Rozdział ósmy

Wilhelm w drodze do miasta myślał o szlachetnych istotach kobiecych, które znał i o których słyszał; ich dziwne losy, niewiele zawierające w sobie pocieszającego, dotykały go obecnie boleśnie.

— Ach! — zawołał. — Biedna Marianno! Czegóż jeszcze będę się musiał o tobie dowiedzieć? A ciebie, wspaniała amazonko, szlachetny duchu opiekuńczy, któremu tyle winienem, którego mam nadzieję spotkać spodziewam, a którego niestety, nie znajduję nigdzie, w jakichże smutnych okolicznościach zastanę cię może, jeżeli znów kiedyś pojawisz się na mej drodze!

W mieście nikogo ze znajomych nie było w domu; pośpieszył do teatru; sądził, że znajdzie ich na próbie; wszędzie było cicho; budynek wydawał się pusty, zobaczył jednak otwartą okiennicę. Wszedł na scenę i zastał dawną służącą Aurelii zajętą zszywaniem płótna do jakiejś nowej dekoracji; wpadało światła tyle tylko, ile było koniecznie potrzeba, by przyświecać jej pracy.

Feliks i Mignon siedzieli przy niej na ziemi; trzymali książkę, a kiedy Mignon czytała, Feliks powtarzał za nią wszystkie słowa, jak gdyby znał litery, jak gdyby także umiał czytać.

Dzieci zerwały się i powitały przybyłego; uściskał je czule i poprowadził bliżej staruszki.

— Czy to ty — rzekł do niej poważnie — przyprowadziłaś Aurelii to dziecko?

Oderwała się od pracy i zwróciła ku niemu twarz; zobaczył ją w pełnym świetle, przeraził się, odstąpił kilka kroków; była to stara Barbara.

— Gdzie Marianna? — zawołał.

— Daleko stąd — odparła stara.

— A Feliks?...

— Jest synem tej nieszczęśliwej, aż nadto czule kochającej dziewczyny. Obyś pan nigdy nie odczuł, ile nas pan kosztował! Oby ten skarb, który panu przekazuję, uczynił pana tak szczęśliwym, jak nas uczynił nieszczęśliwymi!

Powstała, chcąc odejść. Wilhelm zatrzymał ją.

— Nie mam zamiaru od pana uciekać — rzekła. — Pozwól mi pan przynieść dokument, który ucieszy pana i zasmuci.

Odeszła, a Wilhelm spoglądał na chłopca z trwożną radością; nie śmiał jeszcze przywłaszczyć sobie dziecka.

— On jest twój! — zawołała Mignon. — On jest twój! — i przycisnęła dziecko do kolan Wilhelma.

Nadeszła stara i wręczyła mu list.

— Tu są ostatnie słowa Marianny — rzekła.

— Więc umarła! — zawołał.

— Umarła — odrzekła stara. — O, gdybym mogła oszczędzić panu wszystkich wyrzutów.

Zaskoczony i zmieszany Wilhelm otworzył list, ale ledwie odczytał pierwsze słowa, ogarnął go gorzki ból; upuścił list, upadł na trawiasty brzeg i leżał tam przez chwilę. Mignon zajęła się nim troskliwie. Tymczasem Feliks podniósł list i dopóty szarpał swoją towarzyszkę zabaw, aż ta ustąpiła, przyklękła przy nim i zaczęła mu czytać. Feliks powtarzał wyrazy, a Wilhelm a Wilhelm był zmuszony wysłuchać ich dwukrotnie.

Jeżeli ten list kiedyś do Ciebie dotrze, pożałuj swojej nieszczęśliwej kochanki. Twoja miłość ją zabiła. Chłopiec, którego narodziny przeżywam jedynie o kilka dni, jest Twój. Umieram wierna Tobie, chociażby wiele pozorów mogło przemawiać przeciw mnie. Z Tobą straciłam wszystko, co mnie łączyło z życiem. Umieram zadowolona, bo mam pewność, że dziecko jest zdrowe i będzie żyło. Wysłuchaj starej Barbary, przebacz jej, bądź zdrów i nie zapominaj o mnie!

Co za bolesny, a ku jego pocieszeniu na wpół zagadkowy list! Jego treść dała mu się odczuć z całą siłą, gdy dzieci, jąkając się i utykając, odczytywały go i powtarzały.

— Otóż pan masz! — zawołała stara, nie czekając, aż ochłonie. — Dziękuj pan niebu, że po stracie tak dobrej dziewczyny pozostaje panu jeszcze tak doskonałe dziecko. Nic nie dorówna pańskiemu bólowi, kiedy się dowiesz, jak dobra dziewczyna pozostała panu wierna aż do końca, jak się stała nieszczęśliwa i jak wszystko dla pana poświęciła.

— Daj mi puchar nieszczęścia i radości wypić od razu! — zawołał Wilhelm. — Przekonaj mnie, owszem, wmów we mnie choćby, że była dobrą dziewczyną, że zasługiwała na mój szacunek tak samo, jak na miłość, i pozostaw mnie potem z mym bólem z powodu niepowetowanej straty.

— Nie czas teraz — odparła stara — mam robotę i nie chciałabym, żeby zastano nas razem. Niech to będzie tajemnicą, że Feliks należy do pana; zbyt wiele musiałabym znieść wyrzutów od towarzystwa z powodu dotychczasowego udawania. Mignon nas nie zdradzi, jest dobra i umie milczeć.

— Wiedziałam to od dawna i nic nie mówiłam — odparła Mignon.

— Jak to możliwe? — zawołała stara.

— Skąd? — przerwał Wilhelm.

— Duch mi to powiedział.

— Jak? Gdzie?

— Pod sklepieniem, kiedy stary dobył noża, ktoś krzyknął do mnie: „Zawołaj jego ojca!”, a wtedy tyś mi przyszedł do głowy.

— Ale kto krzyknął?

— Nie wiem, w sercu, w głowie, tak się bałam, drżałam, modliłam się, wtedy to krzyknął, a ja zrozumiałam.

