Rozdział VIII
Wylądowawszy po swej przeprawie, Nostromo wdrapał się, ociekając wodą, do głównego czworoboku starego fortu. Przespał tam cały dzień wśród pokruszonych murów i próchniejących w rozwalinach dachów. Spał w cieniu gór, w białym skwarze południa, w ciszy i odosobnieniu tego zarośniętego chaszczami skrawka ziemi, rozciągającego się między owalem przystani a przestronnym zakolem zatoki. Leżał jak martwy. Rey zamuro251, majaczący w błękicie na podobieństwo nikłej, czarnej plamki, zatrzymał się, kołując przezornie ukradkowym lotem, dziwnym u ptaka tej wielkości. Cień jego perłowo białego tułowia i czarno zakończonych skrzydeł padał na murawę równie cicho, jak on sam opuszczał się na pagórek gruzu, o jakieś trzy jardy od człowieka leżącego nieruchomo na kształt trupa. Ptak wyciągnął swą nagą szyję i pochylił łysy łeb, ohydny mimo świetnego ubarwienia, z żarłocznym niepokojem wpatrując się w obiecujące w swym bezruchu, rozciągnięte ciało. Po czym schował głęboko łeb w miękkie pióra i znieruchomiał w oczekiwaniu. Pierwszą rzeczą, na którą padło po przebudzeniu spojrzenie Nostroma, był ten cierpliwy stróż, oczekujący oznak śmierci i rozkładu. Gdy zerwał się na nogi, kondor odskoczył w bok, trzepocząc skrzydłami. Ociągał się przez chwilę ponuro i niechętnie, po czym poderwał się, krążąc bezszelestnie ze złowrogo opuszczonym dziobem i wyciągniętymi szponami.
Kiedy wreszcie znikł, Nostromo spojrzał w niebo i mruknął: „Jeszcze nie umarłem”.
Capataz cargadorów z Sulaco pławił się w świetności i rozgłosie do chwili, kiedy podjął się sterowania lichtugą zawierającą ładunek srebra w sztabach.
Ostatni czyn, jakiego dokonał w Sulaco, pozostawał w doskonałej zgodzie z jego próżnością i jako taki był najzupełniej szczery. Ostatniego dolara oddał staruszce, wzdychającej z żalu i zmęczenia po daremnych poszukiwaniach, pod łukiem starej bramy. Dokonany w ciemności i bez świadków, czyn ten miał jeszcze znamiona rozgłosu i świetności, doskonale harmonizował z jego reputacją. Ale przebudzenie na pustkowiu, pod czujnym ślepiem kondora, w ruinach fortu, nie miało już tego charakteru. Pierwszym jego mętnym uczuciem było właśnie to: że to nie pasuje. Był to raczej jakby koniec wszystkiego. Konieczność dalszego życia ukrywała coś, Bóg wie od jak dawna, co ogarnęło go po powrocie świadomości, uczyniło całą wieloletnią przeszłość marnością i głupstwem, na podobieństwo pochlebnego snu, który nagle pierzchnął.
Wspiął się na spadziste zbocze wału i rozchyliwszy krzewy, spojrzał na port. Zobaczył parę zakotwiczonych statków na gładkiej powierzchni wody, odbijającej ostatnie blaski światła, oraz parowiec Sotilla, przycumowany do mola. Za długim, szarym budynkiem Urzędu Celnego rozpościerało się miasto niby gąszcz zabudowań ze sklepioną bramą na pierwszym planie, z kopułami, wieżami i miradorami252, wznoszącymi się ponad drzewami, a wszystko było ciemne, jak gdyby już zanurzone w nocy. Przyszło mu na myśl, że nie może już pojechać konno ulicami miasta, znany przez wielkich i małych, jak to zwykł był czynić co wieczór, kiedy udawał się do posady Meksykanina Domingo na partię monte, że nie będzie już zasiadał na honorowym miejscu, słuchając śpiewów i patrząc na tańce. I wydało się mu, że to miasto jakby nie istnieje.
Patrzył długo, po czym puścił rozchylone krzewy, które zamknęły się za nim, i przeszedłszy na drugą stronę fortu, rozglądał się po niezmierzonym pustkowiu wielkiej zatoki. Izabele odcinały się ostro od zwężającej się, długiej wstęgi czerwieni na zachodzie, która delikatnie jarzyła się między ich czarnymi kształtami. Capataz myślał o Decoudzie, który pozostał tam samotnie ze skarbem. „To jedyny człowiek, który troszczył się o to, czy wpadnę w ręce monterystów czy nie” — myślał capataz gorzko. Lecz i ta troska wynikała z dbałości o siebie. Inni ani o niego się nie troszczyli, ani się nim nie zajmowali. Wielką prawdą było, co słyszał niegdyś od Giorgia Violi. Królowie, ministrowie, arystokraci, słowem wszyscy, którzy mają pieniądze, trzymają lud w ubóstwie i ujarzmieniu; trzymają go, jak trzyma się psy, by uganiały się i zagryzały w służbie swych panów.
