V

Lena ocknęła się nagle i nie podnosząc głowy z poduszki, objęła spojrzeniem pokój, w którym była sama. Wstała prędko, jakby chcąc tym energicznym ruchem przeciwdziałać strasznemu upadkowi ducha. Lecz upadek ten trwał tylko chwilę. Opanowała się zaraz, przez dumę, przez miłość, z konieczności — a także przez kobiecą ambicję, która znajduje zaspokojenie w zaparciu się siebie. Gdy Heyst wrócił od gości, spotkała go jasnym spojrzeniem i uśmiechem.

Odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech, ale zauważyła, że unika jej wzroku. Ściągnęła więc wargi, spuściła oczy i — z tych samych co przedtem pobudek — pośpieszyła odezwać się do niego obojętnym tonem, który przybrała bez wysiłku, jakby od wschodu słońca zdążyła nabrać wprawy w udawaniu.

— Byłeś tam znowu?

— Tak. Przyszło mi na myśl, że — ale przede wszystkim muszę ci powiedzieć, że straciliśmy Wanga na dobre.

— Na dobre? — powtórzyła, jakby nie rozumiejąc.

— Na dobre czy na złe — nie umiałbym odpowiedzieć, gdybyś mnie zapytała. Podziękował za służbę. Odszedł.

— Ale spodziewałeś się, że odejdzie — prawda?

Heyst usiadł z drugiej strony stołu.

— Tak, spodziewałem się tego, odkąd odkryłem, że przywłaszczył sobie rewolwer. Mówi, że go nie wziął. To było do przewidzenia. Chińczyk nigdy nie uzna, że trzeba się przyznać do winy. Przeczy z zasady wszelkim oskarżeniom: ale Wang nie mógł się spodziewać, że mu uwierzę. Przy końcu był trochę zagadkowy, Leno. Przestraszył mnie.

Heyst urwał. Lena wyglądała na zatopioną w myślach.

— Przestraszył mnie — powtórzył Heyst. Zauważyła niepokój w jego głosie i odwróciła nieco głowę, aby spojrzeć na niego przez stół.

— To musiało być coś niezwykłego, jeżeli ty się przestraszyłeś — rzekła. W głębi rozchylonych warg, podobnych do dojrzałego granatu, połyskiwały białe zęby.

— To było tylko jedno słowo — i kilka gestów. Narobił porządnego hałasu. Dziwię się, że ciebie nie obudził. Jaki ty masz mocny sen! No jakże, czy dobrze się już czujesz?

— Zupełnie dobrze — rzekła, obdarzając go znów promiennym uśmiechem. — Nie słyszałam żadnego hałasu i bardzo się z tego cieszę. Boję się szorstkiego głosu tego człowieka. Nie lubię tych wszystkich cudzoziemców.

— Przestraszył mnie w chwili gdy odchodził — a właściwie, gdy wypadł z salonu. Kiwnął głową w stronę twego pokoju i pokazał palcem kotarę. Wiedział naturalnie, że tam jesteś. Zdawał się myśleć — zdawał się podsuwać mi myśl, że grozi ci jakieś szczególne niebezpieczeństwo. Ty wiesz, jak on się wyraża.

Nic na to nie odpowiedziała, nie wyrzekła ani słowa, tylko nikły rumieniec odpłynął z jej policzków.

— Tak — ciągnął Heyst. — Zdawało się, że usiłuje mnie przed czymś ostrzec. O to mu widocznie chodziło. Czy wyobrażał sobie, że zapomniałem o twoim istnieniu? Jedno jedyne słowo, które wymówił, to było: „dwoje”. Przynajmniej tak to brzmiało. Tak, powiedział: „dwoje”; i że mu się to nie podoba.

— Co to ma znaczyć? — szepnęła.

— Wiemy co znaczy słowo: dwoje — prawda, Leno? Nas jest dwoje. Chyba nigdy jeszcze nie było na świecie dwojga ludzi tak bardzo osamotnionych! A może Wang chciał mi przypomnieć, że i on ma kobietę, nad którą musi czuwać? Czemu taka jesteś blada, Leno?

— Czy rzeczywiście jestem blada? — spytała niedbale.

— Ależ tak! — Heyst był prawdziwie zaniepokojony.

— W każdym razie nie ze strachu — oświadczyła szczerze.

I rzeczywiście, zgroza, która ją ogarnęła, nie odebrała jej jednak panowania nad sobą; właśnie dlatego było to może jeszcze cięższe do zniesienia, ale nie pozbawiało jej sił.

