnie:

— Tak, słyszałem.

— To był wasz bliski przyjaciel?

Powiedział:

— Raczej kolega, znajomy, towarzyszu Stalin.

— Ale poeta był wielki? Wielki artysta?

Wielki? Chcąc pomniejszyć znaczenie najbliższego przyjaciela powiedział:

— Zdarzały mu się niekiedy udane utwory.

— Udane, powiadacie. Więc Żylin nie był, jak zrozumiałem, ani waszym przyjacielem, ani wybitnym poetą?

— Przyjacielem nie, a wybitnym poetą? Czy ja wiem? Zdarzały mu się wiersze interesujące, niezłe.

— A ja myślałem, że artystycznie wybitne. Cóż, wy się le­piej na poezji znacie aniżeli ja. Ja mogę tylko powiedzieć, że z punktu widzenia oceny ideowej wiersze Żylina były błędne, obce narodowi radzieckiemu, szkodliwe, antypartyjne, oszczercze.

Musiał się zdobyć na duży wysiłek, żeby powiedzieć:

— Towarzyszu Stalin, o ile wiem, Aleksy Fiodorowicz nie zaj­mował się polityką?

— Sądzicie zatem, że nasze organa bezpieczeństwa nie miały podstaw, żeby aresztować waszego przyjaciela?

Wtedy Worotow ciężką dłonią ścierając pot z czoła, chyba cokolwiek piskliwym głosem krzyknął w słuchawkę, w noc, w odle­gły ciemny brzeg:

— To nie był mój przyjaciel, towarzyszu Stalin!

Na to Stalin:

— No tak, rozumiem. Źle mnie poinformowano. Ja myślałem, że Żylin jest waszym bardzo bliskim przyjacielem i w sensie ar­tystycznym wybitnym poetą. A oto się okazuje, że ani wasz przy­jaciel, ani wybitny poeta. Po prostu kontrrewolucjonista. No cóż? Nie będę wam więcej zabierać czasu. Czytajcie, Piotrze An­tonowiczu, róbcie notatki i spokojnie śpijcie. Dobranoc, Piotrze Antonowiczu.

Prawdopodobnie chwilę stał ze słuchawką w ręku, a potem ją odłożył i wrócił na fotel, ciężkie dłonie złożył na udach i pa­trzył na wysokie, nagie okna, za którymi cisza była i spokój, być może myślał: teraz wiem o sobie wszystko, ponieważ, ponie­waż...

I wówczas prawie na pewno Olga Nikołajewna zeszła na dół. Odwrócony do drzwi plecami i osłonięty wysokim oparciem fotela mógł nie słyszeć jej wejścia.

— Pietia! — powiedziała cicho.

Chwilę milczał i nie poruszał się, ścieżki prowadzące od bezpośredniego kontaktu z bóstwem do ukochanej kobiety nie są proste. Więc nie zmieniwszy pozycji, dopiero po chwili powie­dział głosem możliwie codziennym:

— To ty, Oleńka? Czemu nie śpisz?

— Kto dzwonił?

— Słyszałaś?

Podeszła bliżej, lecz nie na tyle blisko, aby wejść w krąg światła pozwalający dojrzeć twarz męża.

— Piotr — powiedziała — złe wiadomości?

Roześmiał się szczerze, prawie śmiechem z młodzieńczych lat.

— Ależ nie, Oleńka! Przeciwnie, wiadomości można uznać za dobre.

— Pietia, Pietia! Co dla nas dobrego może się stać?

— Nie przesadzaj, miła moja — odpowiedział, patrząc na swoje duże i ciężkie dłonie. — Wyobraź sobie, zadzwonił Siergiej Fiodorowicz.

— Siergiej Fiodorowicz?

— Nie pamiętasz? W trzydziestym roku pracował u nas w ogro­dzie parę miesięcy. Zapomniałaś? Mały, chudy, miał zabawny długi nos i uszy jak u nietoperza. Miły był, chyba nas polubił. Zadz­wonił, żeby oznajmić, że jego Żuczka urodziła szczenięta.

— O drugiej w nocy?

Znów się roześmiał.

— Chłopak ma fantazję. Nawet nie był pijany, trochę sobie może tylko podpił. Żuczka oszczeniła się według jego relacji o dziesiątej, coś niecoś pewnie pod tę okazję wypił, przypomniał nas sobie i zadzwonił, żeby się podzielić dobrą nowiną.

— Pietia, nigdy nie kłamałeś!

— O Boże! Dlaczego myślisz, że mówię nieprawdę? Po cóż bym miał kłamać? Zastanów się, pomyśl. Polubił nas, przypomniał so­bie i zadzwonił, że się jego Żuczka oszczeniła. Dobrze zresztą zrobił, bardzo mnie ucieszył. Każde narodziny mają coś pokrze­piającego.

I podniósł się z fotela, wiedział bowiem, że ma twarz w po­rządku i bezpiecznie może spojrzeć żonie w oczy.

— Chodźmy spać, Oleńka — powiedział czule. — Bardzo chce mi się spać. Czuję, że będę spać.

Dużo piasku i mało

Zimą z sześćdziesiątego szóstego na sześćdziesiąty siódmy, a także wiosną, mieszkałem w Paryżu, w studio na stromym piątym piętrze starej kamieniczki przy ulicy Guisard, więc często i o różnych porach wstępowałem do pobliskiego bistra przy placu St. Sulpice, na rogu des Canettes, uliczki tak za dnia spokojnej i na oko skromnej, iż nikt niespoufalony z tą dzielnicą nie mógłby przypuścić, że późnymi wieczorami, gdy plac z ciężką fasadą kościoła i z rozlicznymi sklepami z dewocjonaliami w sen zapada, ją z drzemki budzą dwuznaczne atrakcje i pokusy nocnego życia.

Moje bistro wiodło żywot dzienny, z machinacjami ulicy des Canettes nie miało, chyba, nic wspólnego, poza godzinami po­łudniowymi oraz wczesnowieczornymi było nietłoczne i zaciszne, sprzyjało samotnym rozmyślaniom i spotkaniom intymnym, dzięki oszkleniu od frontu było, prócz salki w głębi, całe otwarte na rozległy plac z fontanną i z platanami, i z wysoką i ciemną ścianą kościoła, lubiłem stać przy barze, popijać kawę, piwo, vin rouge43 albo koniak i patrzeć na ten pejzaż, szczególnie piękny, gdy spomiędzy stalowych chmur, lecących ponad placem na wie­trze przedwiosennym, wyłaniało się nagle słońce i drzewa i ka­mienie natychmiast bardzo ostro się rysowały w zimnym poblasku, a przy kontuarze było ciepło i zacisznie, posykiwał w kłębach pary ekspres, obok w grającej szafie Adamo śpiewał Tombe la neige.

Zamykano bistro w soboty i nie powiem bardzo, ale trochę nieswojo się czułem, kiedy było w soboty zamknięte, czegoś mi w pewnych porach dnia brakowało, obce miasta, nawet nieźle poz­nane i przyswojone, żyją dla mnie naprawdę realnie tylko w kil­ku uporczywie wydeptanych ulicach i w kilku stale odwiedzanych lokalach, już się nie uganiam za ilością wrażeń, przygód szukam w dobrowolnym ograniczeniu i powtarzaniu.

Ostatni raz na St. Sulpice byłem z początkiem kwietnia, w przeddzień wyjazdu, wstąpiłem rano na jednego martela i wtedy, przy następnym, od patrona, tęgiego mężczyzny w staroświeckim cwikierze, dowiedziałem się o śmierci Kolendy, umarł dokładnie 1 kwietnia na serce, na które często się uskarżał, choć dolegli­wości, które mu przysparzały tylu kłopotów i zmartwień, nie tłuma­czył był chorobą, lecz przyczynami mglistymi, wyższej niejako na­tury, sięgającymi w odległą i wciąż niezasklepioną przeszłość. Podobno umarł nagle, przy pracy.

Poznałem Kolendę na pewno przy barze i chyba któregoś popo­łudnia jeszcze przed Sylwestrem, ale w jakich dokładnie okolicz­nościach — nie pamiętam, bo ani w spotkaniu w Paryżu rodaka nie było nic szczególnego, ani on sam niczym specjalnym się nie wyró­żniał, szary był, płaski i niepozorny, a twarz też miał nijaką, od dnia poznania przynajmniej raz w tygodniu spotykaliśmy się w bistro, on popołudniu zawsze pijał casis, a wieczorami drobnymi łyczkami miętę, wychodziliśmy niekiedy razem i ja go wtedy pod­prowadzałem na ulicę Mabillon, gdzie jako metrampaż44 pracował w niedużej drukarni, ryczałtem licząc sporo słów się między nami uzbierało, a jednak twarzy Kolendy nie pamiętam, sylwetkę jeszcze jako tako, ale twarz całkiem mi w pamięci zanikła, nawet nie pa­miętam, czy był brunetem czy blondynem, łysym na pewno nie, chy­ba siwiejącym szatynem, chyba zawsze miał beret na głowie, jedne jego oczy zapamiętałem, bo miał podczerwienione i łzawiące, oprócz dotkliwych bóli i skurczy serca uskarżał się na chroniczne zapa­lenie spojówek, dlatego jego oczy zapamiętałem: małe, wyblakłe i wiecznie załzawione, z zaczerwienionymi powiekami, chyba też i mordkę miał króliczą, ale nie jestem pewien, naprawdę nie pamiętam.

Nie był mi Kolenda specjalnie sympatyczny, lecz i niechętnych uczuć nie budził, wiele wówczas czasu spędzałem samotnie, ludzi nie szukałem, za mną ludzie też nie gonili, spotkanie Kolendy w bistro było okazją do wymiany kilkunastu nieobowiązujących zdań, bo też zupełnie nieobowiązujące były nasze rozmowy, później się dopiero zorientowałem, że Kolenda z pewnością świadomie, choć okrężnie i po omacku zmierzał w naszych luźnych kontaktach do okreś­lonego celu, niepotrzebnie zresztą mówię: z pewnością, bo nie jest wykluczone, że wcale tak nie było, w każdym razie nie zaraz uchwy­ciłem, że o czymkolwiek mówił, poruszał się jakby w dwóch czasach równocześnie: w teraźniejszym i przeszłym, może dlatego sprawiał wrażenie człowieka bardzo siebie niepewnego, trochę jakby po przymarzniętej ziemi stąpał i ta ziemia za każdym jego krokiem wyśliz­giwała mu się spod nóg, ale, jak powiadam, z początku i to z począ­tku dość długiego nie wychwyciłem tego chwiejnego rozkojarzenia, więc też zachowywałem się wobec Kolendy jak człowiek, który dopie­ro po otrzymaniu kluczy dostrzega istnienie drzwi, zjawisko dosyć częste w stosunkach między ludźmi.

Już za pierwszym spotkaniem mogłem się zorientować...

Telefon Ksawerego Panka. W pewnym momencie Nagórski chce po­wiedzieć Ksaweremu o telefonie Alicji Singer, rezygnuje jednak i wtedy właśnie (trochę bez sensu) mówi o spotkaniu na St. Germain.

Po telefonie, w zeszycie z bieżącymi notatkami zapisuje zas­łyszany przed paroma dniami wierszyk, swoiście przerobiony ze znanego porzekadełka:

wlazł na gruszkę

trząsł pietruszkę,

cebula urodziła,

on się śmiał,

przyszedł właściciel tego banana

i mówi „złaź pan z tego kasztana!”

a ta wierzba jest moja.

Po czym wyłącza elektryczny piecyk i wraca do przerwanej lek­tury:

Już za pierwszym spotkaniem mogłem się zorientować, że Kolen­da nie jest emigrantem z wyboru politycznego, polityka zupełnie go nie interesowała, zresztą wiele innych rzeczy również, chyba bardzo rzadko chodził do kina i do teatru, nigdy mi przynajmniej o czymś podobnym nie wspominał, do książek też, nie sądzę, żeby zaglądał, kilka razy widziałem w kieszeni jego płaszcza „Paris Soir”, z Paryża znał tylko dzielnicę, w której pracował oraz tę drugą, gdzie mieszkał, reszta miasta była dla niego jak z odle­głej i obcej planety. Był rodowitym warszawiakiem, urodził się, wychował i mieszkał na Marymoncie aż do jesieni roku 1942, kiedy wprost z ulicznej łapanki dostał się do Oświęcimia, potem pod koniec wojny był w Buchenwaldzie i na ostatek krótko w Dachau. Po wyzwoleniu przez Amerykanów myślał o powrocie do kraju, ale kiedy się dowiedział, że wszyscy jego bliscy: rodzice, rodzeńs­two, również młodziutka żona zginęli w Powstaniu, począł powrót odkładać, miał fach łatwy do sprzedania, więc najpierw pracował w Monachium, potem się przeniósł do Francji, do Paryża, zarabiał nieźle, ożenił się z Francuską, kelnerką z self-service’u przy bul­warze St. Michel, dorobił się z nią dwojga dzieci oraz skromnego mieszkania w okolicy Bastylii, co wszystko razem było wcale nie mało, zważywszy, że zaczął po wojnie od zera, nie sprawiał przy tym wrażenia, jak wspomniałem, człowieka obarczonego nazbyt wie­loma przeżyciami i problemami, świat, który sobie stworzył i w którym się obracał: dom, drukarnia, bistro i chyba niewiele więcej, nie dostarczał mu szczególnie zawiłych konfliktów, miał pra­wo, takie odniosłem wrażenie, uważać się za człowieka, któremu na tyle się powiodło, aby być z życia zadowolonym.

Właśnie coś w tym sensie powiedziałem jednego razu, to było za drugim, może trzecim spotkaniem, gdy już zdążył mi opowiedzieć o sobie, co najważniejsze. Wtedy powiedział:

— Zadowolony? Satisfait. Ah, oui, oui, je comprands45. Zadowo­lony. Czy ja wiem? Zastanawiam się nieraz. Dawniej się nie zas­tanawiałem.

— Dawniej?

Avant la guerre46.

— Ileż pan miał, kiedy wojna wybuchła?

Dix neuf ans47. Dziewiętnaście.

— Niewiele.

— Faktycznie niewiele. Ale nie dlatego się nie zastanawiałem, czy jestem zadowolony z życia.

— Pewnie pan był?

— Serce miałem zdrowe.

Pierwszy raz wspomniał o sercu, więc spytałem, co mu dolega.

— Nadciśnienie mam — odpowiedział.

— Duże?

— Sypiać nie mogę, ale to nie z nadciśnienia.

— Był pan u lekarza?

— Na moje serce nie ma lekarstwa.

Pomyślałem, że typowy hipochondryk, a on dopił swoje cassis, to była godzina popołudniowa, i spojrzał na zegarek.

Il faut travailler48 — powiedział. — Pan jeszcze długo w Paryżu?

— Trochę — odpowiedziałem, bo nie wiedziałem dokładnie, ile zostanę.

Tak się złożyło, że z początkiem Nowego Roku wyjechałem na parę tygodni na wieś, do przyjaciół aż pod Arles, wróciłem w dru­giej dopiero połowie stycznia i bodaj tego samego dnia odnalazłem Kolendę w bistro, kończył cassis, gdy wszedłem, ale odmówił, kie­dy mu dla towarzystwa zaproponowałem następne.

