Rozdział szesnasty
— Pozwól mi pan — rzekła Aurelia — zadać sobie jedno pytanie. Przejrzałam na nowo rolę Ofelii, jestem z niej zadowolona i ufam, że pod pewnymi warunkami potrafię ją zagrać. Ale powiedz pan, czy poeta nie powinien był innych piosenek włożyć w usta swej obłąkanej? Czyż nie można było wybrać fragmentów z melancholijnych ballad? Co robią dwuznaczności i lubieżne głupstwa w ustach tej szlachetnej dziewczyny?
— Najdroższa przyjaciółko — odparł Wilhelm — i w tym nie mogę ustąpić ani na jotę. I w tych dziwactwach, i w tej pozornej nieprzyzwoitości mieści się głębokie znaczenie. Wiemy przecież zaraz na początku sztuki, czym zajęty jest umysł dobrego dziewczęcia. Żyła sobie spokojnie, ale ledwie ukrywała swoją tęsknotę, swoje pragnienia. Potajemnie w jej duszy dźwięczały tony lubieżności i ileż razy na podobieństwo nieostrożnej piastunki musiała próbować uśpić swą zmysłowość piosenkami, które czyniły ją tylko czujniejszą. W końcu, gdy zostaje jej odebrana władza nad sobą samą, gdy jej serce jest na języku, język ten staje się jej zdrajcą i w niewinności obłąkania pieści się wobec króla i królowej echem swych ulubionych płochych pieśni: o dziewczynie uwiedzionej, o dziewczynie skradającej się do chłopca i tak dalej.
Jeszcze nie powiedział wszystkiego, kiedy nagle przed jego oczyma pojawiła się dziwaczna scena, której żadnym sposobem nie umiał sobie wyjaśnić.
Serlo kilka razy wchodził do pokoju i znów wychodził, nie dając poznać, żeby czynił to z jakimś zamiarem. Naraz podszedł do toaletki Aurelii, pochwycił szybko coś, co na niej leżało, i z łupem pośpieszył do drzwi. Ledwie Aurelia spostrzegła jego postępek, poderwała się, zabiegła mu drogę, rzuciła się na niego z niesłychaną namiętnością i chwyciła za koniec zabranego przedmiotu. Mocowali się z sobą i szarpali nader uporczywie, zawzięcie okręcali się i owijali wokół siebie; on śmiał się, ona płonęła gniewem, a gdy Wilhelm nadbiegł, by ich rozdzielić i uspokoić, nagle ujrzał, że Aurelia odskakuje na bok z obnażonym sztyletem w dłoni, podczas gdy Serlo ze złością rzuca na ziemię pochwę, która została mu w ręku. Wilhelm cofnął się zdziwiony, a jego milczące zdumienie zdawało się pytać o powód, dla którego mogła między nimi powstać tak dziwna walka z okazji tak niespodziewanego sprzętu domowego.
— Niech pan zostanie naszym rozjemcą — powiedział Serlo. — Co jej po tej ostrej stali? Niech ją panu pokaże. Ten sztylet wcale nie przystoi aktorce; szpiczasty i ostry jak igła i nóż! Na co te żarty? Jak będzie tak gwałtowna, może sobie kiedyś przypadkiem zrobić krzywdę. Czuję serdeczną nienawiść do takich dziwactw: poważna myśl tego rodzaju jest szaleństwem, a tak niebezpieczne cacko jest wstrętne.
— Mam go znowu! — zawołała Aurelia, wznosząc do góry błyszczącą klingę. — Teraz lepiej ukryję swego wiernego przyjaciela. Przebacz mi — krzyknęła, całując stal — że cię tak zaniedbałam.
Serlo, jak się zdawało, zaczął się gniewać na serio.
— Uważaj, jak sobie chcesz, bracie — mówiła dalej — a czy możesz wiedzieć, czy czasem nie dostał mi się pod tą postacią jakiś cenny talizman? Czy nie znajdę w nim pomocy i rady w najgorszym wypadku? Czy wszystko musi być szkodliwe, co wygląda niebezpiecznie?
— Takie gadanie, w którym nie ma sensu, może mnie o szaleństwo przyprawić — odrzekł Serlo i z tajonym gniewem opuścił pokój.
Aurelia włożyła starannie sztylet do pochwy i schowała go przy sobie.
