Rozdział siódmy
Pewnego razu Natalia, Jarno i Wilhelm siedzieli razem, a Natalia zaczęła:
— Zamyślony jesteś, panie Jarno; spostrzegłam to już od jakiegoś czasu.
— Tak jest — odparł przyjaciel — i widzę przed sobą ważną sprawę, którą przygotowywaliśmy od dawna, a teraz z konieczności musi być rozpoczęta. Wiesz już pani coś o niej w ogólności, a powinienem też mówić o tym wobec naszego młodego przyjaciela, gdyż od niego będzie zależeć, czy zechce wziąć w niej udział. Niebawem już mnie pani nie zobaczy, gdyż zamierzam pojechać do Ameryki.
— Do Ameryki? — odparł Wilhelm z uśmiechem. — Takiej przygody nie spodziewałem się po panu, a tym mniej, żebyś mnie wybrał pan sobie na towarzysza podróży.
— Kiedy pan poznasz nasz plan w całości — odrzekł Jarno — nadasz mu lepszą nazwę, a może się nim zainteresujesz. Posłuchaj mnie pan! Wystarczy choć trochę znać sprawy światowe, aby zauważyć, że grożą nam wielkie zmiany i że posiadłości prawie nigdzie nie są już rzetelnie bezpieczne.
— Nie mam naprawdę jasnego pojęcia o sprawach światowych — przerwał Wilhelm — a dopiero od niedawna zacząłem się kłopotać o swe posiadłości. Może by lepiej było, żebym wybił sobie je z głowy jeszcze na dłużej, ponieważ muszę zauważyć, że troska o nie tworzy hipochondryków.
— Wysłuchaj mnie pan — rzekł Jarno. — Troska przystoi starości, ażeby młodość przez jakiś czas mogła być beztroska. Równowaga w działaniach ludzkich może być przywrócona jedynie za pomocą przeciwieństw. Obecnie nie jest bynajmniej rzeczą roztropną mieć własność w jednej tylko okolicy, powierzać swe dobro jednemu tylko miejscu, a znowu trudno rozciągać nad nim nadzór w wielu miejscowościach; z tego powodu wymyśliliśmy sobie co innego; z naszej starej wieży ma wyjść stowarzyszenie, które może się rozprzestrzenić po wszystkich częściach świata, do którego można wstępować z każdej części świata. Ubezpieczamy sobie wzajemnie swoje istnienie na wypadek, gdyby przewrót polityczny całkiem pozbawił tego czy tamtego jego własności. Ja tedy wyjeżdżam do Ameryki, żeby skorzystać z dobrych stosunków, jakie tam wyrobił sobie nasz przyjaciel podczas swego pobytu. Ksiądz chce pojechać do Rosji; pan zaś, jeśli zechcesz się do nas przyłączyć, będziesz miał do wyboru: albo pomagać Lotharowi w Niemczech, albo udać się wraz ze mną. Sądziłbym, że powinien pan wybrać to drugie, gdyż odbyć wielką podróż jest rzeczą dla młodzieńca nadzwyczaj korzystną.
Wilhelm skupił się i odpowiedział:
— Propozycja zasługuje na dokładne zastanowienie; moim hasłem bowiem będzie niebawem: „Im dalej odejdziesz, tym lepiej”. Zapoznasz mnie pan, spodziewam się, bardziej szczegółowo z swoim planem. Może to wynika z mojej nieznajomości świata, ale zdaje mi się, że takiemu związkowi staną na drodze nieprzezwyciężone trudności.
— Większość z nich zostanie usunięta tylko tym sposobem — odparł Jarno — bo dotychczas jest nas mało, takich uczciwych, zręcznych i zdecydowanych ludzi, którzy mają pewien zmysł ogólny, z którego jedynie powstać może zmysł stowarzyszania się.
Fryderyk, który dotąd tylko się przysłuchiwał, rzekł na to:
— A jeżeli mi powiecie dobre słowo, też pójdę z wami.
Jarno potrząsnął głową.
— No, cóż mi takiego zarzucacie? — mówił Fryderyk dalej. — W nowej kolonii potrzebni są także nowi koloniści, a ja ich ze sobą sprowadzę, a do tego kolonistów wesołych, za to ręczę. A potem znam też pewną młodą dziewczynę, która tutaj nie ma już stosownego miejsca, to słodka, czarująca Lidia. Gdzież się podzieje to biedne dziecko ze swym cierpieniem i żalem, jeśli nie będzie miała sposobności cisnąć ich w głąb morza i jeśli nie zajmie się nią jakiś uczciwy mężczyzna? Sądziłbym, mój przyjacielu młodości, że ponieważ nabraliście już wprawy w pocieszaniu opuszczonych, zdecydujecie się też, żeby każdy wziął swoją dziewczynę pod ramię i żebyśmy poszli za starszym panem.