Z kolei Heyst uśmiechnął się do niej.

— Nie widzę tu doprawdy żadnego powodu do strachu.

— Chciałam powiedzieć, że nie boję się o siebie.

— Mam cię za bardzo odważną — rzekł. Twarz jej znów się zaróżowiła. — A ja — ciągnął Heyst — taki jestem oporny w stosunku do wrażeń zewnętrznych, że nie mógłbym nazwać siebie odważnym. Nie reaguję dość mocno. — Zmienił ton. — Wiesz, że dziś z samego rana byłem u tych ludzi?

— Wiem. Bądź ostrożny! — szepnęła.

— Ciekaw jestem, jak można być ostrożnym! Miałem długą rozmowę z tym... ale ty ich nie widziałaś. Jeden z nich, to fantastycznie cienki i długi osobnik o pozorach chorego; nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby był rzeczywiście chory. Mówił o tym z tajemniczym naciskiem. Przypuszczam, że chorował na febrę tropikalną, ale nie tak bardzo, jak stara się we mnie wmówić. To jest — jak się to mówi — człowiek z towarzystwa. Zdawało mi się, że zacznie opowiadać swoje przygody — o które go nie pytałem — ale zamiast tego zauważył, że to długa historia i że może innym razem —

— „Pan chciałby zapewne wiedzieć kim jestem?” — zapytał.

— Odrzekłem, że pozostawiam to jego woli, tonem, którego dobrze wychowany człowiek nie może nie zrozumieć. Podniósł się na łokciu — leżał cały czas na łóżku polowym — i rzekł:

— „Jestem tym, który —”

Lena zdawała się nie słuchać, lecz gdy Heyst przestał mówić, zwróciła ku niemu głowę szybkim ruchem. Wydało mu się, że to był ruch badawczy, ale się mylił. Wrażenia jej były mgliste; cała jej energia skupiła się w walce, którą pragnęła podjąć w wielkim porywie miłości i zaparcia się siebie, tego wzniosłego rysu kobiecości; którą pragnęła prowadzić sama jedna aż do ostatka, wszystkiego mu oszczędzając — nawet świadomości tego, co czyniła, o ile by to było możliwe. Byłaby chciała zamknąć go gdzieś podstępem. Gdyby była w stanie uśpić go na kilka dni, użyłaby środków nasennych lub czarów bez najmniejszego wahania. Uważała, że jest za dobry na zetknięcie się z ludźmi tego rodzaju, a przy tym niedostatecznie uzbrojony. To ostatnie spostrzeżenie nie miało jednak nic wspólnego z materialnym faktem zniknięcia rewolweru. Lena nie umiała ocenić tego faktu w całej rozciągłości.

Heyst, obserwując jej oczy tkwiące w nim bez ruchu i jakby niewidome — gdyż skupienie odejmowało im wszelki wyraz — wyobraził sobie, że to jest skutek wielkiego wysiłku myśli.

— Nie pytaj mnie, Leno, co to miało znaczyć; nie wiem i wcale go o to nie spytałem. Jak ci już mówiłem, ten pan przepada najwidoczniej za mistyfikacją. Nic mu nie odpowiedziałem, a on złożył na powrót głowę na zwiniętej derce służącej za poduszkę. Udawał, że jest niezmiernie wyczerpany, ale podejrzewam, że byłby najzupełniej zdolny do skoczenia każdej chwili na równe nogi. Mówił, że został wyłączony z własnej sfery, ponieważ nie chciał zastosować się do pewnych ogólnie przyjętych prawideł; a teraz jest buntownikiem i odbywa wędrówkę po szerokim świecie. Ponieważ nie miałem ochoty słuchać tych wszystkich bredni, rzekłem mu, że słyszałem już o kimś podobną historię. Uśmiech jego jest doprawdy okropny. Wyznał mi, że nie jestem wcale podobny do człowieka, którego spodziewał się zastać. Potem rzekł:

— „Co się zaś mnie tyczy, nie jestem wcale czarniejszy od tego osobnika, o którym pan myśli i mam tyleż co i on determinacji”.

Heyst spojrzał przez stół na Lenę, która wsparła się na łokciach, ująwszy twarz w obie ręce. Poruszyła lekko głową na znak porozumienia.

— Trudno wyrazić się jaśniej, prawda? — rzekł Heyst sarkastycznie. — A może miał to być miły żart w jego pojęciu; bo gdy skończył mówić, wybuchnął długim, hałaśliwym śmiechem. Nie zawtórowałem mu!