Wilhelm przycisnął ją do serca, polecił jej Feliksa i odszedł. Dopiero na koniec zauważył, że odkąd ją opuścił, stała się o wiele bledsza i chudsza. Spośród znajomych najpierw znalazł panią Melina; przywitała w najbardziej przyjazny sposób.

— O, gdybyś pan znalazł u nas wszystko tak, jak pragniesz! — zawołała.

— Wątpię w to — odrzekł Wilhelm — i nie spodziewałem się tego. Wyznaj pani, proszę: dołożono wszelkich starań, aby poradzić sobie beze mnie?

— Bo i po cóż pan odchodziłeś? — odparła przyjaciółka.

— Nigdy nie jest za wcześnie, żeby przekonać się z doświadczenia, jak jest się zbędnym na świecie! Za jakież to ważne uważamy się osoby! Zdaje nam się, że my jedni ożywiamy kółko, w którym działamy; wyobrażamy sobie, że podczas naszej nieobecności musi zatrzymać się życie, jedzenie i oddychanie, a tymczasem luka, która powstaje, jest prawie niezauważalna, tak się szybko zapełnia, ba, często staje się tylko miejscem dla czegoś, jeśli nie lepszego, to przyjemniejszego.

— A cierpień naszych przyjaciół nie liczymy?

— I nasi przyjaciele dobrze zrobią, jeżeli szybko się opatrzą, jeżeli sobie powiedzą: „Tam gdzie jesteś, tam gdzie trwasz, rób, co możesz, bądź aktywny i uprzejmy i niech ci teraźniejszość będzie pogodna”.

Dowiadując się dokładniej, Wilhelm odkrył to, co przypuszczał: została urządzona opera i ściągała na siebie całą uwagę publiczności. W tym czasie jego role zostały zajęte przez Laertesa i Horacego i obaj wywoływali u widzów daleko żywsze oklaski, niżby on kiedykolwiek mógł otrzymać.

Nadszedł Laertes, a pani Melina zawołała:

— Patrz no pan na tego szczęśliwca, który niebawem zostanie kapitalistą albo Bóg wie czym!

Wilhelm ściskając go, poczuł na jego surducie nadzwyczaj delikatne sukno; reszta ubrania była prosta, ale wszystko z najlepszego materiału.

— Rozwiąż mi pan tę zagadkę! — zawołał Wilhelm.

— Jest jeszcze dość czasu — odparł Laertes — by się dowiedzieć, że moje wałęsanie się jest teraz opłacane, że pewien naczelnik wielkiego domu handlowego czerpie korzyści z mego niespokojnego trybu życia, z moich wiadomości i znajomości i pozostawia mi niejaką z nich cząstkę; dałbym wiele za to, żebym mógł też zdobyć zaufanie kobiet, bo w tym domu jest ładna siostrzenica i uważam, że gdybym tylko zechciał, mógłbym wkrótce zostać skończonym mężem.

— Zapewne nie wiesz pan jeszcze — rzekła pani Melina — że w tym czasie i wśród nas zawarto małżeństwo? Serlo naprawdę poślubił publicznie piękną Elmirę, gdyż ojciec nie chciał pobłażać ich potajemnej poufałości.

Tak rozmawiali o tym i o owym, co się wydarzyło pod jego nieobecność, i mógł doskonale zauważyć, że ze względu na ducha i usposobienie towarzystwa, był już naprawdę od dawna zwolniony.

Niecierpliwie oczekiwał na staruszkę, która zapowiedziała mu dziwną wizytę głęboką nocą. Miała przyjść, gdy wszyscy usną, i żądała takich przygotowań, jakby jakaś młodziutka dziewczyna chciała się wymknąć do kochanka. Tymczasem ze sto razy przeczytał list Marianny, odczytywał z niewymownym zachwytem wyraz „wierność”, napisany jej ukochaną ręką, a ze zgrozą zapowiedź jej śmierci, której bliskości zdawała się nie lękać.

Minęła północ, kiedy coś zaszeleściło przy uchylonych drzwiach i weszła stara z koszyczkiem w ręku.

— Mam panu opowiedzieć — rzekła — dzieje naszych cierpień, a muszę się spodziewać, że będziecie przy tym siedzieć niewzruszeni, że oczekujecie mnie tu tak pilnie jedynie dla zaspokojenia swojej ciekawości i że obleczecie się teraz, jak i wówczas, w swoją zimną miłość własną, kiedy nam serce pęka. Ale patrzcie no! Tak owego szczęśliwego wieczoru wydobyłam butelkę szampana, tak postawiłam trzy kieliszki na stole i tak zaczęliście mamić nas i usypiać niewinnymi historyjkami dzieciństwa, jak ja teraz muszę was oświecić smutnymi prawdami i utrzymać was w czuwaniu.

Wilhelm nie wiedział, co powiedzieć, kiedy stara rzeczywiście wyjęła korek i nalała trzy pełne kieliszki.

— Pijcie! — zawołała, opróżniwszy czym prędzej pieniący się kieliszek. — Pijcie! Zanim wino wyszumi! Ten trzeci kieliszek niech wymusuje nietknięty na pamiątkę mojej nieszczęśliwej przyjaciółki. Tak czerwone były jej wargi, kiedy do was przepijała! Ach, a teraz są na wieki zbladłe i stężałe!

— Sybillo! Furio149! — zawołał Wilhelm, podrywając się i uderzając pięścią w stół. — Co za zły duch cię opętał i tobą kieruje? Za kogo mnie masz, myśląc sobie, że najprostsza historia o śmierci i cierpieniach Marianny nie zaboli mnie dość dotkliwie, kiedy używasz jeszcze takich sztuczek piekielnych, aby zaostrzyć moje katusze? Jeżeli twoje nienasycone opilstwo sięga tak daleko, że musisz hulać nawet na stypie, to pij i mów! Od dawna miałem do ciebie wstręt, a teraz jeszcze nie mogę sobie wyobrazić Marianny jako niewinnej, kiedy tylko patrzę na ciebie, jej towarzyszkę.

— Zwolnij, mój panie — odparła stara. — Nie odbierzesz mi śmiałości. Jesteś nam jeszcze wiele winien, a od dłużnika nie spodziewamy się złego zachowania. Ale masz pan słuszność; nawet moje najprostsze opowiadanie będzie dla pana dostateczną karą. A więc słuchaj pan o walce i zwycięstwie Marianny, aby pozostać twoją.

