PRACOWNIA

Faust, Duch ziemi, Wagner, Chór aniołów, Chór niewiast, Chór uczniów.

Noc.

Wysoko sklepiona, wąska komnata gotycka. Faust pełen niepokoju siedzi przed pulpitem.

FAUST

W żądzy wiedzy poznałem wszechnauk dziedzinę,

zgłębiłem filozofię, prawo, medycynę,

niestety, teologię też! — cóż? — pozostałem

mizernym głupcem! — tyle wiem, ile widziałem.

Magistrem jestem, nawet zowią mnie doktorem,

i tak latami z męką, z wewnętrznym oporem

oświecam rzesze uczniów bezpłodnym zarzewiem

i wiem, że nic nie wiemy — i że ja nic nie wiem.

Czyż zawiłości świata ta pewność zwycięża,

że wiem więcej niż mędrcy, doktorzy i księża?

że nie ma we mnie zwątpień, że łza mi nieznana,

że się nie lękam piekła, nie trwożę szatana?

Pustka we mnie i wszelka radość mi odjęta,

pustka mi bieg hamuje, skrzydła moje pęta.

Zaledwie krok uczynię, już muszę powracać —

i jakoż mogę bliźnich polepszać, nawracać?

Ani się ze mną dobro, ni pieniądz nie brata,

nie wiem, co sława ziemi, co wspaniałość świata,

Któż drugi byt sobaczy27 tak wlec się odważy

z maską obojętności na posępnej twarzy?

Przeto magii oddałem i czas mój, i siły,

może przez nią odnajdę ślad bytu zawiły,

może przez tajne moce i przez pomoc ducha

mój duch się prawd odwiecznych dopatrzy — dosłucha...

Obym nie musiał mówić, czego nie rozumiem

i kłamstwem poklask zyskać w lekkomyślnym tłumie.

Może znajdę najgłębszą, wieczną spójnię życia,

tajemnicę ziarn poznam i wyrwę z ukrycia,

zbędę słów, które są słowami tylko,

poznam, czy życie wieczne jest, czy tylko chwilką.

Księżycu, druhu bratni,

obyś na me cierpienia patrzał raz ostatni;

ileż ponurych nocy oto przy tym stole

szukałem w księgach prawdy w łudzącym mozole,

a ty, mój przyjacielu wierny — po cichutku

patrzałeś w moje oczy przygasłe od smutku.

Obym mógł w twoim świetle radosny, pogodny,

na szczytach gór oddychać wolny i swobodny,

nad przepaście z duchy wzlatać,

mgły na łąkach snuć i splatać

i zbyty nauk, pustej wiedzy —

poić się rosą przesrebrzonej miedzy.

A oto żyję w mroku, w cieniu,

w przeklętym, ponurym więzieniu,

gdzie przez szkieł barwnych zator wpada

jasność zamglona, brudna, blada.

Zwał ksiąg mnie więzi i dusi swym pyłem,

wśród stert papieru tyle lat przeżyłem,

wśród szkieł, przyrządów, instrumentów wiela,

z których każdy od życia grodzi i rozdziela.

Ułóż w stos książki, Fauście, stań na wiedzy szczycie

oto jest świat twój, oto twoje życie!!

Czyliż zapytam jeszcze, czemu serce moje

ból kąsa nienazwany, gnębią niepokoje?

miast się przyrodą cieszyć w wzniosłym Boga dziele

otaczają mnie dymy, mole i piszczele.

— niech wolna dusza uskrzydlona wzlata

poprzez ziemię, przez życie — na granice świata...

Gdy poznam mądrość ziemi, gwiazd sferyczne kręgi,

duch wyrośnie strzeliście, nabierze potęgi.

Poznam żywe ogniwa wszechświata łańcucha,

poznam, jak z ducha mówić i duchem do ducha.

Na próżno umysł w znaków wpatruje się dziwa —

otocz mnie, rzeszo duchów widząca i żywa...

