Rozdział XVI

Nadchodził czas, gdy miałem go ujrzeć kochanego, podziwianego, obdarzonego zaufaniem, otoczonego legendą nadzwyczajnej siły i waleczności złączonej z jego imieniem, jakby był bohaterem. (...) Jak wiecie, przeszedł ciężkie próby w zawodzie agenta okrętowego, kiedy to on cierpiał, a ja niepokoiłem się o swoje... swoje, że tak powiem — zaufanie. I dziś nie wiem, czy mogę być zupełnie spokojny, chociaż widziałem go w całym blasku świetności. To był mój ostatni rzut oka na niego — przewodził swemu otoczeniu, będąc w zupełnej zgodzie z życiem lasów i z życiem ludzi. Przyznaję, że zrobiło to na mnie wrażenie, ale również przyznaję, że nie było ono trwałe. Był strzeżony przez to zupełne odosobnienie, był jednym z tego rodzaju ludzi i znajdował się w zupełnym zetknięciu z naturą, która w tych warunkach wierna jest tym, którzy ją kochają. Ale wciąż mi się zdaje, że nie jest zupełnie bezpieczny. Zawsze pamiętać go będę takiego, jakim był stojąc na balkonie i biorąc może zbytnio do serca zwykłą konsekwencję swojej słabości. Rad jestem, rozumie się, że jakaś zauważalna zmiana — a nawet coś wspaniałego wynikło z moich usiłowań; ale czasami zdaje mi się, że dla spokoju mego umysłu byłoby lepiej, gdybym nie stanął między Jimem a wspaniałomyślną propozycją Chestera. Nie mogę sobie wyobrazić, jak by sobie radziła jego wybujała imaginacja na tej wysepce na rafach Walpole’a, pustym okruchu ziemi na bezmiarze wód. Zapewne nigdy bym się o tym nie dowiedział, gdyż muszę wam powiedzieć, że Chester, odwiedziwszy któryś z portów Australii, gdzie dostał swój starożytny parowiec — wypłynął na Ocean Spokojny z załogą złożoną z dwunastu ludzi, a jedyny wniosek o jego tajemniczym losie można było wyprowadzić z faktu, że na wybrzeżach raf Walpole’a szalał huragan nie później jak w miesiąc po przybyciu tam Chestera. Nie pozostał ślad po tych Argonautach; rozpłynęli się w przestrzeni. Finis.

Koniec! Finis! Wszechmocne słowo, wypędzające z domu życia nawiedzające go widma losu. Oto dlaczego — pomimo świadectwa mych oczu i jego poważnego zapewnienia — braknie mi czegoś, gdy wspomnę o powodzeniu Jima. Prawdą jest, że gdzie jest życie, tam jest i nadzieja, ale i bojaźń zarazem. Nie chcę przez to powiedzieć, że żałuję swego czynu, nie twierdzę również, bym spędzał wskutek tego bezsenne noce; wciąż jednak narzuca mi się myśl, że on tyle sobie robił z tej degradacji ze stanowiska oficera marynarki, gdy właściwie jego wina miała jakieś znaczenie tylko tu. On nie był — że tak powiem — przejrzysty dla mnie. A mam podejrzenie, że sam siebie również nie rozumiał. Miał wysubtelnione odczucia, pragnienia, jakiś wyidealizowany egoizm. Był — że tak się wyrażę — bardzo wytworny; bardzo wytworny i bardzo nieszczęśliwy. Trochę grubsza natura nie zniosłaby tego wszystkiego, z westchnieniem, jękiem, krzykiem, położyłaby koniec życiu ; jeszcze grubsza — pozostałaby niewzruszona, nieświadoma i najzupełniej obojętna.

Jim był zanadto interesujący albo zanadto nieszczęśliwy, by miał zostać rzucony na pożarcie psom lub nawet Chesterowi. Czułem to, gdy tak siedziałem z twarzą pochyloną nad papierem, a on toczył ze sobą walkę i dyszał, nie mógł złapać tchu, dusił się; czułem to, gdy wyskoczył na werandę, jak gdyby miał się rzucić z wysokości piętra — ale nie zrobił tego; czułem to, coraz bardziej i bardziej przez cały czas, gdy stał tam zwrócony plecami do światła mej świecy, jak gdyby stał nad brzegiem ponurego, beznadziejnego oceanu.