— Moją? — zawołał Wilhelm. — Cóż to za bajkę rozpoczynasz?

— Nie przerywaj mi pan — wtrąciła. — Słuchaj mnie, a potem myśl sobie, co zechcesz, zresztą teraz to wszystko jedno. Czy ostatniego wieczoru, kiedyś był u nas, nie znalazłeś i nie wziąłeś biletu?

— Znalazłem liścik dopiero wtedy, kiedy go już zabrałem, był zawinięty w chustkę, którą z gorącej miłości wziąłem i schowałem.

— Co zawierał ten papier?

— Nadzieje stroskanego kochanka, iż następnej nocy zostanie lepiej przyjęty niż wczorajszej. A że dotrzymano mu słowa, widziałem na własne oczy, gdyż wczesnym rankiem wymknął się z waszego domu.

— Mogłeś go pan widzieć, ale co się u nas działo, jak Marianna była smutna tamtej nocy, a ja markotna, o tym się dowiesz dopiero teraz. Będę zupełnie szczera, nie chcę ani przeczyć, ani upiększać, że ja namówiłam Mariannę, żeby się oddała niejakiemu Norbergowi. Poszła, ba, mogę powiedzieć, była mi posłuszna ze wstrętem. On był bogaty, wydawał się zakochany, a ja spodziewałam się, że będzie stały. Zaraz potem musiał wyruszyć w podróż, a Marianna poznała pana. Com ja wtedy musiała przetrwać, ile stawiać przeszkód, co wycierpieć! „O! — wołała nieraz — gdybyś szanowała moją młodość, moją niewinność jeszcze tylko cztery tygodnie, to znalazłabym godny przedmiot mojej miłości, byłabym go godna i miłość mogłaby ze spokojnym sumieniem dać to, com teraz wbrew woli sprzedała...” Oddała się całkiem swojej skłonności, a ja nie potrzebuję pytać, czyś pan był szczęśliwy. Miałam nieograniczoną władzę nad jej rozsądkiem, gdyż znałam wszystkie środki zaspokojenia jej drobnych upodobań, ale nie miałam żądnej mocy nad jej sercem, nigdy bowiem nie pochwalała tego, co dla niej robiłam, do czego ją skłaniałam, jeżeli jej serce temu się sprzeciwiało, ustępowała tylko niezwyciężonej nędzy, a nędza wkrótce wydała jej się bardzo dotkliwa. We wczesnych latach młodości na niczym jej nie zbywało; rodzina jej wskutek powikłania okoliczności straciła majątek; biedna dziewczyna przyzwyczajona była do pewnych potrzeb, a w jej młodziutkiej duszy były zaszczepione pewne dobre zasady, które ją niepokoiły, niewiele pomagając. Nie miała najmniejszej zręczności w sprawach światowych, była niewinna we właściwym znaczeniu; nie wyobrażała sobie, że można kupować, nie płacąc; nic jej tak mocno nie dręczyło, jak kiedy była dłużna, zawsze chętniej by dawała, niż brała, a tylko takie położenie sprawiło, że zmuszona była oddać samą siebie, aby się wyzwolić od mnóstwa drobnych długów.

— A ty nie mogłaś jej ocalić? — krzyknął Wilhelm.

— O tak! — odparła stara. — Głodem i nędzą, zmartwieniem i wyrzeczeniem się, a na to nigdy nie była przygotowana.

— Obrzydliwa, nikczemna rajfurko150! Więc poświęciłaś nieszczęśliwą istotę? Więc złożyłaś ją na ofiarę swojej gardzieli, swemu nienasyconemu wilczemu apetytowi?

— Zrobilibyście lepiej, gdybyście się miarkowali i wstrzymali z wymyślaniem — odrzekła stara. — Jeżeli chcecie wymyślać, to idźcie do swych wielkich dostojnych domów, a znajdziecie tam matki, które wielce zapobiegliwie troszczą się o to, jak dla ślicznej, niebiańskiej dziewczyny wyszukać człowieka choćby najobrzydliwszego, byleby tylko był bogaty. Patrzcie, jak to biedne stworzenie drży i trzęsie się wobec swego losu i nigdzie nie znajduje pociechy, aż jakaś doświadczona przyjaciółka wytłumaczy jej, iż przez małżeństwo pozyskała prawo rozporządzania swoim sercem i swoją osobą, jak jej się podoba.

— Milcz! — zawołał Wilhelm. — To ty sądzisz, że jeden występek może zostać uniewinniony przez drugi? Opowiadaj, nie wdając się w uwagi.

