wieczorem

Mało co zrobiłem przez cały dzień, zbyt gorąco, zbyt dusz­no, dla zmęczenia taki upał stanowi pożywkę, dla zmęczonego — stan krańcowej bezsilności. Dopiero pod wieczór parogodzinna burza z ulewą odświeżyła trochę powietrze.

Różne lektury. Ale żadna na dłużej.

Z Pamiętników Saint-Simona (opis zburzenia Port-Royal): „Przysięgać na Boga i duszę, że wierzy się w pewien stan fakty­czny, w który uwierzyć się nie da, wydawało się wszystkim lu­dziom prawym — zbrodnią”.

Z listu Flauberta do Wawrzyńca Pichat (2 XI 1856): „Sztu­ka nie wymaga ani pobłażliwości, ani grzeczności, jedynie wia­ry, zawsze wiary i wolności”.

19.

A jest:

„Gdy przed fronton pałacyku w Jabłonnie zajeżdża autokar »Orbisu« — pierwszy z niego wyskakuje (najlepszym swym skokiem z czasów Natchnienia świata) Maciej Zaremba. U wejścia do rzę­siście oświetlonej sali z kopułą niebiańską u wysokiego stropu oczekuje gości Łukasz Halicki (z kaduceuszem? chyba nie, może później?). Sprzeczne uczucia Zaremby w stosunku do Halickiego: lubi go i ceni, lecz równocześnie zazdrości autentycznej mło­dości. Teraz jednak jest w zbyt dobrym humorze, aby dostrzegł­szy Łukasza, nie przywitać się z nim natychmiast.

ZAREMBA

Cześć, stary! Cieszę się, że cię widzę, państwo młodzi jeszcze nie przyjechali?

HALICKI

trochę podejrzliwie

To nic nie wiesz?

ZAREMBA

Że co? Słuchaj, stary, masz pojęcie? Mój Tomek rodzi się już od przeszło trzydziestu godzin.

HALICKI

To źle czy dobrze?

ZABEMBA

Cholernie dobrze! Najpierw się martwiłem, bóg wie co sobie myślałem, ale jedna z sióstr dyżurnych uspokoiła mnie, wiesz co powiedziała? Że z krótkiego porodu dzieci są przeważnie słabe, rozumiesz? Zobaczysz, mój Tomek będzie ważył przynajmniej z pięć kilo, Herakles! Poczekaj, zrzucę tylko kożuch, strasznie tu gorąco.

Tymczasem członkowie Bractwa Żółwiowego poczynają wypeł­niać pałacową sień. Dostrzegłszy Andrzeja Wajsa (zna go bardzo dobrze), Halicki od razu orientuje się, że coś jest nie w po­rządku.

WAJS

Cześć, Łuka! Gdzie są państwo młodzi?

HALICKI

Kto są ci wszyscy?

WAJS

Ci? Towarzysze delegaci, chcieliśmy w imieniu róż­nych instytucji złożyć życzenia prezesowi PIP-u.

HALICKI

No, no!

WAJS

Wyższe sfery jeszcze nie przybyły?

HALICKI

Owszem, w komplecie. Masz je przed sobą.

WAJS

Łuka, to wszystko jest zbyt piękne, żeby było praw­dziwe, zaczynam wierzyć w socjalizm. Moi koledzy, a zwłaszcza koleżanki, będą zachwyceni, że poznają cię osobiście.

HALICKI

Dziękuję w imieniu „non consummatum”.

WAJS

No właśnie! Ciekawa historia, wiesz, o co poszło?

HALICKI

Andrzejku, ja jestem tylko Hermesem.

Niebawem tamte dwa auta. Facet, który omal nie wpadł pod samochód, otrzeźwiał na tyle, iż może się utrzymać na nogach (nieco później okazuje się, że jest to bawiący w Warszawie na delegacji kierownik wydziału propagandy Komitetu Powiatowego w jednym z miasteczek na Pomorzu Szczecińskim, miał wracać do siebie nocnym pociągiem). Natomiast nieźle podpici są obaj mło­dzi milicjanci, zanim wyruszono do Jabłonny, roztropny Marek Kuran podskoczył do Delikatesów na placu Zamkowym, zaopatrzył się w butelkę „Pejsachówki” (75%) i po drodze zdążył obu chłop­ców uodpornić na ich skontaktowanie się z rzeczywistością ocze­kującą w Jabłonnie.

