Rozdział VI

Władze najwidoczniej były tego samego zdania. Rozprawa sądowa nie została odłożona. Odbyła się w wyznaczonym dniu, tłumu na nim nie brakło zapewne dlatego, że w wypadku tym wchodziły w grę rozliczne odczucia ludzkie. Nie było żadnych wątpliwości co do faktów — przynajmniej co do jednego materialnego faktu. Jakim sposobem Patna została uszkodzona, nie sposób było się dowiedzieć; sąd nawet nie spodziewał się odkrycia tej tajemnicy, a w całym audytorium ani jeden człowiek nie interesował się tym. Jak już mówiłem, wszyscy marynarze znajdujący się w tym czasie w forcie byli obecni w sądzie, licznie reprezentowany był też cały handel nadmorski. Wiedzieli o tym czy nie, ciągnęło ich tu zainteresowanie czysto psychologicznej natury — oczekiwanie na wyjawienie całej siły, potęgi, całej okropności ludzkich wzruszeń. Rozumie się, że nic podobnego nie mogło zostać wyjawione. Przesłuchanie jedynego człowieka, który był w stanie i chciał poddać się śledztwu, obracało się bezużytecznie wokół dobrze znanego faktu i pytania rzucane w tej kwestii były równie pouczające jak stukanie młotkiem o żelazne pudełko, w którym mieści się poszukiwany przedmiot. Urzędowe badanie nie mogło być czym innym. Celem jego było nie zasadnicze „dlaczego”, ale powierzchowne „jak” całej tej sprawy.

Ten młody człowiek mógłby dać istotne wyjaśnienie, ale chociaż ta właśnie rzecz interesowała całe audytorium, zadawane mu pytania odciągały go z konieczności od tego, co dla mnie na przykład byłoby jedyną prawdą godną poznania; ale czyż możecie się spodziewać, by ukonstytuowane władze zbadały stan duszy ludzkiej — lub przynajmniej stan jego wątroby? Ich zadaniem było rozpatrywanie skutków i, mówiąc szczerze, urzędnik policyjny i asesorowie floty niezdatni są do niczego innego. Wcale nie twierdzę, że byli oni głupcami. Prezes sądu był bardzo cierpliwy. Jeden z asesorów był kapitanem żaglowca, miał rudą brodę i świętoszkowaty charakter. Drugi — był to Brierly. Wielki Brierly. Słyszeliście pewno o nim — o kapitanie najwytworniejszego okrętu linii Blue Star!

Zdawał się skrajnie znudzony honorem, jakiego dostąpił. Nigdy w swym życiu nie popełnił omyłki, nie miał żadnego wypadku, niepowodzenia, nie doświadczył żadnego wahania się w swojej karierze i był to jeden z tych szczęśliwych ludzi, którzy nie znają uczucia niezdecydowania, a tym mniej niedowierzania sobie. Mając lat trzydzieści dwa, otrzymał najlepszą komendanturę i umiał to docenić. Nie było równej posady na całym świecie; gdybyście go przyparli do muru, ręczę, że wyznałby, iż w jego mniemaniu nie ma drugiego takiego komendanta. Wybór padł na odpowiedniego człowieka. Reszta ludzkości, niedowodząca szesnastowęzłowym stalowym parowcem Ossa, należała do rzędu marnych istot. Niejednemu uratował życie na morzu, szedł z pomocą zagrożonym okrętom, dostał złoty chronometr od towarzystwa asekuracyjnego i binokle z odpowiednim napisem od jakiegoś obcego państwa na pamiątkę oddanych usług. Był głęboko przekonany o swych zasługach i słuszności otrzymywanych nagród. Ja go dość lubiłem, chociaż wiem, że wielu moich znajomych, skądinąd łagodnych i poczciwych, zupełnie nie mogło go znieść. Nie miałem najmniejszej wątpliwości co do tego, że czuł wobec mnie wyższość — gdybyś był władcą Wschodu i Zachodu, nie mógłbyś nie odczuć niższości w jego obecności — ale ja nie odczuwałem żadnego rodzaju obrazy. Nie pogardzał mną za coś, czemu mógłbym zapobiec, lecz za to, czym byłem. Stałem się jednostką niegodną uwagi dla tej prostej przyczyny, że nie byłem uprzywilejowaną osobistością — Montagiem Brierly, komendantem Ossy, właścicielem złotego chronometru i binokli oprawnych w srebro, świadczących o doskonałości mojej jako marynarza oraz o nieposkromionej odwadze; nie posiadałem tak jasnej świadomości moich zasług i doniosłości mych nagród obok uwielbienia i miłości nadzwyczajnego psa — gdyż nigdy taki człowiek nie był tak kochany przez takiego psa. Wszystko to były braki nie do naprawienia; ale gdy się zastanowiłem, że mój nieszczęsny los dzielą miliony istot ludzkich, uznałem, że mogę znieść przypadającą na mnie cząstkę jego pogardliwej litości przez wzgląd na coś nieokreślonego a pociągającego w tym człowieku. Nigdy nie zdołałem określić sobie tej atrakcyjności, ale były chwile, że mu jej zazdrościłem. Życie nie zostawiło na jego duszy śladu większego od drapnięcia szpilką po gładkiej powierzchni skały. To było godne zazdrości. Gdy patrzyłem na niego, gdy siedział obok skromnego, bladego urzędnika przewodniczącego śledztwu, jego zupełne zadowolenie z siebie przedstawiało dla mnie i całego świata powierzchnię twardą jak granit. Wkrótce potem odebrał sobie życie.

