Rozdział XXXVII

Zaczyna się to od wielkiego dzieła dokonanego przez niejakiego Browna, który z najzupełniejszym powodzeniem wykradł statek hiszpański z małej zatoki w pobliżu Zamboanga. Zanim się spotkałem z tym człowiekiem, informacje moje były bardzo niedokładne, ale zupełnie niespodziewanie natknąłem się na niego w ostatnich godzinach jego życia. Na szczęście, chciał i mógł mówić jeszcze wśród duszących ataków astmy, a wyschłe jego ciało wiło się ze złośliwej radości na samo wspomnienie Jima. Radował się, „że i tak w końcu odpłacił się mu”. Pieścił się wspomnieniem czynu swego. Musiałem znieść ponure spojrzenie jego zapadłych, zmarszczkami otoczonych oczu, jeżeli chciałem dowiedzieć się czegoś; więc znosiłem je, rozmyślając o tym, jak pewna forma zła pokrewna jest szaleństwu, wypływa ze spotęgowanego egoizmu, podsycana jest oporem, duszę szarpie na strzępy, dając sztuczną moc ciału. Historia ta odkrywa także niepodejrzewane głębie chytrości nędznego Corneliusa, którego odrażająca a potężna nienawiść działała niby subtelne natchnienie, wskazując mu niezawodnie drogę ku zemście.

— Gdy tylko spojrzałem na niego, zrozumiałem, jakim jest głupcem! — mówił ciężko, dysząc, dogorywający Brown. — To miał być mężczyzna! On! To był żałosny blagier! Gdyby był mężczyzną, to by powiedział do mnie: „Łapy precz od mojego łupu!”. Bodaj go zaraza! Do diabła z tą jego wyższą duszą! Miał mnie tam, ale nie zdobył się na to, by załatwić się ze mną jak należało. Taki osioł puścił mnie żywego, jakbym nie był wart nawet kopniaka!... — Brown rozpaczliwie walczył, by chwycić odrobinę tchu. — Puścił mnie... Więc ja musiałem z nim skończyć... nie mogłem znieść, że on panował tam... gdzie ja... siedziałem jak szczur w pułapce... Zdaje mi się... że muszę... ale... umrę zadowolony. Pan... nie wiem jak się nazywasz... ale dałbym ci banknot pięciofuntowy — gdybym go miał — za możność wygadania się... — jakem Brown — wykrzywił się wstrętnie — szlachetny Brown!

Mówił to wszystko, dysząc straszliwie, patrząc na mnie żółtymi oczyma, wyłażącymi ze zniszczonej, ciemnej twarzy; wymachiwał lewą ręką; zmierzwiona, szpakowata broda sięgała mu prawie do kolan, brudna, podarta kołdra zakrywała mu nogi. Znalazłem go w Bangkoku za pośrednictwem tego ruchliwego Schomberga, hotelarza, który zaprowadził mnie do umierającego. Okazało się, że jakiś pijak, włóczęga — biały, żyjący wśród tuziemców z żoną Syjamką — uważał sobie za wielki honor dać przytułek umierającemu, sławnemu Brownowi. (...)

Konający mówił gorączkowo, ale często w środku słowa niewidzialna ręka chwytała go za gardło i wówczas patrzył na mnie milcząc, z wyrazem wątpliwości i strachu. Zdawało się, że lęka się, bym nie znudził się opowiadaniem; bo gdy odejdę, on nie zdoła wypowiedzieć wszystkiego i nie wyrazi swego zadowolenia! Umarł zdaje się w ciągu nocy, ale wypowiedział do końca historię swego wspaniałego czynu. (...)