Je ne peux pas boire49 — powiedział — Moja żona pije do obia­du wino, mais moi non50, jedno cassis, to moja norma, i to nie co dzień.

— Z powodu nadciśnienia?

— Dawniej mogłem pić, miałem mocną głowę, ale teraz nie. A w Polsce zawsze dużo piją?

— Raczej tak.

— Mój ojciec, pamiętam, kiedy pił, to szklanką po musztardzie.

— Musztardówką.

— Właśnie, musztardówką. A ja, jak byłem młody, mogłem wypić litr czystej i więcej, za okupacji bimber, ale pijakiem nie by­łem, sam nie piłem nigdy, z kolegami chętnie. Mais apres la guerre c’est fini51! Po wojnie już nie mogłem. A pana dawno nie by­ło, myślałem, że pan wyjechał.

Wyjaśniłem, gdzie byłem. Zamyślił się i zamrugał podczerwienionymi powiekami.

— Wieś. Ja już nawet nie pamiętam, jak prawdziwa wieś wyglą­da.

— A urlopy gdzie pan spędza?

— Ja nie biorę urlopów.

— Jak to? — nie bardzo zrozumiałem.

— Dawniej brałem, jeszcze po wojnie brałem, ale teraz od wielu lat nie biorę. Moi, je dois travailler52, bo jak nie pracuję, zaraz czuję się gorzej z sercem. Żona z dziećmi zawsze w lecie wyjeżdża, w zeszłym roku byli Bretanii, teraz się wybierają do Hiszpanii, mamy Deux Chevaux, żona prowadzi, pas mal, moi non53, refleks mam słaby, skupić się nie potrafię.

— Pewnie jest pan przemęczony?

— Dlaczego przemęczony?

— Pracą, brakiem odpoczynku.

Ah, non, non54! Ja się najwięcej męczę, kiedy nic nie robię.

— A co pański lekarz na to?

Le docteur55 Cortot? O, on by mnie najchętniej widział w charakterze dożywotniego rentiera. Kiedy byłem u niego ostatnio przed paru miesiącami, wprost mi powiedział: pan monsieur56 Kolen­da, gdyby był pan roządnym człowiekiem, sprzedałby pan czym prę­dzej mieszkanie i kupił gdzieś w ładnie położonym miasteczku nie­wielką kafejkę, żonie kazał interes prowadzić, a sam ryby łowił, na małe spacerki chodził, z sąsiadami gawędził, a wieczorami te­lewizję pooglądał albo ze dwa, trzy robry rozegrał.

— Może ma rację?

— Germaine też tak mówi.

— No, widzi pan!

Na to odpowiedział:

Non, non, cher monsieur57, to nie byłoby dla mnie życie, ja muszę pracować. Jakie serce mam, to mam, dobre nie jest, bo jakie ma być? Ale jeszcze chodzi, a gdybym rzucił pracę i nic nie robił, tylko ryby łowił i spacerował, to pewnego dnia serce by mnie zadusiło, non, non, cher monsieur, ce n’est pas la vie pour moi58.

Poza ostatnią jest to bodaj jedyna rozmowa z Kolendą, którą prawie dosłownie zapamiętałem, inne, następne, a było ich ciągu zimy i przedwiośnia sporo, rozmazały mi się w pamięci, jak zaciek na suficie, tyle pamiętam, że stale w nich powraca­ło serce niedomagające na skutek jakichś tajemniczych zagrożeń, wynikających nie tylko z chronicznej choroby, również chwiejne rozkojarzenie wśród dwóch czasów, także uskarżanie się na dole­gliwości oczu, drobne sprawy domowe też się pojawiły; najwięcej chyba mówiliśmy o pogodzie i paryskim klimacie. Myślę, że gdyby nie ostatnia z Kolendą rozmowa, choć nie przypuszczałem wówczas, że będzie ostatnią, cały w ogóle Kolenda rozpłynąłby mi się po niedługim czasie w zapomnieniu, w pejzażu innym niż plac St. Sulpice nie byłoby dla niego miejsca, ostatecznie większość prze­lotnych i przypadkowych kontaktów z ludźmi dzieli los prześwie­tlonych klisz.

Był wieczór, pamiętam: ciepły i wilgotny, z drobną mgiełką, już pełen podmuchów wiosny, miałem się spotkać z kilkoma znajo­mymi na St. Germain, ale nie poszedłem, bo nie chciałem dużo pić, a w tym okresie trudno mi było z ludźmi współżyć bez większego alkoholu, chciałem wcześnie wrócić do domu i poczytać monogra­fię Pintera o Prouście, więc z małej restauracyjki u początku ulicy Grenelle, gdzie często jadałem i skąd z zamkniętymi oczami mogłem trafić na plac St. Sulpice, bo to była jedna z owych wydeptanych przeze mnie ścieżek ogromnego labiryntu, przeszedłem w drobnej mżawce kilkaset kroków zupełnie machinalnie, prawie z uczuciem ulgi, że po krótkim, także rytualnym postoju w bistro i wypiciu dwóch, najwyżej trzech koniaków wrócę do siebie, na strome piąte piętro. Nie myślałem o Kolendzie, nie byłem usposo­biony do rozmów nawet nieobowiązujących, więc gdybym go jeszcze z ulicy zdążył wypatrzeć przy barze, pewnie poszedłbym dalej albo zawrócił, aby w najbliższym bistro spełnić samotnie swoje wieczorne koniaki, lecz gdy wszedłem, już było za późno, żeby się wycofać, przywitaliśmy się w milczeniu, beret na pewno miał na głowie, u patrona zamówiłem podwójnego martela, Adamo śpiewał w grającej szafie, dopiero kiedy rozpiąłem płaszcz pokryty kru­chą wilgocią, spostrzegłem, że przed Kolendą stoi nie wieczorna mięta, lecz duże cassis.

— O! — powiedziałem, żeby coś powiedzieć — odstąpił pan od swoich przyzwyczajeń.

On wtedy podniósł do ust pękaty kieliszek, wypił cassis drobnymi łyczkami, kieliszek odstawił i mrugając bardziej niż zwykle zaczerwienionymi powiekami powiedział:

— Ja się w ogóle nie mogę przyzwyczaić.

— Do Paryża? — spytałem bezmyślnie.

— W ogóle. Chcę się przyzwyczaić i nie mogę. Dwadzieścia dwa lata z tym chodzę i przyzwyczaić się nie mogę. Jak pan myś­li, nie mam już szans, żeby się przyzwyczaić?

Było to dość nieoczekiwane, lecz jak najbardziej prawdziwe: Kolenda był podchmielony, nie pijany, lecz na silnym rauschu na pewno. A oto, co mi w tym stanie rozluźnionej samokontroli powiedział:

— Niech pan powie, za co mnie to spotkało? Czemu Pan Bóg mnie tak pokarał? Nie urodziłem się przecież na męczennika, zwykłym jestem człowiekiem, więc dlaczego tak się ze mną stało? Przysięgam, tysiące ludzi gorsze rzeczy ma na sumieniu niż ja i się przyzwyczaili, normalnie żyją, serce im nie dokucza, sen ma­ją dobry, a ja się przyzwyczaić nie mogę, dlaczego, proszę pana, za co? Ja panu wtedy, kiedy się poznaliśmy, nie powiedziałem prawdy, że w czterdziestym piątym chciałem wrócić do kraju, a nie wróciłem, bo się dowiedziałem, że wszyscy moi bliscy nie ży­ją. Prawda jest taka, że ja bym mimo to wrócił, bo ojczyzna, na­wet kiedy w niej nie ma bliskich, zawsze jest ojczyzną. Ja nie wróciłem, słowo panu daję, teraz Kolenda najszczerszą prawdę mówi, bo się bałem, że w kraju będę miał większe wyrzuty sumienia, a jak osiądę między obcymi, to się wszystko powoli zasklepi, wygładzi i ja się przyzwyczaję. I widzi pan, ojczyznę straciłem, cudzoziemską mam żonę, dzieci już francuskie, i wszystko na nic, bo ja się przyzwyczaić nie mogę, wciąż tylko myślę i myślę o jed­nym, chodzi to za mną jak złe oko, posłuchaj pan, to mnie dopad­ło pod sam koniec, kiedy mnie z Buchenwaldu przewieźli do Dachau, trzy lata lagrów już w sobie miałem, ładowaliśmy piasek na lory, była wielka kupa piasku do ładowania, ja stałem ze słońcem, ale wszystkie siły ze mnie uciekły, żadnej siły nie miałem, ledwo się na nogach mogłem utrzymać, pięć, może dziesięć łopat wysypałem, czy ja wiem?, a z drugiej strony ładował Ruski, młody silny chło­pak, wołaliśmy na niego: Wania, on ładował i ładował, jak maszy­na, kupa piasku leżała po jego stronie, chociaż ładował pod słoń­ce. Nagle z daleka widzę, idzie Aufseher59, więc mówię do Ruskiego: ty Wania, ładujesz pod słońce, oczy cię na pewno bolą, chcesz, to się możemy zamienić, uśmiechnął się na to, przeszedł na moją stronę, spasibo60, powiedział, i dalej ładował. Po chwili nadszedł Aufseher, stanął, popatrzył, że przede mną wielka kupa piasku, a po stronie Ruskiego malutka, więc podszedł do mnie, wyjął mi z rąk łopatę i tą łopatą dwoma uderzeniami zatłukł Wanię, potem znów wrócił do mnie, łopatę oddał, poklepał po plecach, że dob­rze pracuję i poszedł dalej, a ja przez to na serce choruję, mę­czę się, nie śpię i do życia przyzwyczaić się nie mogę. Pan może myśli, że ja nie wiedziałem, że Aufseher Wanię zatłucze? Dobrze, proszę pana, wiedziałem, że to zrobi, przecież gdybym nie wie­dział, nie zamieniłbym się na miejsce.

Było to, jak wspomniałem, ostatnie moje spotkanie z Kolendą, od tego wieczora omijałem plac St. Sulpice, popołudniowe i wieczorne koniaki pijałem w innych bistrach, a do mojego starego, chcąc się pożegnać z patronem, wstąpiłem dopiero w przeddzień wy­jazdu i na wszelki wypadek w porze południowej. Dowiedziawszy się o śmierci Kolendy, zrobiłem zmartwioną twarz, powiedziałem do patrona akurat tyle, co w podobnej sytuacji powiedzieć nale­żało, lecz w głębi duszy odczułem ulgę, że już nigdy i nigdzie nie spotkam mego przypadkowego znajomego z bistra przy placu St. Sulpice.

Tych czterech opowiadań nie napisałem specjalnie dla Nagórskiego. Wszystkie utwory, jakie wymyśliłem Nagórskiemu, są ukształtowane na mój własny obraz. Bardzo dobrze zrozumiał to Antek L. pisząc dla Antka Raszewskiego esej o Ostatniej godzinie, gdzie w związku z utworami Nagórskiego pełno dosłownych cy­tatów z utworów moich. Właściwie dopiero teraz (dość późno!) przychodzi mi do głowy, że z wielu względów zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych lepiej by było, gdyby Nagórski jako pisarz nie był moim powtórzeniem, lecz moim przeciwieństwem, przezwyciężeniem samego siebie. Byłoby lepiej? Prawdopodobnie. Lecz, żeby było w tym sensie „lepiej” — nie stać mnie po prostu. Czy oznacza to, że zdając sobie sprawę z własnych niedostatków nie chciałbym być innym, aniżeli jestem? Innym, więc z innymi braka­mi i innymi przymiotami? Lecz jakimi? Nie umiem odpowiedzieć precyzyjnie na to: jakimi? Rzeczywiście, odkąd sięgam pamięcią — nigdy nie pragnąłem być kimś innym, aniżeli byłem, nawet w chwili szczególnie natrętnego zmęczenia samym sobą i obrzydzeniem ku własnemu „ja”. Nie, to było niemożliwością, abym ulepił Na­górskiemu inny model twórczości. Musiało być tak, jak jest.

Ukończywszy lekturę ostatniego opowiadania, Nagórski wyrów­nuje starannie stronice maszynopisu, składa je do teczki, a tę chowa do biurka, wyjmując równocześnie inną teczkę z tekstem zaczętej w ubiegłym tygodniu Mszy za poetę. Zanim się jednak zabierze do lektury, telefon matki.

— Pamiętasz, że przed siódmą masz po mnie przyjechać?

— Oczywiście, mamo.

— Tylko się nie spóźnij.

— Dopiero dochodzi szósta.

— I uważaj, jak będziesz jechać, na pewno jest ślisko.

Nagórski, spoglądając na zimowy krajobraz za oknem:

— Jak się czujesz?

— Doskonale!

— Pogoda okropna. Nie gniewaj się, ale czy to ma sens, że­byś wychodziła z domu na taką zawieję?

— A co mi się stanie? Nie jestem z cukru.

— Mógłbym ci przywieźć parę płyt Haliny.

Starsza pani po chwili milczenia:

— Dobrze, możesz nie przyjeżdżać, wolę zostać w domu, niż ci przeszkadzać.

— Ależ mamo, kto mówi o przeszkadzaniu?

— Wiem, że jestem starą kobietą i nie należy do przyjemnoś­ci pokazywać się ze mną publicznie.

— Mamo — powiedział stanowczo — najdalej za trzy kwadranse jestem u ciebie. Mogę liczyć na filiżankę herbaty?

Znów chwila ciszy, po czym rozległ się głos (z akcentem lekkiej obrazy) starszej pani:

— Właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

Nagórski już nie wraca do Mszy za poetę. Wprawdzie Maria Nagórska mieszka na Krakowskim Przedmieściu, zaraz za Miodową, więc po drodze do Filharmonii, lecz przed wyjazdem Nagórski musi się ogolić i przebrać.

Na godzinę przed koncertem symfonicznym Witold Otocki opuś­cił gmach Komitetu Centralnego, a ponieważ poczuł głód — kazał kierowcy podjechać na Foksal, do „Kameralnej”.