Ciemność niebios opuściła się na rubież widnokręgu, spowijając całą zatokę, wysepki i wielbiciela Antonii, który pozostał z skarbem na Wielkiej Izabeli. Capataz, odwróciwszy się od tych rzeczy, istniejących, a niewidzialnych, usiadł i oparł twarz na pięściach. Po raz pierwszy w życiu odczuwał ucisk ubóstwa. Znaleźć się bez pieniędzy, gdy zawiodło monte w niskiej, zadymionej gospodzie Dominga, gdzie bractwo cargadorów wieczorami grało, śpiewało i tańczyło; mieć puste kieszenie po publicznym popisie szczodrobliwości w stosunku do jakiejś dziewczyny peyne d’oro czy innej (o którą nie dbał) — nie było ani ubóstwem, ani poniżeniem. Pozostawało bogactwo rozgłosu i chwały. Ale teraz, kiedy nie mógł już jeździć szumnie po ulicach miasta i otrzymywać pełnych uszanowania pokłonów w swych zwykłych przybytkach rozrywki, marynarz czuł się zupełnie ogołocony.
Zaschło mu w ustach. Zaschło mu, jak nigdy przedtem, od ciężkiego snu i wytężonego myślenia. Nostromo czuł w ustach smak jakby pyłu i popiołu z owocu życia, w który wgryzł się mocno z głodu chwały. Nie odejmując pięści od twarzy, spróbował splunąć przed siebie: ,Tfu” i cisnął półgłosem przekleństwo na samolubstwo wszystkich bogaczy.
Odkąd wszystko w Sulaco zdawało się stracone (a z takim poczuciem się ocknął), Nostromowi nasunęła się myśl o opuszczeniu kraju na zawsze. Na tę myśl ujrzał, jakby początek innego snu, wizję stromych, niezalewanych falą wybrzeży z ciemnymi sosnami na wzgórzach i białymi domami stojącymi poniżej, nad brzegiem rozbłękitnionego morza. Widział nadbrzeża wielkiego portu, po ślizgają się bez szmeru przybrzeżne feluki z łacińskimi żaglami rozpostartymi na kształt nieruchomych skrzydeł, wnikając między dwa mola z kamiennych bloków, zbiegające się ze sobą pod kątem i tulące flotylle statków do wspaniałego łona wzgórza pokrytego pałacami. Wspomniał te krajobrazy nie bez jakiegoś synowskiego uczucia, choć na jednej z takich feluk brał nieraz jako chłopiec surowe cięgi od wygolonego genueńczyka o krótkiej szyi i rozważnym, podejrzliwym usposobieniu, który (w co głęboko wierzył) pozbawił go jego sierocego dziedzictwa. Ale takie jest miłosierne zrządzenie, iż minione przykrości blakną we wspomnieniach. Pod wpływem osamotnienia, opuszczenia i zawodu myśl o powrocie do kraju dzieciństwa wydawała się znośna. Lecz jak powrócić? Boso i bez kapelusza? Nie mając nic prócz pstrej koszuli i pary bawełnianych calzoneras?
Odrodzony capataz, z łokciami na kolanach i pięściami wgniecionymi w policzki, zaśmiał się z siebie samego i splunął z niesmakiem gdzieś w cienie nocy. Nieokreślone wewnętrzne wrażenie powszechnego rozpadu, które ogarnia egoistyczną naturę przy każdym silniejszym powściągnięciu władającej nią namiętności, mają w sobie gorycz, która nie różni się od goryczy śmierci. Był naturą prostą. Gotów był ulec jakiejkolwiek wierze, zabobonowi lub żądzy — niby dziecko.
Położenie, w jakim się znalazł, oceniał po męsku, z dokładną znajomością kraju. Widział je jasno. Był jak człowiek, który otrzeźwiał po długim pijaństwie. Wyzyskiwano jego wierność. Skłonił bractwo cargadorów do stanięcia po stronie blancos przeciwko ludowi, naradzał się z don Josém, z ramienia ojca Corbelana prowadził układy z Hernandezem, wiadomo było również, iż don Martin Decoud pozwalał mu na pewną zażyłość i swobodne zachodzenie do redakcji „Porveniru”. Wszystko to schlebiało mu w zwykły u niego sposób. Co go obchodziła ich polityka? Zgoła nic. A w końcu, Nostromo tu, Nostromo tam, gdzie jest Nostromo? Nostromo może zrobić to i owo, pracować za dnia i pędzić na koniu nocą — i ani się spostrzegł, kiedy został niewątpliwym ribierzystą, narażonym na mściwość takiego na przykład Gamacha, zwłaszcza teraz, kiedy stronnictwo Montera zawładnęło miastem. Europejczycy dali za wygraną, caballeros dali za wygraną. Wprawdzie don Martin tłumaczył mu, że dzieje się to tylko chwilowo, że jedzie, by sprowadzić Barriosa na pomoc. A cóż z nią będzie, skoro don Martin (którego ironiczny sposób przemawiania zawsze niemile dotykał capataza) jest rozbitkiem na Wielkiej Izabeli? Wszyscy odstąpili. Nawet don Carlos dał za wygraną. Pospieszne wywiezienie skarbu dowodziło tego dobitnie. Capataz de cargadores pod wpływem przewrotu, jaki nastąpił w jego osobowości, zwątpił niemal do obłędu i patrzył na cały swój świat bez wiary i odwagi. Został zdradzony!
Mając za sobą niezmierzone mroki oceanu, a przed sobą wyniosłe szczyty niższych szczytów skupionych dokoła białego, zamglonego blasku Higueroty, Nostromo zaśmiał się głośno z głębi swego bezruchu i milczenia, zerwał się śpiesznie na nogi i stanął jak wryty. Musiał iść. Ale dokąd?
— To nie pomyłka! Trzymają nas i szczują, żebyśmy jak psy polowali i zagryzali się w ich służbie. Vecchio ma rację — rzekł powoli, złowrogo. Przypomniał sobie, jak stary Giorgio wyjął fajkę z ust i rzucił przez ramię te słowa w głąb kawiarni pełnej maszynistów i ślusarzy z warsztatów kolejowych. Ten obraz podziałał decydująco na jego chwiejne zamysły. Postara się odszukać starego Giorgia, jeśli będzie mógł. Bóg wie, co się z nim stało! Postąpił parę kroków przed siebie, po czym znów przystanął i potrząsnął głową. Przed nim i za nim, na lewo i na prawo liche chaszcze tajemniczo szemrały w ciemnościach.
— Teresa też miała słuszność — dorzucił przyciszonym, pełnym lęku głosem. Był ciekaw, czy już umarła, pogniewana na niego, czy też jeszcze żyje. Jakby w odpowiedzi na tę myśl na poły wyrzutu, a na poły nadziei, przecięła mu drogę wielka sowa, miękko łopocząc skrzydłami w skośnym locie, jak duża ciemna czarna kula, krzycząc przeraźliwie: „Ya-acabo! Ya-acabo!”, co znaczy „skończyło się, skończyło się” i wedle zabobonu ludowego zwiastuje śmierć i nieszczęście. Ponieważ upadło wszystko, co stanowiło o jego sile, poddał się przesądowi i drgnął z lekka. A więc signora Teresa umarła. To nie mogło oznaczać nic innego. Wrzask złowieszczego ptaka, ten pierwszy odzew, jaki go doleciał po powrocie, był właściwym pozdrowieniem dla jego zawiedzionej osobowości. Niewidzialne moce, które obraził, nie chcąc przywołać księdza do umierającej kobiety, podnosiły głos przeciw niemu. Umarła! Z zadziwiającym, głęboko ludzkim sposobem wnioskowania naginał wszystko do siebie. Była zawsze kobietą dobrej rady. A osieroconego, starego Giorgia strata ogłuszyła właśnie w chwili, kiedy miał zamiar zasięgnąć wskazówek jego mądrości. Ten cios otumani marzycielskiego starca na jakiś czas.
Co do kapitana Mitchella, to Nostromo zwyczajem zaufanych podwładnych uważał go za człowieka, który dzięki wykształceniu może wydawać rozkazy i podpisywać papiery w biurze, ale poza tym jest zupełnie nieużyteczny i nieco głupi. Konieczność codziennego owijania sobie dokoła małego palca pompatycznej, dziwacznej figury nadętego starego marynarza, zaczęła stopniowo drażnić Nostroma. Zrazu dawała mu wewnętrzne zadowolenie. Jednak konieczność pokonywania drobnych przeszkód przykrzy się ludziom pewnym siebie, zarówno z powodu pewności powodzenia, jak i monotonii wysiłków. Podejrzliwie patrzył na skłonności swego przełożonego do kapryśnych działań. „Ten stary Anglik nie ma zdrowego rozsądku”, powiadał do siebie. Niepodobna było przypuszczać, żeby zapoznawszy się z rzeczywistym stanem rzeczy, mógł tę wiadomość zachować dla siebie. Zacząłby mówić o wykonaniu niewykonalnych rzeczy. Nostromo bał się go, jak zazwyczaj boją się ludzie obarczenia jakimś przewlekłym kłopotem. Kapitan Mitchell nie był dyskretny. Zdradziłby skarb. A Nostromo postanowił sobie, iż skarb nie może być zdradzony.
Słowo „zdrada” zapuściło korzenie w jego umyśle. Jego wyobraźnia uchwyciła się jasnego i prostego pojęcia zdrady, by uzasadnić oszałamiające wrażenie oświecenia, iż nieświadomie zszedł ze swojej ścieżki, by wziąć udział w sprawie, w której jego osobowości nie brano pod uwagę. Człowiek zdradzony jest człowiekiem unicestwionym. Signora Teresa (niechaj światłość wiekuista świeci nad jej duszą!) miała słuszność. Nigdy się z nim nie liczono. Zdradzony! Jej biała postać skulona w łożu, rozwiana czerń włosów, szerokie czoło cierpiącej, wzniesionej ku niemu twarzy, ognisty zapał jej przepowiedni, wszystko to wydawało się mu obecnie majestatyczne grozą jasnowidzenia i śmierci. Nie na próżno ptak nieszczęścia złowrogim wrzaskiem odezwał się nad jego głową. Umarła, niechaj jej świeci światłość wiekuista!
Podzielając antyklerykalne, wolnomyślne poglądy mas, posługiwał się tą pobożną formułą z powierzchowną siłą nawyku, ale z głęboko zakorzenioną szczerością. Dusza ludu niezdolna jest do sceptycyzmu; ta niezdolność rzuca jego bezradną moc na pastwę krętactwa oszustów i bezlitosnego entuzjazmu przywódców natchnionych wizjami szczytnego przeznaczenia. Umarła. Ale czy raczy Bóg zmiłować się nad jej duszą? Umarła bez spowiedzi i rozgrzeszenia, ponieważ on nie chciał poświęcić jej jeszcze jednej chwili swego czasu. Jego odraza do księży jako księży pozostała, lecz mimo wszystko nie mógł wiedzieć, czy to, co oni utrzymują, nie jest prawdą. Moc, kara, przebaczenie są prostymi i wiarygodnymi pojęciami. Świetny capataz de cargadores, pozbawiony prostych realiów, jak zachwyt kobiet, pochlebstwa mężczyzn, podziwianego rozgłosu, był gotów poczuć, iż brzemię świętokradzkiej winy zwala się na jego barki.
Z gołą głową, w cienkiej koszuli i spodniach, czuł pod stopami kojące ciepło miałkiego piasku. Wąskie pasmo plaży majaczyło w oddali długą krzywizną, obrysowując kontury dzikiego ustronia po tej stronie portu. Mknął wzdłuż brzegu jak ścigany cień, między posępnymi gąszczami palmowymi a tonią wodną, która roztaczała się po jego prawej ręce, tak spokojna jak śmierć. Biegł w samotności i ciszy z opętańczym pośpiechem, jak gdyby wyzuty z wszelkiej rozwagi i ostrożności. Wiedział, iż po tej stronie wody nie musi się obawiać wykrycia. Jedynym mieszkańcem był samotny, małomówny, apatyczny Indianin, który miał opiekował się gajem palmowym i zanosił niekiedy do miasta trochę orzechów kokosowych na sprzedaż. Żył bez kobiety, w otwartym szałasie, gdzie stale buzował ogień z suchego chrustu, rozwlekając swe dymy opodal starej łodzi leżącej dnem do góry na piasku. Nietrudno było go uniknąć.
Szczekanie psów dokoła szałasu było pierwszą rzeczą, która przykróciła jego pośpiech. Zapomniał o psach. Skręcił z miejsca i zaszył się w gąszcz palm jak w matecznik kolumn jakiejś niezmierzonej sali, której nieprzenikniona ciemność zdawała się szeptać i cicho szumieć nad jego głową. Przedarł się przez nią, wszedł do jakiejś rozpadliny i wspiął się na szczyt stromego szczytu, niepokrytego drzewami ani chaszczami.
Z tego miejsca ujrzał równinę między miastem a przystanią, otwartą i majaczącą w poświacie gwiezdnej. W roztaczających się powyżej lasach jakiś nocny ptak odzywał się dziwnie bębniącym klekotem. Poniżej palmowego gaju, na brzegu, psy Indianina ujadały dalej zaciekle. Zastanawiał się, co je tak bardzo rozdrażniło, i rozglądając się ze swego wzniesienia, zauważył ze zdumieniem jakieś niewytłumaczalne poruszenia, jak gdyby poruszało się kilka podłużnych połaci równiny. Te czarne, chwiejne plamy, na przemian ukazujące się, to znów niknące z oczu, zmieniały miejsce, stale oddalając się od portu, wywołując wrażenie jakiegoś ciągłego ładu i celowości. Zaświtało mu w głowie. Była to kolumna piechoty, która nocnym marszem zdążała w kierunku wyżej położonej, pobrużdżonej połaci kraju, u podnóża wzgórz. Wszystko było dla niego nadal zbyt ciemne, by mógł się dziwić lub zastanawiać.
Równina odzyskała swą mroczną nieruchomość. Zszedł ze wzgórza i znalazł się w otwartym pustkowiu między portem a miastem. Jego rozległość, które wskutek ciemności wydawała się bezkresna, dawała mu silniej uczuć jego głęboką samotność. Zwolnił kroku. Nikt go nie oczekiwał, nikt o nim nie myślał, nikt nie oczekiwał ani nie pragnął jego powrotu. „Zdradzony, zdradzony!” — mamrotał do siebie. Nikomu na nim nie zależało. Mógł przecież utonąć, a nikt by się nie zmartwił, prócz może dzieci, pomyślał sobie. Ale one były u angielskiej signory i w ogóle o nim nie myślały.
Zawahał się w swym postanowieniu, żeby pójść wprost do Casa Viola. Po co? Czegóż może tam się spodziewać? Życie zawodziło go w wszystkim, do najdrobniejszego szczegółu, zgodnie z pogardliwymi przepowiedniami Teresy. Boleśnie odczuwał swą rozterkę. Czy to był ten wyrzut sumienia, który mu przepowiadała, zanim wyzionęła ostatnie tchnienie?