Grupka podstarzałych aktorów coraz bardziej zdziwiona i przepłoszona, choć trochę ich uspokaja więcej niż grzeczne po­witanie ze strony Łukasze Halickiego.

KRYSIA FORMIŃSKA

Serwus, Jędrek! Popatrzcie, gdzie się rodziny nie spotyka?

ANDRZEJ WAJS

Nie gdzie, a po co?

KRYSIA FORMIŃSKA

Wiesz, co ty jesteś? Świnia, i do tego cholernie staromodna. Papy nikt ci nie każe lubić, ja też za nim nie przepadam, ale do mamy mógłbyś się czasem odezwać.

ANDRZEJ WAJS

Rodzinna scena?

KRYSIA FORMIŃSKA

Głupi jesteś albo głupiego udajesz.

ANDRZEJ WAJS

To nie jest sprawa głupoty czy mądrości, miła siostrzyczko. Ja po prostu serca nie mam.

KRYSIA FORMIŃSKA

Zgrywasz się!

ANDRZEJ WAJS

Konstytucja nie zabrania.

KRYSIA FORMIŃSKA

Ale po co?

ANDRZEJ WAJS

A po co gówno śmierdzi, a róża pachnie? Ty się nigdy nie zgrywasz?

KRYSIA FORMIŃSKA

Stuknij się! Ja siebie zanadto cenię, żeby się zgrywać.

ANDRZEJ WAJS

To kłamiesz.

KRYSIA FORMIŃSKA

Oczywiście. Jeżeli mi jest wygodnie, to kłamię. Ale to jest co innego.

Toast Łukasza Halickiego w okrągłej sali pod niebiańską kopułą, gdy się już wszyscy goście zgromadzili:

— Szanowni państwo! Pewne okoliczności nieprzewidziane spra­wiły, iż pani Monika Panek oraz pan Konrad Keller polecili mi, abym w ich imieniu powitał państwa oraz przeprosił, iż są nieo­becni, nie mogąc się tym samym podjąć zaszczytnych i miłych obo­wiązków gospodarzy — (tylko wśród aktorów starych poruszenie) — Niestety, gospodarzami w dniu dzisiejszym być nie mogą, ponieważ, to również polecili mi państwu oznajmić, małżeństwo ich na skutek obopólnego porozumienia zostało odwołane. Nie spełniło się. Non consummatum. Ponieważ jednak w czasowniku „spełnić” i w jego formie rzeczownikowej „spełnienie” kryją się tak wielo­znaczne treści, wśród nich i smutek wynikający z krańcowego wy­pełnienia i ostatecznego zakończenia, iż nie wydaje się, aby nie pokrzepił nas na duchu i ciele toast wzniesiony za wszelką pomyślność niespełnienia — — — — —

20.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu większość gości przenosi się niebawem z apartamentów do piwnicy, tej z częściowo zacho­wanymi dekoracjami malarskimi Antonia Tavellego z drugiej poło­wy XVIII wieku (w sali okrągłej na filarze wymalowano wśród trzcin i drzew na brzegu wody satyra goniącego dwie kąpiące się nimfy, a po przeciwnej stronie — dwa łabędzie. Arkady przy­ścienne i ściany pokryte są malowidłami pejzażowymi z bardzo różnymi drzewami liściastymi i szpilkowymi. Wśród tych wido­ków rozróżnić można: krajobraz widoczny przez otwór w malowanej skale, pola i wioskę w obramowaniu z drzew liściastych, dwie kozy przed chatką krytą strzechą, staw, w którym odbijają się budynki nadbrzeżne, i w głębi zameczek, akwedukt antyczny, ka­nał z mostkiem i na nim łódź oraz mury kamienne z roślinami w szczelinach).

Za barem, oczywiście, Edward Kubiak. Zespół La Da Co też jest w piwnicy.

KURAN

Napije się pan ze mną, panie Edku, jednego?

KUBIAK

Pan wie, panie Marku, że ja przy pracy nigdy nie piję.

KURAN

Pan nazywa pracą to, co jest tutaj?

KUBIAK

Faktycznie, gdyby nie kilku panów, których mam przyjemność znać, to bym się trochę dziwił.

KURAN

To się pan dziw i wypij. Tu trzeźwym wstęp będzie zaraz wzbroniony.

KUBIAK

Przepraszam, że pytam, pan nie wie, skąd się wzię­ły te gliny?

KURAN

Ładni Adasie? Moi przyjaciele, poderwałem ich po drodze.