Szlachetnie urodzony wcześnie zaczął karierę łotra awanturnika, a przeszedłszy rozmaite stopnie upadku moralnego i materialnego — stał się postrachem mórz i oceanów, gdyż zebrał garstkę podobnych mu ludzi, włóczył się w celach rabunku i gwałtu na skradzionym statku (o tej kradzieży opowiadają sobie marynarze po świecie całym), a bezczelną odwagą i szatańskim sprytem obdarzony, wywijał się zawsze z rąk poszukujących go władz. Nareszcie odwróciło się od niego szczęście i razem ze swą załogą, nędzą, głodem, chorobami do postaci szkieletów doprowadzoną — postanowił szukać ratunku w Patusanie, dokąd przybył na wielkiej łodzi, pozostawiając statek swój pod opieką jednego z załogi, resztę zabierając z sobą. Początkowo miał zamiar tylko wybłagać dla siebie żywność, ale widząc zamożność obszernej siedziby ludzkiej, powziął szalony zamiar zagarnięcia jej dla siebie, licząc na to, że tuziemcy nie zdołają się oprzeć niespodzianej napaści białych, uważanych przez nich za istoty wyższe, obdarzone nadprzyrodzoną siłą. Morderczym ogniem zaznaczył wjazd swój do Patusanu, postanawiając wzniecić pożar ze wszystkich stron i puścić z dymem wszelkie siedziby ludzkie, aby stać się panem całej okolicy. Może by i udał mu się ten szalony zamiar, gdyż tuziemcy przekonani byli, że za tą łodzią z garstką białych sunąć muszą zbrojne okręty z całą armią chciwych napastników, ale Dain Warris, obdarzony odwagą niezwykłą u tej rasy i wierzący w niezwalczoną potęgę Jima, który dzień przedtem udał się w głąb kraju dla załatwienia jakichś nieporozumień międzyplemiennych, postanowił bronić się do upadłego. Biali zapędzeni na wysepkę, znaleźli się w krytycznym położeniu i zrozpaczony Brown zrozumiał, że nadeszła dla niego ostatnia godzina. Ale chytry Radża zapragnął skorzystać z okoliczności, wysłał do napastników Corneliusa i obiecał im swą pomoc, jeżeli oni wzamian pomogą mu w odzyskaniu dawnej władzy. Corneliusowi rola takiego pośrednika bardzo dogadzała, pragnął się teraz zemścić i zgubić Jima, uknuł więc z Brownem piekielny plan.

Bugisowie nic o tych podstępnych układach nie wiedząc, czekali tylko powrotu Jima, by wytępić napastników co do nogi. Gdy Jim powrócił i dowiedział się o napaści białych, sam udał się nad zatokę, dzielącą go od nieprzyjaciela, by się z nim, jak człowiek z człowiekiem rozmówić. Brown wiedział przez Corneliusa, że część wojowników z Dain Warisem na czele zajęła dół rzeki, więc odwrót ma zamknięty, rozumiał, że dla niego wyjścia nie ma, nie chciał słuchać namów Corneliusa, nie zabił bezbronnego Jima, bo wiedział, że tuziemcy, chociaż stracą tego wodza, uzmysławiającego dla nich nadprzyrodzoną potęgę, bronić się będą, a on z kilku zaledwie ludźmi nie podoła im. Postanowił jednak zemścić się na tym ziomku, który doszedł do szczytu władzy i potęgi tam, gdzie jego spotkało upokorzenie. Uprzedzony więc przez Corneliusa o charakterze Jima, przemówił do niego w imię uczuć, jakie łączyć winny dwóch przedstawicieli rasy białej, i błagał go o wypuszczenie na wolność, ręcząc honorem, że odpłynie ze swymi ludźmi, nie czyniąc tuziemcom żadnej krzywdy. Jim, tknięty litością dla tych wynędzniałych nieszczęsnych rozbitków życiowych, stawia czoło wszystkim wodzom, domagającym się na radzie wojennej wymordowania najezdników i żąda, by ich puszczono wolno, głową swą ręcząc, że żadna krzywda krajowcom się nie stanie. Przystano na to, gdyż słowo Jima wyrocznią było dla nich. Dano znać Dain Warisowi i wojownikom jego zajmującym dół rzeki, że biali mają być przepuszczeni bez strzału z powrotem do statku swego. Zlecenie to poniósł Tamb’ Itam i na dowód wiarogodności słów swoich, obrączkę srebrną Jima wręczył Dain Warisowi. Nie spodziewając się niczego, wojownicy, rozłożeni obozem nad brzegiem rzeki, zażywali spokoju, gdy przeprowadzony przez Corneliusa boczną drogą Brown napada na obóz z tyłu i celnymi strzałami kładzie trupem najlepszych wodzów, a między nimi Dain Warisa, nadzieję życia starego Doramina, chlubę plemienia Bugisów! Reszta wojowników przekonana, że cała armia białych napada na nich, rozproszyła się i pospieszyła z hiobową wieścią do Patusanu. Pierwszy powrócił Tamb’ Itam, wpadł na dziedziniec domu Jima, gdzie spotkał „Jewel”, która, jak gromem tą wieścią rażona, posłała go na górę do spoczywającego w tej chwili Jima42.

