Skazańcy

Od lat już leczą sobie płuca,

I krew im się ustami rzuca,

I gorączkują, kaszlą, plują,

Nad spluwaczkami medytują.

I schną powoli, ludzkie drzewa —

deszcze w nich szemrze, śwista, śpiewa,

Jeszcze są w stanie — o, ciekawi! —

Oglądać, jak ich kornik trawi.

Kantyczka2 moribundów3

Od czarnej rozpaczy,

Ustrzeż, wybaw nas.

Zwól4, niech przeinaczy5

Płuca nasze czas.

Od śmierci za życia

Ratuj, chroń nasz tłum.

Codziennego gnicia

Proces w płucach tłum.

Pokądże po świecie

Będziemy się tłuc —

Co wiosna, co jesień,

Ze szczątkami płuc?

Zdradnej rozkaż rtęci

Niech się nie pnie wzwyż.

Bo się nam wyświęci

Trumna, dół i krzyż.

Od bezmyślnej żądzy,

Znikczemnienia ciał —

Oby Duch twój rwący

Nas osłonić chciał.

Jadła i powietrza

Daj każdemu z nas

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .