Rozdział XXIII
Wrócił dopiero nazajutrz rano. Zatrzymany został na obiad i na noc.
— Drugiego takiego człowieka jak pan Stein nie ma chyba na świecie — mówił.
Miał w kieszeni list do Corneliusa (którego miejsce miał zająć) i pokazał z radością w oczach srebrną obrączkę, używaną zwykle przez krajowców, zużytą bardzo i w wielu miejscach poszczerbioną. Ona da mu wstęp do starca, nazwiskiem Doramin, zajmującego tam pierwszorzędne stanowisko, przyjaciela pana Steina.
— Pan Stein nazywa go „towarzyszem walk”. To ciekawe, prawda? A jak pan Stein mówi doskonale po angielsku! Podobno nauczył się w Celebes! To zabawne, doprawdy! On mówi z jakimś akcentem, zauważył to pan? Stary Doramin dał mu obrączkę. Zamienili z sobą podarunki, gdy się po raz ostatni rozstawali, jako zadatek wiecznej przyjaźni. Mnie to wydaje się wzruszające, a panu? Musieli uciekać z kraju, by ratować życie, gdy ten Mohammed, Mohammed, jakże jego imię?... został zabity...
Opowiadał tak nieustannie, zapominając o stojącym przed nim talerzu, ze wzniesionym widelcem i nożem (zastał mnie przy śniadaniu), lekko zarumieniony i z pociemniałymi oczyma, co było u niego znakiem podniecenia. Obrączka była rodzajem upełnomocnienia („takie rzeczy tylko w książkach się spotyka” zauważył) i Doramin zrobi wszystko, co tylko będzie mógł dla niego. Panu Steinowi udało się kiedyś uratować mu życie przypadkiem — mówił pan Stein — ale on, Jim, wie, co o tym myśleć. Pan Stein umie wynajdywać takie przypadki. W każdym razie, czy tak, czy owak, przypadek ten odda mu teraz niemałe usługi. Aby tylko stary nie przeniósł się tymczasem na tamten świat! Pan Stein nic o tym powiedzieć nie mógł. Od roku już nie miał żadnych wiadomości; tłuką się tam nieustannie między sobą, nie ma dostępu do rzeki. Ciężka będzie przeprawa; ale nie ma obawy, on zawsze znajdzie szczelinę, przez którą się prześlizgnie.
Przerażał mnie prawie tą swoją wielomównością, właściwą młokosom wybierającym się na długie wakacje, w czasie których spodziewają się doznać niemało przyjemności; ten nastrój ducha u dorosłego człowieka, szczególnie w jego sytuacji, zdradzał coś niezwykłego, niebezpiecznego, groźnego. Miałem już zabrać się do przemowy, radząc, by się poważnie na rzeczy zapatrywał, gdy rzucił widelec i nóż (jadł, raczej połykał, jakby nie wiedział, co robi) i zaczął szukać czegoś naokoło siebie. Obrączka! Obrączka? Gdzież u diabła... A, jest nareszcie! Ścisnął ją w ręce i wkładał do rozmaitych kieszeni. Boże mój! Żeby tylko tego nie zgubić! O, może najlepiej na szyi powiesić? Zebrał się natychmiast do tego, wyciągając jakiś sznurek. Tak, teraz dobrze! Chyba diabeł jaki domyśli się... Spojrzał nagle na mnie, jakby mnie pierwszy raz widział, i to go trochę uspokoiło. Zapewne nie domyślam się — rzekł z naiwną powagą — jaką wartość przywiązuje do tego przedmiotu. Symbolizuje on przyjaciela, a to tak przyjemnie wiedzieć, że się ma przyjaciela. On coś wie o tym. Znacząco kiwał głową i raptem pogrążył się w milczeniu, bawiąc się bezmyślnie okruchami chleba...