Nic dziwnego, że sprawa Jima nudziła go i gdy ja myślałem z czymś podobnym do strachu o bezmiarze jego pogardy dla przesłuchiwanego młodzieńca, on prawdopodobnie prowadził badanie swej wewnętrznej istoty. Werdykt w tej sprawie musiał być bezwarunkowo obwiniający, zaś to, jakie znalazł dowody, pozostanie tajemnicą, którą zabrał ze sobą, rzucając się do morza. Jeżeli znam się trochę na ludziach, była to sprawa pierwszorzędnej wagi, jedna z tych, które budzą drzemiące idee — powołują do życia pewne myśli, do których towarzystwa nieprzyzwyczajony człowiek woli zakończyć życie. Wiem doskonale, że przyczyną samobójstwa nie były ani pieniądze, ani pijaństwo, ani kobieta. Rzucił się w morze w tydzień po skończonym śledztwie, trzeciego dnia po wypłynięciu z portu, jak gdyby w tym właśnie miejscu, w środku wód, ujrzał wrota tamtego świata otwierającego się na jego przyjęcie.

A jednak to nie był impuls jednej chwili. Jego osiwiały pomocnik, marynarz pierwszej wody, przyjemny dla obcych, ale w stosunku ze swym zwierzchnikiem najopryskliwszy z ludzi — opowiadał mi tę historię ze łzami w oczach. Podobno, gdy przyszedł tego dnia na pokład, Brierly zajęty był pisaniem w kabinie kompasowej.

— Było dziesięć minut do czwartej — mówił — strażnicy nie zeszli jeszcze ze swego stanowiska. Usłyszał, że rozmawiam na pomoście z jednym z majtków i zawołał mnie. Ociągałem się z pójściem, to prawda, kapitanie Marlow — ja nie mogłem wytrzymać z kapitanem Brierly, mówię to panu ze wstydem; nigdy nie wiemy, z jakiej gliny człowiek jest ulepiony. Został wyniesiony ponad niejedną głowę, nie licząc mojej, i miał taki przeklęty sposób bycia, że czułeś się wobec niego mały, choćby nic innego prócz „dzień dobry” nie mówił. Zwracałem się do niego tylko w kwestiach odnoszących się do moich obowiązków, a i tak z trudnością utrzymywałem język za zębami i zachowywałem się przyzwoicie. — (Pochlebiał sobie. Często dziwiłem się, jak Brierly może znieść jego sposób bycia dłużej niż przez połowę podróży). — Mam żonę i dzieci — mówił dalej — służyłem dziesięć lat, oczekując wciąż jak głupiec jaki — komendantury. On wołał zawsze: „Proszę tu podejść, panie Jones” — tym swoim pyszałkowatym głosem — „Proszę tu podejść, panie Jones!” Poszedłem. „Sprawdzimy pozycję” — rzekł pochylając się nad kartą z narzędziem mierniczym w ręce. Zgodnie z przepisami oficer pełniący obowiązki strażnika, schodząc z pozycji, powinien był to zrobić. W każdym razie nic nie odpowiedziałem i patrzyłem, jak oznaczał położenie okrętu małym krzyżykiem i zapisywał datę miesiąca i godzinę. Zdaje mi się, że go widzę, jak zapisuje: siedemnasty, czwarta rano. Rok wypisany czerwonym atramentem na górze. Mapa wystarczała kapitanowi Brierly tylko na rok. Mam ją teraz u siebie. Gdy skończył robotę, patrzył z uśmiechem na zapisane cyfry i nagle spojrzał na mnie. „Jeszcze tak przebędzie trzydzieści dwie mile — rzekł wówczas — wszystko będzie dobrze i możesz zmienić kierunek na dwadzieścia stopni więcej ku południowi!”

Właśnie mijaliśmy od północy Hector Bank. Odparłem: „Dobrze, panie kapitanie!” dziwiąc się, dlaczego zawraca mi tym głowę, kiedy przed zmianą kierunku będę musiał i tak zwrócić się do niego. Osiem razy zadzwoniono: wyszliśmy na pomost, oficer schodząc z placówki, ogłosił w zwykły sposób: „siedemdziesiąt jeden!” Kapitan Brierly spojrzał dookoła. Było jeszcze ciemno, a gwiazdy błyszczały tak jasno jak w mroźną noc w strefach północnych. Nagle rzekł z lekkim westchnieniem: „Idę na tył okrętu i ustawię za ciebie miernik na zerze, w ten sposób nie zajdzie już omyłka, trzydzieści dwie mile w tym kierunku i wówczas będziecie bezpieczni. Należy więc poprawić na sześć setnych, to znaczy trzydzieści na cyferblacie. Po co mamy tracić czas — prawda?” Nigdy nie słyszałem, aby tak długo rozmawiał o rzeczach w mym mniemaniu bezużytecznych. Milczałem. Zszedł po drabinie, a pies, towarzyszący mu zawsze i w dzień, i w nocy, szedł za nim, z nosem wysuniętym naprzód. Słyszałem stukot obcasów kapitana, gdy nagle się zatrzymał, mówiąc do psa: „wracaj Rover. Na pomost, piesku! No — dalej!” Następnie zawołał do mnie: „Zamknij tam psa, panie Jones, dobrze?”