Otocki był w znakomitym humorze. Od przeszło miesiąca bez skutku się dobijał, aby Stefan Raszewski zechciał go przyjąć, kilkakrotnie wyznaczane spotkania były w ostatnich nieomal chwi­lach przez sekretarkę Raszewskiego odwoływane. Otocki gryzł się tym i niepokoił, nie miał bowiem pewności, czy przyczyną owych komplikacji był rzeczywiście brak czasu, czy też rozliczne obowiązki sekretarza KC nie miały w tym wypadku na celu zasygnalizo­wanie pierwszych objawów niełaski. Chociaż rok minął, od kiedy objął dyrekcję Teatru Stołecznego, zdawał sobie sprawę, że w opinii większości aktorów, a również i dla personelu technicznego wciąż pozostaje dyrektorem mianowanym odgórnie i to w okolicz­nościach szczególnie drastycznych, bo związanych z nagłym i bru­talnym zdjęciem z dyrektorstwa Romana Gorbatego. Bywał już w swo­im życiu wielokrotnie dyrektorem różnych instytucji kulturalnych, nigdy się nie zdołał wykazać poważniejszymi osiągnięciami, jeśli w ogóle w jego działalności o jakichkolwiek osiągnięciach można było serio mówić, wiedział w gruncie rzeczy, że jest miernotą, lecz i to wiedział, iż właśnie dlatego, że jest miernotą — może zawsze liczyć na kierownicze stanowisko, przecież ta świadomość mogła w nim trwać umocniona wówczas tylko, gdy czuł wokół siebie, a raczej ponad sobą krzepiące poparcie czynników nadrzędnych. W ciągu wielu minionych lat zmieniali się ludzie w Ministerstwie i w Komitecie Centralnym, w wydziale kierującym resortem, jedni wylatywali z orbity i gaśli nagle lub powoli, wśród rozległych i głębokich falowań codzienności, pamięć o nich, kiedyś wszech­mocnych i groźnych, głuchła i stygła, inni wzlatywali wyżej, osiągając wysokości już niedostępne dla istoty w randze dyrekto­ra, jeszcze inni znikali w głębi labiryntów również wypełnionych władzą, lecz władzą kształtującą regiony życia niemające nic wspólnego z tzw. odcinkiem kultury, konstelacje gwiezdne na par­tyjnym niebie wciąż się odmieniały, Otocki trwał, umiejętnie z każdym układem nawiązując życiodajny kontakt. Swoje trudności miewał, owszem, znał ich cierpki smak, znał owe niespodziewane telefony, gdy odległy, dobrze znajomy i zawsze z początku spokoj­ny i zrównoważony głos pytał: co się tam u was dzieje, towarzy­szu Otocki?, wiedział, że po takim niewinnym wstępie za chwilę, za ułamek sekundy rozpęta się burza i w jego duże, mięsiste ucho, lepkim potem zwilżające rozgrzewający się ebonit słuchawki, wle­je się natychmiast spotworniały ryk, gwałtowny potok słów, grzmiących i szczękających, jak lawina głazów obsuwająca się ze zbo­cza góry, tego ryku nawet się nie bał, bał się, że ryk może się przekształcić w pewnym momencie w zarządzenie, w prawny akt — lecz nigdy strach nie dopadał go tak natarczywie, jak ostatnio, gdy nie mógł u Stefana Raszewskiego uzyskać posłuchania. Budził się nocami w ciemnej głębi koszmarnych i niezapamiętanych snów, leżał w ciemnościach zlany potem, obezwładniony sflaczałym ogro­mem własnego ciała, pod ciężkimi dłońmi skrzyżowanymi na brzuchu czuł obrzmiałą wypukłość brzucha, twarz mu w ciemnościach puchła, ogromniały uda i stopy, a skurczona i spotniała męskość przypo­minała mu złośliwie o doczesnej nędzy erotycznych przedsięwzięć, był zbyt znużony, aby spod kołdry wyciągnąć ramię i zapalić światło, więc dalej leżał w ciemnościach szepcząc: Jezu Chryste, za co człowiek się tak męczy? — — — — — i oto dzisiaj Stefan Raszewski go przyjął. Przyjął w swoim gabinecie w Komitecie Centralnym, ale w godzinach pozaurzędowych, popołudniu, poświęcił mu całą godzinę, był w dobrym humorze, prawie nieoficjalny, od razu opuś­cił swoje miejsce za biurkiem, rozmawiali w wygodnych fotelach przy okrągłym stole, na którym zjawiła się niebawem mocna, gorą­ca kawa, za oknem dęło i wirowała kwietniowa śnieżyca, lecz tu było cicho i przytulnie, złe nocne zmory wyparowały powoli z Otockiego i wyparowały już chyba całkiem, gdy dyrektor Teatru Stołecznego, zrelacjonowawszy zwięźle nastroje w teatrze, prze­szedł do sprawy najważniejszej, a mianowicie do sprawy Makbeta w reżyserii i scenografii Eryka Wanerta.

Zrazu Raszewski się skrzywił.

— Wanert? Dlaczego akurat Wanert? Nie za dużo tego Wanerta?

Otocki ostrożnie:

— O ile wiem, towarzyszu Raszewski, Wanert nic na razie nie kręci.

— A dlaczego nie kręci? Bo nie chce robić takich filmów, jakich my potrzebujemy.

— Interesuje się teatrem, ma ciekawe i ambitne pomysły.

— Wyobrażam sobie! Musicie sobie ten majdan brać na plecy, towarzyszu Otocki?

Przez moment Otocki chciał skapitulować, wycofując się z całej sprawy, lecz w ostatniej chwili powstrzymało go od tego kroku uświadomienie sobie, jak złe wrażenie wywoła podobna de­cyzja w teatrze. Zatem zwięźle i starannie dobierając słowa, po­czął wyjaśniać, na czym polega Wanertowska koncepcja Makbeta.

Raszewski słuchał uważnie i gdy Otocki skończył, spytał:

— A kogo chcecie obsadzić?

— Kellera jako Makbeta, a jako Lady Makbet Monikę Panek.

— Nie za młoda?

— Przy koncepcji Wanerta, to raczej plus.

— Ja miałem na myśli, że aktorsko młoda.

— W pewnym sensie tak — przyznał Otocki — ale bardzo am­bitna.

— Podobno — mruknął Raszewski i Otocki uważnie odnotował, że pomiędzy Raszewskim i Moniką wszystko już chyba skończone. — Zresztą to nie moja sprawa. No tak! Cóż wam powiedzieć, towa­rzyszu Otocki? Próbujcie! My z pana Wanerta nie mamy zamiaru robić męczennika, niech pokaże, czy chce i potrafi wyjść poza swoje subiektywne widzenie rzeczywistości, poza swój pesymizm i temu podobne. Damy mu szansę. Ale pod jednym warunkiem, towa­rzyszu Otocki. Wy osobiście będziecie odpowiadać przed Partią, jeżeli Wanert pójdzie śladami tych naszych różnych speców od uwspółcześniania Szekspira i zamiast rzetelnie zrobionej trage­dii historycznej sprezentuje nam jeszcze jedną wersję tzw. dra­matu władzy, rozumiecie, co mam na myśli?

— Oczywiście, towarzyszu Raszewski. Możecie być pewni, że nic podobnego nie pojawi się w Teatrze Stołecznym.

— Mam nadzieję. A gdyby jednak, to pamiętajcie, co powie­działem, żebyście potem nie mieli do nas pretensji. Jeśli cho­dzi osobiście o mnie, to wolałbym się z wami nie rozstawać, towarzyszu Otocki, Partia ma do was zaufanie.

— Dziękuję, towarzyszu Raszewski, postaram się nie zawieść tego zaufania.

I pod wpływem ciepłej i pożywnej słodyczy, jaką w sobie poczuje:

— Jeszcze jedną sprawę chciałbym nam, towarzyszu Raszewski, zreferować, sprawę, przyznaję, trochę kontrowersyjną...

— Mianowicie?

— Chodzi o Gorbatego.

— Tak, słucham.

— Wydaje mi się, że z wielu względów, również i politycz­nych, byłoby wskazane, żeby w najbliższym czasie, no, może nie w najbliższym terminie, ale gdzieś w nowym sezonie dać Gorbate­mu jakąś sztukę, może coś z klasyki rosyjskiej...

— Nie, towarzyszu Otocki — przeciął ostro Raszewski — ten numer nie przejdzie, na to nie pójdziemy ani dzisiaj, ani jutro. Pan Gorbaty w różnych swoich wystąpieniach dał się poz­nać jako ktoś obcy, niemający nic wspólnego z interesami narodu polskiego i terenem jego przyszłej działalności może być każ­dy kraj prócz Polski. Sprawę trzeba postawić jasno: my się nie podobamy panu Gorbatemu, jego sprawa, my się więcej nie będziemy wtrącać w sumienie pana Gorbatego, ważne jest, że pan Gorbaty nam się nie podoba, a kto się nie podoba nam, ten musi iść won! Dziwię się wam towarzyszu Otocki, że określiliście tę bru­dną sprawę jako kontrowersyjną. Ona wcale nie jest kontrowersy­jna. Jest jasna jak stół!

I dla zaakcentowania owej jasności uderzył pięścią w stół, zadrżały leciutko filiżanki, a Otocki poczuł w tym momencie nieprzyjemną mdłość w okolicach serca. Lecz Raszewski natychmiast się rozpogodził.

— No tak! — powiedział — tak by ta sprawa wyglądała na pła­szczyźnie politycznej, a to jest jedyny punkt widzenia, jaki ja mogę zająć. Trudno, towarzyszu Otocki, ja muszę brać rzeczywis­tość taką, jaka jest, i muszę podchodzić do niej pryncypialnie. Ale wasze sugestie rozumiem. Rozumiem przede wszystkim waszą sy­tuację w Teatrze Stołecznym, nacisk środowiska nieumiejącego myś­leć kategoriami politycznymi i państwowymi, łatwo też ulegające­go bałamutnym nastrojom i różnym plotkom i oszczerstwom rozsiewa­nym przez naszych wrogów z wewnątrz, a przede wszystkim z zewnątrz, rozumiem to wszystko. I wasze poczucie lojalności koleżeńskiej też rozumiem i doceniam. Nie myślcie, że my, ludzie z aparatu, jes­teśmy bezdusznymi maszynami, każdy z nas ma także serce, i to czasem duże serce, chodzi tylko o to, dla kogo to serce bije. Ja bynajmniej nie przeczę, że Gorbaty był wybitnym artystą i w rozwo­ju polskiego teatru posiada pewne niewątpliwe zasługi, niestety, nie wytrzymał naporu historii, wypadł na zakręcie i boleśnie się potłukł, jego talent przestał służyć naszej sprawie, słusznej sprawie. Jak to mówi poeta: „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia”... Jak to idzie dalej? Wy na pewno jesteście w poe­zji silniejsi ode mnie...

— „Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia”.

— No właśnie!

Rozstali się jak przyjaciele i ze względu na szczególnie ludzki oraz intymny akcent, jakim się ta rozmowa zakończyła, niebezpiecznie w pewnym momencie nachylona ku katastrofie, Wi­told Otocki, spoglądając w drodze do pobliskiej „Kameralnej” na zawieję szalejącą na dworze i na lepkie płaty śniegu ścierane z przedniej szyby wołgi rytmicznymi ruchami wycieraczki, a także wi­dząc ludzkie pokurczone mrowie, wypełniające chodniki na ruchli­wym skrzyżowaniu Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi, mógł się w kojącym cieple auta poczuć czysty i wewnętrznie obmyty nieomal jak młody chłopiec jeszcze prostodusznie wierzący po przyjęciu pierwszej komunii (et super nivem dealbabor61), nie mu­siał również wobec tak pomyślnego finału żałować, że sprawę Gor­batego poruszył, przeciwnie — poczuł się wzruszony własną odwagą oraz koleżeństwem, i podbudowany tą świadomością, a też ożywiony bliską perspektywą koncertu, na którym w czasie przerwy będzie mógł co najmniej kilku osobom ze środowiska zakomunikować swoją dobrą wolę, wszedł do „Kameralnej”, strząsnął z jesionki śnieg, który zdążył na niej osiąść, gdy wychodził z auta, rozebrał się w szatni, życzliwym uśmiechem kwitując ukłon i słowa powitania znajomego szatniarza, po czym, poprawiwszy przed lustrem cokol­wiek przekrzywiony krawat, zszedł na dół do toalety, żeby zrobić siusiu.

Przy barze, jak zwykle o tej wczesnej wieczornej godzinie, było tłoczno, znalazł jednak wolne miejsce u końca kontuaru i gdy się usadowił na wysokim stołku, zawsze, ilekroć wstępował do barów, kojarzących mu się, nie wiedzieć czemu, z Szymonem Słupnikiem, i rozejrzał się za kartą — w młodym człowieku siedzącym obok rozpoznał bez entuzjazmu Andrzeja Wajsa, siostrzeńca Jolanty, któ­ry po ukończeniu ekonomii politycznej, na Uniwersytecie pracował w dziale planowania i statystyki w Państwowym Instytucie Pracy, u Leopolda Panka. Natomiast Wajs, przystojny brunecik z baczkami i fryzurą cokolwiek przydługą jak na urzędnika państwowego, bar­dzo się wujem ucieszył.

— Dawno cię nie widziałem — Otocki bardzo po dyrektorsku przyhamował wylewność siostrzeńca — co u ciebie słychać?

Na to młody człowiek:

— Zależy, wuju, gdzie się ucho przyłoży. A u wuja?

— W porządku, wszystko w porządku

— Michał się robi sławny, fajnie śpiewa.

Otocki nie lubił tematu syna, który od roku występował w big-beatowym zespole „LA DA CO”, pozostawił więc ten wątpliwy kom­plement bez komentarza i u barmanki, która akurat podeszła, zamó­wił pieczarki w kokilce62 oraz kieliszek jarzębiaku. Przed Andrzej­kiem stała setka czystej i jasne piwo.

— Rzadko się wuja widuje w „Kameralnej”.

— Nie mam czasu, mój drogi, na włóczenie się po knajpach. Teraz miałem po drodze, więc wpadłem, żeby coś przekąsić przed koncertem. Halina Czaplicka dzisiaj śpiewa.

— Ona chyba do siedemdziesiątki dociąga, nie?

— Przesadzasz, ma najwyżej pięćdziesiąt, może pięćdziesiąt dwa i wciąż jest w znakomitej formie. To wielka śpiewaczka!

— Wolę Beatlesów.

— Kwestia gustu.

— To zdrowie wuja! — powiedział Wajs, podnosząc szklaneczkę.

Otocki odwrócił się i zajął własnym jarzębiakiem, żeby nie widzieć, jak tamten jednym haustem opróżnia swoją setkę. Jednak nie wytrzymał.

— Czy u was młodych to już taki obyczaj, że się pije, nie jedząc?

Andrzejek dość długo i na jednym oddechu leniwie sączył piwo.

— Nie do uwierzenia, wuju — powiedział wreszcie — jak długi czas żółwie mogą żyć bez jedzenia, ba! nawet nie oddychając. Od pradawnych czasów żółwie lądowe bywają trzymane w niewoli, niektóre przeżywały w niewoli 70, 100, a nawet 150 lat. Żółwie lą­dowe piją rzadko, ale dużo naraz. To z Brehma63, wuju.

— Nie wiedziałem, że się interesujesz zoologią.

— Żółwiami, wuju. Żółwie, to moje hobby.

Otocki:

— Na „Batorym”, kiedy jest wieczór kapitański, zawsze dają zupę żółwiową.

— Nie jadłem.

— Znakomita!

— Pozbawione głów, żółwie poruszają się jeszcze przez wiele tygodni.

— Rzeczywiście?

— Tak Brehm pisze. Może wuj ma przypadkiem w swojej biblio­tece coś o żółwiach, ja zbieram wszystko, co jest o żółwiach.

Otocki, podnosząc do ust porcję pieczarek, zastanowił się poważnie.

— Nie, nie przypuszczam, żebym coś podobnego miał u siebie. Żółwie to nie moja specjalność.

— Szkoda — westchnął Andrzej Wajs i wyraźnie posmutniał.