— Szkoda — szepnęła Lena.

— Nie zawtórowałem mu. Nie przyszło mi to na myśl. Mało jest we mnie z dyplomaty. A było to pewnie wskazane, bo zdaje mi się, że zagalopował się w zwierzeniach i starał się osłabić swoje słowa przez tę sztuczną wesołość. Lecz w gruncie rzeczy dyplomacja nie oparta na sile nie lepszą jest podporą od zbutwiałej trzciny. I nie wiem, czy byłbym się roześmiał, nawet gdyby mi to przyszło na myśl. Nie wiem. Byłoby to przeciwne mojej naturze. Czy mógłbym się roześmiać? Za długo żyłem pogrążony w samym sobie, śledząc tylko cienie i odblaski życia. Oszukiwać kogoś w sprawie, którą można by rozstrzygnąć szybciej przez usunięcie tegoż człowieka — oszukiwać, bo się jest rozbrojonym, bezsilnym, niezdolnym nawet do ucieczki — nie! To mi się wydaje zanadto poniżające. A przecież mam ciebie tutaj! Trzymam w ręku twoje życie. I cóż ty na to, Leno? Czy byłbym zdolny rzucić cię lwom na pożarcie, aby swoją godność ocalić?

Wstała z krzesła, okrążyła szybko stół, siadła lekko na jego kolanach i, obejmując go za szyję, szepnęła do ucha:

— Możesz to zrobić, jeżeli zechcesz. Chyba tylko w taki sposób zgodziłabym się ciebie opuścić. Tylko dla czegoś w tym rodzaju. Choćby to nie było większe od twego małego palca.

Musnęła wargami jego usta i wstała, nim zdążył ją zatrzymać. Siadłszy z powrotem na krześle, oparła się znowu łokciami o stół. Trudno było uwierzyć, że w ogóle wstawała z miejsca. Przelotny ciężar jej ciała na kolanach Heysta, uścisk ramienia naokoło szyi, szept który przeniknął mu do ucha, dotknięcie warg na ustach — wszystko to mogło być nierealnym wrażeniem snu, który wdarł się w rzeczywistość czarownym mirażem wśród bezpłodnej oschłości myśli. Zawahał się, czy ma dalej mówić, póki nie odezwała się rzeczowym tonem:

— No i cóż dalej?

Heyst drgnął.

— No i nie zawtórowałem mu. Czekałem aż się sam naśmieje do syta. Trząsł się cały i wyglądał jak rozbawiony szkielet pod bawełnianą kapą, którą się nakrył — pewno aby zasłonić rewolwer trzymany w prawej ręce. Nie widziałem tego wprawdzie, ale miałem wyraźne wrażenie, że trzyma broń w garści. Po chwili odwrócił ode mnie oczy i wpatrzył się w jakiś kąt; obejrzałem się i zobaczyłem, że w rogu pokoju tuż za mną przycupnęło kudłate, dzikie stworzenie przywiezione przez tych ludzi. Nie było go tam, gdy wszedłem. Poczucie, że ten potwór czyha za moimi plecami, nie przypadało mi do gustu. Gdybym był mniej zdany na ich łaskę i niełaskę, usiadłbym na pewno gdzie indziej; ale w tych okolicznościach zmiana miejsca byłaby tylko słabością. Nie poruszyłem się więc wcale. Człowiek leżący na łóżku oświadczył, że może mnie zapewnić o jednej rzeczy: oto jego obecność na wyspie nie jest bardziej godna potępienia niż moja.

— „Dążymy do tego samego celu” — rzekł — „tylko ja z większą otwartością niż pan — i z większą prostotą”.

— To są jego własne słowa — ciągnął Heyst, popatrzywszy chwilę na Lenę w badawczym milczeniu. — Spytałem go, czy wiedział przedtem, że tu mieszkam; odpowiedział mi tylko okropnym uśmiechem. Nie nalegałem na odpowiedź, Leno. Zdawało mi się, że lepiej nie nalegać.