Pomysł ten sprawił Wilhelmowi przykrość. Odpowiedział z udanym spokojem:
— Nie wiem nawet, czy jest wolna, a ponieważ w ogóle nie wydaje się, żebym był szczęśliwy w zalotach, nie chciałbym robić takiej próby.
Natalia rzekła na to:
— Bracie Fryderyku, ponieważ sam postępujesz tak lekkomyślnie, wydaje ci się, że i inni mają twoje usposobienie. Nasz przyjaciel zasługuje na kobiece serce, które by do niego całkiem należało, które by przy jego boku nie biło dla obcych wspomnień. Tylko wobec tak nadzwyczajnie rozumnego i czystego charakteru, jak Teresy, można by doradzać podobny hazard.
— Co za hazard! — zawołał Fryderyk — w miłości wszystko jest hazardem. W altanie czy przed ołtarzem, przy uściskach czy złotych obrączkach, przy ćwierkaniu świerszczy czy wobec trąb i kotłów, wszystko jest jedynie hazardem, a przypadek rządzi wszystkim.
— Zawsze to spostrzegałam — odparła Natalia — że nasze zasady są tylko dodatkiem do naszego życia. Aż zanadto chętnie zarzucamy na nasze błędy szatę jakiegoś ważnego prawa. Zważ tylko dobrze, po jakiej drodze poprowadzi cię jeszcze twoja piękna, która cię pociągnęła w tak potężny sposób i trzyma przy sobie.
— Ona sama jest na bardzo dobrej drodze — odrzekł Fryderyk — na drodze do zostania świętą. Zapewne to manowce, ale tym weselsze i bezpieczniejsze; Maria Magdalena164 szła nimi także, a kto wie, ile innych. W ogóle, siostro, kiedy jest mowa o miłości, nie powinnaś się wcale do niej wtrącać. Myślę, że nie wcześniej wyjdziesz za mąż, aż gdzieś nie zabraknie narzeczonej, a wtedy ze zwykłej sobie dobroci serca oddasz się jako dodatek do czyjegoś życia. A więc pozwól nam teraz dobić targu z tym oto kupcem dusz i umówić się co do naszego towarzystwa podróżnego.
— Przybywasz pan za późno ze swymi projektami — rzekł Jarno — o Lidii już pomyślano.
— A to jak? — spytał Fryderyk.
— Ja ofiarowałem jej swą rękę — odparł Jarno.
— Starszy panie — rzekł Fryderyk — robicie oto figla, do którego, uważając go za rzeczownik, można by dobrać rozmaitych przymiotników, a uważając za podmiot rozmaitych orzeczeń.
— Wyznam szczerze — zauważyła Natalia — to niebezpieczna próba, by przywłaszczać sobie dziewczynę w chwili, kiedy rozpacza z powodu miłości do innego.
— Odważyłem się na to — odparł Jarno. — Pod pewnym warunkiem będzie moja. A wierz mi, pani, że nie ma w świecie niczego cenniejszego niż serce zdolne do miłości i namiętności. Czy kochało? Czy kocha jeszcze? Nie o to chodzi. Miłość, którą kochany był ktoś inny, jest dla mnie prawie powabniejsza niż ta, którą bym ja mógł być kochany; widzę siłę, potęgę pięknego serca, gdy miłość własna nie mąci mi jasnego widzenia rzeczy.
— Czyś pan w tych dniach mówił już z Lidią? — zapytała Natalia.
Jarno skłonił głowę z uśmiechem; Natalia potrząsnęła głową i powstając, rzekła:
— Wkrótce nie będę wiedziała, co z wami począć, ale mnie z pewnością nie zwiedziecie.