Nagły, donośny grzmot zmusił mnie do podniesienia głowy. Dźwięk oddalał się, a przenikliwe, oślepiające światło padło na ziemię. Olśniewające błyski ukazywały się raz po raz, a grzmot potężniał znów z każdą sekundą, gdy patrzyłem na tę ciemną sylwetkę, stojącą nad brzegiem rozbłyskującego morza. W chwili największego blasku wróciła nagle ciemność podniesiona do potęgi, a on znikł sprzed mych olśnionych oczu zupełnie tak, jak gdyby rozpadł się na atomy. Straszne szumy leciały w powietrzu, wściekłe ręce zdawały się rozdzierać zarośla, wstrząsały szczytami drzew, rzucały drzwiami, tłukły szyby w całym gmachu. Jim wrócił do pokoju, zamknął drzwi za sobą i znalazł mnie pochylonego nad stołem; mój wielki niepokój co do tego, co on teraz powie, graniczył ze strachem.

— Czy mogę prosić o papierosa? — rzekł.

Wskazałem mu pudełko z papierosami nie podnosząc głowy.

— Chcę... Mam ochotę na tytoń — szepnął.

Ogarnęła mnie nadzwyczajna gorliwość.

— Chwileczkę — odparłem uprzejmie.

Przeszedł się po pokoju, słyszałem jak mruknął:

— Już przeszło.

Pojedynczy huk piorunu sprawił wrażenie wystrzału armatniego wysłanego z tonącego okrętu.

— Burze wcześniej się zaczynają w tym roku — rzucił uwagę, stojąc gdzieś za mną.

Zaadresowawszy ostatnią kopertę, zwróciłem się do niego. Palił chciwie i chociaż słyszał, że poruszyłem się, pozostał zwrócony do mnie plecami.

— Tak, zniosłem to dość dobrze — rzekł nagle się obracając. — Ciekawy jestem, co będzie dalej. Na twarzy jego nie było żadnego wzruszenia, wydawała się ona tylko trochę ciemniejsza, jakby nabrzmiała. Uśmiechnął się lekko, gdy patrzyłem na niego w milczeniu. — Dziękuję panu, pański pokój jest bardzo wygodny dla człowieka... w ciężkich opałach... — Deszcz lał jak z cebra; z rynny (musiała być w niej dziura) płynęły dziwne dźwięki, jakby jęki, bolesne skargi, szlochy przerywane nagłymi chwilami ciszy. — ...szukającego odrobiny schronienia — mruknął i umilkł.

Błyskawica rozświetliła ciemne ramy okna i cicho rozpłynęła się w powietrzu. Rozmyślałem, jak też do niego najlepiej podejść (nie życzyłem sobie, by mnie znów odepchnął), gdy on roześmiał się gorzko.

— Jestem teraz zwykłym włóczęgą... bez jednego... bez jednego... — mówił powoli — a jednak... — Umilkł; deszcz lał z większą jeszcze gwałtownością. — Przyjdzie dzień, w którym się wszystko przeżyje na nowo. Tak być musi! — szepnął wyraźnie, patrząc na moje buty.

Nie rozumiałem, co chciał przeżyć na nowo, o czym myślał, czego pragnął. Może to było coś tak wielkiego, że się nie dało wypowiedzieć. Zgodnie z przekonaniem Chestera, był to kawał osła... Patrzył na mnie pytająco.

— Może, jeżeli życie będzie dość długie — mruknąłem przez zęby z gniewem. — Ale nie licz pan bardzo na to.

— Na Jowisza! Czuję, jak gdyby nic nigdy nie mogło mnie dotknąć — rzekł z ponurym przekonaniem. — Jeżeli to mnie nie zwaliło z nóg, nie ma obawy, że nie starczy czasu na wydobycie się na wierzch i... — Spojrzał w górę.