— To mnie pan słuchaj, nie łając mnie! Marianna stała się twoja wbrew mojej woli. W tej przygodzie nie mam sobie przynajmniej nic do wyrzucenia. Norberg wrócił, pospieszył zobaczyć Mariannę, która go przyjęła zimno i kwaśno, nie pozwalając nawet na całus. Musiałam użyć całej swej sztuki, aby usprawiedliwić jej zachowanie; dałam mu do zrozumienia, że to spowiednik zaniepokoił jej sumienie i że dopóki sumienie przemawia, trzeba je szanować. Skłoniłam go do odejścia, obiecując zrobić dla niego, co tylko będę mogła. Był bogaty i nieokrzesany, ale z gruntu dobroduszny i nadzwyczaj kochał Mariannę. Przyrzekł mi cierpliwość, a ja pracowałam tym żywiej, aby go zanadto nie wystawiać na próby. Z Marianną miałam ciężką przeprawę, nakłoniłam ją, ba, mogę powiedzieć, zmusiłam w końcu pogróżką opuszczenia jej, żeby napisała do kochanka i zaprosiła go do nas. Pan przyszedłeś i przypadkiem zagarnąłeś w chustce jego odpowiedź. Pańska niespodziewana obecność wyrządziła mi okrutną psotę. Ledwie się oddaliłeś, na nowo rozpoczęło się utrapienie; przysięgała, że nie może się panu sprzeniewierzyć i tak była roznamiętniona, tak nieprzytomna, że wymusiła na mnie serdeczną litość. Obiecałam jej w końcu, że jeszcze tej samej nocy uspokoję Norberga i oddalę go pod jakimś pozorem; prosiłam ją, by się położyła do łóżka, ale ona widocznie mi nie dowierzała; pozostała w ubraniu i wreszcie zasnęła, wzruszona i zapłakana, nie rozbierając się. Nadszedł Norberg, starałam się go powstrzymać; przedstawiałam mu w najczarniejszych barwach jej wyrzuty sumienia, jej skruchę; pragnął ją tylko zobaczyć; weszłam do pokoju, aby ją przygotować; postępował za mną, tak że oboje równocześnie stanęliśmy przy jej łóżku. Obudziła się, zerwała z wściekłością i wydarła z naszych rąk, zaklinała i prosiła, błagała, groziła i zapewniała, że nie ustąpi. Była tyle nieostrożna, że powiedziała kilka słów o swojej prawdziwej namiętności, które biedny Norberg musiał sobie tłumaczyć w znaczeniu duchowym. Na koniec opuścił ją, a ona się zamknęła. Zatrzymałam go jeszcze długo u siebie i rozmawiałam z nim o jej stanie, iż jest przy nadziei i że trzeba oszczędzać biedną dziewczynę. Czuł się tak dumny ze swego ojcostwa, tak mocno cieszył się na myśl o chłopcu, że przystał na wszystko, czego od niego wymagałam, i przyrzekł raczej na pewien czas wyjechać w podróż, niż trwożyć swą ukochaną i szkodzić jej tymi wzruszeniami duszy. W takim to usposobieniu wymknął się ode mnie rankiem, a pan, mój panie, jeśliś czatował na warcie, do swego szczęścia nic więcej byś nie potrzebował, jak zajrzeć w serce swego rywala, którego uważałeś za obdarzonego względami, za szczęśliwego i którego widok przyprawił pana o rozpacz.

— Prawdę mówisz? — rzekł Wilhelm.

— Taką prawdę — odpowiedziała stara — jaką się jeszcze spodziewam doprowadzić pana do rozpaczy. O, z pewnością rozpaczałbyś pan, gdybym mogła z całą żywością przedstawić ci obraz naszego następnego poranku. Jakże pogodnie się obudziła, jak przyjaźnie mnie wezwała! Jak żywo mi dziękowała! Jak serdecznie przycisnęła mnie do piersi! „No — rzekła, stając uśmiechnięta przed lustrem — teraz mogę znowu cieszyć się sobą, swoją postacią, kiedy znów należę do siebie, do mego jedynego ukochanego przyjaciela. Jak to słodko zwyciężyć! Co to za niebiańskie wrażenie iść za sercem! Jakże ci dziękuję, żeś się za mną ujęła, żeś swoją roztropność, swój rozsądek raz wykorzystała na moją korzyść. Pomagaj mi i wymyśl, co może uczynić mnie zupełnie szczęśliwą!”. Ustąpiłam jej, nie chciałam jej drażnić, schlebiałam jej nadziei, a ona pieściła mnie jak najwdzięczniej. Jeżeli odeszła na chwilę od okna, musiałam stać na warcie, gdyż przecież pan miałeś przechodzić, chciała pana przynajmniej widzieć, tak minął w niepokoju cały dzień. Nocą o zwykłej godzinie spodziewałyśmy się, że na pewno pan przyjdzie. Ja już czekałam na schodach; czas mi się dłużył; weszłam do niej. Ku swemu zdziwieniu zastałam ją w jej stroju oficerskim;, wyglądała wesoło i nad wyraz powabnie. „Czyż nie zasługuję — rzekła — by ukazać się dziś w męskim ubiorze? Czyż nie trzymałam się dzielnie? Niech mój ukochany zobaczy dzisiaj mnie tak jak pierwszym razem; równie czule, a z większą niż wówczas swobodą przycisnę go do serca, bo czyż nie jestem teraz o wiele bardziej jego niż wówczas, kiedy mnie jeszcze nie wyzwoliła szlachetna decyzja? Ale — dodała po niejakim namyśle — jeszcze nie całkiem wygrałam; teraz dopiero muszę się odważyć na rzecz najgorszą, aby być go godną, aby się upewnić o posiadaniu go: muszę mu wszystko odkryć, wyjawić mu cały mój stan i wówczas pozostawić mu decyzję, czy mnie zechce zatrzymać czy odepchnąć. Tę scenę przygotowuję dla siebie, a jeżeli jego uczucie będzie zdolne mnie odepchnąć, to znów będę należała tylko do siebie samej, w tej karze znajdę pocieszenie i zniosę wszystko, co na mnie los zechce na mnie zesłać”. Z takimi uczuciami, z takimi nadziejami, mój panie, oczekiwała pana kochana dziewczyna; nie przyszedłeś. O, jakżeż mam opisać stan oczekiwania i nadziei? Widzę cię jeszcze przed sobą, z jaką miłością, z jakim zapałem mówiłaś o człowieku, którego okrucieństwa jeszcze nie poznałaś!

— Dobra, kochana Barbaro — zawołał Wilhelm, zrywając się i biorąc starą za rękę — dosyć już udawania, dosyć przygotowań. Twój obojętny, spokojny, zadowolony ton zdradził cię! Oddaj mi Mariannę! Ona żyje, ona jest w pobliżu. Nie na próżno na swą próbę wybrałaś tę późną godzinę samotności, nie na próżno przygotowywałaś mnie tym zachwycającym opowiadaniem. Gdzie ją masz? Gdzie ją ukrywasz? Wierzę ci we wszystko, przyrzekam ci wierzyć we wszystko, jeżeli mi ją pokażesz, jeżeli ją zwrócisz w moje ramiona. Widziałem już w przelocie jej cień, niechże ją znowu przyjmę w objęcia. Upadnę przed nią na kolana, będę ją prosił o przebaczenie, powinszuję jej walki i zwycięstwa nad sobą i nad tobą, przyprowadzę jej mego Feliksa. Chodź! Gdzieś ją schowała? Nie pozostawiaj jej, nie pozostawiaj mnie dłużej w niepewności! Osiągnęłaś już cel. Gdzie ją ukryłaś? Chodź, niech ją oświecę tym światłem, niech ujrzę znowu jej piękne oblicze!