Tymczasem zszedł z prostej drogi, zbaczając jakby instynktownie na prawo, w stronę molo i portu, które były widownią jego codziennego trudu. Długi budynek Urzędu Celnego wyłonił się nagle niby mury jakiejś faktorii. Nikt nie go zatrzymał, kiedy się zbliżył. Gdy podszedł ostrożnie od frontu, zaciekawił go nieoczekiwany widok dwu oświetlonych okien.
Te dwa okna, jarzące się blado od strony portu z ogromu opuszczonego budynku, wywoływały wrażenie, jakby jakiś tajemniczy człowiek czuwał tam samotnie. Pustka była niemal wyczuwalna. Silny swąd spalonego drzewa ział z nikłego obłoczku, ledwie dostrzegalnego dla jego oczu na tle migoczących gwiazd. Ćwierkanie nieprzeliczonych świerszczy w suchej trawie zdawało się niemal przytępiać jego wytężony słuch, gdy stąpał z wolna w głębokim milczeniu. Idąc krok za krokiem, znalazł się w wielkiej hali, posępnej i pełnej gryzącego dymu.
Ognisko ułożone przy schodach wypaliło się bezsilnie, pozostawiając niewielką kupkę perzyny. Twarde drzewo schodów nie zajęło się ogniem. Tliło się tylko kilka dolnych stopni, po ich zwęglonych krawędziach pełzały iskry. U szczytu schodów ujrzał smugę światła padającą z otwartych drzwi. Światło to padało na obszerny podest, zamglony powoli wnoszącym się dymem. To był ten pokój. Zaczął wchodzić na schody, lecz zatrzymał się nagle, gdy na jednej ze ścian pokoju dostrzegł cień człowieka. Był to bezkształtny cień jakiejś barczystej osoby, która stała nieruchomo ze spuszczoną głową poza zasięgiem jego wzroku. Capataz, uprzytomniwszy sobie, że jest zupełnie bezbronny, usunął się w bok i ukryty w ciemnym kącie, czekał, nie spuszczając oczu z drzwi.
Całe ogromne wnętrze zrujnowanego, niewykończonego budynku, bez sufitów pod więźbą wysokiego dachu, wypełniał dym. Snuł się nikłymi, splątanymi pasmami, igrając w mroku wysokich pokojów i korytarzy wielkich jak stodoły. Jakaś rozkołysana okiennica uderzyła o ścianę z ostrym, urwanym trzaskiem, jak gdyby pchnięta niecierpliwą ręką. Przed próg potoczył się z szelestem jakiś papier, nie wiadomo skąd. Kimkolwiek był nieznany człowiek, nie zacieniał swoją sylwetką oświetlonego wejścia. Capataz dwukrotnie wykradał się na kilka kroków ze swojego kąta i wyciągał szyję, mając nadzieję, że zobaczy, co ten ktoś robi tak cicho w pokoju, lecz za każdym razem dostrzegał tylko zniekształcony szerokich barków i pochylonej głowy. Widocznie nic nie robił i nie ruszał się z miejsca, jak gdyby rozmyślał lub może coś czytał. Z pokoju nie dobiegał żaden dźwięk.
Capataz raz jeszcze się cofnął. Zastanawiał się, kto to był, czyżby jakiś monterysta? Ale bał się pokazać. Gdyby przed upływem wielu dni zauważono jego obecność na wybrzeżu, skarb, jego zdaniem, znalazłby się w niebezpieczeństwie. Ponieważ ta tajemnica zawładnęła całą jego duszą, uważał za rzecz niemożliwą, żeby ktokolwiek ze Sulaco nie wpadł na właściwy domysł. Po jakichś kilku tygodniach wyglądałoby to inaczej. Czy kto mógłby zaprzeczyć, iż nie powrócił przez góry z jakiegoś portu poza obrębem republiki? Istnienie skarbu mąciło jego myśli jakąś osobliwą troską, jak gdyby było z nim związane jego własne życie. To spowodowało, że czuł lęk, stojąc przed tymi oświetlonymi, zagadkowymi drzwiami. Niech diabli wezmą tego hultaja! Nie chce go wcale widzieć. Nie dowie się niczego z jego twarzy, znajomej czy nieznajomej. Był głupcem, marnując tu czas na czekaniu!
W niespełna pięć minut po wśliznięciu się do budynku capataz przystąpił do odwrotu. Zszedł bez najmniejszej przeszkody po schodach, raz jeszcze zerknął przez ramię na oświetlony podest i przebiegł chyłkiem przez sień. Ale w chwili, kiedy wychodził przez wielkie drzwi, zaprzątnięty myślą, jak niepostrzeżenie ujść uwagi człowieka z góry, nagle z impetem wpadł na niego ktoś, kogo nie usłyszał, kto biegł szybko wzdłuż ściany frontowej. Obaj wydali stłumiony okrzyk zdumienia, odskoczyli od siebie i zatrzymali się, nie widząc siebie nawzajem dokładnie. Nostromo nie odezwał się. Natomiast ten drugi przemówił przerażonym i struchlałym głosem:
— Kto to?