Aż nagle spytał:

— To prawda wuju, że Teatr Stołeczny ma od nowego sezonu zmienić nazwę?

Otocki podniósł swoją wielką głowę znad opróżnionej kokil­ki.

— Zmienić nazwę? Pierwszy raz słyszę, nikt mi podobnego wnio­sku nie przedstawiał. Po co Teatr Stołeczny miałby zmieniać naz­wę?

— Ja nie wiem, może żeby się odciąć?

— Od czego?

— Tak w ogóle.

— Brednie!

— Pewnie brednie, ale wszyscy mówią.

— Co znaczy wszyscy?

— Różne typy, wie wuj, u nas w PIP-ie się przewijają, takie różne dzwony, lichtarze i organki. Ale, jak wuj o niczym nie sły­szał, to na pewno plotka. A jeszcze wczoraj wieczorem, tu przy tym samym barze, jeden aktor przysięgał się, że to prawda.

— Ze Stołecznego?

— Chyba tak, tak przynajmniej konfabulował64.

— Jak się nazywa?

— Wyleciało mi. Młody, młodszy ode mnie.

— Halicki?

— Nie, chyba nie Halicki, Halickiego znam od Hopfera, ten był młody, wysoki brunet.

— To by się zgadzało.

— Ale to nie Halicki.

— A, wszystko jedno! — zirytował się Otocki. — Co więc mówił?

— Że od nowego sezonu Teatr Stołeczny ma się inaczej nazy­wać.

— Mówił jak?

— Mówił, ale to beznadziejnie głupie.

— Wydaje mi się, że kto jak kto, ale ja mam prawo znać plotki o moim teatrze.

— Zapewne, zapewne — powiedział Andrzejek Wajs ze współczu­jącym zrozumieniem. — Napije się wuj?

— Pięćdziesiątkę mogę ci postawić. Ale jedną.

— Dziękuję, wuju — na to Wajs — prześlę wujowi pocztówkę z żółwiem, żółwie przynoszą szczęście. Pani Lalu, dla mnie setkę i, jasne, pan dyrektor Otocki za wszystko płaci.

Otocki chciał zaprotestować, lecz spojrzawszy na zegarek (dochodziła siódma, a musiał jeszcze wstąpić po żonę, która w „Sygnałach” miała zebranie partyjne), zażądał rachunku.

— Wszystko razem? — spytała tęga utleniona blondyna.

— Razem — zgodził się.

I do siostrzeńca:

— Więc?

— Kiedy naprawdę, wuju, to koszmarnie głupie.

— Mam nadzieję.

— Więc mówią, że od nowego sezonu teatr wuja będzie się nazy­wać Teatr KaKa.

— KaKa?

— Rzekłem, że głupie, nie?

— Nie rozumiem dowcipu.

— Teatr Konrada Kellera. KaKa.

— Ach tak!

— Beznadziejnie płaskie.

— Powiedzmy! KaKa!

— Wuj się na mnie nie gniewa?

— Przeciwnie, jestem ci wdzięczny.

— To zdrowie wuja!

— Dziękuję. No, na umie już czas, muszę zmykać. Trzymaj się!

— Cześć, wuju. Ucałowanie rączek dla cioci.

Gdy Otocki podjechał na Smolną do „Sygnałów”, okazało się, że partyjne zebranie jeszcze się nie skończyło. Jola Otocka, wywołana na korytarz, oświadcza, iż postara się przyjechać na drugą część koncertu, na razie jako członek egzekutywy65, nie mo­że zebrania opuścić, ponieważ trwa dyskusja w sprawie usunięcia z Partii jednej z redaktorek, oskarżonej o rozpowszechnianie poglądów syjonistycznych i antypatriotycznych. Wprawdzie usunięcie owej pracowniczki zostało już zadecydowane przez Komitet Miejski, lecz dyrektywie tej towarzyszyło zalecenie, aby w dys­kusji nad tym punktem porządku dziennego wzięła udział możliwie największa ilość członków POP-u66, stąd przedłużanie się dyskusji. Otocki krótko referuje żonie przebieg rozmowy z Raszewskim i już przy wyjściu, jakby mimochodem, pyta Jolę, czy nie obiła się jej o uszy taka głupia plotka o zmianie nazwy Teatru Stołeczne­go. Otocka śmieje się. Teatr KaKa? Oczywiście! Wszyscy to za­bawne powiedzonko znają.

— Zabawne? — mówi Otocki z akcentem goryczy. — Tobie się to wydaje zabawne?

— Bardzo! — odpowiada Otocka. — A biorąc pod uwagę twój silny, męski charakter, nawet prawdziwe.

Na to Otocki:

— Ach tak? Tak sądzisz?

— Owszem, tak sądzę. Uważasz, że się mylę?

Ta nieprzyjemna rozmowa rozwiewa ostatecznie wahania Otockiego. Dyrektor Teatru Stołecznego, głęboko dotknięty w miłoś­ci własnej, postanawia zadziałać i to natychmiast. Skoro więc przybędzie do Filharmonii na kwadrans przed rozpoczęciem kon­certu i w rozległym hallu na dole, już pełnym ludzi, dostrzeże Eryka Wanerta, natychmiast do niego podejdzie.

— Cześć, stary! Mam dla ciebie dobre wiadomości, w ponie­działek możesz zaczynać próby Makbeta. Raszewski bardzo życz­liwie się ustosunkował do twojej koncepcji, właśnie od niego wracam.

Wanert zwięźle:

— Cieszę się. Chciałbym zrobić dobre przedstawienie.

— Zrobisz! Jest tylko jedno „ale”.

— Raszewskiego?

— Nie, moje. To, oczywiście, nie jest warunek, tylko su­gestia. Otóż, stary, po rozmowie z Raszewskim jeszcze raz so­bie przemyślałem całą sprawę, twoja koncepcja jest nowa i twór­cza, ale właśnie dlatego, że taka jest, doszedłem do przekona­nia, że z tej historii należy bezwzględnie wyeliminować Moni­kę. Mówmy otwarcie, ty wiesz dobrze, jakie ona ma możliwości, ja też wiem, co się będziemy obcyndalać? Cudów nie ma, położy­łaby spektakl.

Eryk Wanert:

— Zdaje się, że to nie ja upierałem się przy Monice? Twier­dziłeś...

— Masz rację, mój błąd, przyznaję. Dlatego chcę to napra­wić.

— Obawiam się, trochę za późno.

— To już mnie zostaw.

— Wszyscy wiedzą, że Monika ma grać.

— Więc się dowiedzą, że grać nie będzie, dość się już nagrała w tym sezonie. Dopóki ja jestem dyrektorem, Teatr Stołe­czny nie jest i nie będzie teatrem KaKa.

— Już do ciebie doszło?

— Co byś powiedział na Beatkę Konarską?

— Mnie odpowiada, świetna dziewczyna. Proponowałem ją w swoim czasie.

— W takim razie załatwione! Ja Beatkę sam zawiadomię. Pojęcia nie masz, stary, jak się cieszę, kamień mi spadł z serca. Ale to na razie między nami, dobrze?

— A Konrad? Ze względu na niego nieprzyjemna sytuacja.

— Pozornie. Ty, stary, nie doceniasz Konrada. On jest prze­de wszystkim wielki aktor.

— Wiem, ale...

— Po sobie nie pokaże, ale zaręczam ci, że kiedy się dowie, że Monika nie będzie jego partnerką, w głębi ducha będzie zado­wolony, on dobrze wie, jaka z niej aktorka. Ale uwaga, o wilku mowa...

Bo akurat w tej chwili, dość nieoczekiwanie wyłoniwszy się z zagęszczającego się wokół tłumu, podejdą Monika i Konrad. Otocki, który nie zdążył ustalić, kiedy i jaki sposób powiado­mi Monikę o powziętej decyzji (przed ślubem czy po?), na widok tej pary, wyniesionej przez złośliwą plotkę na uzurpatorskie i suwerenne wyżyny, zdecyduje się natychmiast.

— Jak się macie — mówi, witając się serdecznie — świetnie, że cię widzę, Moniczko, zadzwoń do mnie jutro rano do teatru, tak koło dziesiątej, mam do ciebie jedną sprawę.

Monika trochę zdziwiona:

— Jutro?

— Rozumiem, będziesz zajęta, możesz zapomnieć. Ja do ciebie zadzwonię.

— Nie możesz powiedzieć teraz?

— Chodźmy na salę, już dzwonią.

Eryk Wanert, aby nie okazać wewnętrznego zmieszania, do Kellera:

— Jak się czuje Prometeusz?

KONRAD

Na ogół nieźle, choć, jeśli mam być szczery, to nagość tego osobnika, ponieważ, niestety, ma być nagością moją, wciąż mi trochę zawadza.

MONIKA

Jak na jutrzejszego oblubieńca nie jestem pewna, czy to wyznanie jest specjalnie dowcipne.

KONRAD

W każdym razie mało boskie, to przyznaję.

WANERT

Nic się nie martw, zaręczam ci, że na ekranach bę­dziesz wyglądać właśnie tak, jak bóg wyglądać powinien.

MONIKA

Bóg zdegradowany!

KONRAD

Dziękuję, kochanie. Ta świadomość będzie mi bar­dzo pomocna, muszę jednak pamiętać, że na tym etapie degrada­cji moje ciało musi pozostać boskie, a więc doskonałe.

WANERT

Na dużych zbliżeniach będzie boskie.

KONRAD

Nie jest wykluczone, zresztą niech się operator martwi. Zawsze mi się wydaje, że zostałem aktorem przede wszyst­kim dlatego, iż zbrakło mi tupetu i fantazji, aby się stać ho­chsztaplerem — — — — —

Monika Panek i Konrad Keller, gdy są na schodach:

MONIKA

Konrad?

KONRAD

Tak?

MONIKA

Jaką on może mieć do mnie sprawę?

KONRAD

raz po raz kłaniając się i odkłaniając

Kto?

MONIKA

Otocki.

KONRAD

Po to go zrobiono dyrektorem, żeby miał różne spra­wy.

MONIKA

Już ci się uszy zaczynają czerwienić.

KONRAD

Rzeczywiście?

MONIKA

Niestety!

KONRAD

To jedyna ich możliwość, żeby zamanifestować uczu­cia dla ciebie.

MONIKA

Szalenie jesteś dowcipny!

KONRAD

Bądź wyrozumiała, kochanie, wiesz, z jaką trudnoś­cią przychodzi mi redagowanie tekstów dla samego siebie — — — — —

Beata Konarska i Łukasz Halicki już na sali, po brzegi wy­pełnionej publicznością, poszukują swych miejsc: ona w szerokich, pyjamowych spodniach z czarnego jedwabiu i takiej samej rubaszce67, ściśniętej w pasie złotym łańcuchem, jasnowłosa, bardzo dziewczę­ca, pobrzękująca licznymi pierścieniami i łańcuchami, on — w cienkim żółtym golfie pod długą i na modłę staroświeckiego surduta skrojoną kurtką z czarnego welwetu, i w wąziutkich, także z welwetu spodniach. Mijając rząd dziewiąty, w którym dwa miejsca przy przejściu zajmują Adam Nagórski i jego matka, Łukasz Halicki kłania się z rzadkim przy jego niezależnych manierach szacunkiem, ponieważ jednak nieczęsto podobną atencję w życiu uprawia, ukłon jego w czujnym sprężeniu całego ciała i w pośpiesznym i głębokim pochyleniu korpusu wyraźnie odwołuje się do czasów sztubackich młodego aktora i całkiem w stylu uczniowskim wypada.

BEATA

Kto to jest?

ŁUKASZ

Nie poznałaś? Nagórski.

BEATA

Ta staruszka obok niego?

ŁUKASZ

Matka.

BEATA

On ma jeszcze matkę?

ŁUKASZ

Wiesz, kto to jest? Słynna Kellerka!

BEATA

oglądając się do tyłu

O Boże, ona jeszcze żyje?

ŁUKASZ

Keller jest jej rodzonym siostrzeńcem, mówił mi kie­dyś, że urocza staruszka.

BEATA

Staruszki mogą być urocze?

ŁUKASZ

Ja lubię staruszki.

BEATA

Bo ty lubisz wszystko, co lubi ciebie.

ŁUKASZ

Nieprawda, nie lubię pcheł.

BEATA

Ile ona może mieć lat?

ŁUKASZ

Osiemdziesiąt kilka.

BEATA

Mów wyraźniej!

ŁUKASZ

Osiemdziesiąt dwa, trzy, nie pamiętam dokładnie.

Właśnie oboje, aby zająć swoje miejsca w głębi dwunastego rzędu, zmuszają już siedzących do podnoszenia się. Beata zatrzy­muje się i skupienie oraz pewien wysiłek odmalowują się na jej twarzy.

ŁUKASZ

szeptem

Przechodź, Beata!

BEATA

głośno

To jak ona się urodziła, ja miałam minus sześćdziesiąt lat!

A ponieważ dopiero teraz zauważa, że jakaś starsza kobieta (Celina Raszewska) stoi, aby ją i Łukasza przepuścić, mówi szyb­ko, pobrzękując swymi łańcuchami i ujmująco się uśmiechając:

Przepraszam panią bardzo — — — — —

Celina Raszewska, dopiero gdy się podniosła, zauważa profil Adama Nagórskiego, akurat pochylonego ku matce. I jak zawsze, gdy go widzi z daleka w miejscach publicznych lub na ulicy, ogarnia­ją ją dawne wspomnienia: pogrzeb Elżbiety i wciąż w niej jeszcze żywe trzy dni spędzone po pogrzebie w towarzystwie młodego Adama, lecz patrząc na tę oddaloną o kilka rzędów siwiejącą głowę, nie może znaleźć żadnego powiązania pomiędzy nią i ksz­tałtem szczupłego wysokiego chłopca, z którym w tamtych zamie­rzchłych czasach, wśród czystej przejrzystości tatrzańskiej wiosny (w istocie tylko jeden dzień był słoneczny, ten ostatni, dwóm pierwszym, przy chwilowych tylko rozjaśnieniach, towarzy­szyło niebo pochmurne, drobne deszcze i mżawki zacierające za­rysy gór) odbywała długie spacery pod regle i w głąb pustych o tej porze dolinek i ten obcy, prawie znienawidzony człowiek, stawał się coraz bliższy, gdy szedł obok i mimo swych dwudzies­tu pięciu lat sprawiał wrażenie prawie jej rówieśnika, tak mło­do wyglądał, szybkie i trochę nerwowe kroki uważnie dostosowu­jąc do jej drobnych i niepewnych, bo wychowanych w mieście i tylko z miejską ulicą oswojonych — gdy usiadła, lu­dzie przed nią przysłonili sylwetkę Nagórskiego, przez moment, wciąż wśród wspomnień i jakby z podobnego oddalenia słysząc od­głosy strojonych instrumentów, zastanawia się, czy w czasie przerwy nie podejść do Nagórskiego, lecz prawie równocześnie myśli, że to by nie miało żadnego sensu, nic, a w najlepszym ra­zie prawdopodobnie nic nie mieliby sobie do powiedzenia, szczególnie on, z pewnością niechętnie, a może nawet wrogo usposobio­ny do jej męża, i w tej chwili, gdy nagle strojone instrumenty milkną, a potem rozlegają się oklaski, bo w głębi estrady ukazu­je się sylwetka Andrzeja Markowskiego, Celina słyszy krótki, gwałtowny dzwonek, biegnie drzwi otworzyć i nie dalej niż o krok, w cieniu ciasnej i mrocznej klatki schodowej stoi młody Stefan, spod nasuniętego głęboko na czoło kaszkietu ledwo wi­dać jego twarz i dopiero, gdy wsuwa się do środka i drzwi za so­bą zamyka, w pożółkłym poblasku słabej żarówki oświetlającej przedpokój, dostrzega, jak Stefan jest przemoczony i blady, chwilę stoi bez ruchu, ciężko oddychając, z jego płaszcza spły­wa na podłogę woda, wreszcie mówi: „gonią mnie” i w tym momencie Celina Raszewska, poprzez przyśpieszone bicie serca, a dłoń wspartą o poręcz fotela podniósłszy do czoła, aby przed siedzącą obok jasnowłosą dziewczyną, pobrzękującą cichutko łańcuszka­mi, osłonić oczy nagle wypełnione łzami, słyszy pierwsze takty Mozartowskiego allegra — — — — —

Halina Ferens Czaplicka sama w pokoju dla artystów, nawet Aimo Immonen, świadomy wszystkich faz przedkoncertowego rytuału, na parę minut przed rozpoczęciem symfonii, wymknął się dyskretnie i prawie równocześnie z wejściem dyrygenta zajął swoje miej­sce w pierwszym rzędzie na balkonie, Halina zawsze wymagała, aby słuchał jej śpiewu z odległości nie nazbyt bliskiej, a rów­nież mógł jej sylwetkę oglądać z perspektywy, całą i na tle orkiestry.