Ściągnął starą ze stołka. Patrzyła na niego nieruchomo, łzy płynęły jej z oczu, ogarnął ją niezmierny ból.

— Co za nieszczęśliwy obłęd — zawołała — każe panu mieć jeszcze nadzieję choć przez chwilę!... Tak ukryłam ją, ale pod ziemią; ani światło słoneczne, ani poufała świeca już nigdy nie oświecą jej pięknego oblicza. Zaprowadź pan dobrego Feliksa na jej grób i powiedz mu: „Tu leży twoja matka, którą twój ojciec potępił, nie wysłuchawszy”. Drogie serce już nie bije z niecierpliwości zobaczenia pana ani nie czeka ona w sąsiedniej izbie na koniec mego opowiadania czy mojej bajki; przyjęła ją ciemna izdebka, do której nie chodzi żaden narzeczony, skąd nie wybiega na spotkanie żadnego kochanka.

Rzuciła się przy stołku na ziemię i gorzko płakała. Dopiero teraz Wilhelm nabrał całkowitego przekonania, że Marianna nie żyje; był w opłakanym stanie. Stara podniosła się.

— Nie mam panu nic więcej do powiedzenia — zawołała, rzucając jakąś paczkę na stół. — Te oto listy niech zupełnie zawstydzą pańskie okrucieństwo; odczytaj te karty z suchymi oczyma, jeżeli tylko zdołasz.

Wymknęła się po cichu, a Wilhelm nie miał tej nocy odwagi, by otworzyć portfel, który sam podarował Mariannie; wiedział, że chowała w nim starannie każdą karteczkę, jaką od niego otrzymała.

Nazajutrz przemógł się. Odwiązał tasiemkę, wypadły przed nim maleńkie bileciki, pisane ołówkiem, jego własną ręką, i uprzytomniły mu znowu każdą sytuację od pierwszego dnia ich miłej znajomości aż do ostatniego, kiedy nastąpiło okrutne rozstanie. Jednak nie bez najżywszego bólu przeczytał zbiorek bilecików pisanych do niego, które, jak widział z treści, zostały jej odesłane przez Wernera.

Żaden z moich listów nie mógł się przedostać do Ciebie, moje prośby i błagania nie doszły do Ciebie. Czyś Ty sam wydał te okrutne rozkazy? Czy już nigdy Cię nie zobaczę? Raz jeszcze próbuję; proszę Cię, przyjdź, o przyjdź! Nie pragnę Cię zatrzymać, bylebym tylko choć raz jeszcze mogła przycisnąć Cię do serca.

*

Kiedy dawniej siedziałam przy Tobie, trzymałam Twe ręce, patrzyłam Ci w oczy, a z sercem pełnym miłości i zaufania mówiłam do Ciebie: „Drogi, drogi, dobry mężu!”, słuchałeś tego tak chętnie, musiałam Ci powtarzać to tak często. Powtarzam raz jeszcze: Drogi, drogi, dobry mężu! Bądź dobry, jak byłeś, przyjdź i nie daj mi ginąć w moim nieszczęściu!

*

Uważasz mnie za winną. Jestem winna, ale nie tak, jak sądzisz. Przyjdź, abym dożyła choć jedynej pociechy, żeby dać Ci się poznać w zupełności, a potem niech się dzieje ze mną co chce.

*

Nie tylko dla siebie samej, ale także dla Ciebie błagam Cię, żebyś przyszedł. Czuję te nieznośne cierpienia, jakich doznajesz, unikając mnie. Przyjdź, ażeby nasze rozstanie było mniej okrutne! Nie byłam może nigdy godniejsza Ciebie niż właśnie w chwili, kiedyś mnie wpychał w nieszczęście bez granic.

*

Na wszystko, co święte, na wszystko, co może wzruszyć serce ludzkie, zaklinam Cię! Tu chodzi o duszę, tu chodzi o życie, o dwa życia, z których jedno wiecznie drogim Ci być musi. Twoja podejrzliwość nie uwierzy i temu, a jednak wypowiem to i w godzinę śmierci: dziecię, które noszę pod sercem, jest Twoje. Odkąd Cię kocham, nikt inny nawet nie uścisnął mi dłoni. O, gdyby to Twoja miłość, Twoja uczciwość były towarzyszkami mojej młodości!

*

Nie chcesz mnie wysłuchać? Muszę więc wreszcie zamilknąć, ale te kartki nie zginą, może będą mogły przemówić do Ciebie wówczas, kiedy moje usta przykryje całun i kiedy głos Twego żalu nie dosięgnie już mego ucha. W ciągu smutnego mego życia aż do chwili ostatniej jedyną moją pociechą będzie to, że względem Ciebie byłam bez winy, chociażbym nie mogła nazwać się niewinną.

Wilhelm nie mógł czytać dalej; oddał się całkiem bólowi, ale doznał jeszcze większego udręczenia, gdy wszedł Laertes, przed którym starał się ukryć swoje wzruszenie. Ten wyjął sakiewkę z dukatami, liczył i rachował, i zapewniał Wilhelma, że nie ma nic piękniejszego na świecie, jak kiedy się jest właśnie na drodze do wzbogacenia się, że wówczas nic nam nie może przeszkadzać, ani nas wstrzymać. Wilhelm przypomniał sobie swój sen i uśmiechnął się, lecz zarazem pomyślał też ze wzdrygnięciem, że w tym widzeniu sennym Marianna go opuściła, aby pójść za jego zmarłym ojcem i że oboje w końcu poruszali się jak duchy, unosząc się nad ogrodem.

Laertes wyrwał go z zamyślenia i zaprowadził do kawiarni, gdzie zaraz zebrało się wokół niego kilka osób, które dawniej lubiły widywać go na scenie; cieszyli się jego obecnością, ale żałowali, że chciał, jak słyszeli, opuścić teatr; mówili tak jasno i rozumnie o nim i o jego grze, o stopniu jego talentu, o tym, czego się po nim spodziewali, że Wilhelm nie bez wzruszenia zawołał wreszcie:

— O, jak nieskończenie cenne dla mnie byłoby to zrozumienie przed paroma miesiącami! Jak pouczające i jak radosne! Nigdy nie odwróciłbym się tak całkowicie od sceny i nigdy nie zaszedłbym tak daleko, żeby zwątpić o publiczności.

