Rozdział XX

Późno wieczorem wszedłem do jego gabinetu, minąwszy wielką, pustą, słabo oświetloną salę jadalną. Cicho było w całym domu. Poprzedzał mnie stary, jawajski sługa ubrany w rodzaj liberii składającej się z białej kurtki i żółtych szarawarów, który otworzywszy mi drzwi, przemówił cichym głosem: „o panie” i usuwając się na bok, znikł w tajemniczy sposób, jak gdyby był duchem wcielonym jedynie na chwilę, by oddać mi tę przysługę.

Stein okręcił się ze swym krzesłem i w tym ruchu okulary jego podskoczyły na czoło. Powitał mnie w swój spokojny, dowcipny sposób. Jeden tylko róg obszernego pokoju, gdzie stało jego biurko, oświetlony był jasno palącą się lampą, reszta tonęła w cieniu. Wąskie półki, zapełnione ciemnymi skrzynkami, nieróżniącymi się ani kształtem, ani kolorem, obiegały ściany wokoło, ale nie sięgały od podłogi do sufitu, tworzyły tylko ciemny pas, około czterech stóp szeroki. Były to grobowce owadów. W nierównych odstępach wisiały nad nimi drewniane tabliczki. Światło padło na jedną z nich i wyraz Coleoptera wypisany złotymi zgłoskami błysnął tajemniczo. Szklane skrzynki zawierające zbiór motyli ustawione były w trzy szeregi na małych stoliczkach. Jedna z tych skrzynek stała na biurku zarzuconym podłużnymi ćwiartkami papieru zapisanymi drobnym pismem.

— A! Widzisz pan, widzisz! — rzekł.

Ręka jego wskazywała skrzynkę, gdzie samotny, olbrzymi motyl roztaczał ciemnobrązowe skrzydła z cudownymi białymi żyłkami i świetnym obramowaniem żółtych plam.

— Tylko jeden taki okaz mają w waszym Londynie, a poza tym — nic. Ja swoje zbiory zapiszę mojej małej rodzinnej mieścinie. Cząstkę siebie samego — cząstkę najlepszą.

Pochylił się i wlepił oczy w motyla, brodę opierając na brzegu skrzynki. Stałem za jego plecami.

— Cudowny! — szepnął, zdając się zapominać o mej obecności.

Ciekawa była jego historia! Urodził się w Bawarii, jako dwudziestodwuletni młodzieniec brał czynny udział w ruchu rewolucyjnym w 1848 roku. Bardzo skompromitowany zdołał uciec i znalazł schronienie u biednego zegarmistrza, republikanina w Trieście. Stąd udał się do Trypolisu z zapasem tanich zegarków — handel nieświetnie się zaczynał, ale rezultat okazał się szczęśliwy, gdyż tam spotkał podróżnika holenderskiego — znanego, zdaje mi się, człowieka, ale nie pamiętam już jego nazwiska. Ten to przyrodnik przyjął Steina w charakterze pomocnika i zabrał go na Wschód. Podróżowali razem lub osobno przez cztery czy więcej lat, zbierając owady i ptaki. Potem przyronik wrócił do domu, a Stein, nie mając dokąd wrócić, pozostał ze starym kupcem, którego spotkał, podróżując po Celebes. Stary Szkot, jedyny biały mieszkający naówczas w tym kraju, był ulubieńcem głównego władcy państw Wajo — kobiety. Nieraz opowiadał mi Stein, jak ten Szkot, sparaliżowany po jednej stronie, wprowadził go na tamtejszy dwór, zanim drugi atak paraliżu nie przeniósł go do wieczności. Był on starcem imponującej postawy, z białą brodą patriarchy. Wszedł do sali obrad, gdzie zgromadzeni byli wszyscy radcowie i wodzowie, otaczając królową, tłustą babę (bardzo swobodną w mowie, jak mi mówił Stein), spoczywającą na wysokim łożu pod baldachimem. Powłócząc nogą, stukając laską, chwyciwszy ramię Steina, podprowadził go prosto do łoża.

— Spojrzyj królowo i wy radcowie, oto mój syn! — krzyknął donośnym głosem. — Prowadziłem handel z ojcami waszymi, a gdy umrę, on będzie handlował z wami i synami waszymi!