Tamb’ Itam pobiegł na schody. Pan jego spał!

— To ja, Tamb’ Itam — krzyknął, stojąc u drzwi — niosę nowiny niecierpiące zwłoki.

Widząc, że Jim obudził się, zaczął mówić, nie zwlekając:

— Tuanie, to dzień okropny, przeklęty!

Jim wsparł się na łokciu, tak jak to uczynił Dain Waris, gdy zjawił się przed nim wysłannik przyjaciela. Wówczas Tamb’ Itam opowiadał rzecz całą, usiłując zachować porządek wypadków.

— Gdy powtórzyłem mu zlecenie, Dain Waris krzyknął na swych ludzi: „Dajcie co jeść Tamb’ Itamowi”...

Jim spuścił nogi z łóżka i patrzył tak strasznymi oczyma, iż słowa zamarły w gardle sługi.

— Gadaj! — krzyknął. — Czy zginął?

— Obyś żył wiecznie! — zawołał Tamb’ Itam. — Była to okropna zdrada. Na odgłos pierwszych strzałów wyskoczył z namiotu i padł...

Jim podszedł do okna i uderzeniem pięści otworzył okienicę.

Światło zalało pokój; wówczas głosem pewnym, lecz szybkim zaczął wydawać rozkazy, by biegł do tego i owego, by gotowali się do pościgu, wysyłali posłańców; mówiąc tak, siadł na łóżku, pospiesznie wiążąc trzewiki i nagle spojrzał w górę.

— Czego tu jeszcze stoisz? — spytał — nie trać czasu.

Tamb’ Itam nie poruszył się.

— Przebacz, Tuanie... ale... ale... — jąkał się.

— Co? — wrzasnął Jim, chwytając za poręcz łóżka.

— Niebezpiecznie dla sługi twego iść między lud — rzekł Tamb’ Itam po chwili wahania.

Teraz Jim zrozumiał. Z powodu impulsywnego skoku wycofał się z jednego świata, a dziś ten świat drugi, dzieło jego własnych rąk, runął na jego głowę. Niebezpiecznie jest dla sługi jego iść między jego lud! Zdaje mi się, że właśnie w tej chwili postanowił stawić czoło nieszczęściu w sposób, jaki jedynie uważał za stosowny; opuścił pokój i siadł przy długim stole, gdzie zwykł był codziennie załatwiać sprawy swego świata, głosząc prawdę, bez wątpienia zamieszkującą jego serce. Czarne potęgi nie obedrą go po raz drugi ze spokoju ducha! Siedział jak posąg wykuty z kamienia. Tamb’ Itam uczynił pokorną uwagę, że należy pomyśleć o środkach obrony. Dziewczyna, którą kochał, zbliżyła się i przemówiła, ale w jego ruchu ręki tyle było błagania o milczenie, iż przerażona usunęła się. Wyszła na werandę, siadła na schodach, jakby chciała własnym ciałem bronić go od zewnętrznych niebezpieczeństw.

Jakie myśli przewinęły się w jego umyśle, jakie wspomnienia? Kto może to wiedzieć? Wszystko przeminęło i on, który raz zawiódł zaufanie, znów stracił wiarę ludzi. Wówczas, jak sądzę, usiłował napisać do kogoś i zaniechał tego. Samotność zataczała nad nim wielkie kręgi. Lud w jego ręce złożył bezpieczeństwo swego życia, a teraz — nigdy, nigdy zrozumieć go nie zdoła. Cały dzień siedział tak, nie wydawszy głosu. Późnym wieczorem podszedł do drzwi i zawołał na Tamb’ Itama.

— Co słychać? — spytał.

— Dużo płaczu, dużo gniewu — odparł wierny sługa.

— Czy ty wiesz wszystko? — szepnął.

— Tak, Tuanie, wiem, wrota dobrze są strzeżone. Będziemy musieli stoczyć walkę.

— Walkę? O co? — spytał.

— Aby ocalić nasze życie.

— Ja nie mam już życia.

Tamb’ Itam usłyszał jęk dziewczyny stojącej za drzwiami.