— Zatrzasnąć drzwi za sobą — doskonale powiedziane! — krzyknął, skoczył i zaczął przebiegać pokój, zarysem ramion i głowy, nierównym sposobem chodzenia przypominając mi tę noc, kiedy chodził, spowiadając się czy tłumacząc, jak chcecie, w każdym razie przeżywając przed mymi oczyma straszne chwile ze swą nieświadomą subtelnością, umiejącą czerpać pociechę z samego źródła cierpień. Był to ten sam, a zarazem inny nastrój, przypominający psotnego towarzysza, który dziś prowadzi cię dobrą drogą, a jutro tym samym krokiem zawiedzie cię na manowce.
— Zatrzasnąć drzwi! — krzyknął. — Czekałem na to. Pokażę teraz... Gotów jestem na rzeczy najstraszniejsze... Marzyłem o tym. Boże! Wydobyć się stąd! To szczęście... poczekaj pan. Ja...
Z taką pewnością siebie kiwał głową, a wyznać muszę, że po raz pierwszy i ostatni w ciągu całej naszej znajomości miałem go dość. Po co ta burzliwość? Biegał po pokoju, niedorzecznie wyrzucając ramiona, od czasu do czasu macając, czy ma jeszcze obrączkę na szyi. Co za sens tak się egzaltować człowiekowi, mającemu być zwykłym agentem w okolicy, gdzie nie prowadzono żadnego handlu. Po co wyzywać cały świat do walki? W takim nastroju nie przystępuje się do jakiegokolwiek przedsięwzięcia; nie jest on odpowiedni ani dla niego, ani dla nikogo. Stanął nade mną.
— Zgadza się pan ze mną, zgadza się pan? — spytał z uśmiechem, w którym nagle odkryłem coś zuchwałego.
Ale byłem o dwadzieścia lat starszy od niego. Młodość jest zuchwała; to jest jej prawem, jej potrzebą; on musiał utwierdzić się w swym przekonaniu, a wszelka dążność do tego uważana jest przez ten pełen zwątpienia świat za wezwanie do walki, za zuchwałość. Przeszedł się aż na drugi koniec pokoju i wrócił, by, mówiąc w przenośni, drzeć mnie na sztuki. Mówi tak dlatego, że ja, nawet ja, będąc tak nieskończenie dobry dla niego, pamiętam, pamiętam — co było. Cóż mówić o innych, o świecie całym? Cóż więc dziwnego, że on pragnie stąd się wydobyć, wydobędzie się — i nigdy już nie wróci!
— To nie chodzi o to, że ja pamiętam lub świat cały — krzyknąłem. — To ty pamiętasz!
Nie stropił się i mówił dalej z ogniem.
— Zapomnieć o wszystkim, o wszystkich, wszystkich — tu głos mu drgnął — tylko nie o panu — dodał.
— Owszem, i o mnie także, jeżeli to pomóc może — rzekłem również zniżonym głosem.
Potem siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu, jakby wyczerpani. Powoli zaczął znów opowiadać, że pan Stein radził mu czekać miesiąc lub dłużej, zanim się przekona, czy będzie mógł tam pozostać i zanim zacznie budować nowy dom dla siebie, aby uniknąć niepotrzebnych wydatków... czy on tam pozostanie? Jak to — rozumie się. Uczepił się tego. Niech mu tylko pozwolą tam jechać, a ręczy za to, że pozostanie. Nigdy tego miejsca nie porzuci. Nie trudno będzie mu tam pozostać.
— Nie bądźże tak niedorzeczny — rzekłem zakłopotany jego tonem. — Jeżeli tylko długo żyć będziesz, zapragniesz wrócić.
— Wrócić, do czego? — spytał, patrząc na zegar, wiszący na ścianie.
Milczałem przez chwilę.
— Więc nigdy nie wrócisz? — rzekłem.
— Nigdy — odparł, nie patrząc na mnie i nagle zawołał — Na Jowisza! Już druga, a ja o czwartej rozwijam żagle!