Takim prostym sposobem Stein odziedziczył uprzywilejowane stanowisko Szkota, cały jego handel i dobrze zaopatrzony dom na brzegu jedynej spławnej w tym kraju rzeki. Wkrótce potem stara królowa, tak swobodna w mowie — umarła, a w kraju wszczęli zamieszki przeróżni pretendenci do tronu. Stein przyłączył się do partii młodszego syna; o nim to w lat trzydzieści potem nie mówił inaczej, jak: „mój biedny Mohammed Bonso”. Obaj stali się bohaterami niezliczonych, zwycięskich czynów; zaznali przygód nadzwyczajnych i raz przez cały miesiąc wstrzymali oblężenie w domku Szkota, z małą garstką zwolenników stawiając czoło całej armii. Przypuszczam, że krajowcy do dziś dnia rozprawiają o tej wojnie. W wolnych chwilach Stein nigdy nie zapominał o chwytaniu owadów i motyli, gdy wpadły mu w oko. Po ośmiu latach wojen, układów, zdrad, wybuchów i tak dalej, właśnie w chwili, gdy spokój zdawał się zapewniony na dłużej, jego „biedny Mohammed Bonso” został zamordowany u wrót królewskiej rezydencji, gdy w doskonałym nastroju ducha powracał z polowania. Skutkiem tego wypadku stanowisko Steina zachwiało się, ale byłby na nim pozostał zapewne, gdyby wkrótce potem nie zmarła siostra Mohammeda („moja droga żona, księżniczka”, mawiał Stein uroczystym tonem), z którą miał córkę. Matka i dziecko zmarli w ciągu trzech dni od jakiejś złośliwej gorączki. Porzucił kraj, który po tej ciężkiej stracie stał mu się wstrętny. Taki był koniec pierwszej części jego życia. To, co później nastąpiło, było tak różne, że gdyby nie krwawiąca w sercu rana, dawna przeszłość wydać by się mogła snem. Mając trochę pieniędzy, rozpoczął życie na nowo i w ciągu lat zebrał znaczny majątek. Z początku podróżował dużo, ale później starość zaczęła mu ciążyć i w końcu rzadko opuszczał obszerny dom, oddalony trzy mile od miasta, z obszernym ogrodem, otoczony stajniami, oborami, bambusowymi chatami dla sług i podwładnych, których niemało miał około siebie. Swym małym powozem jeździł co rano do miasta, gdzie utrzymywał kancelarię z dwoma urzędnikami, białym i żółtym. Posiadał małą flotyllę statków i krajowych łodzi i handlował na wielką skalę miejscowymi produktami. Poza tym żył samotnie, ale nie jak mizantrop, ze swymi książkami, zbiorami, klasyfikując i układając okazy, korespondując z entomologami Europy, pisząc katalogi swych skarbów. Taka była historia człowieka, którego postanowiłem poradzić się w sprawie Jima, bez żadnej jednak określonej nadziei. Spodziewałem się w każdym razie, że to, co on będzie miał w tej sprawie do powiedzenia, przyniesie mi ulgę. Bardzo pragnąłem rozmowy z nim, ale szanowałem natężoną, prawie namiętną uwagę, z jaką przypatrywał się motylowi, jak gdyby na brązowej tkance wątłych skrzydeł, na białych liniach i wspaniałych plamach odczytywał rzeczy wzniosłe, niepodlegające zniszczeniu, jak te delikatne martwe tkanki, których piękności śmierć nie zdołała zgasić.

— Cudowny! — powtórzył patrząc na mnie. — Patrz! Piękne — ale to nic — zwróć uwagę na tę akuratność linii i harmonię. Tak wątłe. A tak mocne! To jest Natura — równowaga potężnych sił. Każda gwiazda jest taka — każda trawka, a potężny Kosmos wytwarza to w doskonałym zrównoważeniu. To cudowne; to arcydzieło Natury — wielkiego mistrza!

— Nie słyszałem, by który entomolog zaszedł tak daleko — zauważyłem pośpiesznie. — Jeżeli to arcydzieło, to czymże będzie człowiek?

— Człowiek jest zadziwiający, ale arcydziełem nie jest — odparł, nie spuszczając oczu ze szklanej skrzynki. — Może artysta był trochę nieprzytomny. E? Co pan myśli? Czasami zdaje mi się, że człowiek przyszedł tam, gdzie nie był pożądany, gdzie nie ma miejsca dla niego, bo gdyby tak było, dlaczegóż by pragnął wszystko zagarnąć dla siebie? Dlaczegóż by latał tu i tam, robiąc tyle o sobie wrzasku, rozprawiając o gwiazdach, nie dając spokoju nawet źdźbłom trawy?

— Łapiąc motyle — dodałem.