Chciała właśnie odejść, gdy wszedł ksiądz z listem w ręku i rzekł do niej:
— Zostań pani! Mam tu propozycję, co do której rada pani będzie mile widziana. Markiz, przyjaciel pani zmarłego stryja, którego oczekujemy od pewnego czasu, będzie tu pewnie w tych dniach. Pisze mi, że nie mówi po niemiecku tak płynnie, jak mu się zdawało, że potrzebuje towarzysza, który by doskonale władał tym językiem, jak i kilkoma innymi; a ponieważ zamierza wejść raczej w stosunki naukowe niż polityczne, taki tłumacz jest dla niego nieodzowny. Nie znam nikogo odpowiedniejszego w tym względzie niż naszego młodego przyjaciela. Zna język, jest wykształcony w wielu przedmiotach, a i dla niego będzie to wielką korzyścią rozejrzeć się po Niemczech w tak dobrym towarzystwie i w tak sprzyjających okolicznościach. Kto nie zna swojej ojczyzny, nie ma miary dla obcych krajów. Co wy na to, moi przyjaciele, co pani na to, panno Natalio?
Nikt nie sprzeciwił się projektowi; Jarno nie wydawał się uważać swego zamiaru wyjazdu do Ameryki za przeszkodę, gdyż i bez tego nie myślał o wyprawie od razu; Natalia milczała, a Fryderyk przytaczał różne przysłowia o pożytkach z podróżowania.
Wilhelm był w głębi duszy tak oburzony na ten nowy projekt, że ledwie mógł to ukryć. Aż zanadto wyraźnie widział w tym zmowę, żeby się go czym prędzej pozbyć; a co najgorsze, że tę zmowę dawano ujrzeć tak otwarcie, tak bez miłosierdzia. I podejrzenia, jakie w nim wzbudziła Lidia, i wszystko, czego tam doświadczył, ożyło na nowo przed jego duszą, a naturalny sposób, w jaki Jarno mu wszystko wyłożył, wydał mu się także jedynie sztucznym tłumaczeniem.
Zebrał siły i odpowiedział:
— Ta propozycja zasługuje bądź co bądź na dojrzałą rozwagę.
— Byłoby jednak potrzebne rychłe postanowienie — odparł ksiądz.
— Do tego nie jestem obecnie zdolny — odpowiedział Wilhelm. — Możemy poczekać na przybycie tego człowieka, a wtedy zobaczymy, czy do siebie pasujemy. Jednak musi być z góry postawiony jeden główny warunek: że wezmę ze sobą swego Feliksa i wszędzie będę go zabierać.
— Na ten warunek chyba nie będzie zgody — odparł ksiądz.
— A ja nie widzę — zawołał Wilhelm — dlaczego miałbym komukolwiek pozwalać narzucać mi warunki i dlaczego, chcąc rozejrzeć się po swojej ojczyźnie, potrzebowałbym Włocha za towarzysza?
— Ponieważ młodzieniec — odpowiedział ksiądz z pewną imponującą powagą — powinien zawsze przyłączać się do kogoś.
Wilhelm, który spostrzegł, że nie zdoła już dłużej nad sobą zapanować, gdyż obecność Natalii łagodziła jego stan tylko do pewnego stopnia, odezwał się z pewną porywczością:
— Niech mi dadzą jeszcze krótki czas do namysłu, a przypuszczam, że się rychło okaże, czy powinienem w dalszym ciągu przyłączać się do kogoś, czy też raczej serce i roztropność nie nakażą mi nieodparcie wyrwać się z tylu więzów, które grożą mi wieczną, okropną niewolą.
Powiedział to z żywym wzruszeniem. Spojrzenie na Natalię trochę go uspokoiło, w tej bowiem namiętnej chwili jej postać i wartość wywarły na nim jeszcze głębsze wrażenie.