Nostromo od razu wydawało się, iż poznaje doktora Monyhgama. Teraz nie miał już wątpliwości. Zawahał się na jedno mgnienie. Przyszło mu do głowy, by uciec, nie mówiąc ani słowa. Po co? Niepojęta odraza do wymówienia nazwiska, pod którym był znany, nieco przedłużyła jego milczenie. W końcu odezwał się cichym głosem:
— Cargador.
Podszedł do tamtego. Doktor Monygham doznał wstrząsu. Poderwał w górę ramiona i krzyknął na całe gardło, nie posiadając się ze zdziwienia, pod wrażeniem niesłychanego dziwu tego spotkania. Nostromo przestrzegł go gniewnie, by nie podnosił głosu. Urząd Celny nie jest tak pusty, jak się wydaje. Jest tam ktoś w oświetlonym pokoju na górze.
Nie ma cechy w fakcie dokonanym bardziej ulotnej od wrażenia jego niezwykłości. Umysł ludzki, znużony nieustannym rozważaniem swoich pragnień i obaw, naturalnym porządkiem rzeczy odwraca się od niezwykłej strony wydarzeń. Było też rzeczą najnaturalniejszą pod słońcem, iż doktor zapytał człowieka, o którym jeszcze przed dwiema minutami był przekonany, że pochłonęły go tonie zatoki:
— Widział pan kogoś na górze? Naprawdę?
— Nie, nie widziałem.
— To skąd pan wie, że tam ktoś jest?
— Uciekałem przed jego cieniem, gdyśmy się spotkali.
— Przed jego cieniem?
— Tak. Jego cieniem w oświetlonym pokoju — odparł Nostromo pogardliwym tonem. Założywszy ramiona, oparł się o ścianę ogromnego budynku, zwiesił głowę i zaciął z lekka usta, nie patrząc na doktora. „No — myślał w duszy — teraz zacznie mnie wypytywać o skarb”.
Ale myśli doktora były zaprzątnięte innym zdarzeniem, nie tak dziwnym jak ukazanie się Nostroma, lecz w swej istocie znacznie mniej zrozumiałym. Dlaczego Sotillo oddalił się wraz z całym swym oddziałem tak nagle i po kryjomu? Co zwiastowało to odejście? Zaraz jednak błysnęło doktorowi w głowie, iż ten ktoś na górze może być oficerem, pozostawionym przez zawiedzionego pułkownika, żeby się z nim porozumiał.
— Zdaje mi się, iż on czeka na mnie — rzekł.
— To możliwe.
— Muszę to sprawdzić. Niech pan jeszcze nie odchodzi, capatazie.
— Dokąd miałbym odejść? — odburknął Nostromo.
Ale doktor już znikł. Pozostał więc sam, oparty o ścianę i zapatrzony na ciemne wody przystani. Ćwierkanie świerszczy wypełniało mu uszy. Przemożny zamęt opanował jego myśli i odjął im władzę powodowania wolą.
— Capatazie, capatazie! — odezwał się z góry naglący głos doktora.
Poczucie zdrady i ruiny unosiło się na na jego posępnej obojętności jak w ospałej kałuży smoły. Wychylił się jednak spod ściany i spojrzawszy w górę, ujrzał doktora Monyghama, stojącego w oświetlonym oknie.
— Niech pan tu przyjdzie i zobaczy, co zrobił Sotillo. Nie potrzebuje pan bać się człowieka, który tu jest.
Odpowiedział nikłym, gorzkim uśmiechem. Bać się człowieka! Capataz cargadorów z Sulaco miałby bać się jakiegoś człowieka! Rozgniewało go, iż komuś mogło przyjść na myśl coś podobnego. Gniewało go, że jest bezbronny, przyczajony w ukryciu i narażony na niebezpieczeństwa z powodu tego przeklętego skarbu, który tak mało znaczył dla ludzi, którzy mu go uwiązali u szyi. Nie mógł się otrząsnąć z niepokoju o niego. Dla Nostroma doktor był przedstawicielem wszystkich tych ludzi... A nawet o niego nie zapytał. Ani słowa pytania o najrozpaczliwszy czyn jego życia!
Tak rozmyślając, Nostromo przeszedł znów podobną do jaskini sień, gdzie dym tymczasem mocno się przerzedził i unosił się po schodach, które teraz już nie parzyły go w stopy, ku smudze światła u szczytu. Doktor ukazał się na chwilę w tym świetle, podniecony i zniecierpliwiony.
— Niech pan wejdzie! Niech pan wejdzie!
Przekraczając próg, capataz doznał wstrząsu zdumienia. Mężczyzna się nie poruszył. Jego cień pozostał w tym samym miejscu. Nostromo wzdrygnął się, po czym wszedł do pokoju z wrażeniem, iż jest bliski rozwiązania zagadki.