Uśmiechnął się, usiadł wygodniej, wyciągając nogi.

— Siadaj pan — rzekł. — Sam złapałem ten rzadki okaz pewnego ranka. Niemałego doznałem wzruszenia. Pan nawet nie przeczuwa, czym jest dla zbieracza schwytanie takiego okazu. Nie może pan tego wiedzieć.

Uśmiechałem się, siedząc w bujaku. Oczy jego patrzyły gdzieś poza ścianę, na którą były zwrócone, i opowiedział mi, jak pewnej nocy zjawił się wysłaniec od „biednego Mohammeda”, który wzywał go do swej „rezydencji”, oddalonej o jakieś dziesięć mil. Musiał jechać konno wąską dróżką, między polami uprawnymi i lasami. O świcie opuścił swój ufortyfikowany dom, ucałowawszy małą Emmę, a żonie „księżniczce” zostawiając dowództwo nad wszystkim. Opisywał, jak odprowadziła go do wrót, trzymając jedną rękę na szyi konia; miała na sobie białą kurtkę, złote szpilki we włosach, a na lewym ramieniu przerzucony skórzany pas z rewolwerem.

— Mówiła, jak kobiety zwykły mówić — rzekł. — Zalecała ostrożność, prosiła, bym wrócił przed nocą, ubolewając, że muszę jechać sam. Był to czas wojenny i okolica wcale nie była bezpieczna; moi ludzie zakładali wytrzymałe na kule okiennice i nabijali broń, a ona powtarzała, że mogę być o nią spokojny. Potrafi obronić dom cały przed każdym napastnikiem. Uśmiechałem się, patrząc na nią. Podobało mi się, że jest taka dzielna, młoda, silna. Ja również byłem wówczas młody. Przy wrotach uścisnęła mą rękę i cofnęła się. Stałem za wrotami, dopóki ich dobrze nie zatarasowano. Miałem potężnego, osobistego wroga, wielkiego pana, a zarazem wielkiego łotra, plądrującego okolicę z całą bandą. Jechałem kłusem cztery czy pięć mil; deszcz padał w nocy, ale mgła się podniosła i powierzchnia ziemi była czysta, uśmiechała się do mnie, świeża, niewinna jak małe dziecię. Nagle rozległy się wystrzały — ze dwadzieścia przynajmniej, tak mi się zdawało. Kule świstały mimo moich uszu, kapelusz zleciał mi na tył głowy. Była to urządzona na mnie zasadzka, rozumiesz pan? Kazali biednemu Mohammedowi posłać po mnie i zaczaili się tutaj. W jednej chwili wszystko zrozumiałem i pomyślałem: „Poczekajcie!” Konik mój chrapnął, skoczył i stanął, a ja powoli schyliłem się tak, że głowa moja leżała na jego grzywie. Puścił się w ruch, a ja jednym okiem dojrzałem smugę dymu, wznoszącą się nad bambusowymi zaroślami po lewej stronie. Pomyślałem: „Aha! Łajdaki, czemuż to się tak śpieszycie? To nieładnie. O, nie!” Prawą ręką schwyciłem rewolwer — cichutko... spokojnie. Przecie było tylko siedmiu tych łotrów. Zerwali się z ziemi i biegać zaczęli, wywijając oszczepami, nawołując się, by otoczyć i schwycić mego konia, gdyż ja już nie żyję. Pozwoliłem im podejść tak blisko jak te drzwi i wówczas paf! paf! paf! — mierzyłem celnie. Ostatni wystrzał skierowałem w plecy jednego z nich, ale chybiłem. Był już zbyt daleko. Wówczas wyprostowałem się na koniu, czysta ziemia znów się do mnie uśmiechała. Z trzech zabitych ludzi jeden leżał skurczony jak pies, drugi na plecach z ręką przy oczach, jakby chciał je chronić od blasku słonecznego; trzeci wyciągnął nogę i szybkim ruchem znów ją zgiął. Nie schodząc z konia, przyglądałem mu się badawczo, ale nie — ani drgnął. I gdy tak patrzyłem na niego, szukając śladów życia na jego twarzy, coś jak cień przesunęło się po jego czole. Był to cień tego motyla. Spojrzyj pan na kształt tych skrzydeł. Ten gatunek fruwa szybko i wysoko. Podniosłem głowę i ujrzałem go. Pomyślałem — czy to możliwe? Nagle straciłem go z oka! Zeskoczyłem z konia i pomalutku, prowadząc konia i trzymając rewolwer, szukałem go oczami i w górze i w dole — wszędzie! Nareszcie ujrzałem go siedzącego na kupce nawozu o dziesięć kroków dalej. Serce tłuc się w piersiach zaczęło. Puściłem konia, i trzymając rewolwer w jednej ręce, drugą zerwałem miękki filcowy kapelusz z głowy. Krok jeden, drugi... Siedzi... Stop! Mam go! Gdym się podniósł z ziemi, drżałem jak liść ze wzruszenia, a gdy rozwarłem te cudne skrzydła i przekonałem się, jakiego nadzwyczajnego okazu stałem się panem, uczułem zawrót głowy, a nogi tak mi dygotały, iż musiałem usiąść na ziemi. Gorąco pragnąłem zdobyć taki okaz już wówczas, gdym zbierał dla profesora. Odbywałem dalekie podróże, ponosiłem rozmaite ofiary; marzyłem o nim we śnie i oto niespodzianie — trzymałem go w palcach jako moją własność! (...)