Może stąd spłynie na mnie wielkiej łaski cisza?

Nostradamusie28 — biorę cię za towarzysza!

otwiera księgę; dojrzał znak makrokosmosu29

Oto Makrokosmosu znak! — z jakąż rozkoszą

zmysły me pełnią żyją — ku pełni się wznoszą!

Szczęście życia prześwięte i wieczyście młode

toczy przez żyły moje jasność i pogodę.

Czy to Bóg znak ten wpisał — nim mądrość swą zwierza,

serce radością pełni30, rozterkę uśmierza?

Wszystkie moce przyrody stanęły niezłomnie

w tej chwili uroczystej pomocnie koło mnie.

Czyż Bogiem jestem? — Przejasna świetlistość

wiecznie twórczej przyrody stwarza oczywistość,

która wzrasta i rośnie, budzi się od nowa,

uczy i przypomina wielkie mędrca słowa:

„Świat duchów nie zamknięty, otwarty na ścieżaj,

myśli i serca twego wiedza nic otworzy —

w duchu się przetwórz, uczniu, i duchem zwyciężaj

i kąp pierś młodą w przedporannej zorzy!”

przyjrzał się znakowi

Wszystko się tutaj w całość splata,

jedno o drugie zadzierżgnięte.

Siła niebiańska kręgiem wzlata —

z rąk do rąk idą wiadra święte!

A duch na skrzydłach łaski wonnej,

w wiecznej harmonii dźwięcznej, dzwonnej,

w żywot przeradza się bezzgonny.

Przecudna świateł gra, pusta, choć śliczna — !

Jakoż cię pojmę, o, ty bezgraniczna

przyrodo? — gdzie twe piersi? — gdzie źródła przeczyste,

z których sączą się dzieje wszechświata wieczyste?

Źródło, co złudne blaski z siebie wypromienia,

płynie i poi! — Duchu! ja konam z pragnienia!

odwraca z niechęcią karty księgi, zobaczył znak Ducha ziemi

Jakżeż inaczej ten znak na mnie działa,

o ileż bliższy jesteś, Duchu ziemi!

jakoby winne pokrzepienie ciała,

a barki prężne skrzydłami orlemi.

Odwaga wzrasta! rzucę się w wir świata,

poznam ból ziemi, mej ziemi szczęśliwość —

z burzami i wichrami mężny duch się brata,

w zawiei i pomroce wzmoże się gorliwość.

Mroczą się już jaśnie —

księżyc pośród chmur —

lampa moja gaśnie!

niepojęty chór!

Duszący dym w ogniach się mieni!

wokół mej głowy

zamęt czerwonych płomieni!

Huk piorunowy

wykrzywia sklepienie!

Światła i cienie!

Stań się! czuję

twoją obecność — słyszę — przelatuje

koło mnie! — Duchu! Duchu ziemi!

Ukaż się! zjaw się!

Serce me pęka!

Twoja ręka

wzrok mi zasłania —

Stań się! w godzinie zwiastowania

twój jestem cały na tej chwili szczycie —

zjawić się musisz — choćbym stradał życie!

Wznosi księgę i wymawia tajemnicze zaklęcie. Rozbłyska rudy płomień; zjawia się Duch.

DUCH

Kto mnie woła?

FAUST

Postać przeraźliwa!

DUCH

Woła na mnie słów potęga,

omdlewa ręka twa gorliwa

i niedołężnie po mnie sięga.

FAUST

Niestety! sprostać ci nie mogę!

DUCH

Wołałeś, by mi spojrzeć w twarz,

by wzlotów moich poznać drogę,

jestem! a oto w lęku twarz —

o, nadczłowieku! — gdzie twój hart?

Gdzie ducha krzyk? i wielkość wzgard

dla trwogi, lęku? Gdzież pieśń owa,

co u wieczności stała bram

i w woli swojej piorunowa

mówiła, że jest równa nam?!