— Kto wie? — mówił Tamb’ Itam. — Śmiałość, przebiegłość pozwoliłyby nam nawet uciec. Bo przecież w sercach tamtych ludzi strach jeszcze nie wygasł.

Wyszedł, marząc o łodziach i otwartym morzu, zostawiając Jima z dziewczyną.

Nie mam serca dzielić się z wami tym, co zaszło między nimi, gdy ona przez godzinę czy więcej, którą z nim spędziła, walczyła o swoje szczęście. Nie wiadomo, czy on miał jakieś nadzieje, czegoś się spodziewał. Był niewzruszony, a ze wzrastającym wyosobnieniem uporu duch jego zdawał się wznosić nad ruinami jego egzystencji. Ona wołała: „Walcz!” Nie rozumiała. O cóż tu można walczyć? On miał dowieść swej potęgi w inny sposób i sam miał odnieść zwycięstwo nad swym fatalnym losem.

Wyszedł na dziedziniec, a za nim, z rozpuszczonymi włosami, błędnymi oczyma, bez tchu prawie, wysunęła się dziewczyna.

— Otworzyć wrota! — krzyknął.

Następnie, zwracając się do ludzi, którzy jeszcze zostali w fortecy, pozwolił im wracać do domów.

— Na jak długo, Tuanie? — spytał jeden z nich nieśmiało.

— Na całe życie — odparł ponurym głosem.

Cisza zaległa miasto po wybuchu jęków, płaczów, lamentów, przeciągających nad rzeką jak podmuch wichru z otwartego przybytku cierpienia!

Ale szeptem powtarzane wieści napełniały serca przerażeniem i strasznymi wątpliwościami. Wracają łupieżcy, przywożąc wielu innych z sobą, na wielkim okręcie, ani jedna istota żywa nie pozostanie. Ludzie przejęci byli uczuciem niechybnego niebezpieczeństwa, tak jak w czasie trzęsienia ziemi; szeptem dzielili się swymi podejrzeniami, patrząc jeden na drugiego z przerażeniem, jakby już widzieli jakąś straszną wróżbę.

Słońce chyliło się za lasy, gdy ciało Daina Warisa przywieziono Doraminowi. Czterech ludzi niosło je, zakryte białym prześcieradłem, które stara matka wysłała na brzeg rzeki na powitanie syna. Złożono ciało u nóg Doramina, a starzec siedział czas długi, z rękami wspartymi na kolanach i patrzył, patrzył... Delikatnie poruszały się palmy, liście owocowych drzew melodyjnie szeleściły. Wszyscy nieżonaci ludzie plemienia jego stali w pełnym uzbrojeniu; nareszcie stary nakhoda podniósł oczy. Toczył nimi po tłumie, jakby szukał czyjejś twarzy. Znów opuścił głowę na piersi. Szepty tłumów zlały się z lekkim szelestem liści.

(...) Gdy odkryto ciało Daina Warisa na znak dany przez Doramina, leżał ten przyjaciel białego lorda, jak go zwykle nazywali, spokojny, niezmieniony, z oczami na wpół otwartymi, jakby miał zaraz przemówić. Doramin pochylił się trochę naprzód, jak człowiek, szukający czegoś na ziemi. Oczy jego błądziły od głowy do stóp trupa, może szukając rany? Była niewielka, na czole; bez słowa jeden z bliżej stojących pochylił się, ściągnął srebrną obrączkę ze skostniałej ręki i podał ją Doraminowi. Pomruk strachu i grozy pełny przeleciał przez tłum na widok tego znanego przedmiotu. Spojrzał stary nakhoda i nagle wydał z siebie straszny ryk, ryk bólu, wściekłości, tak potężny, jak ryk śmiertelnym ciosem ugodzonego bawołu, strachem przejmując serca obecnych głębią swego smutku i gniewu. Przez chwilę zaległa śmiertelna cisza, gdy czterech ludzi uniosło trupa, by go złożyć u stóp stojącego w głębi drzewa. Wówczas wszystkie kobiety wybuchnęły wielkim jękiem; żal swój wyrażały krzykami; słońce zachodziło, a w przerwach tych kobiecych jęków rozlegały się wysokie śpiewne głosy dwóch starców, intonujące wersety Koranu.

