poniedziałek, 27 kwietnia
Nie całkiem przekonany, że postępuję słusznie, postanowiłem mimo wszystko wyminąć wiadomą przeszkodę.
W związku z nocnym telefonem Stefana Raszewskiego do ojca: nie zapomnieć, że Raszewski, gdy tylko wykręci numer i usłyszy sygnał, natychmiast słuchawkę odłoży.
Beata Konarska w obecności Łukasza Halickiego odbiera telefon dyrektora Otockiego, powiadamiający, że ma grać Lady Makbet.
Gdy zadzwonił telefon, dochodziło pół do dwunastej i Beata Konarska i Łukasz Halicki, jeszcze w owym początkowym okresie intymności, kiedy wieczorne posiłki chętnie się spożywa w domu, leżeli.
— Odbierz — powiedziała Beata — jeżeli do mnie, to mnie chyba nie ma.
Na to Łukasz:
— Dziewczyna w twoim wieku nie ukrywa, że spędza wieczór z ładnym chłopcem.
— Dziewczyna w moim wieku spędza wieczór z ładnym chłopcem nie po to, żeby tracić czas na rozmowy telefoniczne.
Łukasz zastanowił się.
— Pewna racja w tym jest, owszem, trudno zaprzeczyć. Ale telefony mogą mieć...
— Odbierz, bo ten ktoś gotów odłożyć słuchawkę.
Łukasz, leżąc na wznak i z męskością wciąż w stanie silnej erekcji, podniósł słuchawkę:
— Tak, słucham?
— Łukasz? Mówi Witold Otocki.
— Dobry wieczór, panie dyrektorze.
— Jest Beata?
— Oczywiście. Podać ją panu?
— Bądź tak dobry.
— Już podaję — i półgłosem do Beaty — stary KaKa.
Ponieważ leżał po zewnętrznej stronie tapczana, ułożyła się wygodnie w poprzek jego ciała i dopiero wtedy wzięła słuchawkę.
— Jestem.
— Dobry wieczór, Beatko. Przepraszam, że dzwonię tak późno, mam nadzieję, że was nie obudziłem.
— Oczywiście, że nie.
— Mam dla ciebie wiadomość, która powinna ci sprawić przyjemność.
— Wiem.
— Jak to wiesz? Skąd wiesz? Dzwonił może Eryk?
— A miał dzwonić?
— Jeżeli nie dzwonił, to skąd wiesz, że mój telefon cię ucieszy?
— Przecież nie dzwoniłby pan o pół do dwunastej w nocy, żeby zrobić Beatce przykrość.
Otocki roześmiał się.
— To prawda, masz rację. Więc słuchaj dobrze, Beatko.
— Cała jestem słuchaniem.
— W najbliższy poniedziałek Eryk zaczyna próby Makbeta.
Prawa dłoń Beaty, zabawiająca się gęstym owłosieniem na podbrzuszu Łukasza, przesunęła się w tym momencie nieco niżej ku jego męskości. Nie poruszył się, leżał w poblasku nocnej lampy z półprzymkniętymi powiekami, a jego członek, już zmalały i miękki, nie drgnął pod dotknięciem jej palców. Zacisnęła je mocniej.
Otocki:
— Słyszysz mnie, Beatko?
— Ależ tak, bardzo dobrze słychać, panie dyrektorze. Czy Monika już wie?
— Monika?
— Czy już wie, że ja będę grać Lady Makbet?
Przez moment Otocki zaniemówił.
— No, wiesz! Ależ ty masz cholerną intuicję, dziewczyno! Niech cię diabli! Zaimponowałaś mi.
— To wcale nie intuicja, panie dyrektorze.
— Tylko co?
— Podobno bardzo dobrze prowadzę auto. Mam bezbłędny refleks.
— Niech ci będzie, ja już należę do wapniaków i nazywam to staromodnie intuicją. Domyśliłaś się bezbłędnie. Grasz panią Makbet. Dzisiaj wieczorem uzgodniłem to a Erykiem. Jest zadowolony. A ty, cieszysz się?
Beata, coraz mocniej ściskając martwą męskość Łukasza:
— Ponieważ ma to być dla mojego dobra, postaram się, żeby to dobro było jak największe. Więc Monika jeszcze nie wie?
— To nie ma znaczenia. Dowie się. Nie przejmuj się tym, Beatko.
— Ależ ja się wcale nie przejmuję, chcę tylko wiedzieć.