Gdzież jesteś, Fauście! gdzieś twe dumne słowa?

Tchnienie moje cię mrozi! — Nad tobą się chylę,

ty drżysz jak robak podeptany w pyle!

FAUST

Mamże, płomieniu, ulec twej osobie?

Przenigdy! Jam jest Faust — i równy tobie!

DUCH

W odmętach życia, w czynów zawierusze

płynę to w rozgwar sfer, to w zmarłą głuszę!

ja — wieczne morze, zmienność, spłomienienie,

ja — grób i narodzenie!

W chorale czasu tkają me warsztaty

Bogu wiecznemu wiecznie żywe szaty.

FAUST

Duchu, co w lotów bezmierne koliska

zagarniasz światy — nad światy szybujesz —

jakże mi moc twa znana — jakże bliska!

DUCH

Bliskiś duchowi, którego pojmujesz,

nie mnie!

Znika.

FAUST

w rozpaczy

Nie tobie? więc komu?

Ja — żywy obraz Boga! — Boża we mnie postać!

nie mogęż tobie nawet dorównać i sprostać?!

Pukanie.

Już mija chwila szczęścia, famulus31 nadchodzi,

wezbraniu wielkich widzeń natręctwem przeszkodzi.

Wchodzi Wagner w robdeszanie32 i nocnej mycce, z lampą w ręku. Faust odwraca się z niechęcią.

WAGNER

Wybacz mi, mistrzu, że pokój zakłócę,

lecz słyszę, deklamujesz? więc biegnę z ochotą.

Chciałbym skorzystać coś w tej wzniosłej sztuce,

która dziś wartość taką ma jak złoto.

Ksiądz od aktora, kiedyś mi mówiono,

skorzystać może bardzo wiele pono33.

FAUST

Zbytnio nie mija się to z prawdy torem,

zwłaszcza, jeżeli ksiądz chce być aktorem.

WAGNER

Gdy człeka w domu żądza wiedzy spęta

tak, że nie widzi świata, jeno w święta

i z nim się tylko przez lornetkę brata —

jak tu przemówić do świata?!

FAUST

Czego w uczuciu nie ma — nie ma w głowie.

Tylko co widzi i w co wierzy dusza,

w najpotrzebniejszych słowach to wypowie,

co bliźnich wznosi, przekonuje, wzrusza;

poza tym? — siedźcież sobie w domu

i zagłębiajcie nos w swym dziele;

na nic niezdatne i nikomu

iskry zgubione w słów popiele;

zaledwie małpy albo dzieci

odnajdą wiedzę w tej iskierce,

bo w sercach wspólność jeno nieci

to współczujące właśnie serce.

WAGNER

A jednak chciałbym ja posiadać swadę34,

szyk zdań udatny, akcent, gest, ogładę.

FAUST

Nie bądź no asan samosobkiem,

co się w blazeńskie stroi szaty.

Rozsądek da ci plon bogaty,

czystość sumienia jest zarobkiem.

Jeśli z radości rzeczywistych

i z prawdziwego zechcesz bolu

przemawiać — nie trza słów strzelistych

szukać jak wiatru w polu.

Po prawdzie — mowy bezmiłosne,

ten cały styl wysokopienny

są takie tępe i żałosne,

jak w suchych liściach wiatr jesienny.

WAGNER

Sztuka jest długa, żywot krótki!

Często w krytycznym mym rzemiośle

wielkie mnie opadają smutki!

Chciałbyś żyć górnie i wyniośle,

wysoką wiedzy stawić wieżę —

kroczek chcesz zrobić w przód — malutki —

w połowie kroku śmierć cię bierze!

FAUST

Czyż księga pustkę w pełnię zmienia?

czyż skrzepi kogoś, wzniesie, wzruszy?

nie znajdziesz, bracie, ukojenia,

jeśli go nie masz w własnej duszy.