KUBIAK

Pan to jest, panie Marku!

KURAN

Przeważnie nie jestem, ale to na jedno wychodzi. Pijemy?

KUBIAK

Co pan sobie życzy?

KURAN

A pan, panie Edku?

KUBIAK

Mam butelkę Martela, ale na razie schowaną.

KURAN

Ja wolę czystą, pan weź Martela, co mamy sobie żałować. Wesele do dołu. Niech żyje wesele!

KUBIAK

Ja uważam, że pan Keller może sobie powinszować.

KURAN

Myśli pan?

KUBIAK

Pewnie, małżeństwo, to ciężka niewola.

KURAN

Wszystko, panie Edku, jest niewolą.

KUBIAK

Ja rozumiem, ale jest niewola i niewola.

KURAN

To po co się pan żenił?

KUBIAK

Ja wiem? Młody jeszcze byłem, chciałem się ustat­kować.

KURAN

Wie pan co, panie Edku? Zamienimy się!

KUBIAK

To znaczy?

KURAN

Pan będzie dzisiaj za gościa, a ja będę barmanował.

KUBIAK

Pan żartuje, praca za barem, to jest ciężka praca.

KURAN

A gościem być, pan myśli, też nie jest ciężka praca?

Jeszcze parę kieliszków i podchmielony Kubiak zgadza się na tę zmianę. Zatem Marek Kuran zrzuca marynarkę, podwija ręka­wy koszuli i uciszywszy zebranych wygłasza krótkie przemówie­nie, w którym oznajmia, że na dzisiejszy wieczór regulacją ru­chu alkoholowego kierować będzie Poezja. Ogólny entuzjazm. Zespół La Da Co wykonuje tusz. Ścisk dokoła baru. Marek Kuran przygotowuje skomplikowane, zdradziecko mocne mieszanki. Nieba­wem jest mu tak gorąco, iż rozbiera się i zostaje tylko w slip­kach. Dla wielu gości staje się to zachętą do mniej lub bar­dziej posuniętego strip-tease’u. Bardzo chętnie pozbywają się mundurów obaj milicjanci. Nieco później ktoś przynosi z szatni ich czapki, ulegają licznym namowom (m.in. Edka Kubiaka) i całkiem goli wkładają czapki na głowy.

Maciej Zaremba do Łukasza Halickiego:

— Masz pojęcie, stary? Wszystko to sobie zapisałem, mam na karteczce, posłuchaj: co minutę, uważasz? Co minutę rodzi się na świecie 235 dzieci, a umiera tylko 96, to znaczy przyrost naturalny na minutę wynosi 139, a to daje 8 309 na godzinę, 19 945 na dobę, 72 600 000 rocznie, fantastyczne, nie? Ile trzeba, żeby przełknąć jedną wódkę? Dwie sekundy, co? I już się przez ten czas prawie pięcioro dzieci urodziło, cho­lerna historia...

Potem:

ZAREMBA

Słuchaj, stary, ty wiesz, ja w roku 2000 będę miał siedemdziesiąt jeden lat?

HALICKI

Nie martw się, podciągnę do ciebie.

ZAREMBA

Nie dogonisz.

HALICKI

Podciągnę.

ZAREMBA

Nigdy w jednym zaprzęgu nie pójdziemy.

HALICKI

Ty na przodzie.

ZAREMBA

Wiesz, gdzie mam taki przód? Mój syn w 2000 roku będzie miał trzydzieści jeden.

HALICKI

Nie będę miał dzieci.

ZAREMBA

Nie chcesz?

HALICKI

Wolę auto, auta można zmieniać.

ZAREMBA

Wiesz, co ci powiem?

HALICKI

Czarnego pudla sobie kupię.

ZAREMBA

Słuchaj, stary.

HALICKI

Zabronisz mi?

ZAREMBA

Ech, wy gówniarze!

HALICKI

Ty też nie byłeś w Powstaniu.

ZAREMBA

Ja?

HALICKI

To czego się stawiasz? Tylko grałeś Powstanie!

ZAREMBA

Ale jak?

HALICKI

Ale tylko grałeś, więc znaczy, mogę do ciebie podciągnąć?

ZAREMBA

Podciągaj, ja już jestem wrak. Eryk tylko ciebie widzi.

HALICKI

On jest fajny.

ZAREMBA

Ja dla niego też kiedyś byłem fajny — — — — —

Pijacki monolog partyjnego aktywisty z terenu w obecności Andrzeja Wajsa?