Tak to po raz ostatni słyszałem jego głos, kapitanie Marlow. Takie były jego ostatnie słowa zwrócone do istoty ludzkiej, panie! — Tu głos starego zadrżał. — Widocznie bał się, że ta bestia skoczy za nim, rozumie pan? — ciągnął dalej z tłumionym łkaniem. — Tak, kapitanie Marlow, wszystko za mnie zrobił i — uwierzy pan? — nalał oliwy, gdzie trzeba było. Naczynie z oliwą stało tam, gdzie je zostawił. Jeden z majtków poszedł o pół do szóstej prać bieliznę na tyle okrętu, raptem rzucił wszystko i przybiegł na pomost. „Panie Jones, chodź pan” rzekł. „Tam jest dziwna rzecz, boję się tego dotknąć”. Był to złoty chronometr kapitana Brierly powieszony starannie pod belką.

Jak tylko to zobaczyłem, coś mnie tknęło i wiedziałem już wszystko. Nogi się pode mną zachwiały. To tak, jak gdybym go widział, gdy padał; mogłem powiedzieć, jak daleko pozostał. Miernik wskazywał osiemnaście mil i trzy czwarte, a z głównego masztu wyrwano cztery żelazne gwoździe. Zapewne włożył je do kieszeni, by powiększyć ciężar, ale Boże, czymże mogły być te gwoździe dla takiego człowieka jak kapitan Brierly! Może jego zaufanie w siebie samego zachwiane zostało w ostatniej chwili. To chyba był jedyny taki wypadek w jego życiu; ale mogę przysiąc za niego, że gdy się raz znalazł w morzu, nie kiwnął palcem, by się wyratować, jak również, że miałby dość odwagi, by walczyć cały dzień, gdyby wypadł z okrętu przypadkiem. Tak, panie. Nikt mu nie dorównywał, sam to mówił, słyszałem kiedyś. W nocy napisał dwa listy: jeden do Towarzystwa, drugi do mnie. Dał mi mnóstwo wskazówek co do podróży — choć byłem już marynarzem, kiedy go jeszcze na świecie nie było — jak również niezliczone rady co do postępowania mego z naszymi ludźmi w Szanghaju, abym mógł pozostać komendantem Ossy. Pisał jak ojciec do ukochanego syna, kapitanie Marlow, a ja byłem od niego o dwadzieścia pięć lat starszy i znałem smak morskiej wody, gdy on jeszcze koszulę w zębach nosił. W liście do właściciela — który pozostawił otwarty, widocznie abym go przeczytał — pisał, że zawsze spełniał swe obowiązki, aż do tej chwili — a nawet i teraz nie zdradza położonego w nim zaufania, gdyż powierza okręt pieczy najbardziej wytrawnego marynarza, jakiego tylko znaleźć można — myślał o mnie, o mnie, panie! Mówił im, że jeżeli przez swój ostatni czyn nie stracił zaufania, jakie mieli do niego, to ocenią moją wierną służbę i zwrócą uwagę na jego gorące polecenia, gdy pomyślą o jego następcy. I wiele jeszcze podobnych rzeczy. Oczom własnym nie wierzyłem. Zatrzęsło mną całym — opowiadał stary wyga z wielkim wzruszeniem, rozgniatając coś w kącie oka palcem szerokim jak łopata. — Czy myślisz pan, że jego skok dał sposobność nieszczęśliwemu człowiekowi do wydobycia się nareszcie na wierzch? Taka nagła śmierć wytrąciła mnie z równowagi na cały tydzień, a nadzieja, że stanę się kimś odbierała mi przytomność. Ale nie ma obawy. Na Ossę został przeniesiony kapitan Pelionu — wsiadł w Szanghaju na pokład, wyświeżony jak laleczka, w szarym garniturku, z włosami rozczesanymi na dwie strony. „O — jestem — a — waszym nowym kapitanem, panie — panie — Jones!” Tak był zlany jakimiś zapachami, że aż śmierdział, kapitanie Marlow. Śmiem twierdzić, że to spojrzenie, jakie mu rzuciłem, spowodowało, że się jąkał. Mruknął coś o moim zawodzie — i że lepiej, bym się od razu dowiedział, że jego pomocnik został kapitanem na Pelionie — ale on tu nic nie zawinił. A ja mu rzekłem: „Daj pan pokój staremu Jonesowi, do diabła z nim, on przywykł do tego”. Od razu spostrzegłem, że uraziłem jego delikatne ucho i gdyśmy po raz pierwszy jedli razem śniadanie, w brzydki sposób czepiał się to tego, to owego. Takiego głosu nie słyszałem dawno. Zacisnąłem zęby, oczy wpiłem w jakiś punkt i trzymałem się, jak mogłem najdłużej; ale w końcu coś mu odpowiedziałem; a on jak nie skoczy, jak nie machnie tymi pięknymi piórkami niby walczący kogut, jak nie krzyknie! „Przekonasz się, że masz do czynienia z kim innym, nie z nieboszczykiem kapitanem Brierly!” — „Przekonałem się” — odparłem ponuro, udając, że jestem bardzo zajęty krajaniem mięsa. „Jesteś starym łajdakiem, panie — a — Jones! Mało tego, znany jesteś z tego wśród załogi!” — rzucił mi w oczy. Przeklęty pomywacz stał obok i otwierał gębę od ucha do ucha, słuchając tych słów. „Może jestem twardą sztuką — odparłem — ale nie na tyle, by znieść pański widok na miejscu kapitana Brierly!” Mówiąc to, położyłem mój nóż i widelec. „Chciałbyś tu sam siedzieć — ot, jak wyłazi szydło z worka! — szydził. Wyszedłem z jadalni, zebrałem manatki i znalazłem się na wybrzeżu z całym mym majątkiem. Tak. Na los szczęścia — rzucony na wybrzeże — po dziesięciu latach służby — sześćset mil od żony i czworga dzieci, które każdy kąsek chleba otrzymywały tylko z mojej pensji. Tak, panie! Wolałem to, niż słyszeć złe słowo o kapitanie Brierly. Zostawił mi te szklanki — oto są — i pragnął, bym się zaopiekował psem. Oto jest. — No, Rover, biedny piesku! Gdzie kapitan?