— Wróćmy do rozmowy, którą przerwał nieszczęsny brat — rzekła, kiedy Wilhelm zadał kilka pytań z powodu dziwnego sporu.
— Muszę uznać pańską charakterystykę Ofelii — mówiła dalej — nie chcę lekceważyć zamiaru poety, ale mogę jej żałować raczej niż czuję. Pozwól mi pan jednak zrobić jedną uwagę, do której w tym krótkim czasie często dawałeś mi pan okazję. Z podziwem spostrzegam w panu głęboki i trafny pogląd, którym oceniasz poezję, a zwłaszcza poezję dramatyczną; najgłębsze otchłanie inwencji nie są przed panem ukryte, a najsubtelniejsze rysy wykonania nie uchodzą pańskiej uwagi. Chociaż nigdy nie widziałeś pewnych przedmiotów w naturze, poznajesz pan prawdę w obrazie; wydaje się, jakby w panu spoczywało przeczucie całego świata, które swym harmonijnym dotknięciem poezja budzi w panu i rozwija. Bo doprawdy — ciągnęła dalej — z zewnątrz nic do pana nie wchodzi; trudno by mi było przytoczyć kogoś, kto by jak pan tak mało znał ludzi, z którymi żyje, kto by ich tak z gruntu opacznie rozumiał. Pozwól mi pan sobie powiedzieć: kiedy się słyszy pana objaśniającego swego Szekspira, to mniema się, że przybywasz pan właśnie z rady bogów, gdzie pan posłyszałeś, jak się tam umawiano, by tworzyć ludzi; a przeciwnie, kiedy pan przestajesz z ludźmi, widzę w panu jakby pierwsze, zrodzone jako dorosłe, dziecię stworzenia, które ze szczególnym podziwem i budującą dobrodusznością przypatruje się lwom i małpom, owcom i słoniom i przemawia do nich w prostocie ducha jak do równych sobie, ponieważ i one tam istnieją, i one się poruszają.
— Poczucie mojej studenckiej istoty, droga przyjaciółko — odparł Wilhelm — jest mi nieraz uciążliwe i będę pani wdzięczny, jeśli zechcesz mi pomóc wyrobić sobie jaśniejsze wyobrażenia o świecie. Od młodości zwracałem oczy ducha bardziej do wewnątrz niż na zewnątrz i dlatego jest rzeczą bardzo naturalną, że przynajmniej do pewnego stopnia poznałem człowieka, chociaż ludzi bynajmniej nie rozumiem i nie pojmuję.
— Doprawdy — rzekła Aurelia — z początku podejrzewałam pana, że mówiąc tyle dobrego o ludziach, których przysłałeś memu bratu, chciałeś sobie z nas żarty stroić, kiedy zestawiłam pańskie listy z zaletami tych ludzi.
Spostrzeżenie Aurelii, jakkolwiek mogło być prawdziwe i jakkolwiek jej przyjaciel chętnie uznawał w sobie tę wadę, sprowadziło z sobą pewne przygnębienie, a nawet pewną obrazę, tak że Wilhelm zamilkł i skupił się w duchu, już to żeby nie dać poznać po sobie, iż został dotknięty, już to, żeby w swym sercu zbadać, na ile zarzut ten był prawdziwy.