Potem, gdy odłożyła słuchawkę, a Łukasz wciąż leżał bez ruchu, z przymkniętymi powiekami:
— No?
— Winszuję.
— Dlaczego nie patrzysz na mnie?
— Kontempluję na razie twój sukces.
Wówczas Beata, siedząc z podkurczonymi pod siebie nogami tuż obok nieruchomo kontemplującego, wyciągnęła prawą dłoń ku światłu lampy, chwilę się ze skupioną uwagę przypatrywała się swoim smukłym i krucho-dziewczęcym palcom, delikatnie podświetlonym zielonkawą barwą abażuru, i powiedziała:
— Teraz już rozumiem, dlaczego cała krew odpłynęła ci do głowy.
Na to Łukasz, jakby pod nim petarda wybuchła, poderwał się nagle i, odbiwszy się piętami, tak gwałtownie z tapczana wyskoczył, iż znalazł się nieomal na środku pokoju, wylądował przecież, zachowując doskonałą równowagę, chwilę stał bez ruchu, z prawą nogą lekko ugiętą w kolanie i cały też cokolwiek ku przodowi wychylony, co go upodabniało do gorliwego posłańca bogów, mającego za moment oderwać się od ziemi i chyżo wzlecieć w powietrze, jednak się nie poderwał do lotu, obrócił się tylko zwinnie na palcach i sięgnął po spoczywający nieopodal na fotelu drewniany, pozłacany kaduceusz — — — — —
Kiedy jesienią roku ubiegłego wróciłem po długiej przerwie do Miazgi i zabrałem się do uzupełniania części II — od tej właśnie sceny zacząłem pracę, pojęcia jednak nie mam, dlaczego nie dopisałem wówczas kilku zdań końcowych.
Tekst z Prometeusza (jednak powinien pozostać oryginalny tekst Aischylosa, przekład Stefana Srebrnego, zakalcowaty i naszpikowany archaizmami, trochę poprawiłem), który Łukasz Halicki ze swoim „roboczym” kaduceuszem wygłasza przed lustrem:
Daremne będą, widzę, wszelkie moje słowa,
daremnie zwracać prośby do twardego głazu.
Jak młody rumak, nie chcąc zgodnie biec w zaprzęgu,
kąsasz wędzidło, wierzgasz i nie znosisz cugli.
Szarpiesz się, ciskacz z furią, lecz myśl twoja słaba:
jeśli komu rozsądku brak, upór i pycha
w niczym pomóc nie mogą, siły nie dodadzą.
Pomyśl, Prometeuszu, jak gwałtowna burza
klęsk zwali się na ciebie, jeśli mnie, Hermesa,
nie zechcesz wysłuchać...
W tym momencie Beata miała chwycić z nocnego stolika popielniczkę i z rozmachem cisnąć ją w Łukasza, ten jednak posiada dostatecznie szybki refleks, aby się uchylić w porę i popielniczka z hałasem roztrzaskuje się o ścianę. Chyba tak zostawić? I nic więcej nie dodawać. Bo po co? Jeśli ktoś pożałuje, iż brak opisu, jak się potem Beata i Łukasz kochają, niech to sobie wyobrazi.
Wróciwszy z koncertu, Eryk Wanert czyta u siebie w domu pierwszą scenę Prometeusza Aischylosa Nagórskiego.
Skały, niebo, pustkowie. Wchodzą: Prometeusz, Hefajstos, Przemoc i Siła.
HEFAJSTOS
Stój, Prometeuszu! Doszliśmy do kresu, mój stary, albo, jeżeli wolisz, po długiej i żmudnej wędrówce jesteśmy u celu. Skraj świata, jak widzisz. Dzikie turnie, nagie szczyty, niebo, z którego leje się żar. Żaden człowiek nie dotarł do tego bezludzia i wieki przeminą, nim zabrzmi tutaj ludzki głos. Wybacz mi, Prometeuszu, wprawdzie cię prowadzę, lecz nie czynię tego, czego chcę, przeciwnie: czego nie chcę, to czynię. Z rozkazu mego ojca, wszechpotężnego Zeusa, muszę wykonać to, co muszę.
PRZEMOC
Musisz?
HEFAJSTOS
Jesteś Przemocą, więc czemu pytasz?
SIŁA
Musisz?
HEFAJSTOS
Jesteś Siłą, nie powinnaś pytać.
PRZEMOC
Pomyśl — Hefajstosie.
SIŁA
Zastanów się, Hefajstosie.
HEFAJSTOS
Czego chcecie?
PRZEMOC
Świadomości.