Pies spojrzał na nas smutnymi żółtymi oczyma, rozpaczliwie zawył i wgramolił się pod stół.

Wszystko to się działo ponad dwa lata później, na pokładzie starej landary „Tire Queen”, nad którą pieczę powierzono Jonesowi zupełnie przypadkowo. Stary gadał dalej:

— Ach, panie, kapitan Brierly będzie wspominany tutaj, choćby na całym świecie o nim zapomniano. Napisałem szczegółowo do jego ojca i nie otrzymałem jednego słowa odpowiedzi — ani „dziękuję”, ani „idź do diabła!” — nic! Może nie chcieli o tym słyszeć.

Widok starego Jonesa wycierającego spoconą, łysą głowę czerwoną chustką, smutne skomlenie psa, nędza tej pełnej much kabiny będącej jedynym relikwiarzem wspomnień po zmarłym kapitanie Brierly, rzucało światło niewymownie lichego patosu na tę pamiętną postać; było ono jakby pośmiertną zemstą losu za jego wiarę we własną wspaniałość, która wyrzuciła z jego życia wszelkie niemiłe uczucia. Ale czy wszystkie! Kto wie, może i w swym samobójstwie znalazł coś dla siebie pochlebnego?

— Dlaczego on popełnił ten czyn gwałtowny, kapitanie Marlow — czy nie domyśla się pan? — pytał Jones, zaciskając dłonie. — Po co? Dlaczego? — Stuknął się po niskim, pomarszczonym czole. — Gdyby był stary, miał długi lub pomieszanie zmysłów! Ale on nie należał do tego rodzaju ludzi, co tracą zmysły! Możesz mi pan wierzyć. Wszak każdy pomocnik wie o swym kapitanie wszystko, co warto wiedzieć. Młody, bogaty, ze świetną pozycją... Siedzę tu czasami i myślę, myślę, aż w głowie mi się kręci. Ale musiała być jakaś przyczyna.

— Może być pan pewny, panie Jones — rzekłem — że było coś takiego, co ani mnie, ani panu spokoju by nie zakłóciło.

A wówczas, jak gdyby jakieś światło rozjaśniło jego otumaniony mózg, biedny stary Jones znalazł słowa o dziwnej głębi. Otarł nos i kiwając z ubolewaniem głową, rzekł:

— Oj! Oj! Żaden z nas, panie, nie myślał tak dobrze o sobie samym.

Wspomnienie ostatniej mej rozmowy z Brierlym zabarwione jest świadomością tego, jaki koniec wkrótce potem go spotkał. Rozmawiałem z nim po raz ostatni w trakcie trwania śledztwa. Było to po pierwszej przerwie, wyszliśmy razem na ulicę. Był w stanie podniecenia, rozdrażnienia, co mnie mocno zdziwiło, zwykle zachowywał najzupełniejszy chłód i raczył rozmawiać z odcieniem rozbawienia i pobłażliwości, jak gdyby egzystencja jego interlokutora była niezłym żartem.

— Złapali mnie do tej roboty, jak pan widzi — zaczął i narzekał na niedogodności codziennego stawiania się w sądzie. — A Bóg raczy wiedzieć, jak długo to potrwa. Trzy dni, przypuszczam! — Przysłuchiwałem się w milczeniu; był to moim zdaniem równie dobry jak każdy inny sposób trzymania jego strony. — I po co to? To najgłupsze wyjście, jakie można sobie wyobrazić — ciągnął dalej w uniesieniu. Zrobiłem uwagę, że tu nie było wolnego wyboru. Przerwał mi gwałtownie. — Cały czas czuję się jak głupiec. — Spojrzałem na niego. Bardzo daleko już to zaszło, skoro Brierly tak mówił o Brierlym. Stanął nagle, chwycił klapę mego surduta i z lekka pociągnął. — Po co dręczymy tego młodego chłopca? — spytał.

To pytanie tak harmonizowało z pewnymi mymi myślami, że mając w oczach postać tego ohydnego renegata — odparłem natychmiast:

— Powieś mnie pan, jeżeli wiem, chyba dlatego, że on pozwala wam na to.

Zdziwiłem się, widząc, że on się nie oburza na ten mój okrzyk, który powinien mu się wydać tajemniczy. Odparł gniewnie:

— No cóż, tak. Czyż on nie widzi, że ten jego przeklęty kapitan umknął? Na cóż on czeka? Nic go nie zdoła uratować. On jest zgubiony. — Szliśmy dalej w milczeniu. — Po co mamy się babrać w tym całym błocie? — krzyknął ze wschodnią energią, z jaką spotkać się można w okolicach pięćdziesiątego południka.