Jest zatem sama. Siedzi nieco sztywno, wyprostowana i na krawędzi fotela, aby nie pognieść sukni, z której jej drobna kibić wyłania się jak z czarno-srebrnego kielicha rozszerzone­go lekko u dołu. Na stole leży tom Utworów Zebranych Krzysztofa Czaplickiego. Ten tom, wydany na cienkim, biblijnym papierze, liczy ponad tysiąc stron, a ukazał się przed paroma zaledwie miesiącami, profesor Kazimierz Wnuk, który wiele lat poświęcił odszukiwaniu i gromadzeniu rozproszonych po ludziach utworów młodego poety, wstąpił po południu do hotelu Europejskiego, aby osobiście ofiarować książkę słynnej śpiewaczce, lecz skoro mu zakomunikowano w recepcji, że pani Ferens nikogo nie przyj­muje, zostawił tom, skreśliwszy na pierwszej stronie kilka słów dedykacji: „Wielkiej śpiewaczce — siostrze wielkiego poety”. Halina, wzruszona podarunkiem, kazała Aimowi wziąć ze sobą ksią­żkę i oto ma ją teraz przed sobą. Nieliczne, ocalone z wojen­nych zniszczeń fotografie brata widziała parę dni temu u matki, gdy nazajutrz po przyjeździe odwiedziła ją w skromnym mieszka­niu na Mariensztacie, była jednak wówczas pod tak silnym wraże­niem starości i osamotnienia matki, którą pożegnała była przed trzydziestu laty, iż mało co z tych zdjęć zapamiętała. Teraz poruszyły ją dwa szczególnie: na jednym Krzysztof, nie więcej niż sześcioletni, na tle jesiennych lub przedwiosennych, bo je­szcze albo już bezlistnych krzaków stał na dużym płaskim głazie, w krótkim ciemnym płaszczyku, w skarpetkach, więc z gołymi kola­nami i w wysokim ułańskim czaku, obie dziecięce dłonie wspierając o rękojeść szabli sięgającej mu do ramienia; zdjęcie drugie pocho­dziło z lat nieco późniejszych, lecz i na nim utrwalony Krzysz­tof z włosami przyciętymi na chłopaka, w szkolnym fartuchu z bia­łym, pikowanym kołnierzykiem może tylko pięknem poważnie zamyś­lonych i już trochę smutnych oczu kojarzy się Halinie z przym­glonym wspomnieniem drobnego i delikatnego maturzysty z wczes­nej wiosny roku 1939 — — — — — wie, że ma przed sobą co najmniej pół godziny, lecz przez cały ten czas ani razu nie spojrzy na ze­garek, również nie śledzi symfonii rozwijającej się gdzieś w od­ległej głębi uciszonego gmachu, wie, że w momencie odpowiednim uśmiechnięty pogodnie Andrzej Markowski stanie we drzwiach gar­deroby, a wówczas ona się podniesie, czując w piersiach skupio­ną lekkość, a w gardle rozluzowane ciepło, które całe jej ciało nasyci świadomością, że gdy znalazłszy się za chwilę na estra­dzie odrzuci w pewnym momencie głowę do tyłu, a potem ją wypros­tuje — wtedy na lekkie skinienie dyrygenta i wraz z akompania­mentem orkiestry jej pierwsze „Lasciate mi morire...” wypełni skargą i cierpieniem, aby potem się wznosiło, trwało i opadało, i znów się wznosiło, wciąż jak strumień światła wibrującego w ciemnościach rozdzielając owe mroki miłosnym lamentem błagają­cym o śmierć. Lecz na razie, gdy siedzi na krawędzi szczupłego fotela i trzyma w dłoniach niedużą książeczkę oprawioną w zielo­ny safian (jest to prezent Aima, który w rocznicę ich związku własnoręcznie swoim okrągłym, trochę szkolnym pismem wypisał w kilku językach teksty arii oraz pieśni stanowiących repertuar śpiewaczki), nie zdążył się do niej jeszcze przybliżyć ów nieu­nikniony moment, gdy po koncercie Aimo, przez pierwszą godzinę wciąż opiekuńczy i czuły, wiernie w ten sposób dopełniając os­tatnich obrządków szczególnego nabożeństwa, potem zacznie się od niej oddalać, coraz bardziej niespokojny i nieuważny, aż wre­szcie zniknie jej z oczu i na długie godziny gdzieś się zagubi wśród spraw nigdy do końca niewyjaśnionych, a wiadomych tylko jemu. Smutek oraz żal, które na razie Halinę wypełniają, są nie­określone, wzbierają w niej w swych czystych kształtach, wsłu­chuje się przecież w tę nienazwaną boleść bardzo czujnie, pra­wie z takim samym żarliwym skupieniem, z jakim niegdyś przed wieloma laty, będąc małą dziewczynką i na wakacjach, lubiła kłaść się na ziemi i ucho do ziemi przykładać, aby uchwycić od­głosy tajemniczych drżeń i westchnień podziemnych, słyszy już w sobie lament, zanotowany przed kilkoma wiekami przez włos­kiego kompozytora, lecz jeszcze nie wie, co ten tren ma wyra­zić; jej życie własne, czy może raczej skargę młodziutkiego chłopca czuwającego w noc sierpniową i nie o dziecięcą szablę wspierającego delikatne dłonie, lecz o męski automat?

Z powodu wyjazdu do Wrocławia na jedną z rozlicznych w tym jubileuszowym roku sesji naukowych profesor Wnuk nie był na wtor­kowym recitalu Haliny Ferens-Czaplickiej, a ponieważ z wiadomych przyczyn nie mógł się popołudniu zobaczyć ze śpiewaczką osobiś­cie — teraz, na koncercie, ma ją ujrzeć i usłyszeć po raz pierw­szy. Jest do pewnego stopnia oswojony z jej twarzą, dzięki foto­grafiom, jakie mu na jego prośbę pokazywała pani Czaplicka, fo­tografiom nadsyłanym w różnych latach i z różnych miast i krajów, również nie jest mu obce szczególnie wzruszające piękno zadzi­wiającego mezzosopranu Haliny Ferens, ma bowiem kilka jej płyt, wśród nich Pieśni Wędrowca Mahlera, Schuberta Die Winterreise oraz arie Bacha i Haendla, wie jednak, że zarówno podobizny (zwłaszcza artystki), jak nagrania, nie mogą zastąpić kontaktu bezpo­średniego, prawie zawsze w stosunku do autentyku ofiarowując wię­cej lub mniej. Zatem w oczekiwaniu na występ siostry Krzysztofa Czaplickiego nieuważnie i bez satysfakcji słuchał Mozarta, nieco zmęczony dniem wypełnionym rozlicznymi obowiązkami, niechętny tłokowi, jaki panował na sali, od czasu do czasu pocierał wska­zującym palcem lewej dłoni koniuszek nosa, co zawsze było u nie­go oznaką niejakiego zamącenia równowagi. W pewnym momencie, gdy fotel, który zajmował w dziesiątym rzędzie, wydał mu się szcze­gólnie ciasny i twardy, poruszył się w nim w poszukiwaniu pozycji dogodniejszej tak ciężko i gwałtownie, iż spowodował głośne pod sobą skrzypnięcie, sapnął więc z irytacji, a siedząca przed nim kobieta potrząsnęła głową i ramionami gestem zniecierpliwienia, na szczęście akurat w tym momencie ostatnia część symfonii dobie­gła końca, zabrzmiały oklaski, mógł zatem, już się nie krępując, wygodniej się usadowić, lecz w trakcie tych czynności przypomnia­ła mu się nieudana wizyta w „Europejskim”, „nieznośne musi być babsko!” — pomyślał i znów krótko czmychnął przez nos, ten nastrój irytacji trwał w nim jeszcze przez całą przerwę, a nawet się na­silił, gdy na uciszonej sali rozległy się nagle oklaski, zrazu pojedyncze, jakby przypadkowymi wiązankami wyrzucone z różnych stron parteru i balkonów, natychmiast się jednak poczęły łączyć i kiedy Halina Ferenc-Czaplicka, nieomal dziewczęco drobna i krucha w swojej ogromnej sukni podpłynęła w niej lekko, jak na czarno-srebrnym korabiu, na skraj estrady i wyprostowawszy się głowę odrzuciła na moment do tyłu — entuzjastyczne brawa wypełni­ły salę, natomiast profesor Wnuk poczuł gwałtowne szarpnięcie serca i wzruszenie ścisnęło mu krtań, ponieważ poprzez ten gest znakomitej śpiewaczki ujrzał twarz Krzysztofa — — — —

Do prototypu (w sensie bardzo zawężonym) profesora Kazimie­rza Wnuka, który akurat dzisiaj obchodzi uroczyście w Krakowie jubileusz sześćdziesięciolecia, wysłałem przed paroma dniami krótki list z życzeniami:

Drogi Kazimierzu,

bardzo żałuję, że nie mogę przyjechać na Twój Jubileusz, aby osobiście Cię uściskać i wypić z Tobą Twoje zdrowie. Mam nadzieję, że powetuję to sobie w roku 1990 na Twoim osiemdziesięcioleciu, i jeśli i wtedy się okaże, że właś­nie kończę Miazgę — zostanie nam jeszcze rok 2000 szczegól­nie przychylny takim uroczystościom.

Bardzo, bardzo serdecznie Cię ściskam i wszystkiego możli­wie najlepszego życzę. Marysia i cała moja rodzina przyłą­czają się do tych życzeń.

O dziewiątej wieczorem, w mieszkaniu Stefana Raszewskiego (Raszewski zajmuje połowę bliźniaczej willi na dolnym Mokotowie), a ściślej: w jego obszernym gabinecie na wysokim poddaszu zbie­ra się kilku przyjaciół: Antoni Formiński, prezes Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, Józef Halicki sekretarz KC68, Kazimierz Jaśko, redaktor „Panoramy Tygodnia”, Wojciech Konopka, pisarz, Marian Krystek, sekretarz KM69 w Warszawie, Leopold Panek oraz pułkownik Władysław Pasieka z MSW70. Żadnej kolacji. Koleżeńskie wieczory u Raszewskiego mają już swoją tradycję: czysta wyboro­wa, sucha kiełbasa, podwędzona słonina i boczek, kiszone ogór­ki, chleb, piwo, to wszystko.

— Towarzysze! — mówi Raszewski — porządek dzienny dzisiej­szego zebrania przewiduje trzy punkty. Punkt pierwszy: zagaje­nie, drugi: część artystyczna, trzeci: dyskusja oraz wolne wnio­ski. Kto chce zabrać głos w sprawie porządku dziennego? Nikt. Słusznie. Wobec tego uważam porządek dzienny za przyjęty przez aklamację i przystępuję do punktu pierwszego, czyli zagajenia. Otóż w pierwszych słowach zagajenia muszę wam, chłopcy, powie­dzieć, że jesteście dupy!

Ogólne zainteresowanie i rozbawienie. A Raszewski:

— Nie ma się z czego śmiać, towarzysze. Dupy jesteście. A dlaczego jesteście dupy? Bo nikt z was nie wysunął demokratycz­nego wniosku, że jak jest zebranie, to należy wybrać przewodni­czącego.

Ryk śmiechu. Raszewski:

— Dziękuję towarzysze. Uważam, że wybór przewodniczącego został dokonany przez aklamację.

PUŁKOWNIK PASIEKA

Stefan, wódka się zagrzewa!

RASZEWSKI

Alkohol jest przewidziany w trzecim punkcie ze­brania, dyskusja oraz wolne wnioski.

PUŁKOWNIK PASIEKA

To zmień porządek.

RASZEWSKI

Poddaję wniosek towarzysza Pasieki pod głosowa­nie.

Wszyscy podnoszą ręce. Pułkownik Pasieka oraz Konopka obie naraz.

RASZEWSKI

Uważam wniosek towarzysza Pasieki za uchwalony. Wojtek, ty jesteś najmłodszy.

KONOPKA

Rozkaz, towarzyszu generale!

Po zadziwiająco szybkim i zręcznym rozlaniu wódki przez ociężałego zazwyczaj Konopkę Raszewski podnosi kieliszek:

— No to chlup w ten głupi dziób!

KONOPKA

Gdyby nie gorzoła, byłaby stodoła.

HALICKI

Najlepsza zagrycha, słonina i kiszony ogórek.

PREZES FORMIŃSKI

Mnie się zaraz bimber przypomina.

KONOPKA

Dobry bimber nie jest zły.

PREZES FORMIŃSKI

Pamiętasz, Stefan, bimber w takiej jednej leśniczówce koło Biłgoraja, cholera, zapomniałem, jak się nazywa­ła, spiliśmy się na trupa...

RASZEWSKI

Zarepetuj, Wojtek.

KONOPKA

Wedle rozkazu.

RASZEWSKI

po chwili

Znaczy zagajenie, towarzysze, mamy z głowy i przystępujemy do części artystycznej. Poważnie teraz mówię, chłopcy. Chcę, żebyście przesłuchali jedną płytę. Nie bójcie się, żadnych przemówień, same stare rewolucyjne pieśni, nasze partyzanckie i takie, wiecie, różne te nowe. To jest, wie­cie, płyta na razie wzorcowa, na Zjazd Partii, trzecia z kolei, kurwa jego mać! Kłopoty były różne. Najpierw była koncepcja, na­wet słuszna, żeby nagrać i pieśni, i żywe słowo, ale wiecie, jak jest z żywym słowem, czasami bywa za żywe, towarzysze z Biura mieli różne zastrzeżenia, i co do wyboru nazwisk, i też do wydźwięku, jakiego mogą nabrać teksty przedwojenne, nawet Broniewskiego. Więc wreszcie stanęła decyzja, że pójdą tylko pieśni, żadnej poezji.