Na gładkim jej czole promień słońca zdawał się zawsze spoczywać. Rozpuszczone włosy, rozdzielone na środku głowy, przesłaniały ręce, na których wsparła głowę. Zajęcie, z jakim słuchała opowiadania, było tak wielkie, że wyglądała jak przykuta do miejsca przez jakiś czar. Heyst nie milczał długo. Nawiązał znów dość gładko opowieść, zaczynając od komentarza:

— Byłby skłamał bezczelnie — a ja nie cierpię słuchać kłamstw. Sprawia mi to przykrość. Najwidoczniej nie umiem sobie radzić ze sprawami szerokiego świata. Ale nie chciałem, aby ten człowiek sobie wyobrażał, że zbyt potulnie znoszę jego obecność; więc oświadczyłem, że wędrówki jego po świecie nic mnie nie obchodzą, chyba pod jednym tylko względem: oto jestem szczerze zainteresowany, kiedy rozpocznie je znowu.

— Zwrócił mi wtedy uwagę na stan swego zdrowia. Gdybym był sam na wyspie, tak jak oni przypuszczają, parsknąłbym mu w twarz śmiechem. Ale ponieważ nie jestem sam... Słuchaj, Leno, czy jesteś pewna, że nie byłaś w żadnym miejscu, gdzie mogliby cię dostrzec?

— Jestem pewna — rzekła szybko.

Widać było, że te słowa przyniosły mu ulgę.

— Rozumiesz mnie, Leno; jeśli cię proszę żebyś się trzymała w ukryciu, to tylko dlatego, że niegodni są patrzeć na ciebie — mówić o tobie. Biedactwo ty moje! Nie mogę zapanować nad tym uczuciem. Czy mnie rozumiesz?

Poruszyła z lekka głową, nie potakując ani nie zaprzeczając.

— Jednak będą musieli zobaczyć mnie kiedyś —

— Ciekaw jestem, jak długo uda ci się pozostać niewidzialną — szepnął Heyst w zadumie. Pochylił się nad stołem. — Pozwól mi skończyć. Zapytałem go wręcz, czego chce ode mnie. Odniósł się do tego bardzo niechętnie. Odrzekł, że nie ma potrzeby się śpieszyć. Zaznaczył przy tym, że jego sekretarz, a właściwie wspólnik, chwilowo jest nieobecny; poszedł na pomost, aby obejrzeć łódź. Wreszcie zaproponował mi, że odłoży do pojutrza zakomunikowanie mi pewnej wiadomości. Zgodziłem się na to, ale oświadczyłem, że wcale nie jestem tej wiadomości ciekawy i nie wyobrażam sobie, aby jego sprawy mogły mnie obchodzić.

— „Proszę pana” — odrzekł — „mamy z sobą daleko więcej wspólnego, niż pan myśli”.

Heyst uderzył nagle pięścią w stół.

— To były kpiny! Jestem tego pewien.

Zawstydził się nieco tego wybuchu i uśmiechnął się z lekka, patrząc w nieruchome oczy Leny.

— I cóż byłbym mógł zrobić, nawet mając kieszenie pełne rewolwerów?

Skinęła głową potakująco.

— Pewnie, że zabójstwo jest grzechem — szepnęła.

— Wyszedłem — ciągnął Heyst. — Zostawiłem go leżącego na boku z zamkniętymi oczami. Wróciłem tutaj i widzę, że wyglądasz, jakbyś była chora. Co to było, Leno? Tak mnie przestraszyłaś! Poszłaś się położyć, a ja rozmawiałem przez ten czas z Wangiem. Spałaś spokojnie. Usiadłem tu i zacząłem zastanawiać się nad wszystkim, co się stało, usiłując przeniknąć ukryte znaczenie wypadków i zrozumieć ich przebieg. Przyszło mi na myśl, że te dwa dni, które mamy przed sobą, wyglądają jak rozejm. Im więcej myślę o tym, tym wyraźniej czuję, że nastąpiło pod tym względem milczące porozumienie między mną i Jonesem. Ta okoliczność jest dla nas pomyślna — jeśli w ogóle może być coś pomyślnym dla ludzi tak jak my zaskoczonych. Wang odszedł. Ten postąpił przynajmniej otwarcie; ale nie wiem, co może strzelić mu do głowy i przyszło mi na myśl, że lepiej ostrzec tych ludzi, iż nie odpowiadam już za Chińczyka. Nie chciałbym, aby pan Wang uczynił jakiś krok, który by przyśpieszył akcję przeciwko nam. Czy rozumiesz, o co mi chodzi?

Skinęła głową potwierdzająco. Całą jej duszę ogarnęło namiętne postanowienie i egzaltowana wiara w siebie; pochłaniała ją myśl o przedziwnej sposobności, dzięki której mogła zdobyć niezawodnie miłość tego człowieka — zdobyć ją na wieczność.