Zdumiewałem się kierunkiem jego myśli, ale teraz mocno podejrzewam, że to było zgodne z jego charakterem: w gruncie rzeczy biedny Brierly musiał myśleć o sobie. Wyjaśniłem mu, że kapitan Patny podobno sobie usłał wygodne gniazdko i zawsze i wszędzie będzie miał środki, by umknąć, gdy zajdzie tego potrzeba. Z Jimem rzecz się miała inaczej: rząd trzyma go w pomieszczeniu przeznaczonym dla majtków, a on z pewnością nie ma grosza przy duszy. Ucieczka kosztuje.

— Doprawdy? Nie zawsze — zawołał, gorzko śmiejąc się, a na dalsze moje uwagi odparł — To pozwólcie mu zagrzebać się dwadzieścia stóp pod ziemią i pozostać tam! Na Boga! Ja bym to zrobił!

Nie wiem dlaczego, ale ton jego podrażnił mnie i rzekłem:

— To jest pewnego rodzaju odwaga, stawić temu czoło, jak on to zrobił; wszak on wie doskonale, że gdyby uciekł, nikt by nie zadał sobie fatygi, by go ścigać.

— Do diabła z taką odwagą! — wrzasnął Brierly. — Ten rodzaj odwagi nie utrzyma człowieka na prostej drodze, ani odrobinę nie dbam o taką odwagę. Mógłbyś pan raczej powiedzieć, że jest to rodzaj tchórzostwa — miękkości. Wie pan, co powiem, ja złożę dwieście rupii, jeżeli pan dodasz sto, aby ten biedak umknął jutro wczesnym rankiem. Jeżeli płynie w nim krew szlachetna, to zrozumie. On musi to zrobić! To piekielne badanie przy tłumie publiczności jest zbyt okropne: on tam siedzi, gdy ci przeklęci tuziemcy składają zeznania, mogące człowieka spalić na popiół ze wstydu. To jest rzecz wstrętna, obrzydliwa. Jak to, Marlowie, czyż nie odczuwa pan tego, nie rozumiesz, że to jest wstrętne z punktu widzenia marynarza? Gdyby umknął, wszystko to skończyłoby się natychmiast.

Brierly wymówił te słowa z niezwykłym u niego podnieceniem i zdawało się, że szuka swej chustki. Oblałem go zimną wodą, oświadczając, że tchórzostwo tych czterech ludzi nie wydaje mi się sprawą tak wielkiej doniosłości.

— I pan nazywa siebie marynarzem! — rzekł gniewnie.

Odparłem, że mam się za marynarza i mam nadzieję, że nim jestem. Po tych słowach wykonał szeroki gest, zdający się pozbawiać mnie indywidualności, spychać mnie w szeregi tłumu.

— Najgorsze jest to — rzekł — że wszyscy nie macie pojęcia o godności; za mało myślicie o tym, za kogo was ludzie mają.

Rozmawiając tak, szliśmy powoli i zatrzymaliśmy się w tym samym miejscu, z którego potworny kapitan Patny znikł jak lekkie piórko porwane podmuchem huraganu. Uśmiechnąłem się. Brierly mówił dalej.

— To hańba! Wszak są rozmaici między nami — nawet patentowane łotry; ale, do pioruna, musimy dbać o zawodową przyzwoitość, bo inaczej staniemy się gromadą gałganiarzy. Nam wierzą. — Rozumiesz to pan? Ufają nam! Szczerze mówiąc, ani trochę nie dbam o wszystkich pielgrzymów przybywających z Azji, ale przyzwoity człowiek nie postąpiłby tak, mając jako ładunek stare gałgany. Nie jesteśmy jakimś zorganizowanym ciałem, a jedyną rzeczą trzymającą nas razem jest właśnie poczucie tego rodzaju przyzwoitości. Taka sprawa niweczy całą ufność, jaką człowiek posiada. Człowiek może przeżyć całe życie na morzu, nie będąc na nic narażony. Ale gdy przyjdzie chwila próby... Aha!... Gdybym ja... — Nie dokończył i zmienionym głosem dodał: — Dam panu dwieście rupii, Marlowie, a pan rozmów się z tym chłopakiem. Do diabła z nim! Wolałbym, by się tu nigdy nie zjawił. Zdaje mi się, że nasze rodziny się znają. Ojciec jego jest pastorem i przypominam sobie teraz, że go spotkałem, gdy w zeszłym roku bawiłem u mego kuzyna w Essex. Jeżeli się nie mylę, to stary szczycił się swym synem marynarzem. To okropne! Ja tego sam zrobić nie mogę, ale pan...

Takim więc sposobem z powodu Jima ujrzałem prawdziwego Brierly’ego i mogłem odczuć jego tajemnicę na parę dni przedtem, zanim powierzył ją ostatecznie morzu. Naturalnie nie chciałem mieszać się w tę sprawę. Ton tych ostatnich słów: „ale pan...” (biedny Brierly nie mógł się od tego powstrzymać), zdający się podkreślać, że jestem tyle uwagi godny, co jakiś owad, kazał mi uważać tę propozycję za obelgę i czy dlatego, czy dla innej przyczyny, doszedłem do przekonania, że to śledztwo jest surową karą dla Jima, a stawienie mu czoła — po części dobrowolne — dawało niejakie zadośćuczynienie za jego okropny czyn. Przedtem nie byłem tego tak pewny. Brierly odszedł pośpiesznie. Wówczas stan jego umysłu był dla mnie większą tajemnicą niż teraz.