REDAKTOR JAŚKO

Towarzysze z Biura już znają tę płytę?

RASZEWSKI

Jak by znali, to ja bym was nie prosił na prze­słuchanie.

PREZES FORMIŃSKI

Jasne!

KONOPKA

Puszczać, Stefan?

PUŁKOWNIK PASIEKA

Na sucho igła będzie zgrzytać.

Spojrzenia wszystkich zebranych zwracają się ku Raszews­kiemu, a ten już ma powziąć decyzję, gdy rozlega się telefon, podchodzi więc do biurka i podnosi słuchawkę.

Raszewski... kto?... cześć!... nie, jestem zajęty... jutro też... w przyszłym tygodniu?... może, zadzwońcie do mnie do KC... nie, lepiej do KC... to przy okazji obgadamy, teraz nie mam czasu... cześć!

Jest wyraźnie zirytowany. Po chwili do redaktora Jaśko:

Słuchaj, Kazik, ja się w to wolę nie mieszać, ale ty zdziałaj, żeby go trochę odstawić.

REDAKTOR JAŚKO

domyślnie

Heniek Orlik dzwonił?

RASZEWSKI

Dość mam tego gówniarza, za dużo go wszędzie.

PREZES FORMIŃSKI

W marcu był niezły

RASZEWSKI

Rok ma dwanaście miesięcy i nie każdy miesiąc jest marzec.

PREZES FORMIŃSKI

Ja to załatwię, Stefan.

RASZEWSKI

Nie za wysoko?

PREZES FORMIŃSKI

Jednak moje na wierzchu. Kto ci rok temu mówił, żeby Orlika nie popychać zanadto do przodu?

RASZEWSKI

Łatwo ci mówić! Ty na brak ludzi nie musisz się uskarżać. A ja, jak się robi gorąco i jakąś dużą akcję trzeba zmontować, muszę brać prócz kilku wyjątków same szmaty i gnoje, takich gówniarzy, jak ten twój zasrany Orlik.

PREZES FORMIŃSKI

Fakt, że mój i zasrany, ale mnie to nie szkodzi.

KONOPKA

Dziękuję, Stefan, że nie powiedziałeś „mój”.

RASZEWSKI

Jaki on twój? Ty jesteś swój chłopak i pisarz z jajami...

PREZES FORMIŃSKI

Więc jak, Stefan, zdjąć go z radia i te­lewizji?

RASZEWSKI

Po co? On po rozmowie z Władkiem sam swoje usłu­gi kulturalne ograniczy. Wiersze niech pisze.

PREZES FORMIŃSKI

Zrobi się.

RASZEWSKI

No, chłopcy! Zejdźmy już z tego śmierdziela. Wojtek, szkło się rozsycha!

(Płyta nagrana na V Zjazd Partii jest zatytułowana CZEŚĆ PARTII. Na jednej stronie: 1) Międzynarodówka, 2) Mazur kajdaniarski, 3) Warszawianka 1905, 4) Pieśni więzienne: a) Przez błota poleskie, b) Idą, 5) Gdy naród do boju, 6) My ze spalonych wsi, 7) Oka, 8) Cześć Partii; na drugiej stronie: 1) Nad Donem i Wisłą, 2) Kiedyśmy wracali, 3) Po ten kwiat czerwony, 4) Polonez warszawski, 5) Na prawo most, na lewo most, 6) Dzień dobry, Nike, 7) Pieśń o Wiśle, 8) Ukochany kraj.

Wykonawcy: chór i orkiestra Polskiego Radia, zespoły: „Mazowsze”, „Śląsk” i „No To Co71”, soliści: Tadeusz Bartosik, Mieczysław Czechowicz, Bernard Ładysz, Kazimierz Pustelak, Joanna Rawik, Józef Wojtan).

Lektura tej sceny potwierdza wszystkie moje wątpliwości i zastrzeżenia, zanotowane jeszcze przed kilkoma tygodniami, 31 marca i dnia następnego. Zresztą w tej chwili nie ta scena mnie niepokoi. Niepokoi mnie scena jeszcze nienapisana, dalszy nie­jako ciąg obecnej, lecz rozgrywająca się w parę godzin później, już po powrocie Celiny Raszewskiej z koncertu, także po powrocie Antka. Na razie zupełnie tej sceny nie widzę. Pijani? Ale czy wszyscy? A jeśli pijani, to co z każdego z nich wyłazi? Z jaki­mi garbami chodzą? Co ich gryzie? Naprawdę są przyjaciółmi? Jakie wspomnienia natrętnie wokół nich krążą?

Przed paroma dniami, gdy rozmowa na moment i zupełnie mar­ginesowo zeszła na Wacława K. — Irena bardzo trafnie go okreś­liła jako rzadkie na ogół połączenie nienawistnictwa z lizusostwem. Redaktor Jaśko? Człowiek, dla którego głównym motorem działalności publicznej jest zastarzała nienawiść do rówieśnika, również dziennikarza, niegdyś przyjaciela?

Na razie się niepokoję i martwię, za dwa, trzy dni będę musiał coś z tym fantem zrobić. Dla Raszewskiego mam jego „sza­nsę”, ale dopiero w części III, kiedy w sobotę wieczorem Rasze­wski zawiadomiony telefonicznie o wypadku swego ojca (przy zbie­gu Krakowskiego Przedmieścia i Miodowej, zupełnie przypadkowym świadkiem tego wypadku jest Julia Singer znająca Zygmunta Ra­szewskiego jeszcze sprzed wojny) jedzie do szpitala i spędza pa­rę godzin przy łóżku umierającego starca.

Jak było do przewidzenia, Ksawery Panek nie poszedł na kon­cert, a i z domu wyszedł wcześniej, niż był zaplanował, już przed dziewiątą zaliczył swoją drogę kalwaryjną od SPATiF-u po rynek Starego Miasta, w żadnym jednak lokalu nie znajdując Mar­ka. Pogoda skiksowanej wiosny wciąż jest podła: chodniki i jez­dnie toną w błocie, ziąb, przenikliwy wiatr, od czasu do czasu miecie gęsty, wilgotny śnieg. Ksawery, przemarznięty i udręczony, wstępuje na jedną wódkę do baru „Bazyliszek”, tej mętnej spelunki, zawsze pełnej pijaków, teraz też zatłoczonej, wyzie­wy wódki, piwa, bigosu i papierosów, przesycone wilgocią parujących w gorącu mokrych ubrań, wypełniają wnętrze baru ciężkim odorem. Ksawery szybko wypija setkę i wychodzi. Akurat nie pada. Dłuższą chwilę stoi na chodniku, trochę oszołomiony ciepłem, które skupiło się w nim poniżej mostka i nie chce się rozejść, stoi całkiem zagubiony, jakby się znalazł w nieznanej dzielni­cy miasta, nie wie, co ze sobą zrobić dalej, gdzie iść, gdzie być? Nieopodal mały podstarzały pijaczek, podpierając plecami słup latarni, śpiewa na nutę starego hymnu narodowego: „Boże, coś Polskę zawsze trzymał w krzakach...” — — — — — w dro­dze powrotnej, wciąż zresztą bez sprecyzowanego planu na naj­bliższe godziny, Ksawery spotyka na Świętojańskiej Romana Gorbatego, a ponieważ trotuar na Świętojańskiej jest wąski, a te­raz dzięki kupkom odgarniętego śniegu jeszcze bardziej zacieś­niony, obaj się zatrzymują i chwilę przy witrynie księgarni „Paksu72” rozmawiają, starannie jeden i drugi unikając jakichkolwiek akcentów osobistych, związanych z pracą zawodową, wprawdzie w pewnym momencie Panek, czując, że mu stopy zaczynają marznąć, ma ochotę zaproponować Gorbatemu wspólną wódkę, wydaje mu się nawet, że Gorbaty też o czymś takim myśli, lecz natychmiast so­bie uświadamia, że podobne przedsięwzięcie uniemożliwiłoby dal­sze poszukiwania Marka, więc szybko, prawie w połowie zdania żegna się z Gorbatym i odchodzi w stronę Placu Zamkowego, tam, na rozlegle od strony Wisły otwartej przestrzeni porywisty wiatr, znów zaczyna padać śnieg, w świetle latarń ukośnie zacinający, Ksawery podnosi kołnierz płaszcza, zatrzymuje się przy autobuso­wym przystanku, gdzie długa kolejka ludzi czekających na autobu­sy, szarych i przemarzniętych, skulonych pod zamiecią i przydreptujących w rozpapranym błocku, Ksawery znów nie wie, a raczej nie może się zdecydować, co zrobić: wsiąść w 125 albo w 144 i pojechać do SPATiF-u czy jeszcze raz podążyć wiadomą trasą, nawiedzając po drodze rozliczne stacje ciemnych nabożeństw, a ponieważ żadne racje rozumowe nie mogą rozstrzygnąć, który z tych dwóch wyborów może się okazać korzystniejszy, postanawia zdać się na los przypadku i wsiąść do autobusu tylko wówczas, gdy ten w swojej numeracji będzie posiadać cyfrę 9, staje zatem w kolejce i teraz dopiero w stojącym tuż przed sobą chłopcu w krótkiej ortalionowej kurtce i z gołą głową poznaje Włodka Lewickiego, jednego z najlepszych swoich studentów, uwięzionego w ubiegłym roku po marcu i relegowanego z Uniwersytetu, pierwszym odruchem Ksawerego jest radość, że Włodek znajduje się na wolnoś­ci, i już się chce z wciąż tylko z profilu widocznym chłopcem przywitać, gdy nagle strach go paraliżuje, strach przed rozmową, która może, a nawet musi między nim a Włodkiem wyniknąć, czuje się pusty i bezradny wobec cudzych trosk, nie chce dotykać nie swoich ran, lecz nie jest pewien, czy Włodek już przedtem go nie dostrzegł, zaraz jednak dochodzi do przekonania, że to mało prawdopodobne — tego rodzaju manewry nie pasowały do impulsywnego charakteru Włodka, chyba więzienie go zmieniło? — lecz zupełna obojętność chłopca na otoczenie, zajętego najwidoczniej tylko wypatrywaniem autobusów wciąż się nieukazujących w odległej per­spektywie Krakowskiego Przedmieścia, uspokaja Ksawerego, jeszcze chwilę stoi w kolejce, a potem ostrożnie się z niej wycofuje, po­trącając przy tym jakąś starszą kobietę, mówi półgłosem „prze­praszam”, i szybko się od przystanku oddala w kierunku Świętojań­skiej, aby przejść przez plac stroną przeciwną aniżeli ta, po której jest przystanek, idzie coraz szybciej z pochyloną głową, ponieważ wiatr wieje coraz gwałtowniej i śnieg też ostrzej zacina, chwilami brak mu tchu i mimo przenikliwego zimna czuje, że plecy i piersi ma spocone, o niczym nie myśli, i dopiero, gdy fasada kościoła św. Anny osłoni go przed wiatrem dmącym od Wisły, zatrzymuje się, a następnie już wolnym krokiem podchodzi do podcieni przy gmachu Biblioteki Rolniczej, aby zapalić papierosa, zdaje sobie sprawę z własnego tchórzostwa, więc nagle chce to naprawić, rzuca papieros w błoto i prawie biegnąc wraca na plac Zamkowy, lecz w kolejce oczekujących przy przystanku nie odnajduje Włodka, brak mu natomiast sił i odwagi, aby go poszukać w autobusie, akurat zapełnianym przez tłoczących się pasażerów — — — — —

Po arii z Orfeusza rozentuzjazmowana publiczność czterokrot­nie wywołuje Halinę Ferens, wreszcie, chociaż oklaski wciąż na sali nie milkną, Andrzej Markowski odprowadza śpiewaczkę do poko­ju dla artystów. Na progu zatrzymuje się.

— Nie będę mówić pani komplementów...

Spojrzała na niego z uśmiechem.

— Bardzo się pan o mnie bał?

— Jest pani najniezwyklejszą śpiewaczką, jakiej miałem za­szczyt akompaniować.

— Na próbie byłam okropna?

— Nie była pani sobą.

Na to Halina:

— Ale byłam, drogi panie Andrzeju, rano też byłam sobą.

W tym momencie podchodzi Aimo Immonen, szczery zachwyt i podziw, a nawet coś w rodzaju wzruszenia rozpromienia jego twarz. Całując Halinę w rękę, mówi półgłosem:

Wasn’t I right saying a miracle was going to happen73?

Maria Nagórska, obawiając się nadmiernego tłoku, woli na czas przerwy pozostać na sali, jednak nie chce, aby syn się poświęcał, więc Nagórski, rzeczywiście spragniony papierosa oraz rozprostowania kolan, korzysta z tego przyzwolenia i schodzi do hallu. Zatem starsza pani pozostaje na prawie pustej sali sama, mimo pewnego znużenia muzycznym zgiełkiem siedzi w swoim fotelu wyprostowana, lecz że powieki jej ciążą, a poza tym razi zbyt ostry blask świateł, siedzi przymknąwszy oczy, więc jakby w półmroku, z twarzą rozluźnioną, co upodabnia ją cokolwiek do drzemiącej sowy, mile ogarnięta ściszonymi odgłosami pogwaru dobiegającego spoza sali, i być może kruchy półsen by ją na moment zmorzył, gdyby nagle nie ogarnął ją niepokój, czy Gienia Kordysówna (rocznik 1900), towarzyszka lat ostatnich, spełniająca rozliczne obowiązki damy do towarzystwa, pielęgniarki oraz pomocy domowej, niegdyś wieloletnia krawcowa w „Rozalindzie”, dogadzając swym lękom, kiedy sama zostaje w mieszkaniu, nie zapaliła wszystkich świateł, łącznie z dwiema stuświecowymi żarów­kami w łazience. Wizja tarczy wirującej w liczniku z zawrotną szybkością i złośliwie przemieniającej swoje obroty na złotówki, natychmiast się kojarzy starszej pani z podejrzeniem, że herbata, świeżo przed koncertem dla Adama zaparzona, została przez niepoprawnie lekkomyślną Gienię wyrzucona do kubła, a los kon­serwowej szynki, spoczywającej w lodówce, w związku z wiadomym starczym łakomstwem Gieni, też się wydaje starszej pani bardzo wątpliwy. Wszystkie te zagrożenia, już spełnione albo właśnie się spełniające w mieszkaniu przy Krakowskim Przedmieściu, spra­wiają, że starsza pani, całkowicie wytrzeźwiona, poczyna się poważnie zastanawiać, czy ze względu na tak się komplikujące okoliczności nie powinna natychmiast powrócić do domu i już się chce w pewnym momencie podnieść, gdy zdaje sobie sprawę, na jak wiele komplikacji ta decyzja jest narażona: numerek od szatni ma Adam, musiałaby go zatem odszukać, co już nastręczało moc trudności, a gdyby się to nawet udało, nie mogąc po­dać przyczyn prawdziwych, musiałaby kłamać, że źle się czuje, wówczas Adam, jak go zna, nie z ochoty, lecz z niemiłego mu obowiązku z pewnością by się uparł, żeby ją odwieźć i nie omieszkałby przy okazji mentorsko, jak do dziecka zrzędzić, że miał słuszność doradzając, aby pozostała w domu, zatem wobec podobnie nieuniknionych inwigilacji i pouczeń rezygnuje ze swego zamiaru, jednak już sobie nie zezwala na stan kojącego rozluźnienia, oczy mimo jaskrawego światła ma czujnie otwarte, domowe spustoszenia, poczynione przez Gienię, przestają ją in­teresować, natomiast niechęć do znakomitego syna ją wypełnia i wnet ta niechęć zwraca się również ku Halinie Czaplickiej, „mia­łam rację — myśli — że nigdy nie czułam sympatii do jej matki, zawsze była nieprzyjemna dziewczyna, skryta, nachmurzona i spode łba patrząca” — — — — —

W czasie przerwy Monika Panek daremnie usiłuje odszukać Otockiego. Ze swego miejsca na parterze widziała, że siedzi w balkonowej loży rządowej obok wiceministra, teraz jednak w zatłoczonym hallu nigdzie nie może dostrzec jego zasobnej w ciało sylwetki. „Knuje coś” — myśli, intuicja jej podszeptuje, że w za­chowaniu Otockiego coś było nie tak, jak być powinno, nie potra­fi jednak dociec, co się za tym odchyleniem od normy kryje, jest przecież zbyt pewna siebie, aby się poczuć zaniepokojona, zresztą intuicja w ogóle wyklucza z tej niejasnej gry jej osobę, jest po prostu zła, nawet nie urażona, zwyczajnie zła.

