Rozdział szósty
Nie bez znudzenia spędził Wilhelm niespokojne popołudnie, gdy pod wieczór otworzyły się drzwi i wszedł z powitaniem młody zgrabny strzelczyk.
— Pójdziemy na przechadzkę? — rzekł młodzieniec, a w tej chwili Wilhelm po pięknych oczach poznał w nim Teresę.
— Daruj mi pan tę maskaradę — zaczęła znowu — bo niestety, teraz to tylko maskarada. Ale ponieważ mam opowiedzieć o czasie, kiedy lubiłam się widzieć w tej kurtce, pragnę więc wszystkimi sposobami przypominać sobie te dni. Chodź pan, nawet miejsce, w którym niegdyś tak często odpoczywaliśmy po polowaniach i przechadzkach, powinno się do tego przyczynić.
Poszli, a w drodze Teresa rzekła do swego towarzysza:
— Niedobrze, że pan pozwalasz mówić tylko mi samej; pan wiesz już dosyć o mnie, a ja jeszcze najmniejszej rzeczy nie wiem o panu; opowiedz mi pan tymczasem coś o sobie, żebym nabrała odwagi do przedstawienia swoich dziejów i stosunków.
— Niestety — odrzekł Wilhelm — nie mam nic do opowiadania prócz błędu za błędem, odchylenia za odchyleniem i nie wiem doprawdy, przed kim bardziej niż przed panią chciał bym ukryć tę gmatwaninę, w jakiej się znajdowałem i znajduję. Spojrzenia pani i wszystko, co panią otacza, cała pani istota i zachowanie pokazują, że pani możesz się cieszyć swoim przeszłym życiem, że szłaś pani piękną, czystą drogą w bezpiecznej kolei, żeś pani nic nie straciła, że nie masz sobie nic do wyrzucenia.
Teresa uśmiechnęła się i odrzekła:
— Poczekajmy, czy pan będziesz tak myśleć, skoro usłyszysz moje dzieje.
Poszli dalej, a po ogólnej rozmowie Teresa zapytała go:
— Czyś pan wolny?
— Za takiego się uważam — odparł — ale tego nie pragnę.
— Doskonale — powiedziała — to wskazuje jakiś skomplikowany romans i dowodzi mi, że pan masz coś do opowiedzenia.
Tak mówiąc, weszli na pagórek i rozłożyli się pod wielkim dębem, który cień swój rzucał szeroko naokół.
— Tu — rzekła Teresa — pod tym drzewem niemieckim opowiem panu historię niemieckiego dziewczęcia; słuchaj mnie pan cierpliwie.
Ojciec mój był zamożnym szlachcicem tej prowincji, człowiekiem pogodnym, czystym, aktywnym, dzielnym, czułym ojcem, wiernym przyjacielem, wyśmienitym gospodarzem, u którego jedną tylko znałam wadę, mianowicie był zbyt wyrozumiały dla kobiety, która nie umiała go cenić. Muszę to, niestety, powiedzieć o swej własnej matce! Jej natura była wprost przeciwna jego naturze. Była porywcza, niestała, bez zamiłowania dla domu i do mnie, swego jedynego dziecka, marnotrawna, ale piękna, dowcipna, pełna talentów, wzbudzała podziw w kółku, które potrafiła zebrać przy sobie. Wprawdzie jej towarzystwo nigdy nie było liczne albo też nie pozostawało takie długo. Kółko to składało się w większości z mężczyzn, gdyż żadna kobieta nie czuła się dobrze obok niej, a tym bardziej ona nie mogła znieść zalet jakiejkolwiek kobiety.
Pod względem wyglądu i usposobienia podobna byłam do ojca. Jak młoda kaczka szuka zaraz wody, tak od najwcześniejszej młodości moim żywiołem były kuchnia, spiżarnia, stodoły i strychy. Porządek i czystość w domu wydawały się, nawet kiedy się jeszcze bawiłam, moim jedynym instynktem, jedynym przedmiotem uwagi. Ojciec cieszył się tym i stopniowo przydzielał memu dziecinnemu popędowi odpowiednie zajęcia, matka natomiast nie lubiła mnie i nie ukrywała tego ani przez chwilę.
Podrastałam; z latami wzmagała się moja aktywność i miłość ojca do mnie. Kiedyśmy byli sami, chodziliśmy na pola; kiedy pomagałam mu w przeglądaniu rachunków, doskonale mogłam odczuć, jak był szczęśliwy. Gdy mu patrzyłam w oczy, to tak, jakbym spoglądała sama w siebie; to oczy bowiem czyniły mnie zupełnie do niego podobną. Ale w obecności mojej matki nie zachowywał tej odwagi, tej wyrazistości; usprawiedliwiał mnie słabo, kiedy mnie gwałtownie a niesprawiedliwie ganiła; ujmował się za mną, nie ażeby miał ochronić, ale żeby niejako uniewinnić moje dobre przymioty.
Nie stawiał też przeszkód żadnej z jej zachcianek; zaczęła okazywać największą namiętność do widowisk; zbudowano teatr; nie brakło mężczyzn wszelkiego wieku i postaci, którzy wraz z nią się występowali na scenie, natomiast często zbywało na kobietach. Lidia, dziewczyna zgrabna, wychowana razem ze mną, która już w pierwszej młodości zapowiadała się na powabną, musiała objąć drugie role, stara garderobiana przedstawiać matki i ciotki, podczas gdy moja matka zachowała dla siebie pierwsze kochanki, bohaterki i wszelakie pasterki.