— Nigdy nie widziałem dwóch ludzi — mówił Heyst — bardziej jakąś wiadomością poruszonych niż Jones i jego sekretarz, który był już wtedy z powrotem. Nie słyszeli moich kroków. Przeprosiłem ich, że przeszkadzam.

— „Ależ broń Boże! broń Boże” — rzekł Jones.

— Sekretarz cofnął się w róg pokoju i śledził mnie spode łba jak czujny kot. Obaj najwidoczniej mieli się na baczności.

— „Przyszedłem” — mówię do nich — „aby panów zawiadomić, że mój służący odszedł — opuścił mnie”.

Z początku spojrzeli po sobie, jakby nie rozumiejąc moich słów; ale wnet się bardzo stropili.

— „Pan mówi, że pański Chińczyk uciekł?” — spytał Ricardo, wyłażąc ze swego kąta. — „Tak sobie, ni stąd ni zowąd? Dlaczego uciekł?”

— Odrzekłem, że każdy Chińczyk postępuje zawsze według ściśle określonych i prostych powodów, ale wydobyć z niego te powody wcale nie jest łatwo. Oświadczył mi tylko, że „nie podoba mu się”.

Popatrzyli jeden na drugiego, niezmiernie zmieszani. — „Co mu się nie podoba?” — zapytali.

— Wygląd pana i pańskich ludzi — rzekłem do Jonesa.

— „Co za głupstwo!” — wykrzyknął Jones, a krępy Ricardo wtrącił natychmiast:

— „Powiedział to panu? Za cóż on pana ma — za niemowlę? A może to pan — bez obrazy — bierze nas za dzieci? Założę się, że pan teraz powie, że panu coś zginęło”.

— „Nie miałem zamiaru tego panom mówić” — rzekłem — „ale tak jest rzeczywiście”.

— Ricardo trzepnął się po udzie.

— „Zaraz to pomyślałem. Panie szefie, co pan powie o tym kawale?”

— Jones dał mu jakiś znak i wtedy niezwykły ten wspólnik o twarzy kota zaproponował mi, że wraz ze służącym pomoże mi złapać czy zabić Chińczyka.

— Odrzekłem, że nie przyszedłem prosić o pomoc. Nie mam zamiaru ścigać Chińczyka. Chcę tylko przestrzec ich, że Chińczyk ma broń i że jest naprawdę przeciwny pobytowi ich na wyspie. Chciałem, aby zrozumieli, że nie jestem odpowiedzialny za to, co może nastąpić.

— „Czy pan chce przez to powiedzieć” — spytał Ricardo — „że po wyspie kręci się zwariowany Chińczyk z sześciostrzałowym rewolwerem i że pana to nic nie obchodzi?”

— To dziwne; nie chcieli wierzyć moim słowom. Przez cały czas zamieniali znaczące spojrzenia. Ricardo przysunął się do swego zwierzchnika, naradzili się po cichu i wynikło z tego coś nieoczekiwanego — propozycja dość nieprzyjemna.

— Ponieważ nie chciałem przyjąć ich pomocy w ściganiu Chińczyka, oświadczyli że przyślą mi przynajmniej swego człowieka do obsługi. Jones wystąpił z tym projektem, a Ricardo poparł go.

— „Tak, tak — nasz Pedro będzie gotował dla wszystkich w pańskiej kuchni. On wcale nie taki zły jak wygląda. Tak będzie najlepiej”.

— Wypadł z pokoju na werandę i gwizdnął przeraźliwie na Pedra. Usłyszawszy w odpowiedzi wycie bestii, wbiegł z powrotem do pokoju.

— „Tak, panie Heyst. To świetny pomysł, panie Heyst. Pan wyda mu tylko rozporządzenie co do obsługi, żeby wiedział, czego pan wymaga. Dobrze?”

— Przyznam ci się, Leno, że zaskoczyli mnie tym najzupełniej. Niczego podobnego nie mogłem się spodziewać. I nie wiem, czego się właściwie spodziewałem. Tak się o ciebie niepokoję, że nie mogę trzymać się z daleka od tych wstrętnych łotrów. A nie więcej jak dwa miesiące temu byłoby mi to wszystko jedno. Byłbym kpił sobie z ich łajdactw, tak jak pogardzałem dotychczas wszystkimi zaczepkami życia. Ale teraz mam ciebie! Wkradłaś się w moje życie i...

Heyst odetchnął głęboko. Lena spojrzała szybko na niego rozszerzonymi oczami.