Nazajutrz spóźniłem się do sądu i siedziałem na uboczu. Rozumie się, że nie mogłem zapomnieć rozmowy, jaką prowadziłem z Brierlym, a teraz miałem ich obu przed oczami. Jeden był ponury, bezczelny, drugi — pogardliwy, ale wiedziałem, że żaden z nich nie był szczery. Brierly nie był znudzony — ale zrozpaczony; w takim więc razie i Jim mógł nie być bezczelny. Zgodnie z moją teorią, istotnie nie był. Zdawało mi się, że stracił wszelką nadzieję. W tej właśnie chwili oczy nasze zetknęły się. Wzrok jego zniechęcał do rozmowy z nim. Czy był bezczelny, czy zrozpaczony — czułem, że na nic mu się przydać nie mogę. Był to drugi dzień śledztwa. Wkrótce po tej wymianie spojrzeń badanie zostało znowu odłożone do następnego dnia. Biali zaczęli wychodzić natychmiast. Jimowi pozwolono wyjść jako jednemu z pierwszych. Widziałem jego szerokie ramiona i zarys głowy w świetle otwartych drzwi i gdy powoli wychodziłem, rozmawiając z jakimś nieznajomym, który zagadnął mnie o coś, widziałem, w sali jeszcze, jak oparł się łokciami na balustradzie werandy, obracając się plecami do wychodzącej publiczności. Rozlegał się szmer głosów i tupot nóg.

Przedmiotem drugiej sprawy był napad i pobicie jakiegoś lichwiarza, zdaje mi się; pozwany, poważnie wyglądający wieśniak z prostą, białą brodą — siedział na macie zaraz za drzwiami, z synami, córkami, zięciami, ich żonami i, przypuszczam, z połową ludności całej wioski. Wysmukła kobieta o brązowej cerze, z połową pleców i jednym ramieniem nagim, z cienkim złotym pierścieniem w nosie, zaczęła nagle coś mówić cienkim, kłótliwym głosem. Mój towarzysz instynktownie spojrzał na nią. Przesuwaliśmy się właśnie przez drzwi za potężnymi plecami Jima.

W jakim celu ci wieśniacy przyprowadzili ze sobą żółtego psa — nie wiem. W każdym razie znajdował się tam pies, kręcąc się między nogami to tu, to tam w ten ukradkowy sposób właściwy psom miejscowym i mój towarzysz potknął się o niego. Pies nie wydawszy głosu, skoczył w bok, a człowiek odezwał się dość głośno:

— Patrz pan, co za tchórzliwy kundel!

Napływający w tej chwili tłum rozdzielił nas. Ja oparłem się o mur i zostałem, a tamten poszedł dalej i znikł mi z oczu. Jim obejrzał się wokoło. Postąpił krok naprzód i zatarasował mi drogę. Byliśmy sami, patrzył na mnie z wyrazem stanowczego postanowienia. Zrozumiałem, że jestem odcięty od ludzi i, że tak się wyrażę, stoję jak w pustym lesie. Na werandzie nie było już nikogo, w sali sądowej zaległa zupełna cisza, gdzieś, w głębi gmachu jakiś krajowiec skomlał obrzydliwie. Pies, który usiłował przemknąć się przez drzwi, siadł pośpiesznie, by urządzić polowanie na trapiące go pchły.

— Czy pan mówił do mnie? — spytał Jim bardzo cicho, pochylając się naprzód, nie ku mnie, lecz na mnie, jeżeli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć.

Odparłem natychmiast: „Nie!” Coś w dźwięku tego spokojnego głosu ostrzegło mnie, bym miał się na baczności. Nie spuszczałem go z oka. Było to jak spotkanie w lesie, tylko mniej pewny był jego wynik, ponieważ Jim prawdopodobnie nie czyhał ani na moje pieniądze, ani na życie — nie mogłem więc mu oddać pieniędzy ani też bronić się z całą samowiedzą.

— Powiedziałeś pan, że nie — rzekł ponurym głosem. — Ale ja słyszałem.

— To jakaś pomyłka — zaprzeczyłem, nie spuszczając z niego oka.

Patrząc na tę twarz, zdawało mi się, że patrzę na niebo, przybierające ponurą barwę przed uderzeniem piorunu; nieznaczne cienie pogłębiały się, mrok nabierał większego natężenia w spokoju dojrzewającego gwałtownego wybuchu.

— O ile wiem, nie otworzyłem do pana ust — powiedziałem w zupełnej zgodzie z prawdą.

Ja także zacząłem się trochę gniewać z powodu niedorzeczności tego spotkania. Teraz sobie przypominam, że nigdy nie byłem tak bliski bójki — mówię to dosłownie — bójki na pięści jak wówczas. Przypuszczam, że niewyraźnie odczuwałem tę ewentualność w powietrzu. Właściwie nie groził mi. Przeciwnie, był najzupełniej bierny — rozumiecie? — ale pochylał się coraz bardziej i chociaż nie był nadmiernie wielki, czuło się, że może mur rozwalić. Uspakajającym dla mnie objawem było pewnego rodzaju wahanie się, jakie w nim zauważyłem. Przyjąłem je za naturalny skutek wyraźnej szczerości mego zachowania i tonu. Patrzyliśmy sobie w oczy. W sali toczyła się druga sprawa. Pochwyciłem słowa: „Tak... bawół... kij... bardzo przerażony...”