— Nie powinieneś pan być przygnębiony z tego powodu — mówiła Aurelia dalej — do światła rozumu możemy dostać się zawsze, ale pełni serca nikt nam dać nie może. Jeśli jesteś pan powołany na artystę, to niech pan zachowa ten mrok i tę niewinność, jak można najdłużej; są one piękną osłonką nad młodym pączkiem; dosyć nieszczęścia, gdy się za wcześnie otworzymy. Z pewnością dobrze to jest, jeżeli nie zawsze znamy tych, dla których pracujemy. O, i ja byłam niegdyś w tym szczęśliwym stanie, kiedy wstępowałam na scenę z wysokim pojęciem o sobie i o swoim narodzie. Czymże nie byli Niemcy w mej wyobraźni, czym być nie mogli! Do tego narodu przemawiałam, ponad który wznosiło mnie małe rusztowanie, od którego oddzielał mnie szereg lamp, a ich blask i kopeć przeszkadzały mi dobrze odróżniać przedmioty przede mną. Jakże miły był mi dźwięk oklasków, płynący ku mnie z tłumu; z jakąż wdzięcznością przyjmowałam podarunek, który mi jednogłośnie przez tyle rąk był ofiarowany! Długo się tak kołysałam; jak ja działałam, tak tłum oddziaływał na mnie; byłam z moją publicznością w najlepszym porozumieniu; odczuwałam, jak mi się zdawało, doskonałą harmonię i za każdym razem widziałam przed sobą najszlachetniejszych i najlepszych z narodu. Na nieszczęście, nie sama tylko aktorka swoim temperamentem i sztuką przyciągała do siebie przyjaciół teatru; mieli oni także na widoku dziewczynę młodą, pełną życia. Dali mi niedwuznacznie do zrozumienia, że moim obowiązkiem było podzielać z nimi osobiście wzruszenia, jakie w nich obudziłam. Niestety, nie była to moja rzecz; pragnęłam wznosić ich umysły, ale do tego, co oni nazywali swoim sercem, nie rościłam najmniejszej pretensji; i oto wszystkie stany, wieki i charaktery jeden po drugim stały mi się uprzykrzone, a nic nie było dla mnie dotkliwsze niż to, że nie mogłam jak inna uczciwa dziewczyna zamknąć się w swoim pokoju i oszczędzić sobie niejednego kłopotu. Mężczyzn wyglądali dla mnie w większości tak, jak przywykłam ich widzieć u swej ciotki, a byliby i tym razem znowu obudzili we mnie wstręt, gdyby mnie nie bawiły ich dziwactwa i niedorzeczności. Ponieważ nie mogłam uniknąć ich widoku, czy to w teatrze, czy w miejscach publicznych, czy w domu, postanowiłam spędzić ich wszystkich z czat, a mój brat dzielnie mi w tym dopomógł. I jeżeli pomyślisz pan sobie, że od ruchliwego subiekta94 i zarozumiałego kupczyka aż do zręcznego rozważnego światowca, mężnego żołnierza i rączego księcia, wszyscy powoli paradowali przede mną i każdy na swój sposób zamyślał zawiązać romans, to wybaczysz mi, że sobie wyobrażałam, iż dosyć dobrze zaznajomiłam się ze swym narodem. Fantastycznie wystrojonego studenta, skromnego i dumnie zakłopotanego uczonego, chwiejnego w nogach, zadowolonego z siebie kanonika, sztywnie ugrzecznionego przemysłowca, rubasznego barona wiejskiego, przyjacielskiego gładko-płaskiego dworaka, młodego księdza, który zbacza z drogi, poważnego, jak jak również chybkiego i dzielnie spekulującego kupca — wszystkich widziałam w ruchu, i na Boga, niewielu się wśród nich znalazło takich, którzy by zdołali wzniecić we mnie choćby tylko pospolite zainteresowanie; przeciwnie, było to dla mnie rzeczą niezmiernie przykrą, że musiałam pojedynczo inkasować wraz z uprzykrzeniem i nudami poklask głupców, który w całości był mi tak miły, który w masie tak chętnie przyjmowałam. Kiedy oczekiwałam rozsądnego komplementu za moją grę, gdy się spodziewałam, że powinni pochwalić autora, którego ceniłam wysoko, robili spostrzeżenia jedne głupsze od drugich i wymieniali jakąś niesmaczną sztukę, w której chcieli mnie zobaczyć. Kiedy w towarzystwie nasłuchiwałam wkoło, czy jakiś szlachetny, pomysłowy, dowcipny rys nie obudzi oddźwięku i w stosownym wypadku znów nie wypłynie, rzadko mogłam ślad tego odnaleźć. Pomyłki wynikłe stąd, że aktor zaplątał się w mowie lub dał się słyszeć z jakimś prowincjonalizmem to były te ważne punkty, których się czepiali, których puścić się nie chcieli. Nie wiedziałam w końcu, dokąd się zwrócić; wyobrażali sobie, że są za mądrzy, żeby