Była to prawda. Okręt Steina wypływał dziś po południu. Jim miał na nim zapewnione miejsce. Zabrał się do składania swych rzeczy, a ja poszedłem na pokład mego okrętu, dokąd Jim obiecał zajść przed odjazdem. I rzeczywiście wbiegł z pośpiechem, trzymając małą skórzaną walizkę w ręce. Była ona do niczego, więc ofiarowałam mu moją starą skrzynkę, wytrzymałą przynajmniej na wilgoć. Dokonał zamiany, po prostu wyrzucając zawartość swej skrzynki do mojej, jak gdyby wysypywał worek ziarna. Ujrzałem trzy książki: dwie małe w ciemnej okładce i gruby zielono-złoty tom — tanie wydanie Szekspira.
— Czytasz to? — spytałem.
— Tak, to najlepiej podnosi na duchu — rzekł pospiesznie.
Uderzyły mnie te słowa, ale nie było czasu na rozmowę o Szekspirze. Ciężki rewolwer i dwa pudełka nabojów leżały na małym stoliczku.
— Proszę, weź to — rzekłem — to ci może pomóc tam pozostać.
Zaledwie wymówiłem te słowa, zrozumiałem, jak ponure mają one znaczenie.
— Może ci pomóc w zdobyciu sobie stanowiska — poprawiłem się pośpiesznie.
Ale on nie zwracał na to uwagi, gorąco mi podziękował i pobiegł, rzucając mi przez ramię ostatnie słowa pożegnania. Słyszałem, jak krzyczał na swych wioślarzy, by prędzej odpływali, i stojąc przy sterze ujrzałem szybko mknącą łódź. Siedział pochylony naprzód, popędzając ludzi głosem i gestami, a ponieważ trzymał rewolwer w ręce, zdawało się, że mierzy im prosto w głowy. Nigdy nie zapomnę przerażonych fizjonomii czterech Jawajczyków i ich gorączkowego pośpiechu, skutkiem którego straciłem ich wkrótce z oczu. Gdym się odwrócił, zobaczyłem dwa pudełka nabojów; zapomniał je zabrać.
Krzyknąłem, by spuścić łódź; tymczasem wioślarze Jima, pod wrażeniem, że życie ich wisi na włosku, gdy mają wariata w łodzi, mknęli tak szybko, że zanim przebyłem połowę przestrzeni, dzielącej od siebie oba okręty, widziałem, jak Jim wchodził na pokład wraz ze swą skrzynką. Wszystkie płótna były rozpięte i okręt gotów był do drogi, gdy stanąłem na jego pokładzie. Komendant, ruchawy mieszaniec, lat około czterdziestu, w niebieskim flanelowym garniturze, z żywymi oczami i twarzą żółtą jak cytryna, zbliżył się do mnie z uśmiechem. Okazało się, że pomimo tej uprzejmej powierzchowności, charakteru był zgryźliwego. Na uczynioną przeze mnie uwagę odpowiedział, gdy Jim na chwilę zszedł na dół: „Ach, tak. Patusan.” Miał zamiar dowieźć tego pana do ujścia rzeki, ale dalej płynąć nie myśli. Mówił po angielsku tak, jak gdyby słowa czerpał ze słownika, układanego przez wariata. Gdyby pan Stein żądał od niego, by się dalej zapuszczał, to złożyłby świadectwo, że to jest rzeczą niebezpieczną, a gdyby to nie pomogło, „musiałby zrezygnować ze swego stanowiska.” Przed dwunastu miesiącami odbył swą ostatnią podróż w tamte okolice i chociaż pan Cornelius „składał hojne dary” panu radży Allang i „głównym wodzom”, okręt był pod obstrzałem przez cały ciąg przebywania rzeki; załoga zmuszona była kryć się, gdzie się dało i okręt o mało nie osiadł na mieliźnie, co byłoby ostateczną zgubą. Pełne gniewu obrzydzenie na to wspomnienie walczyło na jego twarzy z zadowoleniem z płynnej wymowy. Ciemne smugi szybko przesuwały się po spokojnym morzu, a komendant opowiadał mi dalej, że radża podobny był do „śmiejącej się hieny”, a ktoś tam inny fałszywszy był stokrotnie od „morderczej broni krokodyla.” Pilnując ostatecznych przygotowań, wykonywanych przez załogę, puścił wodze swemu językowi, porównywając kraj tamten „z klatką dzikich bestii do wściekłości doprowadzonych długą bezkarnością”. (...) On wcale nie ma zamiaru — krzyknął — dać się wciągnąć do szajki złodziei. „Miałem dość Patusanu” — mówił energicznym tonem.