— Cóż to miało znaczyć, że pan cały ranek patrzył na mnie? — spytał w końcu Jim.

Spoglądał to w górę, to w dół.

— A myślał pan, że będziemy wszyscy siedzieć ze spuszczonymi oczami, żeby nie urazić pańskiej drażliwości? — odparłem ostrym tonem.

Ani myślałem znosić cierpliwie jego napaści. Znów podniósł oczy i tym razem patrzył wprost na mnie.

— Nie, ma pan rację — mówił powoli, jakby zastanawiał się nad prawdą tego twierdzenia — ma pan rację. Tylko — tu zaczął mówić szybciej — nie dopuszczę, by poza obrębem izby sądowej ktoś mnie wyzywał. Miał pan jakiegoś towarzysza, mówił pan do niego — o, ja wiem — mówił pan do niego, ale chciał pan, żebym i ja słyszał...

Upewniałem go, że jest pod wpływem jakiegoś nadzwyczajnego złudzenia. Nie mogłem pojąć, jak się to stało.

— Myślał pan, że nie będę miał odwagi nawet, by poczuć się o to urażonym — rzekł z lekką goryczą.

Zainteresowany byłem tym wszystkim o tyle, że odczuwałem najlżejszy odcień każdego wyrażenia, ale nic a nic nie rozumiałem; teraz nie wiem, co w tych słowach, albo raczej w intonacji jego głosu skłoniło mnie nagle do zrobienia możliwych dla niego ustępstw. Przestałem się już gniewać z powodu położenia, w jakim nieoczekiwanie się znalazłem. Zaszła tu jakaś pomyłka z jego strony; paplał coś, ale to paplanie, jak ostrzegała mnie intuicja, było okropnej, nieszczęśliwej natury. Pragnąłem zakończyć tę scenę na gruncie przyzwoitym, tak jak ktoś pragnie położyć kres niepożądanym, wstrętnym zwierzeniom. Najzabawniejsze było to, że wśród tych rozmyślań wyższej natury czułem pewien niepokój co do możliwości — raczej prawdopodobieństwa — że to spotkanie skończy się jakąś niemiłą burdą, nie dającą się wyjaśnić, a ośmieszającą mnie. Wcale nie pożądałem trzydniowego rozgłosu jako człowiek, któremu podbił oko, czy wybił ząb pomocnik kapitana Patny! On prawdopodobnie nie dbał o to, co robi, a w każdym razie byłby zupełnie usprawiedliwiony we własnych oczach. Nie trzeba było być jasnowidzem, by zrozumieć, że był nadzwyczajnie o coś rozgniewany pomimo spokojnego, prawie ospałego zachowania się. Nie zaprzeczam, że pragnąłem za jaką bądź cenę uspokoić go, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Otaczał mnie mrok bez jednego promyczka światła. Patrzeliśmy na siebie w milczeniu. Wytrzymał moje spojrzenie przez jakieś piętnaście sekund, zbliżył się jeszcze, a ja przygotowałem się do odparcia ciosu, chociaż zdaje mi się, że nie poruszyłem jednym muskułem.

— Choćby pan był wielki jak dwaj ludzie i silny jak sześciu — mówił łagodnie — powiedziałbym, co o panu myślę. Pan...

— Stój! — krzyknąłem.

Wstrzymało go to na sekundę.

— Zanim powie pan, co o mnie myśli — mówiłem prędko — bądź pan tak dobry i powiedz, co ja zrobiłem, czy też powiedziałem?

W czasie ciszy, jaka teraz nastąpiła, spoglądał na mnie z oburzeniem, a ja w nadludzki sposób wysilałem pamięć; przeszkadzał mi w tym płynący z sali głos krajowca o przedziwnej wymowie, broniącego swej niewinności. Raptem zaczęliśmy mówić prawie jednocześnie.

— Zaraz panu pokażę, że nie jestem taki, jak się panu wydaje — zawołał tonem świadczącym o gniewie dochodzącym do zenitu.

— Oświadczam, że o niczym nie wiem — mówiłem z powagą.

Usiłował zmiażdżyć mnie pogardą swego spojrzenia.

— Teraz, kiedy pan widzi, że się nie boję, usiłuje się pan wykręcić. — Kto jest tchórzliwym kundlem teraz, co? — Nareszcie zrozumiałem. Badał moją twarz, jakby wybierał miejsce, gdzie wymierzyć cios pięścią. — Nie pozwolę nikomu... — mruknął groźnie.

Była to okropna omyłka; nie mogę wam w pełni wytłumaczyć, jak bardzo byłem tym zgnębiony. Zapewne cząstka mych uczuć odzwierciedliła się na twarzy, gdyż wyraz jego oczu uległ pewnej zmianie.

— Wielki Boże! — jęknąłem — nie myśli pan chyba, że ja...

— Ależ jestem pewny, że słyszałem — upierał się, podnosząc głos po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia tej opłakanej sceny. Następnie z cieniem pogardy w głosie dodał — Więc to nie pan? Dobrze, znajdę tamtego.

— Nie bądźże pan głupcem — krzyknąłem zrozpaczony — to wcale nie tak było!

