PÓŹNA NOC

Faust, Strażnik Linceusz, Mefistofeles, Harnasie.

STRAŻNIK LINCEUSZ

na warcie, śpiewa

Hej! oczy widzące, wy oczy sokołe,

strażnicze, bezsenne powieki!

Na wieży, na czatach w dal patrzę — a w dole

I w górze kraj wielki, daleki.

I księżyc, i gwiazdy, i lasy, i łany,

rzek wstęgi, srebrzystość ich fali —

urodę wieczystą wzrok chłonie pijany —

sam siebie pokochał w tej dali.

Niejedno widziały szczęśliwe źrenice,

choć różnie w tym życiu bywało:

świat piękny i piękne strażnika stanice —

pieśń jego jest życia pochwałą!

Tu kończy się śpiew strażnika, chwila ciszy.

Cóż za straszliwa zjawa z mroków się wyłania

i rozrość się radości wysokiej zabrania?!

Z najgęstszej nocy, skrytej pośród lip konarów,

rośnie łuna! Snop iskier! Płomienie pożarów!

To chata przygarbiona, mchem porosła płonie!

Któż pobieży z pomocą ku szybkiej obronie?

Zacni starzy! Tak dbali i strzegli ogniska,

aż tu z nagła nieszczęście czyha na nich z bliska.

Krwawa pożoga! Dobytek się pali!

Oby się oni chociaż z ognia zratowali!

Straszne piekło szaleje! Zajęły się drzewa —

płoną suche gałęzie — gęsta skier ulewa!

Wielkim słupem wyrasta rozchwiane ziskrzenie!

Błysk! — To lipa zetlona runęła w płomienie!

Czemuż ja tak dokładnie wszystko widzieć zdolę —

po raz pierwszy przeklinam źrenice sokole.

Na kaplicę zżagwione gałęzie spadają —

dach, ściany jak pochodnia w jasnym ogniu stają!

Płomienie liżą korę — chytre — posuwiste —

od stóp po czuby gorzą lipy płomieniste.

— Dom, kaplica już gasną w kurzawie ogniowej!

Lipy pod niebo rosną! Zgon lip purpurowy!

Długa przerwa, śpiew.

Radowały się me oczy,

czymże radość, czymże trwanie;

zguba poprzez mroki kroczy

nad wyognione otchłanie.

FAUST

wchodzi na taras, w stronę pomorzą patrzący

Na blankach569 pieśń żałosna jęczy;

dźwięk pusty, głuchy, nierychliwy;

żali się strażnik. — I mnie dręczy

mój rozkaz niecierpliwy.

Niechajże lipy pożar zżerze,

niech padną w płomieni czerwoność —

na miejscu ich postawię wieżę,

by patrzeć w nieskończoność!

Staruszkom zapewniłem mienie,

dom piękny i wygodny;

winni być wdzięczni nieskończenie

i w ciszy sobie żyć pogodnej.

MEFISTOFELES I HARNASIE

z dołu

Biegniemy — aż nam tchu brak! — Panie,

podziało się niespodziewanie!

Pukamy raz, pukamy drugi —

nikt nie otwiera przez czas długi;

trzęsiemy drzwiami — znów pukamy —

szast-prast wypadły zgnite bramy.

My w krzyk i groźby! — czeladź głucha

ani to patrzy, ani słucha.

Tak chwilę trwamy w wielkiej ciszy!

— Kto nie chce słyszeć, ten nie słyszy.

Więc złość nas bierze! Do obucha!

Słabiutcy wyzionęli ducha

ze strachu; nie kwilili wiele —

ledwo się duch tam trzymał w ciele.

Jakiś się obcy nam nawinął,

brał się do bitki — także zginął.

Nieszczęście chce, że węgle z pieca

w tym rozgardiaszu rozsypano;

wraz się w siennikach pożar wznieca

i z siłą wręcz niespodziewaną,

zagarnął chatę wraz z lipami:

nagrobny stos z trzema trupami.

FAUST

Źli słudzy, głusi, wyrodni!

Zamiany chciałem, nie zbrodni;

przeklinam wasze szaleństwo —

czynom i wam — przekleństwo!

CHÓR

Stara piosnka, dobrze znana:

słuchaj, sługo, swego pana!

Jemu zgarniasz, dlań się czubisz:

mienie tracisz, siebie gubisz!

Wychodzą.

FAUST

na tarasie

Gwiazdy błyskają przez dymu rozchwieje;

pożar dogasa, ogień mży i tleje;

wiatr chłodny powiał — dreszczem mnie przejmuje —

swąd spalenizny od zgliszczy się snuje.

Rozkaz pochopny, pochopne spełnienie! —

W mrokach się włóczą przyczajone cienie...