SIŁA
Słusznej oceny.
HEFAJSTOS
Wypełniam posłusznie rozkazy mego ojca, wszechpotężnego Zeusa. Czynię, co mi nakazał.
PRZEMOC
Musisz?
SIŁA
Masisz?
HEFAJSTOS
A wy?
PRZEMOC
Wyrok jest słuszny. Każdy wyrok wszechpotężnego Zeusa jest słuszny.
SIŁA
Kara jest słuszna. Każda kara wszechpotężnego Zeusa jest słuszna.
HEFAJSTOS
Wielkie moje siostry!
PRZEMOC
Siostry?
SIŁA
Siostry?
HEFAJSTOS
Jestem posłuszny i spełniam, co mi nakazano.
PRZEMOC
Musisz?
SIŁA
Chcesz?
HEFAJSTOS
Prometeuszu!
PRZEMOC
Pomyśl, Hefajstosie!
SIŁA
Zastanów się, Hefajstosie!
HEFAJSTOS
Wyrok nakazuje, żebyś był nagi, Prometeuszu. Sam będąc bogiem, wiesz najlepiej, kim się staje bóg, gdy traci władzę. Nie sprzeciwiaj się więc, Prometeuszu, i dobrowolnie zrzuć swoje szaty.
PRZEMOC
Chcesz tego?
SIŁA
Chcesz tego?
HEFAJSTOS
Spełniam wiernie i dokładnie rozkaz mego ojca, wszechpotężnego Zeusa.
PRZEMOC
Który widzi wszystko.
SIŁA
Który słyszy wszystko.
PRZEMOC
I którego wszechwiedzę wspieram ja, Przemoc.
SIŁA
I którego nieomylność potwierdzam ja, Siła.
PRZEMOC
Który zatem i o tobie, Hefajstosie, wie wszystko.
SIŁA
I nieomylnie, twoje myśli i pragnienia, Hefajstosie, ocenia.
HEFAJSTOS
Moje myśli? Moje pragnienia?
PRZEMOC
Boisz się swoich myśli?
SIŁA
Lękasz się swoich pragnień?
HEFAJSTOS
Mylicie się, moje wielkie siostry.
PRZEMOC i SIŁA
My tylko pytamy.
HEFAJSTOS
Wszystkie moje myśli...
PRZEMOC i SIŁA
Twoje myśli?
HEFAJSTOS
Wszystkie moje myśli i wszystkie moje pragnienia są zgodne z wolą wszechpotężnego Zeusa.
PRZEMOC
Powiedz to Prometeuszowi.
SIŁA
Niech Prometeusz zna twoje prawdziwe myśli i twoje prawdziwe pragnienia.
HEFAJSTOS
Macie słuszność, moje wielkie siostry. Wysłuchaj mnie więc, Prometeuszu, wysłuchaj uważnie, bo chociaż będąc bogiem wiesz, jaki cię wyrok czeka, musisz go wysłuchać, jak byś był tylko człowiekiem. Z woli wszechpotężnego Zeusa, z którą to wolą jednoczę się ja: ramię karzącej sprawiedliwości, rozkazuję ci, Prometeuszu, żebyś przede mną i przed moimi wielkimi siostrami, Przemocą i Siłą, stanął nagi.
PRZEMOC
Bracie!
SIŁA
Bracie!
Prometeusz zdejmuje z siebie wolno odzież pasterza.
HEFAJSTOS
Jestem!
PRZEMOC
Bracie!
SIŁA
Bracie!
HEFAJSTOS
Chciałeś, Prometeuszu, samowolnie wywyższyć ludzkie plemię i oto jesteś nagi najnędzniejszą człowieczą nagością. Sięgnąłeś zuchwałą dłonią po ogień, który jest przywilejem bogów, i oto będzie ci odjęta wszelka sposobność działania. Widzisz tę samotną skałę, Prometeuszu?
PRZEMOC
Bracie!
SIŁA
Bracie!
HEFAJSTOS
Idź do niej, ona będzie twoją wiecznością. Ona i żelazne łańcuchy, którymi cię do niej przykuję.
PRZEMOC
Chwała wielkiemu Zeusowi!
SIŁA
Sława wielkiemu Zeusowi!
HEFAJSTOS
Ale wieczność jest pojęciem nawet dla bogów cokolwiek mglistym.
PRZEMOC
Hefajstosie!
SIŁA
Hefajstosie!