— Tak daleko nie powinno się w ogóle zachodzić — rzekł jakiś starszy człowiek, występując naprzód. — Publiczność jest wielka, prawdziwy rozsądek i prawdziwe uczucie nie są tak rzadkie, jak się myśli, tylko artysta nigdy nie powinien wymagać bezwarunkowego oklasku za to, co tworzy, gdyż bezwarunkowy właśnie wart najmniej, a warunkowego ci panowie nie bardzo lubią. Dobrze wiem, w życiu jak i w sztuce trzeba siebie słuchać, jeśli się chce coś zrobić i stworzyć, ale kiedy to już jest zrobione i wykończone, to należy uważnie przysłuchiwać się wielu, a przy pewnej wprawie, można sobie rychło z tych wielu głosów złożyć sąd całkowity; ci bowiem, którzy by nam mogli oszczędzić tego trudu, w większości dość są milczący.

— Nie powinni — rzekł Wilhelm. — Często słyszałem, że ludzie, którzy sami milczeli o dobrych dziełach, skarżyli się i żałowali, że zachowywano milczenie.

— To bądźmy dzisiaj głośni — zawołał jakiś młodzieniec. — Niech pan zje z nami obiad, a my powetujemy wszystko, w czym się zadłużyliśmy u pana, a nieraz i dobrej Aurelii.

Wilhelm wymówił się od zaproszenia i udał się do pani Melina, z którą chciał pomówić o dzieciach, mając zamiar je od niej odebrać.

Tajemnica starej nie została przez niego najlepiej zachowana. Zdradził się, gdy tylko ujrzał na nowo pięknego Feliksa.

— O, moje dziecię! — zawołał. — Moje kochane dziecię!

Podniósł go i przycisnął do serca.

— Ojcze, co mi przyniosłeś? — zapytało dziecko.

Mignon patrzała na obydwu tak, jakby ich chciała ostrzec, żeby się nie zdradzali.

— Cóż to za nowy objaw? — rzekła pani Melina.

Starali się odsunąć dzieci, a Wilhelm, który nie sądził, że powinien starowinie dochowywać najściślejszej tajemnicy, odkrył swej przyjaciółce cały związek. Pani Melina patrzyła na niego z uśmiechem.

— O, wy, łatwowierni mężczyźni! — zawołała. — Jeżeli tylko coś jest na ich drodze, bardzo łatwo na nich to zwalić, ale innym razem nie oglądają się ani w prawo, ani w lewo i nie umieją niczego docenić, czego wprzód nie oznaczyli stemplem samowolnej namiętności.

Nie mogła ukryć westchnienia, a gdyby Wilhelm nie był zupełnie ślepy, musiałby poznać w jej zachowaniu nigdy całkiem niepokonaną skłonność.

Rozmawiał z nią tedy o dzieciach, iż zamyśla zatrzymać Feliksa przy sobie, a Mignon oddać na wieś. Pani Melina, chociaż niechętnie rozstawała się z obojgiem naraz, uznała projekt za dobry, ba, za konieczny. Feliks dziczał przy niej, a Mignon, jak się zdawało, potrzebowała świeżego powietrza i innych stosunków; dobre dziewczę było chorowite i nie mogło wyzdrowieć.

— Niech to pana nie myli — mówiła pani Melina dalej — że lekkomyślnie wyraziłam pewne wątpliwości co do tego, czy chłopak jest pański. Starej nie można zapewne ufać, ale kto nieprawdę zmyśla na swą korzyść, może też raz powiedzieć prawdę, jeżeli prawda ta wydaje się mu korzystna. Aurelii stara wmówiła, że Feliks jest synem Lothara, a my kobiety mamy tę szczególną cechę, że jeżeli już nie możemy być matkami, naprawdę kochamy dzieci naszych kochanków albo też nienawidzimy je serdecznie.

W tej chwili nadbiegł Feliks; przycisnęła go do siebie z taką żywością, jaka dawniej nie była u niej zwykła.

Wilhelm pośpieszył do domu i wezwał starą, która go obiecała odwiedzić, ale nie wcześniej niż o zmierzchu. Przyjął ją cierpko, mówiąc do niej:

— Nie ma nic bezwstydniejszego niż się opierać na kłamstwach i baśniach! Już przez to zrobiłaś wiele złego, a teraz, kiedy twoje słowo mogłoby zadecydować o szczęściu mego życia, teraz stoję w zwątpieniu i nie śmiem wziąć w objęcia dziecka, którego niezmącone posiadanie uczyniłoby mnie niezmiernie szczęśliwym. Nie mogę patrzeć na ciebie, bezwstydna istoto, bez nienawiści i pogardy.

— Wasze zachowanie — odparła stara — wydaje mi się, mówiąc szczerze, całkiem nieznośne. A gdyby nawet nie było waszym synem, jest to przecież najpiękniejsze, najmilsze w świecie dziecko, które by się chętnie kupiło za każdą cenę, byle je tylko zawsze mieć przy sobie. Czyż ono nie warte tego, żebyście się nim zajęli? Czyż ja za swoją troskliwość, za swoje trudy z nim nie zasługuję na jakieś utrzymanie w dalszym swoim życiu? O, wy, panowie, którym na niczym nie zbywa, dobrze wam mówić o prawdzie i prawości, ale o tym, jak biedna istota, której najmniejszej potrzeby nic nie zaspokaja, która w swoich kłopotach nie widzi żadnego przyjaciela, żadnej rady, żadnej pomocy, jak ona musi się przeciskać pośród samolubnych ludzi i w milczeniu biedę klepać — o tym można by powiedzieć niejedno, gdybyście chcieli i mogli słuchać. Czytałeś pan listy Marianny? Są to te same, jakie pisała w owym nieszczęsnym czasie. Na próżno starałam się zbliżyć do pana, na próżno usiłowałam doręczyć panu te bilety, pański okrutny szwagier tak pana obiegł, że wszelka chytrość i spryt były daremne, a w końcu, kiedy mnie i Mariannie zagroził więzieniem, musiałam się wyrzec wszelkiej nadziei. Czyż wszystko nie zgadza się z tym, com opowiadała? A list Norberga czyż nie usuwa wszelkich wątpliwości z całej historii?