W tym czasie Jim, wsparty na armatce, plecami zwrócony do swego domu, patrzył na rzekę; dziewczyna, cała drżąca, stała na progu i nie spuszczała z niego oczu. Tamb’ Itam nie odchodził od swego pana, czekając cierpliwie na to, co zdarzyć się może. Nagle Jim, zdający się rozmyślać spokojnie, zwrócił się do niego i rzekł:

— Czas już z tym skończyć.

— Tuanie? — zawołał Tamb’ Itam podbiegając. Nie wiedział, o czym mówi jego pan; dziewczyna, widząc ruch Jima, podbiegła również pospiesznie.

Będąc w połowie dziedzińca, krzyknęła:

— Będziesz walczył?

Jim obrócił się do niej i opierając plecami o armatkę, odparł:

— Nie ma o co walczyć.

Mówiąc to, uczynił jeden krok naprzód.

— Zgodzisz się na ucieczkę? — krzyknęła znów.

— Tu nie ma ucieczki — odparł, zatrzymując się, co i ona uczyniła, pożerając go oczyma.

— I pójdziesz? — spytała powoli.

Pochylił głowę.

— A! — krzyknęła. — Jesteś szalony lub fałszywy! Pamiętasz tę noc, gdy cię błagałam, byś mnie opuścił, a powiedziałeś, że nie mógłbyś, że to niemożliwe! Pamiętasz, powiedziałeś, że nigdy mnie nie opuścisz? A ja cię o te przysięgi nie prosiłam. Dobrowolnie je składałeś!

— Dość, biedaczko moja — rzekł — nie miałabyś ze mnie wielkiej pociechy.

Tamb’ Itam opowiadał, że gdy tak z sobą rozmawiali, ona śmiać się zaczęła tak głośno i dziko, jak to czynią ludzie nawiedzeni przez bóstwo. Pan jego złożył swe ręce na głowie. Natychmiast śmiać się przestała.

— Po raz ostatni pytam — krzyknęła groźnie — będziesz się bronił?

— Nic mnie dotknąć nie może — odparł z ostatnim przebłyskiem dumy i egoizmu.

Tamb’ Itam widział, jak dziewczyna jednym susem przypadła do niego i ramionami chwyciła za szyję.

— O, nie puszczę cię! — krzyknęła. — Jesteś mój! — łkała, złożywszy głowę na jego ramieniu.

Niebo nad Patusanem, krwisto czerwone, bezmierne, zdawało się ociekać krwią, płynącą z otwartej arterii.

Olbrzymie purpurowe słońce osiadało na szczytach drzew, a czarny las pod nim miał ponury wygląd.

Tamb’ Itam mówił mi, że wieczoru tego widok nieba był straszny i groźny. Najzupełniej wierzę temu, gdyż wiem, że o sześćdziesiąt mil od wybrzeży Patusanu przeszedł cyklon, w samym Patusanie prawie nieodczuwany.

Nagle Tamb’ Itam ujrzał, że Jim chwyta ręce dziewczyny, by je oderwać od swej szyi.

Ona przechyliła się w tył, jej włosy dotykały ziemi.

— Chodź tu! — krzyknął Jim, wzywając wiernego sługę, by pomógł mu złożyć ją na ziemi.

Z trudem odczepili jej palce od rąk Jima. Jim pochylił się nad nią, spojrzał serdecznie w jej twarz i skoczył na brzeg rzeki, gdzie stały czółna. Tamb’ Itam udał się za nim, ale odwrócił głowę i widział, jak dziewczyna zerwała się, podbiegła kilka kroków i padła na kolana.

— Tuanie! Tuanie! — wołał Tamb’ Itam.

Jim już wskoczył do czółna i trzymał wiosło w ręce. Nie obejrzał się ani razu. Tamb’ Itam ledwie zdołał wdrapać się za nim, dziewczyna pozostała na klęczkach, z załamanymi rękami. Pozostała chwilę w tej błagalnej pozycji, po czym zerwała się.

— Jesteś fałszywy! — krzyknęła.

— Przebacz mi! — odpowiedział donośnie Jim.

— Nigdy! Nigdy! — wołała.

Tamb’ Itam wziął wiosło z rąk swego pana. Gdy przybyli na przeciwległy brzeg, Jim zabronił mu iść dalej; ale on nie posłuchał i w niejakim oddaleniu szedł za Jimem do obozu Doramina.