Ostatnie słowa wymówił cichym głosem i powoli cofnął wzrok z mojej twarzy. Gorliwie i w milczeniu zaczął nakładać tytoniem fajkę o długim cybuchu, a dotykając palcem jej otworu, spojrzał na mnie znacząco.

— Tak, drogi przyjacielu. Dnia tego niczego nie pragnąłem, dokuczyłem porządnie memu wrogowi; byłem młody, silny; posiadałem przyjaźń, miłość kobiety, dziecko, a nawet to, o czym marzyłem we śnie, wpadło mi teraz w ręce!

Zapalił zapałkę, która błysnęła jaskrawym światłem. Jego spokojna, myśląca twarz skrzywiła od bólu.

— Przyjaciel, żona, dziecko — mówił wolno, patrząc na mały płomyczek — phu!

Zapałka zgasła, westchnął i zwrócił się do motyla. Wątłe, cudne skrzydełka drgnęły lekko, jak gdyby tchnienie jego przywołało do życia ten wspaniały przedmiot marzeń sennych.

— Praca — zaczął nagle, wskazując rozrzucone ćwiartki — idzie szybko. Opisywałem właśnie ten rzadki okaz... No! A cóż pan masz dobrego do powiedzenia?

— Jeżeli mam ci prawdę powiedzieć, Steinie — rzekłem z wysiłkiem, który mnie samego zadziwił — to przyszedłem, by ci opisać rzadki okaz.

— Motyla? — pytał żywo.

— Nie, rzecz mniej doskonałą — odparłem, czując nagle ogarniające mnie wątpliwości — człowieka!

— Ach, tak! — szepnął, a twarz jego, gdy zwrócił się do mnie, stała się poważna. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym rzekł: — Ano, ja również jestem człowiekiem.

Oto macie go całego: on umiał szlachetnie zachęcić człowieka wahającego się jeszcze przed zdobyciem się zwierzenia; jeżeli się wahałem, to niedługo.

Wysłuchał mnie cierpliwie. Chwilami głowa jego znikała w kłębach dymu i pełne współczucia pomruki wydobywały się z tej chmury. Gdy skończyłem, odłożył fajkę, pochylił się ku mnie, opierając łokcie na poręczach fotela i splatając palce obu rąk.

— Rozumiem doskonale. On jest romantykiem!

Zdiagnozował od razu przedstawiony przypadek i zdumiony byłem, w jak prosty sposób to uczynił; rzeczywiście, rozmowa nasza przypominała konsultację w gabinecie doktorskim — Stein z miną uczonego siedział przed biurkiem, ja z boku, z miną zaniepokojoną, tak, że zupełnie właściwe było moje pytanie.

— Jakaż na to rada?

Podniósł w górę długi palec.

— Jeden jest tylko środek! Jedna tylko rzecz może nas wyleczyć od bycia sobą!

Szybkim ruchem palec opadł na biurko.

Omawiany przypadek stawał się coraz prostszy, a zarazem bardziej beznadziejny. Nastała chwila milczenia.

— Tak — rzekłem — właściwie chodzi nie o to, jak się wyleczyć, ale jak żyć!

Potwierdzał trochę smutnym kiwaniem głową.

Ja, ja! Możemy powtórzyć za waszym wielkim poetą: „oto jest pytanie”. — Kiwał ze współczuciem głową. — Być! Ach! Ale jak?

Stanął i oparł palce na biurku.