się dać bawić, i sądzili, że mnie cudownie bawią, uwijając się przy mnie. Zaczęłam gardzić nimi wszystkimi z całej duszy i doznałam takiego uczucia, jak gdyby cały naród zupełnie świadomie za pośrednictwem swoich posłów chciał się przy mnie prostytuować. Wydał mi się on w całości tak niezgrabny, tak źle wychowany, tak licho wykształcony, tak pozbawiony zdolności podobania się, tak próżny smaku... Częstokroć wołałam: „Trzewika zapiąć na sprzączkę nie potrafi żaden Niemiec, który się tego nie nauczył od obcego narodu!” Widzisz pan, jak byłam zaślepiona, jak hipochondrycznie niesprawiedliwa! A im dłużej to trwało, tym choroba moja stawała się cięższa. Mogłam się pozbawić życia, ale wpadłam w inną ostateczność: wyszłam za mąż albo raczej dopuściłam, żeby mnie wydano. Brat mój, przejąwszy teatr na siebie, bardzo pragnął mieć pomocnika. Wybór jego padł na młodzieńca, który nie był mi wstrętny, któremu brakło wszystkiego, co mój brat posiadał: talentu, życia, ducha i szybkiego usposobienia, ale u którego znajdowało się to wszystko, na czym tamtemu zbywało: zamiłowanie do porządku, pilność, wyborny dar gospodarowania i obchodzenia się z pieniędzmi. Został moim mężem, nie wiem zresztą jak; żyliśmy ze sobą, nie wiem dobrze dlaczego. Dość że sprawy nasze szły pomyślnie. Mieliśmy duże dochody, co było wynikiem działalności mego brata; szafowaliśmy nimi dobrze, a to było zasługą mego męża. Nie myślałam już o świecie i narodzie. Ze światem nie miałam nic wspólnego, a pojęcie narodu zatraciłam. Jeżeli występowałam, to czyniłam to w celu zapewnienia bytu; otwierałam usta dlatego tylko, że nie mogłam milczeć, że przecież wyszłam po to, ażeby mówić. Jednak nie myślę przedstawiać rzeczy zbyt czarno, właściwie oddałam się całkowicie zamiarom brata; on dbał o poklask i pieniądze, gdyż mówiąc między nami, lubi on być chwalony i potrzebuje dużo. Otóż nie grałam odtąd według własnego poczucia, według swego przekonania, lecz według jego wskazówek, a jeżeli tylko w grze mu dogodziłam, byłam zadowolona. On kierował się wszystkimi słabostkami publiczności; pieniądze napływały, mógł żyć wedle swej fantazji i nam dobrze z nim było. Popadłam tymczasem w rzemieślniczą rutynę. Dni spędzałam bez radości i zainteresowania; moje małżeństwo było bezdzietne i krótkotrwałe. Mąż zachorował, siły wyraźnie go opuszczały, troska o niego przerwała moją ogólną obojętność. W tych czasach zawarłam pewną znajomość, z którą zaczęło się dla mnie nowe życie, nowe i szybsze, gdyż niebawem dobiegnie końca.
Milczała czas jakiś, a potem ciągnęła dalej:
— Naraz zacina się moja zachcianka gadatliwości; nie ufam sobie, bym mogła dalej otwierać usta. Pozwól mi pan nieco wypocząć; nie możesz pan odejść, nie dowiedziawszy się obszernie o całym moim nieszczęściu. Zawołaj pan tymczasem Mignon i wysłuchaj, czego chce.
Podczas opowiadania Aurelii dziewczynka była kilka razy w pokoju. Ponieważ przy jej wejściu mówiono ciszej, wymykała się zaraz, siedziała w sali spokojnie i czekała. Kiedy kazano jej wejść, przyniosła ze sobą książkę, którą wkrótce po kształcie i oprawie poznano jako mały atlas geograficzny. U proboszcza z ogromnym zdziwieniem ujrzała mimochodem pierwsze mapy, dużo go o nie wypytywała i w miarę możności dowiadywała się sama. Zdawało się, że wskutek tych nowych wiadomości żądza nauki stawała się u niej o wiele jeszcze żywsza. Prosiła usilnie Wilhelma, by jej kupił tę książkę, mówiąc, że dała za nią w zastaw księgarzowi swoje wielkie srebrne sprzączki i chciałaby je jutro rano wykupić, gdyż dziś wieczór było już zbyt późno. Zezwolono jej na to, a ona zaczęła już to recytować, co wiedziała, już to zadawać swoim zwyczajem najdziwaczniejsze pytania. I tu znów można było zauważyć, że pomimo wielkiego wysiłku pojmowała z trudnością i mozołem. Tak też było z jej pisaniem, które ją kosztowało wiele wysiłku. Ciągle jeszcze mówiła bardzo łamaną niemczyzną i tylko kiedy otwierała usta do śpiewu, kiedy dotknęła cytry, zdawała się posługiwać jedynym organem, za pomocą którego mogła odkryć i objawić głąb duszy.