— Tak — rzekł do siebie, kiedy pozostał sam — przyznaj się, kochasz ją i znowu czujesz, co to znaczy, kiedy człowiek może kochać ze wszystkich sił. Tak kochałem Mariannę i tak się straszliwie co do niej pomyliłem; kochałem Filinę i musiałem nią pogardzać. Aurelię szanowałem, a nie mogłem jej kochać; czciłem Teresę, a miłość ojcowska przybrała kształt skłonności ku niej; a teraz, kiedy się w twym sercu skupiają wszystkie wzruszenia, które powinny uszczęśliwić człowieka, teraz zmuszony jesteś uciekać! Ach, czemuż do tych wzruszeń, do tych poznań przyłącza się niepokonane pragnienie posiadania? I czemu bez posiadania te same przekonania wniwecz obracają wszelki rodzaj szczęścia? Czy kiedyś w przyszłości będę napawać się słońcem i światem, towarzystwem lub jakimkolwiek innym dobrem przynoszącym szczęście? Czy nie będziesz wiecznie powtarzał sobie: „Natalii nie ma!”, a jednak, niestety, Natalia będzie ci zawsze obecna. Gdy przymkniesz oczy, zjawi się przed tobą, gdy je otworzysz, będzie unosić się przed wszystkimi przedmiotami, jak zjawisko zostawiające w oku olśniewający obraz. Czyż już dawniej szybko znikła postać amazonki nie była wciąż obecna w twojej wyobraźni? A przecież widziałeś ją tylko, nie znałeś jej. Teraz, kiedy ją znasz, kiedy byłeś tak blisko niej, kiedy okazała ci tyle zainteresowania, teraz jej przymioty tak się głęboko wryły w twe serce, jak niegdyś jej obraz w twe zmysły. To bolesne wciąż szukać, lecz o wiele boleśniejsze, znalazłszy, być zmuszonym do odejścia. O cóż mam odtąd pytać w świecie? Za czym mam się nadal oglądać? Jaka okolica, jakie miasto kryje skarb, który równy jest temu? I mam podróżować, by wciąż znajdować tylko mniejsze? Czy życie jest tylko jak plac gonitw, gdzie trzeba natychmiast szybko zawracać, gdy tylko dobiegło się do ostatniego kresu? I czy to, co dobre, doskonałe, stoi jak stały, nieruchomy cel od którego trzeba odjechać rączymi końmi natychmiast, kiedy się mniema, że się do niego dotarło? Gdy tymczasem wszyscy inni, którzy ubiegają się o ziemskie dobra, mogą je nabyć w przeróżnych strefach, albo nawet na targu i jarmarku.
— Chodź, drogi chłopcze! — zawołał do syna, który właśnie nadbiegł. — Bądź i pozostań dla mnie wszystkim. Dano mi cię w zastępstwie twojej ukochanej matki, miałeś mi zastąpić drugą matkę, którą dla ciebie przeznaczyłem, a teraz musisz wypełnić jeszcze większą próżnię. Zajmij me serce, zajmij mój umysł swoją pięknością, swoim powabem, swoją żądzą wiedzy i swymi zdolnościami.
Chłopak był zajęty jakąś nową zabawką; ojciec starał mu się urządzić ją lepiej, porządniej, stosowniej do celu, ale w tej chwili i dziecko straciło do niej ochotę.
— Jesteś prawdziwym człowiekiem! — zawołał Wilhelm. — Chodź, mój synu, chodź, mój bracie, bawmy się bez celu w świecie, jak tylko potrafimy.
Jego zamiar, by wyjechać, zabrać ze sobą dziecko i bawić się się rzeczami świata stał się teraz twardą decyzją. Napisał do Wernera, poprosił go o pieniądze i przekazy i wyprawił Fryderykowego posłańca ze stanowczym poleceniem, żeby rychło wracał.
Chociaż względem innych przyjaciół był wielce rozgoryczony, jego stosunek do Natalii pozostał niezmącony. Zwierzył się jej ze swego zamiaru, ona zaś przyjęła za rzecz uznaną, iż może i powinien odejść, a chociaż ta jej pozorna obojętność bolała go, jej poczciwe zachowanie i jej obecność całkowicie go uspokoiły. Radziła mu, by odwiedził różne miasta i spotykał się tam z niektórymi jej przyjaciółmi i przyjaciółkami.
Posłaniec powrócił i przyniósł to, o co Wilhelm prosił, chociaż Werner nie wydawał się zadowolony z tej nowej wycieczki.
Moja nadzieja, że się staniesz rozsądny — pisał — znowu na jakiś czas się oddaliła. Gdzie wy się tam wszyscy razem błąkacie? I gdzie jest ta panna, której pomoc w gospodarstwie mi obiecywałeś? Reszty przyjaciół też nie ma, na sędziego i na mnie zwalił się cały interes. Szczęście, że jest tak dobrym prawnikiem, jak ja finansistą, i że obaj przywykliśmy trochę wlec się. Bywaj zdrów! Twoje wybryki muszą ci być wybaczone, gdyż bez nich nasze stosunki w tej okolicy nie mogłyby się tak dobrze ułożyć.
Co do spraw zewnętrznych, mógł już wyjechać kiedykolwiek, ale jego serce skrępowane było jeszcze dwiema przeszkodami. Nie chciano mu ani razu pokazać ciała Mignon, dopiero na egzekwiach165, które ksiądz zamierzał odprawić, a do tej uroczystości nie wszystko było jeszcze gotowe. Lekarz również został odwołany stamtąd szczególnym listem wiejskiego proboszcza. Dotyczyło to harfiarza, o którego losach Wilhelm chciał się dokładniej dowiedzieć.