— Och, więc o tym myślisz — myślisz, że mnie masz!

Niepodobna było odgadnąć myśli kryjących się w spokojnych, siwych oczach; niepodobna było zdać sobie sprawy z jej milczenia, z jej słów, a nawet uścisków. Heyst wychodził z jej ramion z uczuciem niepewności.

— Więc jeśli do mnie nie należysz, jeżeli ciebie tu nie ma, gdzie jesteś? — krzyknął Heyst. — Rozumiesz mnie bardzo dobrze!

Potrząsnęła z lekka głową. Czerwone wargi, na które patrzył w tej chwili — równie czarujące jak głos, który z nich się dobywał — wyszeptały:

— Słyszę, co mówisz; ale co znaczą twoje słowa?

— Znaczą, że mógłbym dla ciebie kłamać, a może nawet się poniżyć.

— Nie, nie! nie rób tego nigdy! — rzekła z pośpiechem, a oczy jej nagle błysnęły. — Znienawidziłbyś mnie potem.

— Znienawidziłbym cię? — powtórzył Heyst, wróciwszy do zwykłego, uprzejmego tonu. — Nie! Po cóż wypowiadasz przypuszczenie najmniej prawdopodobne — na razie. Ale muszę ci wyznać, że... jak to nazwać? że ukryłem prawdę. Najpierw — ukryłem przerażenie wywołane nieprzewidzianymi skutkami mojej idiotycznej dyplomacji. Czy rozumiesz mnie, moja droga dziewczynko?

Nie rozumiała najwidoczniej słowa: dyplomacja. Heyst zdobył się na żartobliwy uśmiech, który stanowił dziwny kontrast z jego zmęczonym wyrazem twarzy. Skronie zapadły mu się z lekka, twarz wydawała się szczuplejszą.

— Widzisz, Leno, w dyplomatycznym powiedzeniu wszystko jest prawdziwe prócz uczucia, które zdaje się je dyktować. Nie byłem nigdy dyplomatą w stosunku do ludzi — bynajmniej nie ze względu na nich, ale wskutek pewnego szacunku dla swoich własnych uczuć. Dyplomacja nie idzie w parze ze szczerą pogardą. Mało dbałem o życie, a jeszcze mniej o śmierć.

— Nie mów tak!

— Otóż — ukryłem moją gorącą chęć chwycenia tych łajdaków za gardło — ciągnął Heyst. — Mam tylko dwie ręce — chciałbym ich mieć sto, aby się bronić — a tam były trzy gardła. W owej chwili ten ich Pedro był również w pokoju. Gdyby zobaczył, że mam do czynienia z dwoma gardłami, skoczyłby do mojego jak dziki pies, albo jaka inna wściekła i wierna bestia. Ukryłem bez wysiłku tęsknotę za pospolitym, głupim i beznadziejnym argumentem walki. Oświadczyłem im, że nie potrzebuję nikogo i nie chcę, aby pozbywali się dla mnie swego sługi, ale nie chcieli mnie wcale słuchać. Postanowienie ich było niewzruszone.

— „Poślemy go zaraz do pana” — rzekł Ricardo — „niech się zabiera do gotowania obiadu dla nas wszystkich. Chyba nie ma pan nic przeciw temu, abym przyszedł do pana na obiad; a szefowi przyślemy jedzenie tu do domu”.

— Pozostawało mi tylko trzymać język za zębami albo rozpocząć kłótnię, która by wydobyła na jaw ich ciemne cele; a my nie jesteśmy w stanie tym celom się przeciwstawić. Mogłabyś, naturalnie, nie pokazać się tego wieczoru; ale wobec tego, że ta wstrętna, dzika bestia będzie się nam wałęsała po domu, jak długo da się ukryć twoją obecność?

Rozpacz Heysta czuło się nawet w jego milczeniu. Głowa dziewczyny, wsparta na rękach ukrytych pod gęstymi splotami włosów, nie poruszyła się wcale.

— Czy jesteś pewna, że dotąd ciebie nie widzieli? — zapytał nagle.

Odpowiedziała, siedząc wciąż bez ruchu:

— Jakże mogę być pewna? Powiedziałeś mi, że nie życzysz sobie, aby mnie widzieli — więc też trzymałam się w ukryciu. Nie pytałam o powody. Przypuszczałam, że nie chcesz, aby wiedziano, że masz przy sobie taką jak ja dziewczynę.