Nie umiem panu powiedzieć, jak śmieszne wydawało mi się, gdy ludzie, których znałam bardzo dobrze, przebrali się, stanęli na podwyższeniu i chcieli być uważani za kogoś innego, niż byli naprawdę. Ja widziałam wciąż tylko matkę i Lidię, tylko tego barona i tamtego sekretarza, którzy ukazywali się jako książęta i hrabiowie, czy jako wieśniacy, i nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem chcieli we mnie wmówić, żebym uwierzyła, że im jest dobrze albo źle, że są zakochani lub obojętni, skąpi lub hojni, gdy przeważnie dokładnie wiedziałam, że się rzecz ma zupełnie inaczej. Dlatego też bardzo rzadko pozostawałam wśród widzów, zapalałam im wciąż świece, bylebym tylko miała coś do roboty, przyrządzałam wieczerzę, a nazajutrz, kiedy jeszcze dobrze spali, porządkowałam ich garderobę, którą zazwyczaj zostawiali wieczorem złożoną w stosy.
Moja matka wydawała się całkiem zadowolona z tej troskliwości, ale przychylności jej nie mogłam pozyskać; pogardzała mną i pamiętam dziś jeszcze, jak nieraz powtarzała cierpko:
— Gdyby matka mogła być tak niepewna jak ojciec, to chyba tej dziewczyny nie wzięto by za moją córkę.
Nie przeczę, że jej postępowanie powoli całkiem mnie od niej oddaliło; patrzyłam na jej czynności jak na czynności osoby obcej, a ponieważ przywykłam sokolim wzrokiem obserwować czeladź — gdyż, mówiąc mimochodem, na tym polega właściwie zasada gospodarstwa — wpadły mi więc naturalnie w oko stosunki mojej matki i jej towarzystwa. Łatwo można było dostrzec, że nie na wszystkich mężczyzn patrzyła tymi samymi oczyma; zwróciłam baczniejszą uwagę i niebawem spostrzegłam, że Lidia była powiernicą i wśród tego towarzystwa sama się lepiej zaznajomiła z namiętnością, którą od pierwszej młodości tak często przedstawiała. Znałam wszystkie ich schadzki, ale milczałam i nic nie powiedziałam ojcu, bojąc się go zasmucić; w końcu jednak zostałam zmuszona. Niejednego nie mogły zrobić, nie przekupiwszy służących. Ci zaczęli mi się hardo stawiać, zaniedbywać rozporządzenia ojca i nie wykonywać moich rozkazów; powstałe stąd nieporządki były dla mnie nie do zniesienia, odkryłam wszystko, poskarżyłam się ojcu. Wysłuchał mnie bez wzruszenia.
— Kochane dziecko! — rzekł w końcu, uśmiechając się. — Wiem wszystko; bądź spokojna, znoś to cierpliwie, gdyż tylko dla ciebie tak cierpię.
Nie byłam spokojna, nie miałam cierpliwości. Po cichu łajałam ojca, gdyż nie sądziłam, aby z jakiegokolwiek powodu musiał znosić coś podobnego; nastawałam na porządek i byłam zdecydowana doprowadzić sprawę do ostateczności.
Matka moja była bogata, pochłaniała jednak więcej, niż należało, a to, jak zauważyłam, doprowadziło do pewnych wyjaśnień między moimi rodzicami. Nie na długo to skutkowało, aż namiętności mej matki same wywołały pewne rozwiązanie.
Pierwszy kochanek był rażąco niewierny; dom, okolica, stosunki, stały się jej wstrętne. Chciała przenieść się do innego majątku; tam było jej zanadto samotnie; chciała do miasta, tam nie miała dosyć znaczenia. Nie wiem, co zaszło wreszcie pomiędzy nią a ojcem; dość że pod warunkami, o których nie się dowiedziałam, postanowił zezwolić na podróż, jaką matka chciała odbyć do południowej Francji.
Byliśmy tedy wolni i żyliśmy jak w niebie; sądzę też, że ojciec mój nic nie stracił, jeżeli nawet od jej obecności wykupił się pokaźną sumą. Wszelka niepotrzebna hałastra została oddalona, a szczęście zdawało się sprzyjać naszym rozporządzeniom; mieliśmy kilka lat bardzo dobrych; wszystko szło według życzenia. Ale niestety, ten wesoły stan nie trwał długo; całkiem niespodziewanie ojciec mój tknięty został apopleksją147, która sparaliżowała mu prawy bok i odjęła swobodę w użyciu mowy. Wszystko trzeba było zgadywać, czego żądał, nigdy bowiem nie mógł wypowiedzieć słowa, które miał na myśli. Byliśmy więc bardzo niespokojni w niektórych chwilach, kiedy chciał być wyraźnie sam ze mną; gwałtownym gestem wskazywał, że wszyscy mają się oddalić, a skoro zostaliśmy sami, nie potrafił wydobyć z siebie odpowiedniego słowa. Jego niecierpliwość wzmagała się do ostateczności, a jego stan zasmucał mnie do głębi serca. Tego tylko byłam pewna, że ma mi do zwierzenia coś, co mnie szczególnie dotyczy. Tak pragnęłam, by się o tym dowiedzieć. Dawniej mogłam mu wszystko wyczytać z oczu, ale teraz było to niemożliwe. Nawet jego oczy już nie mówiły. Tyle tylko było dla mnie jasne: niczego nie chciał, niczego nie pragnął, starał się jedynie odkryć mi coś, czego się niestety nie dowiedziałam. Atak się powtórzył; ojciec stał się wkrótce potem zupełnie bezwładny i nieprzytomny, a niebawem umarł.