Była bardzo prosta. W niewymiernym ułamku sekundy, pod światło dwu rozmigotanych i okapanych świec, poprzez cienką, błękitnawą, gryzącą w oczy zasłonę dymu, ujrzał mężczyznę stojącego w postawie, w jakiej go sobie wyobrażał, odwróconego plecami do drzwi i rzucającego ogromny, zniekształcony cień na ścianę. Szybciej niż mgnienie błyskawicy nastąpiło inne wrażenie: jego ciało miało wymuszoną pozycję i zdawało się przewracać, barki były wysunięte naprzód, głowa nisko opuszczona na piersi. Potem zauważył, iż miał on ramiona od tyłu wykręcone tak straszliwie, iż zaciśnięte i skrępowane razem pięści znajdowały się powyżej łopatek. Jednym rzutem oka dojrzał rzemień, który od skrępowanych przegubów biegł w górę i przerzucony przez potężną belkę, napinał się dalej w dół aż do wbitego w ścianę haka. Nie potrzebował już patrzeć na stężałe nogi, na obwisłe bezwładnie stopy, których nagie palce znajdowały się o jakichś sześć cali nad podłogą, by domyśleć się, że człowieka tego torturowano aż do utraty przytomności.
Pierwszym jego odruchem było rzucić się naprzód i jednym zamachem przeciąć rzemień. Sięgnął po nóż. Nie miał noża przy sobie — nie miał nawet noża. Stał drżący, zaś doktor, który skulony opierał się o stół i kryjąc brodę w dłoni, patrzył w zamyśleniu na to okrutne i żałosne widowisko, odezwał się bezsilnie:
— Torturowano go, potem zabito strzałem w pierś. Już stygnie...
Te słowa uspokoiły capataza. Jedna ze świec, migoczących w lichtarzu, zgasła.
— Kto to zrobił? — zapytał.
— Sotillo, mówię panu! Któż by inny? Rozumiem, że torturował. Ale po co zastrzelił? — Doktor patrzył uparcie na Nostroma, który lekko wzruszył ramionami. — A niech pan zauważy, że zastrzelił nagle, pod wpływem impulsu. To się rzuca w oczy. Chciałbym znać jego tajemnicę.
Nostromo postąpił naprzód i zatrzymał się, by rzucić okiem.
— Zdaje mi się, że już gdzieś widziałem tę twarz — mruknął. — Kto to?
Doktor zwrócił znów ku niemu spojrzenie.
— Byłbym niemal skłonny zazdrościć mu jego losu. Co pan o tym myśli, capatazie, hę?
Ale Nostromo nie dosłyszał nawet tych słów. Chwyciwszy pozostałą świeczę, podsunął ją pod obwisłą głowę. Doktor siedział pogrążony w zadumie, z nieprzytomnym wyrazem oczu. Wtem ciężki, żelazny lichtarz spadł z brzękiem na podłogę, jakby wytrącony z ręki Nostroma.
— Co się stało? — krzyknął doktor, podnosząc oczy z przerażeniem. Usłyszał, że capataz zatoczył się na stół i zaczął ciężko dyszeć. Gdy światło nagle zgasło, martwa ciemność, która zasklepiała wnęki okien, ożyła gwiazdami.
— Rozumiem, rozumiem! — mamrotał do siebie po angielsku doktor. — To wystarcza, żeby wyleźć ze skóry.
Nostromo czuł, że serce podchodzi mu do gardła. Kręciło mu się w głowie. Hirsch! Ten człowiek to Hirsch! Chwycił się mocno krawędzi stołu.
— Ależ on ukrywał się na lichtudze! — wrzasnął niemal. Głos mu się załamał. — Na lichtudze i... i...
— A Sotillo przyprowadził go tutaj — rzekł doktor. — Widok tego człowieka nie może być bardziej zaskakujący dla pana, niż pański widok był dla mnie. Chciałbym tylko wiedzieć, w jaki sposób zdołał skłonić czyjąś miłosierną duszę, że skrócono mu mękę strzałem.
— Więc Sotillo wie... — zaczął Nostromo bardziej opanowanym głosem.
— Wszystko — przerwał doktor.
Capataz, słysząc to, uderzył pięścią w stół.
— Wszystko? Co pan opowiada? Wszystko? Wie wszystko? To niemożliwe! Wszystko?
— Oczywiście. Dlaczego wydaje się to panu niemożliwe? Mówię panu, że byłem przy przesłuchaniu Hirscha wczoraj wieczorem, tu, w tym pokoju! Zna pańskie nazwisko, nazwisko Decouda i wszystkie szczegóły połączone z załadunkiem srebra... Lichtuga została przecięta na pół. Pełzał z nikczemnego strachu przed Sotillem, ale pamiętał to dokładnie. Czegóż pan chce więcej? Najmniej wiedział o sobie samym. Znaleźli go uczepionego do kotwicy. Uczepił się jej zapewne w tej chwili, kiedy lichtuga szła na dno.
— Szła na dno? — powtórzył Nostromo powoli. — Sotillo w to wierzy? Bueno!
Doktor, nieco zniecierpliwiony, nie był w stanie pojąć, żeby można było wierzyć w coś innego. Tak jest, Sotillo wierzył, że lichtuga poszła na dno i że capataz de cargadores razem z Martinem Decoudem, a może też z paroma innymi zbiegami politycznymi, utonęli.