— Ja kto? Myślałaś, że się ciebie wstydzę? — krzyknął Heyst.

— Bo to chyba nie jest właściwe — naturalnie ze względu na ciebie — prawda?

Heyst podniósł ręce z uprzejmą wymówką.

— Uważam to za tak dalece właściwe, że nie mogę znieść myśli, aby ktokolwiek spojrzał na ciebie bez przychylności i bez szacunku. Ci ludzie wzbudzili we mnie wstręt i nieufność od pierwszej chwili. Czyż mogłaś tego nie zrozumieć?

— Nie pokazywałam się przecież — odrzekła.

Nastała cisza. Wreszcie Heyst poruszył się z lekka.

— Wszystko to nie ma teraz znaczenia — rzekł, wzdychając. — Tu chodzi o coś nierównie ważniejszego od złych myśli czy spojrzeń, choćby nie wiem jak nikczemnych i godnych pogardy. Mówiłem ci już, że nic nie odpowiedziałem na propozycję Ricarda. Gdy już odchodziłem, rzekł:

— „Panie Heyst, jeśli pan ma przypadkiem klucz od swojej śpiżarni, niech mi go pan wręczy; oddam go naszemu Pedrowi”.

— Miałem klucz przy sobie i podałem mu go bez słowa. Włochaty stwór stał przy drzwiach i chwycił klucz rzucony przez Ricarda, zręczniej niż tresowana małpa. Odszedłem. Przez cały ten czas myślałem o tobie — niepokoiłem się, że śpisz tu sama i że jesteś prawdopodobnie chora.

Heyst urwał i przechylił głowę, nasłuchując. Doszedł go z podwórza słaby trzask łamanego chrustu. Wstał i, przeszedłszy przez pokój, wyjrzał tylnymi drzwiami.

— Jest już ten potwór — rzekł, podchodząc do stołu. — Jest tam i rozpala ogień. Ach, moja ty droga!

Powiodła za nim oczyma. Wyszedł ostrożnie na frontową werandę, spuścił ukradkiem parę zasłon, które wisiały między słupami, i stał bez ruchu, jakby obserwując co się dzieje na dworze. Tymczasem Lena wstała także, aby wyjrzeć na dziedziniec. Heyst, spojrzawszy przez ramię, spostrzegł że wraca na swoje miejsce i przywołał ją znakiem. Szła ku niemu przez ciemny pokój, czysta i jasna, w białej sukni, z rozpuszczonymi włosami; wolny chód, wyciągnięta ręka i jakby niewidzące siwe oczy, pełne blasku w półcieniu, czyniły ją podobną do lunatyczki. Nigdy przedtem nie widział na jej twarzy takiego wyrazu. Było w nim rozmarzenie, skupiona uwaga i coś w rodzaju powagi. Gdy wyciągnięta ręka Heysta zatrzymała ją we drzwiach, ocknęła się nagle i z lekka zaczerwieniła — a rumieniec jej, odpływając, uniósł z sobą ten dziwny wyraz, który ją zupełnie przeobrażał. Śmiałym ruchem odrzuciła w tył ciężkie sploty włosów. Jasność lgnęła do jej czoła; delikatne nozdrza drgały. Heyst chwycił ją za ramię i szepnął podniecony:

— Przesuń się tędy, prędko! Zasłony cię zakryją. Uważaj, schody są odsłonięte. Oni dopiero co wyszli — tamci dwaj. Lepiej, żebyś ich zobaczyła, zanim...

Cofnęła się nieznacznie, ale opanowała się natychmiast i przystanęła. Heyst puścił jej ramię.

— Tak, może lepiej abym ich zobaczyła — rzekła z nienaturalną rozwagą i, wyszedłszy na werandę, stanęła tuż przy nim.

Patrzyli przez szpary między brzegiem płótna i słupami oplecionymi przez pnące rośliny — z dwóch stron zasłony. Żar wznosił się nieustanną falą z prażonej przez słońce ziemi, jakby płynął z tajemnej głębi ognistego jej serca; niebo ochłodło już bowiem i słońce stoczyło się nisko, rzucając w stronę domku cienie pana Jonesa i jego giermka — jeden smukły, drugi krępy i szeroki.

Dwaj goście przystanęli i patrzyli przed siebie. Aby podtrzymać fikcję choroby, Jones, wielki pan, oparł się o ramię Ricarda, sekretarza, którego kapelusz sięgał mu do ramienia.