W takim stanie nie znajdował ni dniem, ni nocą spokoju duszy ani ciała. Kiedy wszyscy spali, on błąkał się po domu. Obecność starych, znanych dzieł sztuki przyciągała go i odpychała. Nic z tego, co go otaczało, nie mogło go ani zająć, ani odstręczyć; wszystko było przypomnieniem wszystkiego; przepatrywał cały pierścień swego życia, tylko że leżał on przed nim złamany i zdawało się, że już się nigdy nie da spoić. Te dzieła sztuki, które sprzedał jego ojciec, wydawały mu się symbolem, iż i on także miał być częściowo wykluczony ze spokojnego i istotnego posiadania rzeczy pożądanych w świecie, a częściowo pozbawiony tego z własnej lub obcej winy. Tak się głęboko zatopił w te dziwne i smutne rozmyślania, że sam sobie wydawał się niekiedy duchem i nawet wówczas, gdy dotykał rzeczy obok siebie i obmacywał je, ledwie mógł się oprzeć wątpliwości, czy rzeczywiście żyje rzeczywiście i istnieje.
Tylko dotkliwy ból, jaki go czasami chwytał, iż wszystko, co znalazł i odnalazł, musi opuścić tak nikczemnie, a przecież tak nieodwołalnie, tylko łzy przywracały mu poczucie własnego istnienia. Na próżno wspominał ten szczęśliwy stan, w jakim się właściwie przecież znalazł.
— Tak więc wszystko jest niczym — wołał — jeśli brakuje jednej rzeczy, która jest dla człowieka warta tyle, ile cała reszta!
Ksiądz zapowiedział towarzystwu przybycie markiza.
— Postanowiłeś pan wprawdzie, jak się zdaje — rzekł do Wilhelma — odjechać sam, tylko ze swym chłopcem; jednak przynajmniej poznaj pan tego człowieka, który może być dla pana bądź co bądź pożyteczny, gdziekolwiek go spotkasz w drodze.
Markiz przybył. Był to mężczyzna jeszcze nie stary, jedna z kształtnych, przystojnych postaci lombardzkich166. Jako młodzieniec zawarł ze stryjem, o wiele starszym od siebie, znajomość w wojsku, a potem w interesach. Przejechali następnie razem znaczną część Włoch, a te dzieła sztuki, które markiz tu sprowadził, były przeważnie nabyte i kupione w jego obecności i to przy niejednej szczęśliwej okazji, co jeszcze doskonale pamiętał.
Ogólnie rzecz biorąc, Włosi mają głębsze poczucie wysokiej godności sztuki niż inne narody; każdy, kto się czymkolwiek zajmuje, pragnie się zwać artystą, mistrzem i profesorem i przynajmniej żądzą tytułów uznaje, że nie dosyć pochwycić cokolwiek przez tradycję albo nabrać wprawy przez praktykę, lecz że każdy powinien umieć myśleć o tym, co czyni, powinien wyprowadzać zasady oraz sobie i innym wyjaśniać przyczyny, dlaczego należy robić to lub owo.
Cudzoziemca wzruszyło, że tak piękne posiadłości zastał znowu bez posiadacza, i ucieszyło, że słyszał, jak z doskonałej pozostałości przemawia duch jego przyjaciela. Rozpatrzyli razem rozmaite dzieła i znajdowali wielką przyjemność w tym, iż mogli się wzajemnie rozumieć. Mówili głównie markiz i ksiądz; Natalia, czując się znowu przeniesiona do towarzystwa stryja, bardzo dobrze się orientowała w ich zdaniach i sposobach myślenia; Wilhelm musiał sobie przekładać na terminologię teatralną, jeśli chciał coś z tego zrozumieć. Z trudem powstrzymywano żarty Fryderyka. Jarno rzadko bywał obecny.