Uderzyła mnie myśl, że właśnie z takich jak on rekrutuje się wielka armia jednostek zgnębionych, zbłąkanych, dążących gromadnie do wszystkich ścieków ziemskich. Jak tylko wyjdzie z mego pokoju i straci „odrobinę schronienia”, zajmie swe miejsce w szeregach tej armii i rozpocznie swą wędrówkę do bezdennej przepaści. Ja przynajmniej nie miałem złudzeń: ale to ja również przed chwilą tak pewny byłem potęgi słów, a teraz bałem się przemówić tak, jak czasami lękamy się poruszyć, by nie stracić śliskiego gruntu pod nogami. Właśnie w chwili, gdy chcemy zrozumieć duchowe potrzeby jakiegoś człowieka, spostrzegamy jak niezrozumiałe, chwiejne, mgliste są istoty cieszące się wspólnie z nami z pięknością gwiazd i ciepłem słonecznym. Jak gdyby samotność była ciężkim, a niezbędnym warunkiem naszej egzystencji; powłoka z mięsa i krwi, na którą zwrócone są twoje oczy, ginie przed wyciągniętą ręką, a pozostaje tam tylko kapryśny, niepocieszony i wykrętny duch, którego oko nie zdoła doścignąć, ani ręka pochwycić. Bojaźń, że stracę go bezpowrotnie z oczu, zmusiła mnie do milczenia, gdyż nagle i z nadzwyczajną siłą narzuciła mi się myśl, że jeżeli pozwolę mu utonąć w ciemności, to nigdy sobie tego nie daruję.

— Tak. Dziękuję raz jeszcze. Był pan... niezwykle doprawdy... nie mam słów! Nadzwyczajnie... i nie wiem dlaczego. Lękam się, że nie jestem tak wdzięczny, jak powinienem, ale to tak nagle spadło na mnie... Bo w gruncie... pan sam....

— Możliwe — przerwałem mu. Zmarszczył brwi.

— W każdym razie człowiek jest odpowiedzialny — rzekł patrząc na mnie ostro.

— I to również jest prawdą — odparłem.

— Dobrze, to już dogłębnie przerobiłem i nie mam zamiaru pozwolić komukolwiek leźć mi z tym do oczu — mówił zaciskając pięści.

— A co pan zrobi ze sobą? — spytałem z uśmiechem. Bóg świadkiem, że daleki byłem od wesołości, ale on spojrzał na mnie groźnie.

— To już moja sprawa — rzekł.

Wyraz mocnego postanowienia ukazywał się i znikał jak cień na jego twarzy. Po chwili stał się znów biednym, zakłopotanym chłopcem. Odrzucił papieros.

— Żegnam pana — rzekł z nagłym pośpiechem człowieka, który zbyt długo marudził, zapominając o czekającej nań pracy; ale sekundę czy dwie nie poruszył się z miejsca.

Deszcz lał z tak niepohamowaną gwałtownością, że przywodził na myśl zerwane mosty, powyrywane z korzeniami drzewa, podmyte góry. Żaden człowiek nie mógłby walczyć z tym olbrzymim potokiem, zdającym się łamać, unosić wszystko, huczącym gwałtownie poza ścianami tego pokoju, w którym jak na wyspie znaleźliśmy schronienie. Przedziurawiona rynna bulgotała, dławiła się, bryzgała, chlustała w ohydny sposób, zdawało się, że to jakiś tonący toczy walkę o życie.

— Leje — zauważyłem — a ja...

— Leje czy nie — zaczął gwałtownym tonem, nagle umilkł i podszedł do okna. — Istny potop — szepnął po chwili, a opierając czoło o szybę, dodał — Ciemno choć oko wykol.

Zakręcił się na pięcie, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi wiodące na korytarz, zanim zerwałem się z krzesła.

— Niech pan poczeka! — krzyknąłem — chciałbym, by pan...

— Nie mogę dziś zjeść z panem obiadu —- rzucił mi pośpiesznie, będąc już jedną nogą za progiem.

— Nie miałem zamiaru prosić pana o to — krzyknąłem.

Na to cofnął swą nogę zza progu, ale niedowierzająco pozostał we drzwiach. Przemawiałem do jego rozsądku, by przestał się opierać; wrócił do pokoju i zamknął drzwi.