— Widzisz ich? — szepnął Heyst Lenie do ucha. — Oto są ci posłowie z dalekiego świata. Oto masz ich przed sobą — przemyślne zło i instynktowną dzikość — ramię w ramię. Brutalną siłę mają w pogotowiu. Godna siebie trójca; jakże mam ich powitać? Przypuśćmy, że jestem uzbrojony; czy mógłbym zastrzelić teraz tych dwóch tak jak stoją? Czy byłbym do tego zdolny?

Nie odwracając głowy, Lena poszukała ręki Heysa, ścisnęła ją i już jej nie puściła. Mówił dalej z żartobliwą goryczą:

— Nie wiem. Zdaje mi się, że nie byłbym do tego zdolny. Jest we mnie jakaś cecha, która nakłada na mnie bezsensowny obowiązek, abym unikał nawet pozoru morderstwa. Nie pociągnąłem nigdy za cyngiel i nie podniosłem ręki na nikogo — nawet we własnej obronie.

Urwał, poczuwszy silniejszy uścisk jej dłoni.

— Ruszają z miejsca — szepnęła.

— Czyżby chcieli przyjść tutaj? — zaniepokoił się Heyst.

— Nie, nie idą w naszą stronę — rzekła Lena i znów zamilkli. — Wracają do siebie — rzekła wreszcie.

Śledziła ich jeszcze czas jakiś, po czym puściła rękę Heysta i odeszła od zasłony. Wrócił za nią do pokoju.

— Widziałaś ich — zaczął. — Wyobraź sobie tylko wrażenie, którego doznałem, gdy wylądowali o zmierzchu — jak jakie zjawy morskie, widma, chimery! Ale te zjawy nie znikły. To najgorsze ze wszystkiego. Nie mają prawa trwać — lecz trwają. Powinny budzić we mnie wściekłość. Ale przewartościowałem już wszystko — i gniew, i oburzenie, i nawet pogardę. Został tylko wstręt. Odkąd opowiedziałaś mi o tej ohydnej potwarzy — ten wstręt stał się wprost olbrzymi. Nawet i mnie samego ogarnął. — Spojrzał na nią w górę.

— Ale mam ciebie na szczęście. I gdyby Wang nie był porwał tego przeklętego rewolweru... Tak, Leno, otośmy tutaj — we dwoje!

Położyła mu obie ręce na ramionach, patrząc prosto w oczy. Odwzajemnił jej przenikliwe spojrzenie, ale nie zrozumiał. Nie mógł przebić szarej zasłony jej wzroku; lecz smutek jej głosu wzruszył go do głębi.

— Czy to nie wymówka? — spytała z wolna.

— Wymówka? Czyż to słowo może paść między nami? Mógłbym czuć żal tylko do siebie. Ale wspomnienie Wanga nasunęło mi pewną myśl. Nie poniżyłem się dosłownie ani nie skłamałem, lecz zataiłem prawdę. A ty ukrywałaś się — wprawdzie na moją prośbę, ale jednak się ukrywałaś. Nie można powiedzieć, aby to było postępowanie pełne godności. Dlaczego byśmy teraz nie spróbowali żebrać? To szlachetne zajęcie! Tak, Leno, teraz wyjdziemy razem. Nie mogę myśleć o pozostawieniu ciebie samej, a przy tym muszę — tak, muszę pomówić z Wangiem. Pójdziemy szukać tego człowieka, który wie czego chce i umie zdobyć sobie to, czego chce. Pójdziemy zaraz!

— Dobrze, tylko upnę włosy — zgodziła się natychmiast i znikła za kotarą.

Gdy kotara opadła, Lena odwróciła głowę ku drzwiom z wyrazem wielkiej, tkliwej troski — troski o człowieka, którego — czuła to — nigdy nie zrozumie i którego nie spodziewała się nigdy zadowolić; jak gdyby namiętność jej była uczuciem daleko niższego rzędu, niezdolnym do zaspokojenia podniosłych i subtelnych pragnień wzniosłej jego duszy. W parę minut zjawiła się znowu. Wyszli z domu przez tylne drzwi i minęli o trzy kroki zdumionego Pedra, nie patrząc nawet w jego stronę. Pedro, pochylony nad ogniskiem z chrustu, podniósł głowę i kołysząc się niezgrabnie, odsłonił olbrzymie kły w gapiowatym zdumieniu. Potem potoczył się nagle na krzywych nogach w stronę drugiego domku, aby podzielić się ze swymi panami zdumiewającym odkryciem kobiety.