Nie wiem, skąd przyszło mi do głowy, że ojciec ukrył gdzieś skarb, który po swej śmierci wolał przekazać mnie niż mojej matce; jeszcze za jego życia robiłam poszukiwania, ale nic nie znalazłam, po jego śmierci wszystko zostało opieczętowane. Napisałam do matki, proponując, że zostanę w domu jako zarządczyni, ona to odrzuciła i musiałam opuścić majątek. Wyszedł na jaw obustronny testament, mocą którego ona weszła w posiadanie i używanie wszystkiego, a ja pozostałam od niej zależna przez całe jej życie. Teraz dopiero zdawało mi się, iż zrozumiałam skinienia ojca; żałowałam go, iż był tak słaby, że nawet po swej śmierci musiał być względem mnie niesprawiedliwy. Niektórzy bowiem z moich przyjaciół utrzymywali nawet, że lepiej niemal byłoby, gdyby mnie wydziedziczył, i żądali, żebym zaskarżyła testament, na co jednak nie mogłam się zdecydować. Zanadto czciłam pamięć swego ojca; ufałam losowi, ufałam sobie samej.
Zostawałam zawsze w dobrym stosunku z pewną panią z sąsiedztwa, posiadającą wielkie dobra; przyjęła mnie z ochotą i łatwo mi było niebawem stanąć na czele jej gospodarstwa. Żyła bardzo regularnie i lubiła we wszystkim porządek, a ja dopomagałam jej wiernie w walce z rządcą i czeladzią. Nie jestem ani skąpa, ani nieżyczliwa, ale my, kobiety, w ogóle daleko surowiej nawet od mężczyzn nastajemy na to, ażeby nic się nie marnowało. Każde oszukaństwo jest dla nas nieznośne, chcemy, ażeby każdy tyle tylko używał, na ile jest do tego upoważniony.
I znowu byłam w swoim żywiole i w cichości opłakiwałam śmierć ojca. Moja opiekunka była ze mnie zadowolona; tylko jedna drobna okoliczność zakłócała mi spokój. Wróciła Lidia; matka moja była tyle okrutna, że odepchnęła biedną dziewczynę, kiedy już z gruntu była zepsuta. U mojej matki nauczyła się uważać namiętność za zawód; przywykła do nieumiarkowania w niczym. Kiedy się niespodzianie zjawiła, moja dobrodziejka przyjęła i ją także; chciała mi być pomocna, a nie mogła się wdrożyć do niczego.
W tym czasie przybywali często do domu krewni i domniemani spadkobiercy mojej pani i zabawiali się polowaniem. Bywał niekiedy z nimi i Lothar; bardzo rychło zauważyłam, jak silnie wyróżniał wśród wszystkich innych, ale bynajmniej nie w stosunku do mnie samej. Był grzeczny dla wszystkich i niebawem zdawało się, że Lidia zwraca na siebie jego uwagę. Miałam zawsze coś do roboty i rzadko bawiłam w towarzystwie; w jego obecności mówiłam mniej niż zazwyczaj, bo nie chcę przeczyć, że żywa rozmowa była dla mnie od dawna przyprawą życia. Lubiłam dużo mówić z ojcem o wszystkim, co się działo. O czym się nie rozprawia, tego się też nie obmyśla należycie. Żadnemu człowiekowi nigdy się chętniej nie przysłuchiwałam niż Lotharowi, kiedy opowiadał o swoich podróżach, o swoich wyprawach. Świat przed nim rozciągał się tak jasno, tak szeroko, jak przede mną okolica, w której gospodarowałam. Słuchałam nie dziwnych wypadków awanturnika, nie przesadzonych półprawd ograniczonego podróżnika, który wciąż przedstawia swoją osobę zamiast kraju, którego obraz obiecał nam pokazać; on nie opowiadał, lecz oprowadzał nas samych po tych miejscach; mało kiedy doznawałam tak czystej przyjemności.
Ale moje zadowolenie było niewymowne, kiedy pewnego wieczoru posłyszałam go mówiącego o kobietach. Rozmowa wysnuła się w sposób całkiem naturalny; odwiedziło nas kilka pań z sąsiedztwa i prowadziło zwykłe rozmowy o wykształceniu kobiet. Powiadano, że ludzie są niesprawiedliwi w stosunku do naszej płci, że mężczyźni chcą całą kulturę zachować dla siebie, że nie dopuszczają nas do żadnych umiejętności, że żądają, iżbyśmy były albo lalkami, albo gospodyniami. Lothar mało się odzywał na to wszystko, ale kiedy się towarzystwo zmniejszyło, otwarcie wypowiedział swoje zdanie również o tym.