Ściemniało się. Błysnęły tu i ówdzie pochodnie. Spotykani ludzie okazywali wielkie przerażenie i pośpiesznie usuwali się na bok, by dać przejść Jimowi. Rozlegały się bolesne jęki kobiet. Dziedziniec zapełniony był zbrojnymi Bugisami i ludem Patusanu.

Nie wiem doprawdy, co to zbiegowisko miało oznaczać. Czy to były przygotowania do wojny, do zemsty, czy też do odparcia grożącej napaści najeźdźców? Niemało czasu upłynęło, zanim przestano się lękać powrotu białych ludzi; jaka była łączność między nimi a ich białym lordem, nie mogli zrozumieć. Nawet dla tych prostych umysłów Jim pozostał przesłonięty jakimś cieniem.

Doramin, zrozpaczony, zgnębiony, odosobniony od tłumu, siedział na swym fotelu, trzymając na kolanach parę pistoletów. Gdy Jim ukazał się, wszystkie głowy zwróciły się ku niemu; tłum rozstąpił się na prawo i lewo i Jim przeszedł tą drogą, widział jak ci ludzie unikają jego spojrzenia. Szły za nim słumione szepty: „To on jest sprawcą wszystkiego. On urok rzucił...” Czy słyszał te słowa?

Gdy Jim stanął w blasku rzucanym przez pochodnie, jęki kobiet ścichły nagle. Doramin nie podniósł głowy, a Jim stał przed nim czas jakiś, nie mówiąc słowa. Następnie rzucił na lewo spojrzenie i poszedł w tym kierunku mierzonym krokiem. Matka Dain Warisa skulona siedziała przy trupie, siwe jej włosy całkowicie zakrywały jej twarz. Jim zbliżył się, spojrzał na swego martwego przyjaciela i wrócił na dawne swe miejsce.

— Przyszedł! Przyszedł! — powtarzały wszystkie usta.

— Odpowiadać miał własną głową — ktoś wyrzekł głośno. Słysząc to, Jim zwrócił się do tłumów.

— Tak. Odpowiedzialność przyjąłem na siebie.

Stał znów przed Doraminem i po chwili rzekł:

— Przybyłem zbolały, zgnębiony. Staję przed tobą bezbronny.

Starzec, ciężko dźwigając w górę głowę, jak wół idący w jarzmie, usiłował podnieść się, chwytając jednocześnie leżące na kolanach pistolety. Z gardła jego wydobywały się jakieś charczące, bulgoczące, nieludzkie dźwięki, dwóch ludzi pośpieszyło mu z pomocą. Lud zauważył, że obrączka, którą trzymał na kolanach, spadła i potoczyła się pod nogi białego człowieka; Jim patrzył na ten talizman, za pomocą którego otwarły się dla niego wrota sławy, miłości, powodzenia w obrębie tych lasów, obramowanych srebrzystą pianą, na tych wybrzeżach o zachodzie słońca wyglądających jak niedostępna twierdza. Doramin, walczący ze sobą, by utrzymać się na nogach, tworzył z podtrzymującymi go ludźmi jakąś chwiejącą się, drżącą grupę. Z jego małych oczu wyzierał szalony ból, wściekłość z jakimś przebłyskiem okrucieństwa i gdy Jim stał jakby stężały w sobie w czerwonych blaskach pochodni i patrzał mu prosto w oczy, Doramin wsparł się całym ciężarem na ramieniu stojącego po lewej stronie młodzieńca i wznosząc prawą rękę, przeszył kulą pierś najlepszego przyjaciela swego syna.

Tłum, który widząc wzniesioną rękę starego wodza, pośpiesznie skoczył na bok, teraz po strzale rzucił się naprzód. Powiadają, że biały człowiek rzucił na prawo i lewo spojrzenie dumne, nieugięte. Przytknął rękę do ust i runął na ziemię, nie drgnąwszy więcej.

I oto koniec. Odszedł z sercem niezbadanym, zapomniany, nie otrzymawszy przebaczenia, owiany nadzwyczajnym romantyzmem. Nawet w najdzikszych wizjach swych młodzieńczych marzeń nie mógł przewidzieć takiego zakończenia, darzącego go takim zwycięstwem! Bardzo być może, że gdy w ostatniej chwili rzucał te dumne, nieugięte spojrzenia, stanął nareszcie oko w oko z tą okazją, która, jak wschodnia oblubienica, dotąd z zasłoną na twarzy stała u jego boku.