— Chcemy tak rozmaite role odgrywać — zaczął znowu. — Ten wspaniały motyl znajdzie kupkę śmieci i siedzi na niej spokojnie; ale człowiek nigdy nie usiedzi spokojnie na swej kupce błota. Chce mu się być tym, to znów tamtym... — To podnosił, to zniżał swą rękę. — Chce mu się być to świętym, to grzesznym... A ile razy zamknie oczy, zawsze mu się zdaje, że jest istotą doskonałą, tak doskonałą, jaką nigdy być nie może... chyba we śnie.

Spuścił szklaną nakrywkę skrzynki, automatyczny zamek zadźwięczał ostro, a biorąc skrzynkę w obie ręce, przeniósł ją na właściwe miejsce, przechodząc ze świetlanego koła w pierścień niepewnego mroku. Robiło to dziwne wrażenie, jak gdyby te parę kroków uniosło go poza ten konkretny i zawiły świat. Jego wyniosła postać, jakby niematerialna, cicho pochylała się nad niewidzialnymi rzeczami; głos jego, płynąc z oddali, nabierał głębokich, poważnych tonów — łagodzonych przestrzenią.

— A ponieważ nie zawsze można trzymać oczy zamknięte, wynikają z tego istotne troski, bóle i cierpienia. Powiadam ci, mój drogi, że człowiek nie może urzeczywistnić swych marzeń, bo jest albo za słaby, albo za głupi. Ja!... A jemu się wciąż zdaje, że jest doskonały!... Jak to może być? Ha, ha, ha!

Cień wędrujący między grobami motyli wybuchnął głośnym śmiechem.

— Tak! Zabawna jest bardzo ta straszna rzecz. Człowiek zapada w swoje senne marzenia, jakby wpadał do morze. Jeżeli usiłuje wygramolić się na wierzch, jak czynią ludzie niedoświadczeni — tonie!... Otóż, powiadam ci, należy się poddać niszczącemu żywiołowi, wykonując w wodzie ruchy rękami i nogami, a głęboki ocean utrzyma cię na powierzchni. Taka jest moja odpowiedź na twe pytanie... jak żyć?

Głos jego w oddali nabrał dziwnej siły, jak gdyby on w tym zmroku natchniony został świadomością prawdy. (...) Jego wyciągnięta ręka wymierzona była jak broń w moją pierś, głęboko osadzone oczy zdawały się na wskroś mnie przenikać, ale z zaciśniętych ust nie wypłynął żaden dźwięk i surowa egzaltacja pewności, widziana tam w cieniu — zniknęła z jego twarzy. Ręka, wysunięta ku mnie, opadła, i podszedłszy bliżej, złożył ją na mym ramieniu. — Są rzeczy — mówił tonem grobowym — które może nie powinny być wypowiadane, ale tak długo żył samotnie, że zapomniał o tym. Światło rozproszyło pewność, którą był przejęty w mroku. Usiadł, wsparł łokcie na stole i tarł czoło.

— A jednak to jest prawda... to prawda... Zanurzyć się w niszczącym żywiole. — Mówił cicho, nie patrząc na mnie, zasłaniając twarz rękami. — To właściwa droga. Podążać za swym marzeniem... Podążać nieustannie...

Jego pełen przekonania szept zdawał się otwierać przede mną rozległą, a niepewną przestrzeń, jakby mroczną równinę o świcie — a może morze przy zapadającej nocy. Któż miałby odwagę, by to rozstrzygnąć? Ale było to urocze, zwodnicze światło, rzucające nieuchwytny blask poezji na — groby. Życie jego rozpoczęło się od ofiar w imię szlachetnych idei; wędrował daleko różnymi drogami, dziwnymi przesmykami, ale gdziekolwiek był — szedł bez wahania, nie doznając nigdy ani wstydu, ani żalu. Co do tego nie mylił się. Bez wątpienia taką drogą należało iść. Pomimo to wielka równina, po której ludzie błąkają się wśród grobów i pułapek wygląda jak pustynia pod nieuchwytną poezją zmierzchu; ocieniona w środku, na brzegach objęta jasnym pierścieniem, jakby otoczona pełną płomieni przepaścią. Gdy zdecydowałem się przerwać milczenie, wyraziłem zdanie, że nie ma chyba większego od niego romantyka na świecie.

On rzucił na mnie cierpliwe, badawcze spojrzenie.

— To wstyd — powiedział. — Siedzimy tu sobie i rozprawiamy jak dwa wyrostki, zamiast zabrać się razem za wyszukanie czegoś praktycznego, praktycznego lekarstwa na zło... wielkie zło — powtórzył z dowcipnym, pobłażliwym uśmiechem.