W przejściu do hallu zewnętrznego wpada na Beatę Konarską i Łukasza Halickiego.

— Jak się macie, dziatki! — woła. — Ślicznie wyglądasz, Beatko.

Na to Beata bardzo cieniutkim głosikiem pensjonarki:

— Dziękuję. Czy mam się zrewanżować?

— Nie musisz! — śmieje się cokolwiek nienaturalnie Monika. — ja wiem, jak wyglądam.

— Ona — mówi Łukasz Halicki — zaraz się łamie, jak jej nie komplimentują.

Beata:

— Bo ja mam kompleksy.

— Kompleksy? — pyta ze zdziwieniem Monika. — Co to jest kom­pleksy? Wszyscy ciągle mówią o jakichś kompleksach, a ja zupeł­nie nie mogę zrozumieć, co to takiego i o co chodzi?

Łukasz Halicki:

— Bo ty masz kompleks, że nie masz kompleksów.

Przez chwilę Monika mruga swymi długimi rzęsami, jakby tym motylim trzepotem chciała odzyskać zachwianą leciutko równowagę. I wreszcie:

— Myślisz? Ciekawe. To by mogło być interesujące, muszę się nad tym zastanowić. Pa, dziatki! Jak wam się koncert podoba?

Beata cieniutko:

— Strasznie dowcipny!.....

— Prawda? — na to Monika. — Aha, nie widzieliście przypadkiem Otockiego?

Łukasz Halicki:

Wino życia jest scedzone

I tylko marne męty pozostały

Pod tym sklepieniem i udają wino — — — — —

Adam Nagórski pali papierosa w większym towarzystwie (Eryk Wanert, Konrad Keller, Zygmunt Mycielski i Krzysztof Penderecki, akurat na krótko w kraju; nieopodal Jarosław Iwaszkiewicz, Roman Jasiński i Artur Taube; nieco dalej profesor Kotarbiński i Stefan Kisielewski), skoro jednak dostrzega Pawła Jackowskiego, stojącego samotnie w głębi hallu, opuszcza przyjaciół, chcąc się przywitać z dawno niewidzianym dyrygentem. Jak było do przewi­dzenia, Jackowski specjalnie przyjechał z Poznania, żeby usły­szeć Halinę Ferens.

— Niebywała! — mówi, lecz Nagórski od razu zauważa, że mówi to bez charakterystycznej dla siebie młodzieńczej energii. — To jest u was chyba rodzinne: te niespożyte siły i fantastyczna żywotność. Ostatni raz słyszałem Halinę przed dwoma laty w Düsseldorfie, znakomicie śpiewała, ale dzisiaj wydała mi się jeszcze lepsza. Co u ciebie?

— Różnie.

— Bardzo ci dokuczają?

— Nie, właściwie wcale, tyle tylko, że nie ma moich książek, no, i mnie też. Ustalił się, wiesz, taki sposób bycia, który tro­chę przypomina stosunki pomiędzy skłóconymi kochankami, oni nie dostrzegają mnie, a ja staram się nie widzieć ich.

— Pracujesz?

— Dość mizernie to wygląda ostatnio.

— Pisz, Adam koniecznie pisz, tylu ludzi czeka na twoje książki.

— Ba, ja też na nie czekam. Słyszałem, że zrobiłeś świetne­go Tristana.

— Podobno, taka jest na ogół opinia. Ale to już koniec pięk­nej zabawy.

Nagórski przyjrzał mu się uważniej.

— To znaczy?

— Rezygnuję z Opery, a właściwie już zrezygnowałem. Dzisiaj.

Nagórski po chwili:

— Musiałeś?

Grymas, jaki się w tej chwili pojawia na twarzy Jackowskie­go, w sposób zaskakująco przykry źle przylega do tej pociągłej i męskiej twarzy podróżnika raczej albo sportowca aniżeli artysty.

— Wiesz, Adam, że nie należę do ludzi łatwo się łamiących, wszyscy mnie uważają za uosobienie energii...

— Słusznie.

— Pewnie słusznie, ale nawet mnie już brak sił i cierpliwoś­ci, i nerwów, żeby się użerać na co dzień z tą całą monstrualną i w gruncie rzeczy absurdalną machiną dużych i drobnych szykan, świństw i świństewek, niedorzecznych zarządzeń i restrykcji, dość mam tego, mam pięćdziesiąt jeden lat, jestem w pełni moich możliwości, nie chcę się stać rozstrojonym wrakiem, wiesz, czym dla mnie była i jest ta poznańska Opera, ostatecznie ja z niej coś zrobiłem, ale w tych warunkach nic nie mogę, co najwyżej mogę położyć teatr i siebie, trudno! Okazało się, że jestem paskudnym syjonistą, elementem niepotrzebnym, przestałem się podobać rząd­com folwarku nazywanego Polską Ludową, można i tak!

Nagórski po chwili:

— Co będziesz robić?

— Mam propozycję objęcia opery w Karlsruhe, na razie na trzy lata.

— Zgodzą się?

Jackowski roześmiał się.

— Już się zgodzili! Marzą, żebym więcej nie wrócił.

— A wrócisz?

— Nie wiem, zobaczę. Chciałbym wrócić, ale jeżeli się nic nie zmieni...

— Słaba nadzieja — na to Nagórski i jak zawsze, gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne szczególnie drastyczne, mechanizm uczuleniowy poczyna w nim nieomal automatycznie działać. — Dopóki się nic nie zmieni w Rosji, nie może się nic zmienić i u nas. A jak wierzyć w jakieś zasadnicze tam zmiany? To imperium, Paweł, może istnieć i funkcjonować tylko przy takim systemie, jaki jest, żadnych radykalnych zmian, musi być stary rosyjski carat, tyle że unowocześniony i przemalowany na czerwono, więc precyzyjniej­szy w metodach ucisku, tak samo zaborczy, natomiast nieporówna­nie bardziej zakłamany. Oni nawet, gdyby chcieli coś zmienić, nie mogą. W swoim rodzaju ta budowla stalinowska jest genialna, ale jak każdy system reakcji jest tak doskonale w swoim mechaniz­mie działania utrwalona, iż nie dopuszcza jakichkolwiek możliwoś­ci zmian, zakwestionujesz jeden z elementów konstrukcji lub zechcesz go wymienić na inny, wszystko wówczas zaczęłoby się walić, okazałoby się, że jeden nowy element absolutnie nie pasu­je do pozostałych, całą machinę trzeba by było wymieniać. Nie, mój drogi, Rosja może się rozpaść, nigdy zmienić.

Paweł Jackowski, który słuchał uważnie ściągnąwszy swoje czarne, gęste brwi:

— Ale jednak mimo wszystko, gdybyśmy mieli u siebie ludzi trochę lepszych, a przede wszystkim mądrzejszych...

Nagórski:

— Paweł, a jacyż oni mogą być? Prowincjami imperium nie no­gą zarządzać ludzie większego formatu. Był Dubczek, Smrkowski, był cały naród, i co? Mierność i skostnienie naszych wielkorządców jest jedyną gwarancją tych żałosnych pozorów, które składa­ją się na naszą niepodległość — — — — —

W związku z dwiema ostatnimi kwestiami Adama Nagórskiego zastanowić się, czy są one rzeczywiście potrzebne, czy nie są po prostu w tym kontekście natrętne. Natrętne? Właśnie! Moje skrupuły mają charakter wątpliwości artystycznej. Wokół spraw najistotniejszych dla naszej egzystencji, lecz o których to wła­śnie sprawach nie można w Polsce mówić publicznie od dwudziestu pięciu lat, nagromadziło się tyle wstydliwości, zahamowań, za­drażnień i uprzedzeń, iż z chwilą, gdy pisarz decyduje się je powiedzieć — nie lęk polityczny go ogarnia, lecz artystyczny, obawa, czy to, co mówi i co jest jego najgłębszym przekonaniem, posiada dostatecznie przekonywującą nośność artystyczną. Jest to coś w rodzaju niepewności wynikającej z braku doświadczenia, co oczywiście potknięcia artystycznego w niczym nie usprawiedliwia.

Magda Jackowska i Antek Raszewski pozostali w czasie przer­wy na balkonie drugiego piętra, tyle tylko że ze stopni, na których siedzieli, ponieważ dostali się na koncert za wejściów­kami, przenieśli się do opustoszałych teraz foteli. On jest w tym samym nieco ekscentrycznym i bardzo kolorowym stroju, w ja­kim w południe wpadł do SPATiF-u, sądząc, że z okazji przyjazdu ojca Magdy znajdzie ich tam oboje na obiedzie, ona w spodniach i w grubym, żółtym golfie, podkreślającym smagłość jej cery i czerń włosów. Sami jedni na opustoszałym balkonie, milczący i oboje trochę skuleni, jakby im było zimno, sprawiają wrażenie zatroskanych i zagubionych dzieciaków.

Antek od pierwszej chwili, kiedy się na parę minut przed rozpoczęciem koncertu spotkali przed gmachem Filharmonii, czuje, że się coś stało, ta myśl nie pozwala mu skupić się, nawet wys­tęp Haliny Ferens-Czaplickiej minął dla niego bez większego wrażenia i teraz, choć stara się na Magdę nie patrzeć, niepokój ogarnia go coraz większy. Wreszcie mówi półgłosem:

— Magda! — a gdy się nie odzywa, powtarza — Magda!

— Przecież słyszę — odpowiada niechętnie.

— Co ci jest?

— Nic.

Po chwili:

— Głowa mnie boli.

— Stało się coś?

Ponieważ wciąż unika spojrzenia na Magdę i porusza nerwowo szyją, jakby go uciskał pomarańczowy szalik, widzi tylko dłoń Magdy opartą o poręcz fotela i widok tej ręki o dziecięco przykrótkich palcach i krótko przyciętych paznokciach, nieco roz­płaszczonej od gry na fortepianie, sprawia, że delikatnie jej dotyka.

— Magda — mówi cicho — nie bądź taka, proszę cię.

Magda gwałtownie rękę cofa.

— Przestań, bo się rozpłaczę.

Dłuższą chwilę siedzą w milczeniu, wreszcie Magda kładzie rękę na dłoni Antka.

— Przepraszam cię.

— Miałaś jakąś przykrość?

Magda potwierdza skinieniem głowy.

— Na uczelni?

Znów tylko ruchem głowy zaprzecza.

— Więc co? Dlaczego nie chcesz powiedzieć? Magda!

Magda siedzi z głową pochyloną, lekko przygryzając górną wargę, jakby się rzeczywiście bała, że się rozpłacze. Wreszcie mówi:

— Ojciec wyjeżdża.

W pierwszej chwili nie zrozumiał.

— Jak to wyjeżdża?

— Wyjeżdża. Mam ci tłumaczyć, co to znaczy?

Antek po chwili:

— A Opera?

— Zrezygnował.

Antek dłuższą chwilę siedzi bez ruchu. Potem pyta:

— A ty?

— Co ja?

— Też chcesz wyjechać?

— Nie wiem, Ancik, nic nie wiem, to wszystko jest takie okro­pne — — — —

Adam Nagórski wraca na salę z Pawłem Jackowskim, jeszcze w przejściu zamienia kilka słów z profesorem Wnukiem, na swoje miej­sce wraca tuż przed rozpoczęciem drugiej części koncertu, a ponie­waż wciąż jest pod wrażeniem niedawnej rozmowy, nie zauważa obrazy malującej się na twarzy matki, czym z kolei starsza pani czuje się dotknięta, chcąc zatem natychmiast syna ukarać, otwiera z ostentacyjnym hałasem torebkę i odszukuje w niej miętowego cukierka, aby wyłuskiwaniem go z szeleszczącego papierka zirytować uczulone­go na podobne manipulacje Adama, jednak te jej zabiegi giną wśród braw witających ponowne ukazanie się na estradzie Haliny Ferens-Czaplickiej.