A ponieważ mowa teraz o niej, musimy też nadmienić o zakłopotaniu, w jakie od pewnego czasu nieraz wprawiała naszego przyjaciela. Kiedy przychodziła lub odchodziła, kiedy mówiła dzień dobry lub dobranoc, tak mocno ujmowała go w ramiona i całowała go z takim żarem, że gwałtowność tej kiełkującej często przejmowała go strachem i niepewnością. Drgająca żywość w jej postępowaniu zdawała się zwiększać z każdym dniem, a cała jej istota poruszała się w nieustannej skrytości. Nie mogła wytrwać, żeby kręcić w ręku nie jakiegoś sznurka, nie miąć sukna, nie żuć papieru lub drewna. Każda z jej zabaw służyła, jak się zdawało, tylko do wyładowania jakiegoś wewnętrznego gwałtownego wstrząśnienia. Jedynie wówczas zdawała się cieszyć pewną wesołością, gdy była blisko małego Felisia, z którym bardzo zręcznie umiała sobie radzić.
Aurelia, która odpocząwszy, zamierzała rozmówić się ostatecznie ze swym przyjacielem o przedmiocie, który jej tak bardzo leżał na sercu, zniecierpliwiła się tym razem upartą obecnością dziewczynki i dała jej do zrozumienia, że powinna odejść, a ponieważ nic to nie pomagało, musiano ją wyprosić wyraźnie i wbrew jej woli.
— Muszę panu — rzekła Aurelia — resztę moich dziejów opowiedzieć teraz albo nigdy. Gdyby mój tkliwie kochany, niesprawiedliwy przyjaciel był stąd o kilka mil tylko, powiedziałabym: „Siadaj pan na koń, jakimkolwiek sposobem zawrzyj pan z nim znajomość, a kiedy powrócisz, z pewnością przebaczysz mi pan i pożałujesz mnie z serca”. Teraz mogę panu tylko słowami wyrazić, jak był godny kochania i jak mocno go kochałam. Poznałam go właśnie w tym krytycznym czasie, kiedy musiałam obawiać się o życie męża. Wrócił dopiero co z Ameryki, gdzie wspólnie z kilkoma Francuzami służył z wielkim wyróżnieniem pod sztandarem Stanów Zjednoczonych. Przywitał mnie z pewną siebie przyzwoitością, z otwartą serdecznością, mówił o mnie, o moim położenia, o mojej grze jak stary znajomy, z takim zrozumieniem i tak dobitnie, że po raz pierwszy mogłam radować się, iż byt mój tak jasno rozpoznaję w innej istocie. Sądy jego były słuszne, choć nie potępiające, trafne, choć nie niemiłe. Nie okazywał wcale surowości, a jego beztroska była zarazem powabna. Wydawał się przyzwyczajony do szczęścia u kobiet, co przykuło moją uwagę; nie pochlebiał jednak ani nie nadskakiwał, co czyniło mnie nieostrożną. W mieście mało z kim przestawał, zazwyczaj jeździł konno, odwiedzał wielu znajomych w stolicy i zajmował się interesami swego domu. Kiedy wracał, zajeżdżał do mnie, obchodził się z moim coraz to słabszym mężem z gorącą troskliwością, za pośrednictwem zdolnego lekarza sprowadzał ulgę cierpiącemu, a jak interesował się wszystkim, co mnie dotyczyło, tak też i mnie zainteresował swoimi losami. Opowiedział mi dzieje swojej kampanii, swojej niezwalczonej skłonności do stanu żołnierskiego, swoje stosunki rodzinne; wtajemniczył mnie w swoje obecne zajęcia. Dość że nie miał nic tajnego przede mną; odkrył mi głąb duszy, pozwolił zajrzeć w najskrytsze jej kąciki; poznałam jego zdolności, jego namiętności. Po raz pierwszy w życiu zaznałam serdecznego, umysłowego pożycia. Pociągnął mnie, porwał ku sobie, zanim mogłam się nad sobą zastanowić... Tymczasem utraciłam męża niemal tak, jak go przyjęłam. Ciężar spraw teatralnych spadł teraz całkowicie na mnie. Brat mój, nieposzlakowany w teatrze, był zawsze do niczego w gospodarstwie; ja myślałam o wszystkim i uczyłam