WAGNER

Jednak to radość bardzo duża,

gdy się duch w dawnych czasach nurza,

poznaje zmarłych mędrców brać

i że to wszędzie postęp znać.

FAUST

O, postęp — aż do gwiazd bez mała!

i co się jeszcze dalej święci!

Dla nas zamknięta przeszłość cała

na siedem, bracie, pieczęci.

To, co nazywasz czasu duchem,

jest jeno duchem historyka,

który z zacietrzewieniem głuchem

przeszłość jak rdzawe drzwi odmyka;

lecz cóż tam znajdziesz w tym lamusie?

ożogi35, z kanap stare włosie —

czasem historyk to przystroi

w miłe powaby lśniącej zbroi;

ktoś inny w krotochwilach36 licznych

skład zrobi maksym pragmatycznych37!

WAGNER

Ale myśli i czucia nurtujące świat!

Na to jest każdy łasy, każdy poznać rad!

FAUST

Tak, tak! lecz cóż ty zwiesz poznaniem?

jakim obdarzyć to nazwaniem?

Tych kilku, którzy prosto, szczerze

czucie i myśl umiłowaną

tłumowi dali w dobrej wierze,

spalono lub ukrzyżowano.

Lecz północ już — czas bieży prędko,

kończyć nam trzeba z pogawędką.

WAGNER

Pragnąłbym, mistrzu, z twej pomocy

korzystać zawsze, z twoich słów;

więc jutro, w święto Wielkiejnocy,

pozwolisz, przyjdę znów.

Przy książce umiem-ci fałdów przysiedzieć,

lecz choć wiem wiele, rad bym wszystko wiedzieć.

Wychodzi.

FAUST

sam

Jak to w głupocie oczywistej

z nadzieją kopie wszędzie, grzebie,

jeśli miast skarbów znajdzie glisty,

to już jest w siódmym niebie.

Dziwna przekorność! Tutaj, gdzie mnie duch otacza,

przychodzi z zewnętrzności jego myśl prostacza;

lecz dzisiaj tej lichocie serce me wybaczy,

wybawił mnie, nie wiedząc, z ostatniej rozpaczy,

która zaćmiła umysł i wtrąciła ducha

w mrok posępniejszy niźli noc grudniowa, głucha.

Na zjawisku me myśli i uczucia wsparłem,

zjawiło się olbrzymie! a ja byłem karłem

Oto ja, który Boga zmogłem i posiadłem

i twarzą w twarz przed prawdy stanąłem zwierciadłem,

już zobaczyłem siebie w tym zbyciu38 ziemskości,

w chwale i dumie własnej, w blasku i jasności!

Ja, większy niż cherubin39, którego tęsknota

zapragnęła czci bożej — bożego żywota!

w chwili, gdy myśl wzleciała ponad ludzkie plemię,

jedno słowo gromowe zaryło mnie w ziemię.

Więc mi się z tobą, duchu, porównać nie wolno?

Przywołałem cię wolą twardą i mozolną,

lecz nie mogłem zatrzymać prośbą ni rozkazem

w tej chwili wielki w sobie i mały zarazem.

Okrutnieś mnie odepchnął w odmęt ludzkiej doli;

co teraz? cóż mam czynić? posłuchać twej woli?

O! czyny nasze wszystkie i nasze cierpienia

hamują bieg żywota!

Najwyższe natchnienia

plączą się, zadzierżgają o obce widzenia:

gdy się nam dobro zdobyć i ogarnąć uda,

wszystko, co odeń lepsze — zmamienie i złuda!

Najwspanialsze uczucia, potęga zachwytu

w lód się ścina w zamęcie globowego bytu.

Gdy wyobraźnia nasza w śmiałym naprzód locie,

pełna górnych nadziei w wiecznej mknie tęsknocie,

lada rozbicie szczęścia u skalnego złomu

więzi nas w bezradosnych czterech ścianach domu!