Skamieniałą z bólu „Jewel” wraz z wiernym Tamb’ Itamem zabrał jakiś Malajczyk, agent handlowy Steina i na swym statku przewiózł do jego domu. Tam z ust Tamba dowiedziałem się o tym wszystkim, gdy w nieustannych mych po świecie wędrówkach zawitałem do starego druha43.

Widzimy jego niewyraźną sylwetkę zdobywcy sławy, jak wyrywa się z ramion zazdrosnej miłości na znak, na wezwanie swego wzniosłego egoizmu.44 Porzuca żywą kobietę, by święcić swe bezlitosne śluby z mglistym ideałem postępowania. Zastanawiam się, czy jest teraz zupełnie zadowolony? Powinniśmy to wiedzieć, wszak to jeden z nas. I czyż nie stawiłem się kiedyś, wywołany niczym duch, by ręczyć za jego wiecznotrwałą wierność? I czy ostatecznie tak bardzo się myliłem?45Nie ma już Jima, a są dni, w których rzeczywistość jego istnienia przedstawia mi się z potężną, przygniatającą siłą; to znów — na honor! — są chwile, że mi znika z oczu, jak ubezcieleśniony duch błąkający się wśród namiętności tego świata, gotów poddać się wymaganiom swego własnego świata cieniów.

Kto wie? On odszedł z sercem nieprzeniknionym, a biedna dziewczyna, niema i bezwolna, wiedzie swe życie w domu Stein. Stein postarzał się bardzo ostatnio. Sam to czuje i często mówi, że czyni „przygotowania, by zostawić to wszystko, przygotowania, by odejść...” i smętnie macha ręką do swych motyli46.

Przypisy:

1. faktorii (z łac. facere: robić, czynić; daw.) — placówka handlowa w krajach kolonialnych. [przypis redakcyjny]

2. renegat (z łac. renegare: zaprzeć się, odtrącić) — zdrajca, odszczepieniec. [przypis edytorski]

3. ceber (daw.) — wiadro. [przypis edytorski]

4. jeremiada — narzekanie, biadanie; nazwa utworzona od imienia biblijnego proroka Jeremiasza, który wygłaszał mowy zawierające skargi na moralny upadek ludu Izraela oraz upomnienia i przewidywania nieszczęść, jakie mogą stąd wyniknąć. [przypis edytorski]

5. Schwein (niem.) — świnia. [przypis edytorski]

6. kułak — pięść. [przypis edytorski]

7. rober (z ang. rubber) — w grze w karty (brydżu, wincie, wiście) zamknięta faza gry, złożona z określonej (nieparzystej) liczby partii i zakończona podliczeniem punktów. [przypis redakcyjny]

8. biskwit — tu: biszkopt. [przypis edytorski]

9. esplanada — pas niezabudowanej przestrzeni; dawniej wolna przestrzeń między miastem a twierdzą, z czasem esplanady zamieniano w tereny zielone, służące spacerom. [przypis edytorski]

10. verfluchte (niem.) — przeklęty. [przypis redakcyjny]

11. dok — basen portowy. [przypis edytorski]

12. retman — starszy flisak, kierujący spływem na rzece; tu zapewne: osoba kierująca ruchem okrętów w doku. [przypis edytorski]

13. dwudziestostopowy — mierzący 20 stóp, tj. ponad 60 m; 1 stopa ang. wynosi w przybliżeniu 30,48 cm. [przypis redakcyjny]

14. bona fide (łac.) — w dobrej wierze. [przypis redakcyjny]

15. fort intrigué par ce cadavre (fr.) — mocno zaciekawieni tym trupem. [przypis edytorski]

16. merci (fr.) — dziękuję. [przypis edytorski]

17. cassis à l’eau (fr.) — cassis (rodzaj alkoholu) z wodą. [przypis edytorski]

18. Impossible de comprendre... vous concevez (fr.) — niemożliwe do pojęcia... pan rozumie. [przypis edytorski]

19. autour de ce mort (fr.) — wokół tego nieboszczyka. [przypis edytorski]