— Dziwne — zawołał — że biorą za złe mężczyźnie, który chce postawić kobietę na najwyższym miejscu, jakie zająć jest zdolna: a któreż jest wyższe nad zarząd domu? Kiedy mężczyzna zmaga się ze stosunkami zewnętrznymi, kiedy musi zbierać i ochraniać posiadłości, kiedy nawet bierze udział w zarządzie państwa, to wszędzie zależy od okoliczności, powiedziałbym, nie rządzi niczym, chociaż zdaje mu się, że rządzi, zawsze tylko musi być polityczny, gdzieby chciał być rozumny, musi być skryty, gdzie pragnąłby być otwarty, musi być fałszywy, gdzie życzyłby sobie być uczciwy; kiedy on dla celu, którego nigdy nie osiąga, musi co chwila porzucać cel najpiękniejszy, harmonię z sobą samym, to rozumna gospodyni panuje w domu naprawdę i umożliwia całej rodzinie każdą czynność, każde zadowolenie. Cóż jest najwyższym szczęściem człowieka, jeżeli nie to, iżbyśmy wykonywali, co uważamy za słuszne i dobre? Żebyśmy rzeczywiście opanowywali środki do naszych celów? A gdzież mają, gdzie mogą być nasze najbliższe cele, jeżeli nie wewnątrz domu? Wszystkie wciąż wracające, niezbędne potrzeby, gdzież ich oczekujemy, gdzie ich wymagamy, jeżeli nie tam, gdzie wstajemy i kładziemy się, gdzie kuchnia i piwnica, i wszelkiego rodzaju zapasy powinny być zawsze gotowe dla nas i dla rodziny? Jakiejże to potrzeba regularnej działalności, ażeby ten wciąż wracający porządek przeprowadzić w niezachwianej żywotnej kolei! Jakże mało było mężczyzn, by wracać regularnie na podobieństwo gwiazdy i przewodzić zarówno dniowi, jak i nocy! By tworzyć sobie swoje narzędzia domowe, zasadzać i zbierać, przechowywać i wydawać i w tym kole krążyć ciągle ze spokojem, miłością i stosownością! Jeżeli kobieta objęła już to wewnętrzne panowanie, dopiero przez to czyni ona panem mężczyznę, którego kocha; jej dbałość nabywa wszelkiej wiedzy, a jej aktywność umie je wszystkie zużytkować. I tak od nikogo nie jest zależna i zapewnia swemu mężowi prawdziwą niezależność, domową, wewnętrzną; widzi, że co posiada, jest zabezpieczone, co zarabia, jest dobrze użyte, i może wówczas zwrócić swój umysł ku wielkim przedmiotom, a jeżeli szczęście dopisze, być tym dla państwa, z czym jego żonie w domu tak pięknie.
Dał następnie opis, jaką by pragnął, by była kobieta. Zaczerwieniłam się, bo opisywał mnie w moim życiu i czynnościach. W cichości napawałam się triumfem, a to tym bardziej, że widziałam ze wszystkich okoliczności, iż nie miał na myśli mnie osobiście, iż mnie właściwie nie znał. Nie pamiętam w całym swoim życiu żadnego przyjemniejszego wrażenia niż to, że mężczyzna, którego tak bardzo ceniłam, dał pierwszeństwo nie mojej osobie, ale mojej najgłębszej naturze. Jakąż nagrodę poczułam! Jakaż mi się dostała zachęta!
Kiedy odjechali, moja zacna przyjaciółka rzekła do mnie z uśmiechem:
— Szkoda, że mężczyźni często myślą i mówią o tym, czego nie pozwalają, by weszło w czyn; gdyż właśnie znalazłabym wyborną partię dla mojej kochanej Teresy.
Żartowałam z jej oświadczenia i dodałam, że wprawdzie rozsądek mężczyzn ogląda się za gospodyniami, ale ich serce i wyobraźnia tęskni za innymi przymiotami i że my, gospodynie, naprawdę nie możemy znieść współzawodnictwa miłych i powabnych dziewczyn.
Słowa te wypowiedziałam tak, że słyszała je Lidia, gdyż nie ukrywała ona, że Lothar zrobił na niej wielkie wrażenie, a i on za każdymi odwiedzinami zdawał się zwracać na nią coraz większą uwagę. Była biedna, nie pochodziła z wysokiego stanu, nie mogła się oprzeć rozkoszy, by wabić i być wabioną.
Nie kochałam nigdy przedtem, a i teraz nie kochałam również; jednak, chociaż było mi nieskończenie przyjemnie widzieć, jak wysoko postawiona i oceniona została moja natura przez tak szanowanego człowieka, nie myślę przeczyć, że nie byłam tym zupełnie zaspokojona. Pragnęłam także, żeby mnie poznał, żeby się mną osobiście zainteresował. Życzenie to powstało we mnie bez żadnej szczególnej myśli o tym, co może z tego wyniknąć.
Największą przysługą, jaką wyświadczyłam mojej dobrodziejce, było staranie o doprowadzenie do porządku pięknych lasów w jej dobrach. W tych czarownych posiadłościach, których wielką wartość wciąż powiększa czas i okoliczności, działo się niestety ustawicznie według starej rutyny; nigdzie nie było planu ni ładu, a kradzieży i oszukaństwu nie było końca. Niektóre góry stały puste, a równy wzrost miały już tylko najstarsze okazy. Obeszłam wszystko sama wraz z doświadczonym leśnikiem, kazałam zmierzyć lasy, kazałam ciąć, zasiewać, zasadzać i w krótkim czasie puściłam wszystko w ruch. Aby się łatwiej przedostawać konno, a nie doznawać nigdzie przeszkody pieszo, kazałam sobie zrobić męskie ubranie; byłam w wielu miejscach i wszędzie mnie się bali.