się przy tym swoich ról pilniej niż kiedykolwiek. Grałam znowu jak dawniej, a nawet ze wzmożoną siłą i nowym życiem, wprawdzie przez niego i dla niego, ale nie zawsze mi to wychodziło dobrze, kiedy wiedziałam, że mój szlachetny przyjaciel jest na przedstawieniu; kilka razy jednak słyszał mnie ukryty, a możesz pan sobie wyobrazić, jak przyjemnie zaskoczyły mnie jego o nieoczekiwane oklaski... Niewątpliwie jestem dziwnym stworzeniem. W każdej roli, jaką grałam, miałam właściwie zawsze taki nastrój, jak gdybym go chwaliła i mówiła ku jego czci, bo to było usposobieniem mego serca, jakiekolwiek zresztą wygłaszałam słowa. Jeżeli wiedziałam, że jest wśród słuchaczy, nie pozwalałam sobie mówić z całą namiętnością, jak gdybym nie chciała mu wprost przed nim samym narzucać swojej miłości, swojej pochwały, ale gdy był nieobecny, popuszczałam sobie cugli, grałam jak mogłam najlepiej, z pewnym spokojem, z nieopisanym zadowoleniem. Poklask znowu mnie radował, a kiedy sprawiałam przyjemność publiczności, pragnęłam zawsze móc zawołać: „To jemu to zawdzięczacie!...”. Tak jest, stosunek do publiczności, do całego narodu zmienił się u mnie jakby cudem. Naród ukazał mi się znowu w najkorzystniejszym świetle i bardzo się dziwiłam swemu dotychczasowemu zaślepieniu. „Jakże to nierozsądną było rzeczą — mówiłam często sama do siebie — kiedy dawniej wymyślałaś na naród, dlatego właśnie, że jest narodem. Czyż pojedynczy ludzie mogą, czyż powinni być tak interesujący? Bynajmniej! Zachodzi pytanie, czy wśród wielkiego tłumu rozdzielone jest mnóstwo przymiotów, sił i uzdolnień, które mogą zostać rozwinięte wskutek szczęśliwych okoliczności, które mogą być przez znakomitych mężów skierowane do jednego wspólnego celu”. Cieszyłam się tedy, że wśród współziomków znajdowałam tak mało wybitnej oryginalności; cieszyłam się, że nie gardzili przyjęciem wskazówek z zewnątrz; cieszyłam się, że znalazłam kierownika. Lothar — pozwól mi pan nazywać mego przyjaciela jego ukochanym imieniem — przedstawiał mi zawsze Niemców od strony dzielności i wykazał mi, że nie ma w świecie mężniejszego narodu, jeżeli tylko dobrze jest prowadzony, a ja wstydziłam się, że nigdy nie pomyślałam o pierwszym przymiocie ludu. Znał on dzieje i zostawał w stosunkach z większością zasłużonych mężów swego wieku. Chociaż był młody, pilnie przyglądał się dorastającej, pełnej nadziei młodzieży swej ojczyzny, cichym pracom skrzętnych i czynnych mężów w tylu różnorodnych zawodach. Kazał mi się rozejrzeć po Niemczech, czym są i czym być by mogły; wstyd mi było, że osądziłam naród według skłębionego tłumu, który się wciska do garderoby teatralnej. Wskazał mi obowiązek, żebym i w swoim zawodzie była także prawdziwa, pomysłowa i ożywcza. Teraz, ilekroć wchodziłam na scenę, wydawałam się sobie natchniona. Mierne ustępy w moich ustach stawały się złotem, a gdyby mi wówczas jakiś poeta dopomógł stosownym utworem, wywołałabym najcudowniejsze skutki... Tak żyłam jako młoda wdowa całe miesiące. On nie mógł się beze mnie obejść, a ja byłam nad wyraz nieszczęśliwa, kiedy nie przybywał. Pokazywał mi listy swoich krewnych, swojej przecudnej siostry. Interesował się najdrobniejszymi okolicznościami moich stosunków; niepodobna pomyśleć serdeczniejszej, doskonalszej jedności. Imię miłości nie zostało wymówione. Odjeżdżał i wracał, wracał i odjeżdżał — a oto, mój przyjacielu, wielka już pora, żebyś i ty się oddalił...