Troska gnieździ się w sercu i tysiąc niesnasek;

wtedy na twarz przywdziewasz smutną złudę masek

i nazywasz je różnie wedle konieczności:

zjawą domu, rodziny, zagłady, miłości;

drżysz ciągle i lękasz się, wieczną trwogę czujesz,

i to, czego nie tracisz — właśnie opłakujesz.

Nie jestem Bogiem! duszę kornie chylę;

robakiem jestem, który żyje w pyle,

smagany biczem lęku, nieustanną trwogą,

że go przechodzień zmiażdży nieostrożną nogą.

Pył i ksiąg szereg liczny, co się wkoło piętrzy,

mole i bezpotrzeba obmierzłych40 rupieci,

oto wszystko, w czym żyję, skąd myśli najświętszej

wyczekiwałem — długo — czyż dziw, że nie świeci?

Czyliż mam czytać o tym, że w życia obręczy

człowiek nędzny wpleciony wieczyście się męczy?

że na stulecia może jeden jest szczęśliwy?

Czaszko! cóż grymas śmiechu znaczy urągliwy?

chcesz nim powiedzieć, że mózg twój przed laty

tak, jak mój dzisiaj, po manowcach błądził

i szczęścia szukał pełni przebogatej?

i w państwie myśli szaleństwem się rządził?

Przyrządy niepotrzebne, śmiecie kół i noży,

skalpele i sprężyny! — Przed bramami stałem,

lecz zatrzaśniętych nicość wasza nie otworzy!

Przyroda zasłonięta giezłem41 zblękitniałem,

nie zezwala go zedrzeć! — nikt jej nie posiędzie,

gdy ona sama nie chce! Na nic tu narzędzie!

Stare sprzęty spłowiałe, niepotrzebne graty,

stoicie, jak was ojciec ustawił przed laty!

Pergaminie zwinięty, dymem okopcony,

przesłuchałem nad tobą wiele lat zgarbiony.

I cóż? — obym was raczej roztrwonił rozrzutnie,

niźli wraz z wami pyłem okrywał się smutnie!

Czym ojcowego mienia dziedziczenie?

co zapracujesz, w należnej jest cenie.

Bezużyteczne ciężarem się staje —

jedyna wartość w tym, co chwila daje!

Lecz czemuż wzrok mój ciągle od ksiąg i rupieci

do tej flaseczki wraca, co na półce świeci?

ilekroć spojrzę na nią, barwi się, jaśnieje

jak księżyc, który nagle w borze zbłękitnieje.

Witam cię, przyjaciółko, pozdrawiam nabożnie

i zdejmuję z tej wnęki lekko i ostrożnie;

w tobie uwielbiam sztukę i rozum człowieczy,

kwintesencjo wszystkiego, co zbawia i leczy;

oto wywar, co w sobie śmierć i ciszę ziszcza,

o, bądźże dziś łaskawy dla swojego mistrza!

Widzę cię — wraz cierpienie i smutek mój pierzcha,

dotykam — ból pożądań zamilka i zmierzcha.

Burza, co ducha mierzwi, zatapia się w ciszę:

statek życia na morzu pełnym się kołysze;

pode mną głębie tajemniczych lśnień!

do nowych brzegów wabi nowy dzień!

Wóz złoty, płomienisty na skrzydłach się zniża —

po mnie on przybył! — oto chwila się przybliża,

w której na nowej drodze, drodze eterycznej,

stanę do wielkich czynów w przestrzeni sferycznej!

O, życie wzniosłe, o, radości boska,

czy to ja jestem — czy to moja troska?

Odwróciłem wzrok chory od ziemskich rubieży42

oto bezmiar przede mną rozjaśniony leży;

otwieram złote bramy, które mija chyłkiem

człowiek przewidujący, strwożony wysiłkiem.