Posłyszałam, że towarzystwo młodych przyjaciół wraz z Lotharem zarządziło znowu polowanie; po raz pierwszy w życiu zachciało mi się pokazać, albo raczej (żeby nie być wobec siebie niesprawiedliwą) wydać się w oczach wspaniałego mężczyzny tym, kim byłam. Włożyłam swoje męskie ubranie, wzięłam strzelbę na plecy i poszłam z naszym strzelcem, by oczekiwać towarzystwa na granicy. Przybyło; Lothar nie od razu mnie poznał: jeden z siostrzeńców mojej dobrodziejki przedstawił mnie jako zręcznego leśnika, żartował z mojej młodości i przedłużał swoją fantazję na moją pochwałę dopóty, aż wreszcie Lothar mnie sobie przypomniał. Siostrzeniec pomagał memu zamiarowi, jak gdyby się ze mną na to umówił. Opowiadał szczegółowo i z wdzięcznością o tym, co zrobiłam dla dóbr jego ciotki, a więc i dla niego.
Lothar przysłuchiwał się uważnie, rozmawiał ze mną, wypytywał o wszystkie stosunki dóbr i okolicy, a ja rada byłam, że mogłam ukazać mu swoją wiedzę; z egzaminu wyszłam bardzo dobrze, przedstawiłam mu do oceny parę projektów do pewnych ulepszeń, pochwalił je, podał mi podobne przykłady i wzmocnił moje dowody, łącząc je w pewien związek ze sobą. Zadowolenie moje rosło z każdą chwilą.
Na szczęście jednak chciałam tylko być znana, nie chciałam zaś być kochana, gdyż wróciwszy do domu, spostrzegłam lepiej niż zwykle, że względy, jakie okazywał Lidii, zdawały się zdradzać tajemną skłonność. Osiągnęłam swój cel, a jednak nie byłam spokojna; on od tego dnia okazywał prawdziwy szacunek i szczere zaufanie, do mnie zazwyczaj przemawiał w towarzystwie, rozmawiał ze mną w towarzystwie, pytał o zdanie i wydawał się mieć do mnie zaufanie, szczególnie w sprawach gospodarskich, jak gdybym wiedziała wszystko. Jego rozumienie nadzwyczaj mnie orzeźwiało; nawet kiedy była mowa o ogólnej ekonomii krajowej i finansach, wciągał mnie do dyskusji, ja zaś w czasie jego nieobecności starałam się dowiedzieć coraz więcej o prowincji, ba, o całym kraju. Łatwo mi to przyszło, gdyż powtarzało się tam tylko w dużych rozmiarach to, co wiedziałam i znałam tak dobrze w małych.
Od tego czasu częściej przybywał do naszego domu. Mówiło się, mogę to powiedzieć, o wszystkim, ale w końcu nasza rozmowa stawała się do pewnego stopnia zawsze ekonomiczna, chociażby jedynie w niewłaściwym znaczeniu wyrazu. Rozprawialiśmy mianowicie dużo o tym, jak olbrzymie skutki wywołać może człowiek konsekwentnym zastosowaniem swoich sił, czasu, pieniędzy, nawet za pomocą środków, które wydają się drobne.
Nie opierałam się skłonności, która mnie ku niemu ciągnęła, i niestety poczułam aż nadto rychło, jak miłość moja była silna, jak serdeczna, jak czysta i szczera, ponieważ wydawało mi się, że coraz bardziej zauważam, że jego częstsze odwiedziny nie mnie, lecz Lidię miały na celu. Ona przynajmniej była o tym głęboko przekonana; uczyniła mnie swoją powiernicą, a przez to doznawałam niejakiej pociechy. To, co ona tłumaczyła sobie najbardziej na swoją korzyść, nie miało dla mnie wcale wielkiego znaczenia; nie było ani śladu zamiaru poważnego, trwałego związku; tym wyraźniej widziałam pociąg namiętnej dziewczyny, by za wszelką cenę należeć do niego.
Tak miały się rzeczy, kiedy pani domu zaskoczyła mnie niespodzianym oświadczeniem.
— Lothar — rzekła — ofiaruje ci swoją rękę i pragnie mieć cię zawsze przy boku przez całe życie.
Rozwodziła się o moich zaletach i rzekła mi, czego tak chętnie słuchałam, że Lothar jest przeświadczony, iż znalazł we mnie osobę, której od tak dawna sobie życzył.
Osiągnęłam tedy szczęście najwyższe; pragnął mnie człowiek, którego tak wysoko ceniłam, a którego i z którym przewidywałam zupełne, swobodne, rozległe, pożyteczne rozwinięcie swojej przyrodzonej skłonności, swego talentu zdobytego wprawą; suma całego mojego istnienia pomnożyła się jakby w nieskończoność. Zgodziłam się, przybył sam, mówił ze mną na osobności, podał mi rękę, patrzył mi w oczy, uściskał mnie i wycisnął pocałunek na moich ustach. Był pierwszym i ostatnim. Zwierzył mi się ze swego położenia, ile go kosztowała wyprawa amerykańska, jakimi długami obciążył swoje majątki, jak z tego powodu poróżnił się w pewnej mierze ze swym dziadkiem stryjecznym, jak ten zacny człowiek myśli zająć się jego losem, ale oczywiście po swojemu: że mu chce dać bogatą żonę, kiedy rozumnemu mężczyźnie tylko gospodarna jest prawdziwą pomocą, i że spodziewa się przekonać starca za pośrednictwem swej siostry. Wyjaśnił mi stan swego majątku, swoje plany, swoje widoki i prosił mnie o współdziałanie. Miało to pozostać tajemnicą tylko do czasu zezwolenia jego dziada.