A jednak rozmowa nasza nie stała się praktyczniejsza. Unikaliśmy wymówienia nazwiska Jima, jak gdyby był on tylko duchem, zbolałym, pozbawionym miana cieniem.

— No! — rzekł Stein powstając. — Prześpi się pan u mnie, a jutro rano obmyślimy coś praktycznego, bardzo praktycznego.

Zapalił dwuramienny świecznik i wskazywał mi drogę. Przechodziliśmy ciemnymi pokojami, rozjaśnionymi jedynie blaskiem niesionych przez Steina świec. Przesuwał się on po wywoskowanych posadzkach, po gładkiej powierzchni stołów, wygięciach rzeźb lub odbijał się prostopadle w lustrach, gdzie rysowały się sylwetki dwóch ludzi i dwóch płomyków sunących w milczeniu w przestrzeni. Stein szedł z przodu, pochylając się ku mnie uprzejmie; na jego twarzy malował się głęboki, skupiony spokój; jasne kosmyki włosów ze srebrnymi nićmi spadały na lekko pochyloną szyję.

— To romantyk, romantyk — powtarzał. — A to źle, bardzo źle... Bardzo dobrze również — dodał.

— Naprawdę jest romantykiem? — zawołałem.

— Z pewnością — odparł stając i wznosząc świecznik, ale nie patrząc na mnie. — Najwidoczniej! Czymże innym jest to, co sprawiając ból pozwala mu poznać samego siebie? Czymże jest to coś, dzięki czemu ty i ja wiemy, że on istnieje?

W tej chwili trudno było uwierzyć w egzystencję Jima w świecie materii — ale niezniszczalna jego rzeczywistość narzuciła mi się z niezwalczoną siłą! Ujrzałem ją wyraźnie, jak gdybyśmy w tym pochodzie przez milczące pokoje, wśród nagłych błysków świateł, odbijających się wraz z naszymi sylwetkami w głębi zwierciadeł, zbliżali się do absolutnej Prawdy, która, jak Piękność sama, pływa niejasna, wpół zanurzona w milczących wodach tajemnicy.

— Może rzeczywiście Jim jest romantykiem — przyznałem z lekkim śmiechem, ale niespodziewanie głośne echo kazało mi natychmiast sciszyć głos. — Jednak, że ty nim jesteś, to pewne.

Z głową pochyloną na piersi i wzniesionym świecznikiem poszedł dalej.

— Cóż... ja również istnieję — rzekł.

Poprzedzał mnie. Moje oczy śledziły jego ruchy, ale widziałem w nim nie szefa firmy, zawsze mile widzianego gościa na popołudniowych zebraniach, korespondenta uczonych towarzystw, gospodarza chętnie goszczącego podróżnych przyrodników; widziałem tylko rzeczywistość jego przeznaczeń, do których dążył pewnym krokiem przez życie, które rozpoczęło się w skromnych warunkach, owiane szlachetnym zapałem, a później, wśród przyjaźni, miłości i wojny — nurzało się w egzaltowanych pierwiastkach romantyzmu. Przy drzwiach mego pokoju zwrócił się ku mnie.

— Tak — rzekłem, jak gdyby prowadząc dalszą rozmowę — więc, wśród innych rzeczy, marzył pan nieustannie o pewnym motylu; ale gdy pewnego pięknego poranka marzenie pana urzeczywistniło się, nie dał pan uciec wspaniałej okazji. Prawda? A tymczasem on...

Stein podniósł rękę.

— A czy pan wie, ile straciłem okazji? Ile możliwości urzeczywistnienia marzeń przegapiłem? — Kiwał smutnie głową. — Jak piękne by były, gdybym umiał z nich skorzystać! Czy pan wie, ile ich było? Może i ja nie zdołam ich zliczyć.

— Czy jego urzeczywistnienie marzeń było piękne, czy nie — rzekłem — on wie z pewnością, że je stracił.

— Każdy wie o jednej czy dwóch takich okazjach — odparł Stein — i stąd rodzi się utrapienie, wielkie utrapienie.

Uścisnął mi rękę na progu i, zaglądając do mego pokoju, rzekł:

— Śpij pan spokojnie. A jutro musimy zrobić coś praktycznego, bardzo praktycznego.

Chociaż pokój jego był obok, słyszałem, że wrócił tą samą, którą przyszedł, drogą. Wracał do swoich motyli.