20. parbleu! (fr.) — rodzaj przekleństwa; do diaska! [przypis edytorski]

21. Dieu merci (fr.) — Bogu dzięki. [przypis redakcyjny]

22. c’est bien ça (fr.) — to jest to; właśnie tak. [przypis edytorski]

23. enfin (fr.) — w końcu, na koniec. [przypis edytorski]

24. epolet — naramiennik, pagon. Pasek materiału naszyty na ramieniu kurtki mundurowej; często umieszcza się na nim różne naszywki oznaczające stopień w wojsku, marynarce czy harcerstwie; dawniej bogato zdobiony element munduru. [przypis redakcyjny]

25. allez (fr.) — tu: naprzód; wykrzyknik poprzedzający wypicie łyka alkoholu. [przypis redakcyjny]

26. eh, bien (fr.) — no cóż. [przypis redakcyjny]

27. que diable (fr.) — u diabła; do czarta. [przypis redakcyjny]

28. parbleu (fr.) — dalibóg. [przypis redakcyjny]

29. voilà (fr.) — otóż; otóż to właśnie. [przypis redakcyjny]

30. ça (fr.) — to. [przypis redakcyjny]

31. par exemple — na przykład. [przypis redakcyjny]

32. serviteur (fr.) — sługa uniżony; zwrot grzecznościowy. [przypis redakcyjny]

33. dyspepsja (z gr. dys: zły, peptein: trawienie) — pot. niestrawność. [przypis redakcyjny]

34. Moluki a. Maluku — Wyspy Korzenne; grupa wysp we wschodniej części Archipelagu Malajskiego, wchodząca w skład Indonezji. [przypis redakcyjny]

35. elewacja — tu: wysokość gwiazdy nad horyzontem. [przypis redakcyjny]

36. zapoznany (daw.) — niedoceniony. [przypis redakcyjny]

37. absit omen(łac.) — oby to nie była wróżba. [przypis redakcyjny]

38. (...) — W tym miejscu tłumaczka opuściła część rozdziału XXVI i cały XXVII, zawierający m.in. szczegółowy opis bitwy i zdobycia fortecy Sherifa Alego. [przypis edytorski]

39. wystawić sobie (przestarz.) — wyobrazić sobie. [przypis redakcyjny]

40. Magna est veritas et praevalebit — prawda jest wielka i zwycięży. [przypis redakcyjny]

41. junakieria — śmiałość, zadziorność; por. junak: odważny, młody mężczyzna [przypis redakcyjny]

42. Szlachetnie urodzony wcześnie zaczął (...) spoczywającego w tej chwili Jima — Fragment ten stanowi streszczenie sporządzone własnymi słowami przez tłumaczkę, p. Emilię Więcławską wydarzeń zapisanych w rozdziałach: 37–44 i na początku 45; streszczenie zawiera kilka nieścisłości (m.in. na statku Brown pozostawił dwóch swoich ludzi: Chińczyka i kuternogę), a interpretacja niektórych wydarzeń i motywów kierujących bohaterami pozostaje dyskusyjna. [przypis redakcyjny]

43. Skamieniałą z bólu (...) starego druha — Akapit ten, wtrącony do oryginalnego zakończenia, stanowi „zastępnik” treści pominiętej części rozdz. 37 i jest tworem własnym tłumaczki, Emilii Więcławskiej; u Conrada nie ma zdania w tym brzmieniu. [przypis redakcyjny]

44. Widzimy (...) wzniosłego egoizmu — w oryginalnej wersji językowej: But we can see him, an obscure conqueror of fame, tearing himself out of the arms of a jealous love at the sign, at the call of his exalted egoism.; tłum. red. W.L. [przypis edytorski]

45. I czyż (...) myliłem — w oryginalnej wersji językowej: and have I not stood up once, like an evoked ghost, to answer for his eternal constancy? Was I so very wrong after all?; tłum. red. W.L. [przypis edytorski]

46. Kto wie? (...) motyle — w oryginalnej wersji językowej: Who knows? He is gone, inscrutable at heart, and the poor girl is leading a sort of soundless, inert life in Stein’s house. Stein has aged greatly of late. He feels it himself, and says often that he is ”preparing to leave all this; preparing to leave...” while he waves his hand sadly at his butterflies.; tłum. red. W.L. [przypis edytorski]