Ledwie się oddalił, Lidia zapytała mnie, czy to nie o niej mówił. Zaprzeczyłam i zanudziłam ją opowiadaniem o rzeczach ekonomicznych. Była niespokojna, nie w humorze, a zachowanie się Lothara, gdy przybył znowu, nie polepszyło jej stanu.
Ale widzę, że słońce skłania się ku zachodowi! Masz szczęście, przyjacielu, gdyż inaczej musiałbyś wysłuchać tej historii, którą lubię sama sobie opowiadać, ze wszystkimi jej drobnymi okolicznościami. Pośpieszajmy, zbliżamy się do epoki, przy której niedobrze jest bawić długo.
Lothar zaznajomił mnie ze swoją siostrą, a wiedziała, jak przedstawić mnie dziadkowi; podbiłam starca; zezwolił na nasze życzenia, a ja powróciłam do swej dobrodziejki z pomyślną wiadomością. Sprawa nie była już tajemnicą w domu; Lidia, dowiedziawszy się o niej, sądziła, że słyszy coś niemożliwego. A gdy wreszcie nie mogła już o tym wątpić, zniknęła nagle i nie wiedziano, gdzie przepadła.
Dzień naszego związku zbliżał się, często prosiłam Lothara o jego portret, a kiedy miał odjeżdżać, przypomniałam mu obietnicę raz jeszcze.
— Zapomniałaś mi dać schowanko, do którego ma być dopasowany według twego życzenia — odpowiedział.
Było tak: miałam od przyjaciółki podarunek, który bardzo ceniłam. Pod szkłem zewnętrznym było przytwierdzone imię splecione z jej włosów; wewnątrz pozostała pusta w środku kość słoniowa, na której miał być właśnie namalowany jej wizerunek, kiedy mi ją na nieszczęście śmierć porwała. Miłość Lothara uszczęśliwiła mnie w chwili, kiedy utrata przyjaciółki była mi jeszcze bolesna; pragnęłam więc próżnię, którą pozostawiła mi w swym podarunku, wypełnić portretem mego przyjaciela.
Śpieszę do swego pokoju, wydobywam szkatułeczkę i otwieram ją w jego obecności; ledwie zajrzawszy, spostrzega medalion z wizerunkiem kobiecym, bierze go do ręki, wpatruje się uważnie i pyta porywczo:
— Kogo przedstawia ten portret?
— Moją matkę — odpowiedziałam.
— Ależ przysiągłbym — zawołał — że to portret pani Saint Alban, którą przed kilku laty spotkałem w Szwajcarii.
— To ta sama osoba — odrzekłam, uśmiechając się. — Nie wiedząc o tym, poznałeś swoją teściową. Saint Alban to nazwisko romantyczne, pod którym podróżuje moja matka i jako Saint Alban bawi teraz jeszcze we Francji.
— Jestem najnieszczęśliwszym ze wszystkich ludzi! — zawołał, ciskając portret do szkatułki.
Zakrył oczy ręką i natychmiast opuścił pokój. Wskoczył na konia; pobiegłam na balkon i wołałam za nim; odwrócił się, ręką przesłał pożegnanie, oddalił się śpiesznie — i już go nie ujrzałam.
Słońce zachodziło, Teresa spojrzała bystro w przestrzeń pełną gorącego blasku, a jej piękne oczy napełniły się łzami.
Teresa, milcząc, położyła na rękach swego nowego przyjaciela swoją rękę; on ucałował z uczuciem; ona osuszyła swe łzy i powstała.
— Wracajmy — rzekła — i zajmijmy się naszymi domownikami!
Rozmowa podczas drogi nie była żywa; wszedłszy furtką ogrodową, ujrzeli Lidię siedzącą na ławce; powstała, umknęła im i udała się do domu; w ręku miała papier, a przy niej były dwie dziewczynki.
— Widzę — rzekła Teresa — wciąż jeszcze nosi swoją jedyną pociechę, list Lothara. Przyjaciel obiecuje jej, że jak tylko wyzdrowieje, znowu żyć będzie przy jego boku, i prosi ją, ażeby do tego czasu spokojnie zabawiła u mnie. Te słowa ją podtrzymują, tymi wierszami pociesza się, ale jego przyjaciele są źle u niej zapisani.
Tymczasem zbliżyły się obie dziewczynki, powitały Teresę i zdały jej sprawę ze wszystkiego, co zaszło w domu w czasie jej nieobecności.