Kiedy rozprawiano o tym, że doskonale dzieła sztuki są tak rzadkie w czasach nowożytnych, markiz rzekł:
— Niełatwo to pomyśleć i zgadnąć, co powinny zrobić okoliczności dla artysty, a potem przy największym geniuszu, przy najwyraźniejszym talencie są wciąż jeszcze nieskończone wymagania, jakie sam sobie musi postawić, niewypowiedziana pilność potrzebna do jego wykształcenia. Otóż jeżeli okoliczności mało robią dla niego, jeśli spostrzega, że świat daje się łatwo zadowolić i pragnie tylko lekkiego, miłego, przyjemnego pozoru, to byłoby zaskakujące, gdyby wygoda i miłość własna nie zatrzymywały go przy mierności; dziwne byłoby, gdyby zamiast zgarniać pieniądze i pochwały za modne towary wolał obrać właściwą drogę, która prowadzi mniej więcej do bolesnego męczeństwa. Dlatego artyści naszych czasów wciąż tylko oferują, aby nic nigdy nie dać. Chcą wciąż drażnić, by nigdy nie zaspokoić; wszystko jest tylko sugestią, a nigdzie się nie znajduje podstawy i wykończenia. Ale kiedy się choć chwilę spokojnie pobędzie na wystawie i zauważy, do jakich to dzieł sztuki garnie się ciżba, jakie bywają wychwalane, a jakie lekceważone, to mało ma się zadowolenia z teraźniejszości, a na przyszłość mało nadziei.
— Tak jest — powiedział ksiądz — i tym sposobem urabiają się wzajemnie amatorzy i artyści; amator szuka tylko ogólnego, nieokreślonego napawania się; dzieło sztuki ma mu niemal tak wygadzać, jak dzieło natury, a ludzie mniemają, że organy do używania dzieła sztuki tak się same przez się kształcą, jak język i podniebienie, że o dziele sztuki sądzi się tak, jak o jakiejś potrawie. Nie pojmują, jak odmiennej kultury potrzeba do tego, by się wznieść do prawdziwego rozkoszowania się sztuką. Za rzecz najtrudniejszą uważam to pewne oczyszczanie się, jakiego człowiek powinien dokonać w sobie samym, jeżeli się chce istotnie ukształcić; z tego powodu znajdujemy tak wiele ukształceń jednostronnych, z których jednak każde rości sobie pretensję do wydawania doraźnego sądu o całości.
— Nie bardzo dla mnie jasne, co pan mówisz — rzekł Jarno, który właśnie wszedł.
— Trudno też — odparł ksiądz — dokładnie to wyjaśnić w skrócie. Tyle tylko powiem: jeżeli człowiek rości sobie prawo do do różnorodnych czynności i różnorodnych przyjemności, to musi być także zdolny do wykształcenia w sobie różnorodnych organów, jakby niezależnych od siebie. Kto chce wszystko w ogóle i każde z osobna w całym człowieczeństwie swoim czynić i nim się nasycać, kto chce wszystko poza sobą złączyć do takiego nasycania się, ten spędzi swój czas jedynie na wiecznym niezaspokojonym dążeniu. Jak trudno, co się wydaje tak naturalne, oglądać dobry posąg, wyborny sam w sobie obraz, słuchać śpiewu dla śpiewu, podziwiać aktora w aktorze, radować się budynkiem dla jego własnej harmonii i trwałości! A tymczasem widzi się, że w większości ludzie tak sobie traktują rzetelne dzieła sztuki, jakby to była miękka glina. Według ich upodobań, mniemań i zachcianek ma się ukształtowany marmur natychmiast przekształcić, mocno wybudowany budynek rozszerzyć lub skurczyć, obraz ma nauczać, dramat poprawiać, wszystko ma się stać wszystkim. Właściwie jednak, ponieważ większość ludzi sama jest bezkształtna, ponieważ sobie i swojej istocie nie może sama nadać postaci, usiłują tedy odjąć przedmiotom ich postać, żeby się wszystko stało sypką i miałką materią, do której i ci ludzie należą. Redukują w końcu wszystko do tak zwanego efektu; wszystko jest względne i tak też wszystko staje się względne prócz niedorzeczności i płytkości, które też panują bezwzględnie.
— Rozumiem pana — odrzekł Jarno — a raczej pojmuję, iż to, co pan mówisz, ma związek z zasadami, których się pan tak mocno trzymasz, ale niepodobna mi brać tego tak ściśle w stosunku do tych poczciwych biedaków, do ludzi. Znam naturalnie dosyć takich, którzy wobec największych dzieł sztuki i natury zaraz sobie przypominają swe najbliższe potrzeby, którzy biorą swe sumienie i swoją moralność z sobą na operę, którzy swych miłości i nienawiści nie składają przed kolumnadą i którzy najlepsze i najwznioślejsze rzeczy, jakie im z zewnątrz mogą być nasunięte, muszą przede wszystkim jak najbardziej zmniejszyć w swoim sposobie wyobrażenia, aby móc jako tako złączyć je ze swą lichą istotą.