sobota, 27 czerwca

Janusz dostał się do Liceum Księgarskiego. W poniedziałek ma jechać nad morze, do Janków A. Charakterystyczne: na dosta­niu się do liceum bardzo mu zależało, denerwował się okropnie, lecz teraz, gdy się dowiedział, że wyjazd jego przyjaciela, Waldka, napotyka na pewne trudności — przygnębienie Janusza z powodu tego zawodu wydaje się nieporównanie większe od radoś­ci ze zdanych pomyślnie egzaminów.

Gdy na wadze złożone zostaną wiedza i zwątpienie — szala ze zwątpieniem jest cięższa: pragnienie waży więcej niż jego realizacja, lecz gdy szala rozpaczy wznosi się ku górze — szala z nadzieją powinna być bardzo ciężka.

12.

Halina Ferens-Czaplicka u matki, w jej mieszkaniu na Osie­dlu Mariensztackim, pierwszym (jeszcze w roku 1949) warszawskim osiedlu mieszkaniowym wybudowanym po wojnie, więc dzisiaj bar­dzo już staroświeckim, z mieszkaniami ciasnymi i dość mrocznymi, zwłaszcza gdy mieszczą się na parterze, jak dwupokojowe miesz­kanie Emilii Czaplickiej.

Emilia pokazuje córce trochę już podniszczony zeszyt zło­żony z pięciu kartek grubego, czerpanego, kremowego papieru i ok­ładki z kremowego kartonu, związanych zielonym kordonkiem. Na zewnętrznej stronie okładki dedykacja niebieskim atramentem „Miłej Joasi Perłowskiej ofiarowuje w dniu imienin Krzysztof Czaplicki”. Na pierwszej, nienumerowanej kartce — imię i naz­wisko autora, tytuł tomiku: 3 wiersze, a u dołu stronicy: „1942. Wydano w 1 egzemplarzu na papierze czerpanym. Przepisał autor”.

Ten zeszycik sprzed lat prawie trzydziestu Emilia Czaplic­ka otrzymała przed paroma dniami wraz z listem od Joanny Golde, w którym dawna Joasia Perłowska pisze, że przez długie lata przechowywała tę pamiątkę po Krzysiu, z którym kolegowała na tajnych kompletach uniwersyteckich, teraz jednak, gdy okolicz­ności zmuszają ją do wyjazdu na stałe z Polski, uważa, że ze­szycik powinien pozostać w kraju, przekazuje go zatem matce poety.

W pewnym momencie Emilia: wiesz, Halinko, ja już nie pa­miętam twarzy Krzysia, pamiętam go tylko z fotografii... i gło­su jego nie słyszę.

13.

Podwieczorek u Panków, ale podwieczorek tylko z nazwy, po­nieważ Pankowa, chcąc upłynnić bodaj część zapasów przygotowa­nych na przyjęcie, podała tartinki i alkohol. Oboje starzy, Monika oraz brat Zofii Pankowej, prałat Stanisław Motyl, który na życzenie siostry przyjechał z Opola, aby swojej siostrzeni­cy udzielić kościelnego ślubu.

Monika ma wszelkie powody, aby czuć się w pełni usatysfak­cjonowana: na jej kategoryczne żądanie ojciec jeszcze przed po­łudniem skomunikował się osobiście ze Stefanem Raszewskim i uzyskał od niego solenną obietnicę, że paszport Monika będzie mogła odebrać w poniedziałek. Bilet lotniczy do Rzymu został zarezerwowany we wtorek. Sprawę przeniesienia Moniki do Teatru Ludowego też załatwiono od ręki, dzięki paru telefonom Minis­tra Kultury i Sztuki.

Pod wieczór budzi Nagórskiego z ciężkiej drzemki telefon.

NIKE

To ja, dobry wieczór.

W pierwszej chwili chce bez słowa odłożyć słuchawkę, lecz nie czyni tego.

NAGÓRSKI

Gdzie jesteś?

NIKE

Chcesz, żebym przyjechała?

NAGÓRSKI

A gdzie jesteś?

NIKE

Daleko.

NAGÓRSKI

Gdzie?

NIKE

Jeżeli wezmę taksówkę, mogę być za kwadrans.