Dowiedziałem się potem, że był tak nieostrożny, iż dał się przywiązać za szyję do słupa, stojącego przed domem radży. W tej niewygodnej pozycji spędził większą część dnia i całą noc, ale miało to być podobno rodzajem żartu. Zapewne rozmyślał teraz o tym strasznym przejściu, gdyż z pianą na ustach wymyślać zaczął któremuś z ludzi. Gdy znów zwrócił się do mnie, uspokoił się zupełnie. Dowiezie tego pana do Batu Kring (miasto w Patusanie), ale w jego mniemaniu pan i tak „przypomina już trupa”.
— Co? Co pan mówi? — spytałem.
Przybrał wyraz straszliwego okrucieństwa i gestem wyraził akt zasztyletowania w plecy.
— Już zupełnie jak ciało nieboszczyka — objaśnił z zarozumiałą miną człowieka jego gatunku, któremu się zdaje, że okazał się bardzo mądry.
Za jego plecami ujrzałem Jima, patrzącego na mnie z uśmiechem i ruchem ręki powstrzymującego mój okrzyk. I gdy mieszaniec rzucał się wściekle to tu, to tam, wydając rozkazy, ja z Jimem staliśmy przy głównym maszcie, ściskając się za ręce, zamieniając pospiesznie słowa. Serce moje wolne było od pewnej niechęci, istniejącej obok zainteresowania się jego losem. Głupie gadanie komendanta realniej zabarwiło niebezpieczeństwa, na które się puszczał, niż przestrogi Steina. W tych okolicznościach znikł pewien sztywny formalizm, obecny zawsze w naszych rozmowach; zdaje mi się, że go nazwałem „kochanym chłopcem”, on zaś trzymał się określenia „stary przyjacielu”, wymawiając słowa wdzięczności. Była to chwila głębokiej, rzeczywistej poufałości, nieoczekiwanej i krótkotrwałej. Usiłował uspokoić mnie, jak gdyby to on był bardziej ode mnie dojrzały.
— Dobrze! Dobrze! — powtarzał wzruszony. — Obiecuję dbać o siebie. Tak, nie będę się na nic narażał. Ani odrobinkę. Rozumie się. Myślę wieki tam pokutować. Niech pan będzie o mnie spokojny. Na Jowisza! Czuję, że nic mi się stać nie może. A to zapowiada szczęście! Przecie nie chciałbym zmarnować tak wspaniałej okazji!...
Wspaniała okazja! Prawda, ale jak on z niej skorzysta? Jak sam mówił, „ja — nawet ja” pamiętałem o jego nieszczęściu. To prawda. Więc najlepiej będzie dla niego, gdy odjedzie.
Moja łódź wpadła w wir po odpływającym okręcie i ujrzałem go odcinającego się na tle zachodzącego słońca, wznoszącego czapkę nad głową. Dobiegły mnie te niewyraźne słowa:
— Usłyszy pan wkrótce o mnie!
Morze tak rozbłyskiwało u jego stóp, że nie mogłem go widzieć wyraźnie, widocznie taki już mój los, że oczom moim nigdy się nie mógł wyraźnie ukazać; ale zaręczam wam, że nikt mniej „podobnym nie był do trupa”; słowa mieszańca wydały mi się prostym krakaniem. Ujrzałem jego postać, wychylającą się spod wzniesionego ramienia Jima. On również podniósł rękę, zdawał się wykonywać jakiś ruch pchnięcia. Absit omen37!