Podobnie jak w części pierwszej, Nagórskiemu nadal słucha się źle, w ostatnich czasach odwykł od koncertów publicznych, lecz teraz, kiedy Halina zaczęła śpiewać czwartą Pieśń wędrowca, ową skargę miłosną: „Błękitne oczy mojej najdroższej, które wys­łały mnie w daleki świat” (Die zwei blauen Augen von meinem Schatz, / Die haben mich in die weite Welt geschickt) — więc, gdy głos Haliny w sposób szczególnie przejmujący wzniósł się w samot­nym szepcie ponad przyciszony akompaniament orkiestry, wyniknęło w nim wspomnienie Nike, prawie bezosobowe, bo bezkształtne i bez­głośne, niezwiązane z jakąkolwiek sytuacją, musiał się przez moment skupić, aby wśród minionych dni i nocy, głosem Haliny jak smugą światła w ciemnościach prowadzony, wyszukać cielesnej formy dla tej zjawy, szukał jej po omacku, wciąż przy miłosnej skardze Haliny-wędrowca, potykając się o niewykończone, zbyt słabo lub tylko fragmentarycznie wywołane strzępy, cień uśmiechu, cień ra­mion, cień przymkniętych powiek, cień szeptu, cień oddechu, echo zanikające, aż wreszcie, gdy skuszony ciekawością sprawdzenia mechanizmów własnej pamięci, zdołał uśmierzyć ów chaos, Nike uka­zała mu się taka, jaką był zapamiętał, kiedy się przed paru tygodniami, w drugi dzień Wielkanocy, rozstawali w Kazimierzu, w gniewie, który obojgu wybuchł gwałtownie i brutalnie, lecz na­rastał powoli, żywiąc się nimi, jak ukryty pasożyt, więc ujrzał naraz maskę zniekształconą złością i nienawiścią (gdy z końcem ubiegłego roku Nike zniknęła na kilka tygodni, napisał fragment prozy, który później ukrył głęboko w biurku:

„Mówi Orfeusz: więc stojąc przed murem, który nie istnieje dla świata, ponieważ mnie przydzielony, we mnie tylko i bez trzech sprawdzalnych wymiarów istnieje, stojąc zatem przed murem nie­rzeczywistym, lecz dla mnie jak najbardziej prawdziwym, stojąc, a raczej klęcząc, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skar­dze, skardze mego trenu dla Eurydyki, klęcząc zatem liturgicznie u podnóża mego muru, ściany mego życia, wiem, że kiedy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza spełzną z niej, z tej ściany me­go życia, ostatnie poblaski zachodzącego słońca — przyjdą Furie, zwane za czasów mego dzieciństwa Bachantkami lub Menadami, przyj­dą i rozszarpią mnie. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stanie, za sekundę, godzinę, miesiąc czy rok. Czas, jaki mi pozostał, nie zależy ode mnie. Korzystam z niego, lecz nad nim nie panuję. Wiem tyle tylko, że w pewnym, niewiadomym momencie, gdy poprzedzo­ne powolnym stygnięciem powietrza ostatnie poblaski zachodzącego słońca spełzną z muru, u którego niewidzialnego podnóża klęczę, aby przydać obrzędowego charakteru tej mojej skardze, skardze mego trenu dla Eurydyki, przyjdą Furie i rozszarpią mnie. To się sta­nie gdziekolwiek, może wśród głuchych drzew nadwiślańskiego parku, może w zaułku ciemnej, staromiejskiej uliczki, może dla odmiany w oślepiających reflektorach obcego krajobrazu, a najpewniej w scenerii bardzo zwykłej, więc po prostu w moim pokoju, teraz pus­tym, niegdyś pełnym Eurydyki. Również obojętne, w jakich kształ­tach Furie się wyłonią, gdy chłód i mrok nastaną, mogą na przy­kład spaść bezszelestnie z nieba w kombinezonach komandosów al­bo otoczyć mnie nagle półnagimi ciałami chłopców trackich, pijanych winem i dmących w podwójne piszczałki, może to być również specjalny pluton mimów w cielistych trykotach, z twarzami biały­mi jak gipsowe maski, obojętne czas i miejsce egzekucji, obo­jętny kształt Furii, wiem bowiem, że jakikolwiek czas mi pozos­tał, nigdy nie zdałam wypowiedzieć rzeczy najważniejszej, mojej miłości do ciebie, Eurydyko!”) — pomyślał: te gusła, te czary już się skończyły i nigdy nie powrócą, już mnie nie ranią i nie nie­pokoją, już nie jestem chory, lecz chyba i zdrowy jeszcze nie jestem — — — — —

Ta diagnoza, a również i pewne intencje profilaktyczne spra­wiają, że gdy po dwóch bisach (Bacha Komm süsser Tod oraz Haendla Begrüssung) i po wielokrotnych wywoływaniach Halina Ferens-Czaplicka, przytrzymując oburącz naręcze ciemno pąsowych róż, odpłynęła wreszcie za kulisy w swym srebrno-czarnym korabiu, Adam Nagórski zwraca się do matki:

— Możemy sobie chyba darować Ravela, nie sądzisz mamo?

— Jak sobie życzysz — odpowiada starsza pani chłodno i wy­niośle.

Lecz i ten akcent nie zostaje przez egocentrycznie w tej chwili usposobionego syna zauważony, także jak woda po kamieniu spływa z niego odmowa, gdy już po opuszczeniu sali na propozy­cję odwiedzenia Haliny starsza pani odpowiada krótko, lecz sta­nowczo: „Wolałabym nie”. Dopiero w aucie, ciężko sobie torującemu drogę poprzez ślizgawicę i zamieć, gdy na pytanie, jak się Hali­na podobała, starsza pani po chwili zamysłu odpowiada, iż według jej rozeznania klaka była bardzo dobrze zorganizowana, zna­komity syn leciutko się uśmiecha, ponieważ jest przekonany, że dzięki koncertowej scenerii i atmosferze ocknęła się w matce daw­na aktorka, a to go tak rozbawia i wzrusza, iż więcej się nie od­zywa, nie chcąc matce przeszkadzać w snuciu pradawnych wspomnień. W tym przekonaniu utwierdza go lekkie drżenie matczynej głowy, lecz sfera wspomnień, nawet cudzych, wydaje mu się nazbyt ryzy­kowna, aby skupić na nich uwagę, zatem pośpiesznie się z tych po­dejrzanych kręgów wyłącza i cały się skupia na prowadzeniu auta.

— No, to i jesteśmy! — stwierdza z ulgą, gdy zatrzymuje simkę na Krakowskim Przedmieściu, przy tym w synowskiej rycerskoś­ci posuwa się tak daleko, iż szybko wysiada i przechodzi na chod­nik, aby otworzyć drzwiczki i dopomóc matce przy wyjściu.

— Odprowadzę cię — mówi, wyjmując z palta kluczyki od samo­chodu.

— Dziękuję ci — odpowiada na to starsza pani — ale nie fa­tyguj się, jeszcze, chwała Bogu, potrafię wejść na schody o włas­nych siłach.

I chcąc upokorzyć egocentrycznego syna wspaniałomyślnością, dodaje:

— Złóż Halinie ode mnie podziękowanie za piękny wieczór.

Nagórski, zadowolony, że nie musi towarzyszyć matce na dru­gie piętro, nie chwyta wieloznacznych akcentów, jakimi matka, chyba naprawdę odnajdując pomoc w swoich prehistorycznych kunsz­tach aktorskich, wyeksponowała słowo: „piękny”.

— Na pewno to zrobię, mamo — mówi — zresztą jutro, na ślu­bie Konrada, będziesz miała okazję zrobić to osobiście.

Starsza pani już wyczerpała swój zasób wspaniałomyślności.

— Będzie jej na pewno milej, jeżeli to uczynisz ty — odpo­wiada ozięble i drobnymi, lecz zadziwiająco lekkimi kroczkami, jakby ją unosiła parasolka rozpostarta dla ochrony przed śniegiem i wiatrem, zmierza ku bramie swego domu.

Niestety, nie udaje się jej, jak to sobie zamyśliła, wkro­czyć do mieszkania niepostrzeżenie. Nawet nie zdążyła przekręcić klucza w zamku, gdy Gienia, najpewniej dzięki nieczystemu sumie­niu przyczajona w korytarzu, natychmiast drzwi na roścież otworzy­ła. Drzwi do obu pokojów i do kuchni były otwarte, lecz poblask światła docierał tylko z pokoju Gieni. Niemniej starszej pani się wydaje, że na czerstwej i z chłopska zażywnej twarzy Gieni, sprawiającej zawsze, dzięki gładko przyczesanym, siwym włosom, wrażenie jeszcze większej, niż w istocie jest, więc że na jej twa­rzy, a szczególnie w wyblakłych i nieco nazbyt wypukłych oczach maluje się wyraźne zmieszanie:

— Coś ty taka czerwona? — pyta.

Równocześnie wciąga powietrze nosem.

— Gaz chyba czuć, pewnie się w łazience ulatnia.

I nie dając Gieni dojść do słowa, wchodzi do swego pokoju i woła:

— Co tu tak ciemno, jak w grobie?

Energicznie zapala górne światło i chociaż Gienia natychmiast za nią przydreptała i stanęła w progu, udaje się jej, gdy zamierza zaświecić również i lampę przy zaścielonym na noc tapczanie, dotknąć przed tym dyskretnie żarówki: okazuje się zimna.

— Wiesz, że nie znoszę ciemności — mówi — i nigdy ciemności nie lubiłam, od czasu, kiedy podczas powstania przesiedziałam całą dobę w zasypanej piwnicy, wstręt mam do ciemności. Były ja­kieś telefony?

— Żadnych, proszę pani, kto by w taką pogodę dzwonił? Ale niechże pani futro zdejmie, i boty, bo się pani przegrzeje.

Lecz starszą panią roznosi potrzeba działania.

— Moja Gieniu, co też ty opowiadasz? Przecież tu ziąb, jak w lodówce.

I biegnie sprawdzić kaloryfer: jest bardzo gorący.

— Oczywiście! — stwierdza zapominając, że przed chwilą wy­tropiła zapach gazu. — Musiałaś wietrzyć przez cały czas. Dziew­czyno, dziewczyno, kiedy ty wreszcie wydoroślejesz? Kobieta ni­by dojrzała, a wciąż się zachowuje jak dziecko.

— Napije się pani herbaty? — pyta Gienia.

Na to starsza pani:

— O tej godzinie? Chcesz, żebym całą noc nie spała? Albo dob­rze, niech ci będzie, napiję się, bo mnie jednak trochę trzęsie.

I chcąc swoje zziębnięcie podkreślić, w futrze i w botach, pocąc się z przegrzania, podąża za Gienią do kuchni i gdy towa­rzyszka jej życia napełnia czajnik wodą, sprawdza imbryczek z ese­ncją, stwierdzając z pewnym zawodem, że pod jej nieobecność nie zmienił swojej zawartości.

— Tylko zaparz świeżą — mówi, kiedy Gienia, nieuleczalnie in­fantylna, zapala gaz i ustawia na czajniku imbryk — wiesz, że nie znoszę takich popłuczyn — — — — —

Pożegnawszy matkę, Adam Nagórski ma zamiar wrócić do Filhar­monii, lecz po drodze rozmyśla się i parkuje samochód przed hote­lem Europejskim, gdzie o dwudziestej drugiej trzydzieści ma się odbyć bankiet, wydany dla Haliny przez Związek Kompozytorów Pols­kich. Ponieważ na razie nie ma jeszcze dziesiątej, Nagórski, ro­zebrawszy się szatni, przechodzi do baru w rozległym hotelowym hallu, zamawia tzw. harcerzyka, czyli podwójną wódkę z sokiem grapefruitowym, przez moment, gdy barmanka przygotowuje trunek, prześlizguje się w nim, a trochę jakby poza nim wspomnienie jesie­nnego popołudnia, kiedy umówiony z Nike czekał na nią w tym samym barze, aż wreszcie po godzinie, nie doczekawszy się, wyszedł i już na ulicy ujrzał Nike akurat wysiadającą z czerwonego volvo, to wspomnienie dosłownie się w nim, a trochę jakby poza nim prze­ślizguje, i jak nagle się pojawiało, nagle się urywa i znika — — — — — zaledwie znalazł miejsce w głębi hallu przy jednym z wolnych sto­łów, dostrzega, że nieopodal, prawie wpół leżąc w głębokim fote­lu siedzi Henryk Orlik, który chociaż sprawiał wrażenie drzemią­cego, musiał go już przedtem dojrzeć, bo skoro ich spojrzenia spot­kały się na moment, Nagórski nie zdążył się odwrócić, gdy tamten natychmiast się poderwał i trochę się chwiejąc, złożył w jego kie­runku głęboki ukłon, po czym, już wyraźnie się zataczając i wep­chnąwszy po drodze do kieszeni spodni obie dłonie, jakby mu zawa­dzały w zachowaniu równowagi, podszedł do Nagórskiego. Oczy miał zmętniałe, białą koszulę pod wizytowym ubraniem rozpiętą przy szyi, krawat zsunięty na bok.

— Uszanowanie mistrzowi — powiedział głosem schrypniętym, lecz nadspodziewanie trzeźwym — mogę się na chwilę do mistrza przysiąść?

Nagórski:

— Niestety, jestem umówiony.

Wówczas Orlik:

— Rozumiem, to ja postoję, nawet wypada, żeby prosty szere­gowiec stał przed generałem, bo ja wobec pana, mistrzu, jestem zwykły ciura i choć, ja wiem, pan mnie nie lubi i gardzi, ja pa­na, niech tu trupem padnę i skonam, jeżeli to nie jest najszczer­sza prawda, ja pana czczę jak rodzonego ojca, przyznaję, pisałem o panu źle, podle o panu pisałem, ale przysięgam, to nie było z serca, bo moje serce kocha pana — tu się zachwiał, jakby z nadmia­ru wzruszenia, oczy mu zaszły łzami, a gdy oślepłymi dłońmi domacał się fotela, opadł na niego ciężko i odgarniając z czoła zlepione potem włosy, pochylił się ku Nagórskiemu — szesnaście lat miałem, mistrzu, kiedy się biłem w Powstaniu, na Starówce walczy­łem, kanałami szedłem do Śródmieścia, taki byłem chłopak!, potem mnie zeszmaciły te skurwysyny, szmatę ze mnie zrobili, ścierkę do brudnych robót, ale nikt Heńka Orlika nie zapyta, przez jakie piekło przeszedł, pan patrzy na wszystko z wysoka, bo pan może sobie pozwolić, pan jest wielki pan, wielki pisarz, a co ja? bu­tów nawet czyścić panu nie jestem godzien, bo jestem szmata! jes­tem, kurwa jego mać! ale człowiek też jestem — głowa mu na piersi opadła, więc ją objął oburącz, szeroko rozstawionymi łokciami wsparłszy się o krawędź stołu, chwilę trwał nieruchomo w tej pozycji, niewyraźnie coś mamrocząc, aż nagle ciężko i głośno się rozpłakał — taki skurwysyn, taki skurwysyn — mamrotał, łkając i pochlipując przez nos — jak mnie skurwysyn potrzebował, to kumplem byłem, ty mi mówił, Heniek, Heniuś, a teraz: nie mam czasu, za­dzwońcie... skurwysyn taki!

Nagórski, cofnąwszy cokolwiek fotel do tyłu, jakby stwarza­jąc ten pozorny dystans, chciał się od towarzystwa Orlika odciąć, popijał swojego harcerzyka, w pewnym momencie odstawił opróżnioną szklankę na stół i już miał zamiar podnieść się i odejść, gdy Or­lik podźwignął głowę, przetarł wierzchem dłoni załzawione oczy, włosy odgarnął z czoła, a skoro spojrzał na Nagórskiego, wyraz je­go oczu, jeszcze zaczerwienionych i zwężonych, lecz przytomnych, stał się ostry i nieprzyjemny.

— Przepraszam, że przeszkodziłem — powiedział z krzywym uś­mieszkiem — już pana uwalniam od swego towarzystwa. A na pożegna­nie powiem panu: pan też jest skurwysyn, tylko skurwysyn na szla­chetno.

Czekał chwilę na reakcję Nagórskiego, lecz gdy się nie doczekał, podniósł się i odszedł w kierunku baru. Nagórski nie patrzył za nim. Zapalił papierosa, zaciągnął się dymem, a gdy pod­niósł głowę — Orlika już w barowym hallu nie było. „No tak!” — po­wiedział do samego siebie półgłosem i był to jedyny komentarz, na jaki potrafił się zdobyć. Jeszcze po chwili podniósł się, aby — wbrew temu, co podszeptywał rozsądek — zamówić następnego harce­rzyka — — — — —