NAGÓRSKI

Myślisz, że to ma sens?

NIKE

Mogę przyjechać autobusem. Tylko, czy chcesz mnie widzieć?

NAGÓRSKI

Jest ci źle?

NIKE

Nie, dlaczego miałoby mi być źle?

NAGÓRSKI

Zwykle odzywałaś się po rozstaniach, kiedy było ci źle.

NIKE

Teraz nie. A może? Może trochę. Ale nie dlatego dzwonię.

NAGÓRSKI

I po tygodniu znów się pokłócimy?

NIKE

Nie wiem, może. Ale nie chciałabym.

NAGÓRSKI

Teraz.

NIKE

Mam przyjechać?

NAGÓRSKI

po chwili milczenia

Tak, kocham cię.

Problemy Adama Nagórskiego:

1) powiedziała, że dzwoni z daleka, skąd? z Mokotowa, z Bielan? może spoza Warszawy? od kogo? to nie był telefon z ulicz­nej budki telefonicznej, powiedziała prawdę, że może przyjechać taksówką? pewnie ją ktoś odwiezie prywatnym autem, ale nie war­to wychodzić przed dom, aby sprawdzić, bo jeżeli ją ktoś odwozi, zatrzyma się na pewno nie przed domem, ale gdzieś w okolicy Ryn­ku, nigdy się nie dowiem, jak było naprawdę.

2) na kolację: anchois z kaparami, zostały jeszcze oliwki faszerowane papryką (dolarowy import), trochę młodej rzodkiewki, indyk na zimno, prawie cały tort orzechowy, szampan, wszystko dzięki temu, że małżeństwo Konrada nie spełniło się, a co tutaj się spełnia czy nie spełnia?

3) jestem spocony i zmęczony, będę musiał wziąć tusz, po­winienem zrobić to teraz, ale mogę nie zdążyć, zresztą to nie­potrzebne, zdążę, nim pójdzie do łóżka, będzie pół godziny le­żeć w gorącej wannie, i kiedy się położy przy mnie naga, jej skóra będzie bardzo ciepła i jeszcze cokolwiek wilgotna, wtedy, gdy po raz pierwszy powiedziała: cieszę się, że mnie masz, też miała taką rozgrzaną skórę i kruchą wilgoć na brzuchu i plecach.

4) list tego chłopca (ze Stefanem Raszewskim chyba nie ma nic wspólnego?) bardzo ładny, prawie wzruszający, ciekawe, co tam napisał?

5) Co za dziwaczny dzień!

15.

Tak gdzieś trochę po siódmej (wciąż wiatr i wilgotny śnieg, na trotuarach błoto) Zygmunt Raszewski po zebraniu swojej Orga­nizacji Partyjnej, w drodze powrotnej do domu (mieszka na Mura­nowie), chcąc coś zjeść w barze mlecznym w sąsiedztwie placu Dzierżyńskiego, stoi chwilę przed czerwonymi światłami na placu i czując nagle, jakby mu przez wnętrze głowy przeszła ciemna fala, niepewność własnych ruchów — stoi dalej bezradny, na skra­ju trotuaru, gdy zapalają się światła zielone, wreszcie z tym mrocznym i coraz natarczywiej głośnym zamętem, ostrożnie, jakby szedł wąską ścieżynką wśród przepaści, przechodzi lekko się za­taczając na drugą stronę, odległość, jaka go od mlecznego baru dzieli, nie jest duża: sto najwyżej kroków, lecz jemu wydaje się przestrzenią nie do przebycia, zatrzymuje się więc na środ­ku chodnika i wówczas zauważa go Julia Singer, która też wraca do domu, zmęczona i przygnębiona ogromem dużych i małych spraw, które ma do załatwienia w związku ze zgodą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na jej podanie o uzyskanie zezwolenia na emigrację.

Julia Singer i Zygmunt Raszewski nie widzieli się od dawna, lecz znają się jeszcze z lat trzydziestych. Stary Raszewski orientuje się w ostatnich przejściach Julii. Poznaje ją ostat­kiem zanikającej przytomności, chce się uśmiechnąć, chce powie­dzieć, że się z nią solidaryzuje — — — — —