— Słyszałem — odparł znów z niewzruszoną, ponurą wytrwałością.

Może ktoś inny śmiałby się z jego uporu, ale ja — nie, o nie! Nigdy nikogo bardziej bezlitośnie nie zdradził jego własny, naturalny impuls. Jedno zwyczajne słowo odarło go z pewnego rodzaju dyskrecji niezbędnej naszej wewnętrznej istocie bardziej niż ubranie ciału.

— Nie bądź pan głupcem! — powtórzyłem.

— Ale tamten to powiedział, nie może pan zaprzeczyć! — wymówił dobitnie, patrząc uporczywie na mnie.

— Nie, nie zaprzeczam — odparłem, również patrząc na niego.

Nareszcie oczy jego poszły w kierunku palca, którym wskazywałem na ziemię. Z początku nie rozumiał, później zmieszał się, zdziwił i przestraszył, jak gdyby pies był potworem, jakiego nigdy dotąd nie widział.

— Nikomu się nie śniło ubliżać panu — rzekłem.

Patrzył na nędzne stworzenie prawie nieruchomo; wychudzony pies siedział z nastawionymi uszami i ostro zakończonym pyskiem wsuniętym między drzwi, nagle schwycił muchę jak automat.

Spojrzałem na Jima. Jego ogorzała cera pociemniała od policzków aż po włosy. Uszy zrobiły się karmazynowe, nawet jasnoniebieskie źrenice pociemniały od napływającej do głowy krwi. Trochę rozwarte usta drżały, jak gdyby miał zaraz wybuchnąć łkaniem. Widziałem, że nie może wymówić słowa z nadmiaru upokorzenia. Może także rozczarowania — kto to może wiedzieć? Może spodziewał się, że ciosami, które miał wymierzyć, zrehabilituje się lub znajdzie w nich ukojenie? Kto wie, jakiej ulgi spodziewał się doznać po tej awanturze? Był tak naiwny, że wszystkiego mógł się spodziewać, tymczasem został obnażony i nic nie zyskał w zamian. Był szczery wobec siebie — i wobec mnie również — pieszcząc nadzieję, że tym sposobem zdoła odeprzeć zarzuty, a tymczasem gwiazdy okazały mu swą ironiczną niełaskę. Z jego gardła wydobył się nieartykułowany dźwięk jak u człowieka na wpół ogłuszonego uderzeniem w głowę. Było to straszne, wzbudzające litość.

Dogoniłem go dopiero przy bramie. Musiałem nawet biec, a gdy prawie bez tchu stanąłem obok niego, zarzuciłem mu, że mi ucieka.

— Nigdy! — rzekł i zawrócił zaraz.

Wytłumaczyłem mu, że nie miałem na myśli, że uciekał przede mną.

— Przed nikim, przed nikim na świecie — oświadczył z naciskiem.

Powstrzymałem się od wykazania wyjątku, mogącego usprawiedliwić najdzielniejszego z nas; pomyślałem, że sam wkrótce to zrozumie. Spoglądał na mnie cierpliwie, podczas gdy ja rozmyślałem, co by tu powiedzieć; ale nie mogłem znaleźć nic odpowiedniego, więc poszedł dalej. Dotrzymywałem mu kroku, bojąc się go stracić z oczu; mówiłem pośpiesznie, że nie mogę go zostawić pod fałszywym wrażeniem mojego — mojej — jąkałem się. Głupota tego zdania uderzyła mnie, gdy usiłowałem je dokończyć, ale potęga zdań nie ma nic wspólnego z sensem i logiką ich budowy. Moje idiotyczne jąkanie się sprawiało mu przyjemność. Przerwał je od razu, mówiąc grzecznie, co świadczyło o jego wielkim panowaniu nad sobą, albo też o cudownej elastyczności ducha.

— Wszystko przez tę moją pomyłkę.

Wyrażenie to zdziwiło mnie niezmiernie: tak mógł wzmiankować o jakiejś nic nieznaczącej okoliczności. Czyż nie zrozumiał opłakanego jej znaczenia?

— Zechce mi pan wybaczyć — dodał później trochę markotnie — Wszyscy ci ludzie patrzący na mnie w sądzie wydawali się takimi głupcami, że — że — mogło być tak, jak przypuszczałem.

To powiększyło moje zdziwienie i ukazało mi go w nowym świetle. Spojrzałem z ciekawością i spotkałem jego oczy nieprzeniknione, ale nie zdradzające wstydu.

— Ja nie mogę się z tą rzeczą pogodzić — powiedział po prostu — i nie myślę się godzić. W sądzie to co innego; muszę to wytrzymać i wytrzymam.

Nie twierdzę, że go zrozumiałem. Ukazywał mi się jakby w oderwanych błyskach światła przedzierających się przez gęstą mgłę — niby ułamki jakichś istotnych, lecz znikających szczegółów niedających jasnego pojęcia o ogólnym wyglądzie okolicy. Ożywiało to moją ciekawość, ale nie zaspokajało jej, nie dając możności uzyskania pełnej orientacji. W ogóle robił mylące wrażenie. Oto dlaczego poprosiłem, by zaszedł do mnie, i tego dnia rozstaliśmy się późnym wieczorem. Zatrzymałem mieszkanie w hotelu Malabar na dni kilka i na moje usilne prośby zjadł tam ze mną obiad.