— Widzisz pan tutaj jeszcze jedną cząstkę moich zajęć — rzekła Teresa. — Z zacną siostrą Lothara zawarłam związek; wychowujemy wspólnie pewną liczbę dzieci; ja kształcę żywe i usłużne gospodynie, a ona bierze na siebie te, w których objawia się talent spokojniejszy i subtelniejszy, gdyż słuszną jest rzeczą dbać we wszelaki sposób o szczęście mężczyzn i gospodarstwa. Jeżeli pan poznasz moją szlachetną przyjaciółkę, to rozpoczniesz nowe życie; jej uroda, jej dobroć czynią ją godną czci całego świata.
Wilhelm nie śmiał wyznać, że on, niestety, zna już piękną hrabinę i że jego tymczasowy związek z nią boleć go będzie na wieki; rad był bardzo, że Teresa nie przedłużała rozmowy i że zajęcia zmusiły ją wrócić do domu. Pozostał tedy sam, a ostatnia wiadomość, że młoda, piękna hrabina także była już zmuszona zastępować dobroczynnością brak własnego szczęścia, zasmuciła go niezmiernie; czuł, że było to u niej jedynie koniecznością, by się rozerwać i na miejsce wesołego używania życia postawić nadzieję cudzej szczęśliwości. Uważał Teresę za szczęśliwą, iż nawet wobec tej niespodziewanej smutnej zmiany nie była potrzebna zmiana w niej samej.
— Jakże szczęśliwy jest ten nade wszystko — zawołał — kto, godząc się z losem, nie potrzebuje odrzucać całego swego poprzedniego życia!
Teresa przyszła do jego pokoju, przepraszając, że mu przeszkadza.
— Tu, w szafie ściennej — rzekła — mieści się cała moja biblioteka; są to książki, których raczej nie wyrzucam, niż zajmuję się zbiorem. Lidia prosi o duchową książkę, prawdopodobnie jest wśród nich jedna i druga. Ludzie, którzy cały rok są światowi, wyobrażają sobie, że podczas biedy powinni być duchowi; wszelkie dobro i moralność uważają za lekarstwo, które się przyjmuje ze wstrętem, kiedy się jest niezdrowym; w duchowym moraliście widzą tylko lekarza, którego nigdy za prędko nie można się pozbyć z domu; ja wszakże wyznać muszę, że mam o moralności pojęcie jako o diecie, która wtedy właśnie staje się dietą, gdy czynię ją prawidłem życia, nie spuszczając jej z oczu przez cały rok.
Szukali wśród książek i znaleźli kilka tak zwanych pism budujących.
— Uciekania się do tych książek — rzekła Teresa — nauczyła się Lidia od mojej matki; komedia i romans były jej życiem, dopóki kochanek dochowywał wierności; jego odejście przynosiło natychmiast uznanie dla tych książek. W ogóle nie mogę zrozumieć — mówiła dalej — jak można było uwierzyć, że Bóg mówi do nas z książek i historyjek. Komu świat nie objawia bezpośrednio, jaki jest między nimi stosunek, komu serc nie mówi, co winien sobie i bliźnim, ten chyba się tego nie dowie z książek, które właściwie na to się przydadzą, by naszym omyłkom nadawać nazwy.
Pozostawiła Wilhelma samego, a on spędził wieczór na przeglądaniu biblioteczki; rzeczywiście zebrał ją tylko przypadek. Teresa przez te kilka dni, jakie Wilhelm u niej spędził, zachowywała się zawsze jednakowo; w różnych odstępach czasu, bardzo szczegółowo opowiadała mu następstwa swej przygody. Pamiętała dzień i godzinę, miejsce i imię, a my tu pokrótce podajemy to, co nasi czytelnicy powinni wiedzieć.
Przyczyna pośpiesznego oddalenia się Lothara dała się, niestety, łatwo objaśnić: spotkał w podróży matkę Teresy; wdzięki jej pociągnęły go; nie była względem niego skąpa, i otóż ten nieszczęśliwy, szybko pominięty wypadek oddalił go od związku z dziewicą, którą sama natura, jak się zdawało, utworzyła dla niego. Teresa pozostała w jasnym zakresie swoich zajęć i obowiązków. Dowiedziano się, że Lidia przemieszkiwała potajemnie w sąsiedztwie. Była szczęśliwa, gdy małżeństwo, chociaż z nieznanych przyczyn, nie zostało dopełnione; starała się zbliżyć do Lothara i zdaje się, że uczynił zadość jej życzeniom bardziej z rozpaczy niż ze skłonności, bardziej z zaskoczenia niż z rozwagi, bardziej z nudy niż z zamiaru.
Teresa była pod tym względem spokojna; nie rościła do niego dalszych pretensji, a nawet gdyby został jej małżonkiem, miałaby może dość odwagi do zniesienia takiego związku, jeśliby tylko nie naruszał jej porządku domowego; przynajmniej często powiadała, że żona, która dobrze utrzymuje sprawy domowe, może wybaczyć mężowi każdą fantazyjkę i być zawsze pewna jego powrotu do niej.
Matka Teresy rychło doprowadziła swoje stosunki majątkowe do nieporządku; córka musiała za to płacić, gdyż mało od niej otrzymywała. Stara dama, opiekunka Teresy, umarła, zapisując jej w testamencie małą kolonijkę i niejaki kapitalik. Teresa umiała natychmiast dostosować się do szczupłego obrębu; Lothar ofiarował jej lepszy majątek, Jarno pośredniczył, ale ona odrzuciła propozycje.