— Jaki list? — zapytał Wilhelm.

— Czy go pan nie znalazłeś w portfelu? — odparła stara.

— Jeszcze wszystkiego nie przeczytałem.

— Daj no pan portfel; wszystko zależy od tego dokumentu. Nieszczęsny bilet Norberga wywołał smutne zawikłanie, drugie pismo jego ręki niechże rozwiąże węzeł, jeżeli o jeszcze chodzi nić. Wyjęła arkusik z portfela.; Wilhelm poznał tę znienawidzoną rękę, skupił się i czytał:

Powiedz mi, dziewczyno, jak mogłaś mi to zrobić? Nigdy bym nie był uwierzył, żeby nawet bogini mogła mnie przemienić we wzdychającego kochanka. Zamiast wybiegać mi naprzeciw z otwartymi ramionami, cofasz się; sposób, w jaki się zachowywałaś, można by doprawdy wziąć za wstręt. Czy to podobna, żebym musiał spędzić noc ze starą Barbarą na kufrze w izdebce? A moja ukochana dziewczyna była tylko o dwoje drzwi stamtąd. To zanadto szalone, powiadam Ci! Obiecałem zostawić Ci czas do namysłu, nie naciskać na Ciebie natychmiast, choć mógłbym się złościć za każdy stracony kwadrans. Czy nie dawałem Ci podarunków, jakie znałem i mogłem? Wątpisz jeszcze o mojej miłości? Czego chcesz — powiedz tylko. Na niczym zbywać Ci nie będzie. Pragnąłbym, żeby oniemiał i oślepł ten klecha, który ci takich rzeczy w głowę napakował. Że też musiałaś trafić właśnie na takiego! Jest przecież tylu, którzy umieją wybaczać młodzieży. Dosyć, powiadam Ci, musi być inaczej, za parę dni muszę mieć odpowiedź, gdyż niebawem znowu odjeżdżam, a jeżeli nie będziesz na powrót przyjazna i uprzejma, to już mnie nie zobaczysz...

List ciągnął się w ten sposób jeszcze długo, ku bolesnemu zadowoleniu Wilhelma, obracał się wciąż wokół tego samego punktu i świadczył o prawdziwości historii, którą usłyszał od Barbary. Drugi list dowodził wyraźnie, że Marianna i w późniejszym czasie nie ustąpiła, a Wilhelm z tych i wielu innych papierów dowiedział się nie bez głębokiego bólu historii nieszczęśliwego dziewczęcia aż do godziny jego śmierci.

Stara ułagodziła powoli surowego człowieka, oznajmiając mu o śmierci Marianny i pozostawiając mu wiarę, że Feliks jest jego synem. Kilka razy przysyłał jej pieniądze, które zachowywała dla siebie, potrafiwszy zdać na Aurelię opiekę i wychowanie dziecka. Ale niestety ten tajemny zysk nie trwał długo. Norberg wskutek szalonego życia przejadł większość swego majątku, a ponowne miłostki utwardziły jego serce wobec pierwszego wmówionego syna.

Jakkolwiek wszystko to brzmiało prawdopodobnie i jakkolwiek pięknie się ze sobą zgadzało, jednak Wilhelm nie śmiał jeszcze oddawać się radości; zdawało się, że bał się podarunku, który mu wręczył jakiś zły duch.

— Pańskie postępowanie — rzekła stara, zgadując jego uczucia — tylko czas może uleczyć. Uważaj pan dziecko za obce i tym pilniej zwracaj na nie uwagę; rozważaj sobie jego dary, naturę, jego zdolności, a jeśli powoli nie poznasz pan w nim siebie samego, to chyba liche masz oczy. Bo zapewniam pana: gdybym była mężczyzną, to nikt nie zdołałby mi podrzucić dziecka, ale szczęściem dla kobiet, mężczyźni w tych wypadkach nie są tak przenikliwi.

Po tym wszystkim Wilhelm ugodził się ze starą; on chciał zabrać Feliksa ze sobą, ona miała zawieść Mignon do Teresy, a potem przejadać małą pensyjkę, którą jej obiecał, gdzie sobie zechce.

Kazał zawołać Mignon, aby przygotować ją do tej zmiany.

— Mistrzu — rzekła — zatrzymaj mnie przy sobie; będzie mi z tym i dobrze, i boleśnie.

Tłumaczył jej, że już dorosła i że trzeba coś zrobić dla jej dalszego wykształcenia.

— Jestem dosyć wykształcona — odparła — by kochać i smucić się.

Zwrócił jej uwagę na to, że jej zdrowie potrzebuje trwałej troskliwości i kierownictwa doświadczonego lekarza.

— Po co się o mnie troszczyć — odrzekła — kiedy trzeba troszczyć się o tyle spraw?

Kiedy on zadawał sobie tyle trudu, by ją przekonać, że nie może jej teraz zabrać ze sobą, że ją zawiezie do osób, u których często będzie ją widywać, zdawało się, jakby nic z tego wszystkiego nie słyszała.

— Nie chcesz mieć mnie przy sobie? — rzekła. — Może to i lepiej, wypraw mnie do starego harfiarza; ten starzec jest taki samotny.

Wilhelm starał się jej wyjaśnić, że staremu dobrze się dzieje.

— Tęsknię za nim w każdej chwili — odparła dziewczyna.

— A ja nie zauważyłem — rzekł Wilhelm — żebyś była mu tak dalece przychylna, kiedy jeszcze żył z nami.

— Bałam się go, kiedy czuwał; nie mogłam tylko spoglądać w jego oczy, ale kiedy spał, chętnie przy nim siadałam, odganiałam od niego muchy i nie mogłam się na niego dosyć napatrzyć. O, był pomocą w strasznych chwilach, nikt nie wie, co mu zawdzięczam. Gdybym tylko znała drogę, już bym do niego pobiegła.