HEFAJSTOS
Więc skoro w wieczności, będącej zarazem skończonością, narodzi się dziecię odkupienia, zwane Heraklesem — — —
Dwie możliwości: 1) Eryk Wanert mieszka na Powiślu, w wieżowcu wzniesionym niedawno na rozległym terenie założonego już po wojnie Parku Kultury, a ponieważ ma mieszkanie na ostatnim piętrze, widok z jego okien roztacza się bardzo rozległy na park w dole i bieg Wisły, płynącej w tej części miasta wśród krajobrazu leśno-łąkowego, całkiem jak na wsi; 2) z powodu komplikacji rodzinnych (rozejście się z żoną, której oddał mieszkanie?) Eryk Wanert jest od pewnego czasu bezdomny, w ubiegłym roku korzystał z mieszkania kogoś, kto na kilka miesięcy wyjechał z Polski, a po powrocie tego kogoś przeprowadził się do stryja, stary profesor Henryk Wanert mieszka samotnie (podobnie jak Nagórski posiada dochodzącą pomoc domową) na Karowej, w kamienicy wzniesionej na skraju wiślanej skarpy, mieszkanie jest obszerne i wygodne, Eryk mógłby posiadać własny, zupełnie niekrępujący pokój, jego stosunki ze stryjem zawsze układały się i nadal układają bardzo dobrze. W tej chwili profesora Wanerta nie ma w domu, od paru dni przebywa w Jabłonnie.
Wybrać chyba tę drugą wersję. Nie zapomnieć, że do Eryka powinien zadzwonić Maciej Zaremba, który z wiadomych przyczyn jest zbyt podekscytowany, aby wrócić po przedstawianiu do domu, poszedł więc najpierw najprawdopodobniej do SPATiF-u, a gdzieś koło północy zawędrował do nocnego Bristolu, gdzie zorientowawszy się, że Eryk mieszka tuż obok, koniecznie chce go odwiedzić. Mimo całej przyjaźni i wciąż żywej sympatii, jakie żywi w stosunku do Zaremby, nie wydaje się, aby nawet dla niego i w sytuacji tak wyjątkowej Eryk Wanert pozwolił sobie na wplątanie się w męczący klimat niepokojów przyjaciela, zwłaszcza że jutro czeka go ciężki dzień.
ZAREMBA
Eryk? Cześć, to ja. Co robisz, stary?
WANERT
Idę spać.
ZAREMBA
W grobie się wyśpisz. Stary, słyszysz mnie?
WANERT
Słyszę, ale wyspać się muszę dzisiaj.
ZAREMBA
Poczekaj, nie przerywaj, cholernie źle słychać. Słuchaj, stary, ja jestem obok, w Bristolu, koniecznie muszę się z tobą widzieć. Koniecznie, słyszysz? Cholernie ważna sprawa.
WANERT
Co się stało?
ZAREMBA
Wszystko ci powiem, za pięć minut będę. Słyszysz mnie?
WANERT
Wybacz, Maciek, bardzo mi przykro, ale naprawdę nie mogę cię w tej chwili przyjąć.
ZAREMBA
Przestań, stary, pieprzyć. Nie mogę! Myślisz, że ja mogę? Też nie mogę, ale muszę. Sprawa jest, mówię ci, cholernie, ale to cholernie ważna. Słyszysz mnie?
WANERT
Jaka sprawa?
ZAREMBA
Rany boskie, co z ciebie za uparty facet! ściszając głos, ponieważ dzwoni z szatni Grażyna nie może urodzić, rozumiesz? Słyszysz mnie?
WANERT
Gdzie jest Grażyna? W szpitalu?
ZAREMBA
A gdzie ma być?
WANERT
Zastanów się, Maciek, w czym ja jej mogę pomóc?
ZAREMBA
A czy ja cię proszę, żebyś jej pomógł? Mnie masz pomóc! Jesteś moim przyjacielem czy nie?
WANERT
Jestem, Maciek, wiesz, że jestem, ale zrozum...
ZAREMBA
Nic nie słyszę, mów głośniej.
WANERT
Przykro mi, Maciek, okropnie przykro, ale tak się składa, że w tej chwili nie jestem sam, bardzo cię przepraszam.
ZAREMBA
po chwili milczenia
Rozumiem. Nie wiedziałem. To ja cię, stary, przepraszam. O key! Nie gniewaj się, stary. Cześć! Ale zobaczysz, zapamiętaj sobie, przyjdzie jeszcze taka chwila, że do mnie zatęsknisz. I wtedy mnie nie będzie. Zobaczysz!