— Chcę — powiedziała — pokazać na małym, że byłam godna dzielić z nim wielkie; zastrzegam sobie jednak, żebym, jeśli przypadek wprawi mnie w kłopot, czy to z powodu mnie samej, czy kogoś innego, najpierw, bez wahania mogła się uciec do swego zacnego przyjaciela.
Nic nie bywa mniej ukryte i niewykorzystane niż celowe działanie. Ledwie się urządziła na swoim małym mająteczku, a już sąsiedzi starali się o bliższe poznanie się z nią i o radę, a nowy właściciel przyległych dóbr dał dość wyraźnie do zrozumienia, że tylko od niej zależy, czy zechce przyjąć rękę i zostać dziedziczką większości jego majątku. Wspominała już o tym związku Wilhelmowi i przy sposobności żartowała wraz z nim z małżeństwa i niedobranych par.
— Nic bardziej — mówiła — nie pobudza ludzi do gadania, niż kiedy zostanie zawarte małżeństwo, które według siebie mogą nazwać niedobraną parą, a przecież niedobrane pary są zwyklejsze od dobrych małżeństw; gdyż, niestety, po krótkim czasie większość związków wygląda bardzo nieładnie! Pomieszanie stanów przez małżeństwa o tyle tylko zasługuje na nazwę niedobranej pary, kiedy jedna połowa nie może wziąć żadnego udziału w bycie wrodzonym, zamienionym w przyzwyczajenie i jakby koniecznym dla drugiej połowy. Różne stany mają różne tryby życia, których nie mogą ani dzielić z sobą, ani zmienić, i to sprawia, że lepiej byłoby takich związków nie zawierać, ale wyjątki, i to wyjątki naprawdę szczęśliwe, są możliwe. I tak małżeństwo młodej dziewczyny ze starszym mężczyzną jest zawsze niedobre, a jednak widziałam nieraz, jak dobrze mu się powodziło. Co do mnie, znam tylko jedno małżeństwo niestosowne, gdybym musiała świętować i reprezentować; wolałabym raczej oddać rękę któremukolwiek uczciwemu synowi dzierżawcy z sąsiedztwa.
Wilhelm pomyślał wreszcie o powrocie i prosił swoją nową przyjaciółki, by wyjednała mu pożegnanie u Lidii. Namiętna dziewczyna dała się wzruszyć; powiedział jej kilka przyjaznych słów, a ona odrzekła:
— Przemogłam pierwszy ból. Lothar zawsze mi będzie drogi, ale znam jego przyjaciół i boleję, że takie ma otoczenie. Ksiądz byłby zdolny dla mrzonki pozostawić ludzi w nędzy albo w nią nawet wtrącić, lekarz pragnąłby wszystko doprowadzić do jednakowości; Jarno nie ma serca, a pan — co najmniej charakteru! Postępuj pan tylko tak dalej i daj się użyć za narzędzie tym trzem ludziom; polecą panu jeszcze niejedną egzekucję. Wiem bardzo dobrze, że przez długi czas nienawidzili mojej obecności; nie odkryłam wprawdzie ich tajemnicy, ale zauważyłam, że ukrywali jakąś tajemnicę. Do czego te zamknięte pokoje? Te dziwne korytarze? Dlaczego nikt nie może się dostać do wielkiej wieży? Dlaczego gdy tylko mogli, wypędzali mnie do mojej izby? Przyznaję, że z początku zazdrość nasunęła mi to odkrycie; bałam się, czy gdzieś nie ukrywa się jakaś szczęśliwa rywalka. Teraz już tak nie myślę, jestem przekonana, że Lothar mnie kocha, że postępuje ze mną uczciwie, ale niemniej jestem przeświadczona, że sztuczni i fałszywi przyjaciele go oszukują. Jeżeli pan chcesz się mu zasłużyć, jeżeli ma panu zostać przebaczone, co pan względem mnie popełniłeś, to uwolnij go pan z rąk tych ludzi. Ale czegóż to ja się spodziewam! Oddaj mu pan ten list, powtórz mu, co on zawiera: że go wiernie kochać będę, że zdaję się na jego słowo... Ach! — zawołała, powstając i płacząc na szyi Teresy — otaczają go moi nieprzyjaciele, postarają się w niego wmówić, że nic dla niego nie poświęciłam. O, najlepszy mężczyzna lubi słyszeć, że godzien jest wszelkiej ofiary, nie potrzebując być za nią wdzięczny.
Pożegnanie Wilhelma z Teresą było pogodniejsze; pragnęła widzieć go znowu niebawem.
— Znasz mnie pan całkowicie — rzekła — pozwoliłeś mi wciąż mówić; na przyszły raz pańskim obowiązkiem będzie odwzajemnić się za moją szczerość.
W drodze powrotnej miał dosyć czasu, by żywo rozważać we wspomnieniu ten nowy, jasny obraz. Jakimże zaufaniem go przejęła! Myślał o Mignon i Feliksie, jak szczęśliwe byłyby te dzieci pod taką opieką; potem myślał o sobie samym i czuł, jaką byłoby rozkoszą żyć obok tak zupełnie jasnej istoty ludzkiej. Kiedy się zbliżył do zamku, jego uwagę bardziej niż zwykle przykuła wieża z wieloma krużgankami i przybudówkami; postanowił przy najbliższej sposobności wywołać o niej rozmowę u Jarna lub księdza.