Wilhelm obszernie jej wyłożył wszystkie okoliczności i powiedział, że jest tak rozumnym dzieckiem, iż i tym razem spełni jego życzenia.

— Rozum jest okrutny — odparła — serce jest lepsze. Odejdę, dokąd zechcesz, ale pozostaw mi swego Feliksa!

Po wielu przemowach i odpowiedziach pozostała przy swoim zdaniu, a Wilhelm musiał się w końcu zdecydować na powierzenie obojga dzieci starej Barbarze i wysłanie ich razem do panny Teresy. Przyszło mu to tym łatwiej, że wciąż jeszcze bał się adoptować pięknego Feliksa za syna. Wziął go na ręce i obnosił go wkoło; dziecko lubiło być podnoszone przed lustrem, a Wilhelm, nie przyznając się do tego, chętnie zaniósł go do zwierciadła i starał się wyśledzić podobieństwa między sobą a dzieckiem. Jeśli przez chwilę wydawało mu się to prawdopodobne, przyciskał chłopca do piersi, lecz nagle przerażony myślą, iż może się oszukiwać, postawił dziecko na ziemi i pozwolił mu odbiec.

— O — zawołał — gdybym mógł przywłaszczyć sobie to bezcenne dobro, a następnie zostałoby mi odebrane, byłbym najnieszczęśliwszym ze wszystkich ludzi.

Dzieci odjechały, a Wilhelm czując, że już się rozstał z teatrem i wypada mu już tylko odejść, chciał się formalnie z nimi pożegnać. Marianny już nie było, jego dwa duchy opiekuńcze odeszły, a jego myśli pośpieszały za nimi. Piękny chłopiec unosił się przed jego wyobraźnią jak urocza niepewna zjawa; widział, jak pod ręką Teresy biega po polach i lasach, jak się kształci na otwartym powietrzu, obok swobodnej, pogodnej towarzyszki. Teresa stała się mu jeszcze droższa, odkąd myślał, że dziecko jest w jej towarzystwie. Nawet jako widz w teatrze przypominał ją sobie z uśmiechem; prawie tak samo jak u niej, przedstawienia nie dawały mu złudzeń.

Serlo i Melina byli dla niego nadzwyczaj grzeczni, gdy tylko spostrzegli, że nie rości wcale pretensji do swego dawniejszego stanowiska. Pewna część publiczności pragnęła widzieć go raz jeszcze na scenie; byłoby to dla niego rzeczą niemożliwą, a wśród aktorów nikt sobie tego nie życzył, prócz chyba pani Melina.

Pożegnał się tedy już naprawdę z tą przyjaciółką; był wzruszony, gdy mówił:

— Gdyby tylko człowiek nie ośmielał się obiecywać niczego na przyszłość! Najdrobniejszej nawet rzeczy nie zdoła dotrzymać, a cóż dopiero jeśli jego zamiar jest ważny. Jakże się wstydzę, gdy pomyślę, co wam wszystkim obiecywałem tej nieszczęsnej nocy, kiedyśmy złupieni, chorzy, upokorzeni i zranieni, siedzieli ściśnięci w nędznej oberży. Jakże wówczas nieszczęście podnieciło moją odwagę i w jakiż to skarb wierzyłem w mojej dobrej woli! A teraz nic z tego wszystkiego, nic zgoła! Opuszczam was jako wasz dłużnik, szczęściem dla mnie, że mojej obietnicy nie ceniono więcej, niż była warta, i że nikt się mnie nigdy o nią nie upominał.

— Nie bądź pan wobec siebie niesprawiedliwy — odparła pani Melina. — Jeżeli nikt nie rozumie, coś pan dla nas zrobił, to ja o tym nie zapomnę; cała bowiem nasza sytuacja byłaby zupełnie inna, gdybyśmy pana nie mieli. Z naszymi zamiarami bywa tak, jak z życzeniami. Nie są już do siebie podobne, jeśli są dokonane, jeśli są spełnione, a nam się zdaje, żeśmy nic nie zrobili, nic nie osiągnęli.

— Swoim przyjacielskim tłumaczeniem — odparł Wilhelm — nie uspokoisz pani mego sumienia, a ja zawsze będę się uważać za jej dłużnika.

— I możliwe, że nim jesteś — odpowiedziała pani Melina — tylko nie w ten sposób, jak pan myślisz. Wstydzimy się, jeżeli nie spełniliśmy ustnej obietnicy. O, mój przyjacielu, dobry człowiek zawsze za wiele obiecuje samą swoją obecnością! Zaufanie, jakie budzi, skłonność, jaką wywołuje, nadzieje, jakie wzbudza, są nieskończone; jest i pozostaje dłużnikiem, nie wiedząc o tym. Bywaj pan zdrów. Jeżeli nasze zewnętrzne stosunki bardzo pomyślnie się ułożyły pod pańskim kierownictwem, to we wnętrzu moim powstaje wskutek pańskiego odejścia próżnia, która nie tak łatwo się zapełni.

Przed odjazdem z miasta Wilhelm napisał jeszcze obszerny list do Wernera. Zamienili wprawdzie ze sobą kilka listów, ale ponieważ nie mogli dojść do zgody, przestali w końcu do siebie pisywać. Teraz Wilhelm znowu się zbliżył; zamierzał właśnie zrobić to, czego tamten tak bardzo pragnął; mógł powiedzieć: „Opuszczam teatr i łączę się z ludźmi, których towarzystwo powinno mnie pod każdym względem zaprowadzić do jasnej i bezpiecznej działalności”. Dowiadywał się o swój majątek i wydało mu się rzeczą dziwną, iż tak długo się o niego nie zatroszczył. Nie wiedział, że tak robią wszyscy ludzie, którzy przywiązują wielką wagę do swojego wewnętrznego wykształcenia, iż całkowicie zaniedbują stosunki zewnętrzne. Wilhelm znajdował się właśnie w tym przypadku; najwidoczniej po raz pierwszy spostrzegał, że potrzebuje środków zewnętrznych, by działać skutecznie.

Odjechał w całkiem innym usposobieniu niż pierwszym razem, ukazujące mu się widoki były powabne i miał nadzieję doznać na swej drodze czegoś przyjemnego.