Czas nadszedł, aby czynem zaświadczyć przed światem,

że godność ludzka boskiej mocy bratem;

niestraszne dla mnie piekielne podcienie,

gdzie wyobraźnia maluje cierpienie;

wyjść szukam wszędy — chociażby przy bramach

płomienny szatan knuł na ducha zamach.

O, niechaj radość jasna w sercu mym zagości,

choćby ta droga nawet wiodła do nicości!

A teraz ciebie biorę, czaro kryształowa,

ukryta w czarnym puzdrze43; już wieku połowa

mija bez mała, gdy to dla swych miłych gości

ojciec na wielkie stawiał cię uroczystości;

rozweselałaś serca — podawana wkoło,

krążyłaś wśród toastów wznoszonych wesoło;

niejeden z sztychów44 rżniętych w krąg zgrabny i ładny

chwalono wdzięcznym rymem w uciesze biesiadnej;

niejedna noc młodzieńcza powraca pogodna,

gdy wino z ciebie pito jednym haustem do dna!

Nie podam ciebie więcej swemu sąsiadowi,

i pochwały na pełną nikt już nie wypowie;

napełniam cię napojem z własnego wyboru —

na śmierć upija siła ciemnego likworu;

ostatni raz cię do ust podnoszę: na zdrowie

idącego poranka! Jutro — twoje zdrowie!!

Przykłada czarą do ust. Bicie dzwonów i śpiewy chóralne.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Radość dla ludzi,

których grzech brudzi,

których grzech trudzi;

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Pieśni cudowna! Uroczyste dźwięki,

które mi czarę wytrącacie z ręki!

czyliż muzyką dzwonów niepojętą

zmartwychpowstania ogłaszacie święto?

Czyliż to dźwięczą nabożne chorały,

które w Wielkanoc kojąco wołały

mojej młodości nabożne: „Hosanna,

nowych przymierzy godzino poranna”?

CHÓR NIEWIAST

Wonnościami namaszczony,

w grobie Pan nasz położony,

w płótna białe owinięty,

spoczął Chrystus z krzyża zdjęty.

Tą godziną powołaną

przyszłyśmy w dzisiejsze rano,

niesiem mirry45, nard46 i chusty —

ciała nie ma — a grób pusty.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Szczęsny — w miłości

swe przeciwności

zwalcza radośnie —

ożył miłośnie!

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Przyszłyście do mnie, dźwięki wzniosłe, w gości,

w godzinie pustki i wielkiej żałości;

wołajcie ludzi cichych i godnych ofiary,

słyszę wasze wołanie, lecz już nie mam wiary!

Najsłodszym dzieckiem wiary jest cud! a ja przecie

nie znajdę już odwagi, by w sferycznym świecie

waszej muzyki szukać słów Wielkiej Nowiny.

A jednak w graniu dzwonów wracają godziny

dobrej młodości mojej na zawsze odbiegłej,

gdy święte pocałunki od zguby mnie strzegły.

Wołacie mnie do życia! lata w was się głoszą,

w których korna modlitwa była mi rozkoszą,

a tęsknota mnie wiodła w głąb wiosennych kniei,

gdzie z łez gorących wstał kształt nowych idei.

O, szczęsne święto wiosny! Czasie wspomnień błogi!

wstrzymujesz krok ostatni na połowie drogi.

Grajcie dzwony i pieśni! dźwiękami słodkiemi

otoczcie serce moje! powracam w krąg ziemi!

CHÓR UCZNIÓW

Oto stracony i pognębiony wznosi się w górę;

wzniosłość i życie walczy, zwycięża groźną wichurę.

Radość tworząca, wiedza widząca w sercu się ziszcza;

dom się wzbogaca, szczęście powraca naszego mistrza.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Grób przezwyciężył! Serca wyzwala z więzów nicości!

Czynem Go wielbcie, braterstwem darzcie, wianem47 miłości!

Chrystus zmartwychwstał! Przełamał mroki,

ku wam, pokorni, kieruje kroki!