— Miałem słuszność, señor doctor — zauważył na to Nostromo — że Sotillo nie wie wszystkiego.
— Co? Co pan ma na myśli?
— Nie wie, że nie zginąłem.
— My również nie wiedzieliśmy.
— I nie przejmowaliście się tym, żaden z was, caballeros, którzy byliście w porcie, nie dbał o los człowieka, człowieka z krwi i kości jak wy, kiedy już wysłaliście go w szaleńcze przedsięwzięcie, które nie mogło skończyć się dobrze.
— Zapomina pan, capatazie, że nie byłem w porcie. I że nie pochwalałem tego przedsięwzięcia. Niech mi pan nie wymawia. Mówię panu, że niewiele mieliśmy czasu myśleć o zmarłych. Śmierć czyhała na nas wszystkich. Pana nie było.
— Nie było mnie istotnie — wtrącił Nostromo. — A dlaczego? Niech mi pan powie?
— Ach, to pańska rzecz — odparł doktor szorstko. — Niech mnie pan nie pyta!
Ich przyciszona rozmowa zamarła w ciemności. Siedząc na brzegu stołu, lekko odwróceni od siebie, czuli, że dotykają się ramionami, a ich oczy pozostawały utkwione w stężałej postaci, niemal zanikającej w mrocznej głębi pokoju. W upiornym bezruchu, ze zwieszoną głową i barkami, zdawała się czyhać na każde ich słowo.
— Muy bien! — wymruczał w końcu Nostromo. — Niech tak będzie. Teresa miała rację. To moja sprawa.
— Teresa umarła — zauważył doktor z roztargnieniem, gdyż jego myśli podążyły nowym szlakiem pod wpływem faktu, który można było nazwać powrotem Nostromo do życia. — Umarła, biedaczka.
— Bez księdza? — spytał capataz z niepokojem.
— Co za pytanie! Któż mógł sprowadzić do niej księdza tej nocy?
— Niech Bóg zmiłuje się nad jej duszą! — wybełkotał Nostromo z posępną i beznadziejną żarliwością. Zanim zdążyła zdziwić doktora Monyghama, capataz powrócił już do poprzedniego wątku i mówił dalej złowróżbnym tonem: — Si, señor doctor. To moja sprawa, jak pan powiedział. Rozpaczliwa, zaiste, sprawa.
— Nie drugiego człowieka w tej części świata, który by potrafił ocalić się wpław, jak to pan zrobił — rzekł doktor z podziwem.
I znów zaległo między nimi milczenie. Obaj rozmyślali, a odmienność ich natur sprawiała, że ich myśli, poczęte z wzajemnego spotkania, odbiegały daleko od siebie. Doktor, który pod wpływem swej życzliwości dla Gouldów dał się skłonić do niebezpiecznego działania, z wdzięcznością zastanawiał się nad łańcuchem wydarzeń, dzięki któremu capataz powrócił do Sulaco. Ten człowiek mógł oddać wielkie usługi w sprawie ocalenia kopalni San Tomé. Doktor przywiązał się do kopalni. W jego pięćdziesięcioletnich oczach przybierała ona postać drobnej kobiety w miękkiej sukni z trenem, z główką ujmująco obciążoną gęstymi zwojami jasnych włosów, kobiety o wrażliwym wnętrzu, drogocennej wartości moralnej, przejawiającej się w każdym jej zachowaniu, kobiety-klejnotu, kobiety-kwiatu. Gdy wokół kopalni San Tomé zaczęły narastać niebezpieczeństwa, złudzenie to nabrało mocy, trwałości i powagi. Opętało go w końcu. To opętanie, rozpłomienione wyrzeczeniem się w duchu zwykłych nadziei i nagrody, uczyniło indywidualność doktora Monyghama, jego myśli i działania nadzwyczaj niebezpiecznymi dla niego samego i dla innych, wszystkie bowiem jego skrupuły zanikły w dumnym poczuciu, iż jego oddanie jest jedyną rzeczą, która stoi pomiędzy uwielbioną kobietę a straszliwym nieszczęściem.
Było to niby jakieś zatrucie, które go czyniło zupełnie obojętnym na los Decouda, ale pozwalało jego umysłowi należycie oceniać jego polityczną ideę. Pomysł był dobry, a Barrios był jedynym narzędziem do jego urzeczywistnienia. Dusza doktora, zwiędła i skurczona od hańby moralnego poniżenia, stała się teraz nieubłagana w wielkim przypływie swej opiekuńczości. Powrót Nostroma był opatrznościowy. Nie myślał o nim z ludzką życzliwością jako o bliźnim, który dopiero co wyrwał się ze szponów śmierci. Capataz był dla niego jedynym możliwym człowiekiem, którego można posłać do Cayty. Najodpowiedniejszym człowiekiem. Mizantropijna niewiara doktora w ludzi (tym przykrzejsza, że wypływająca z własnego upadku), nie wydźwignęła go dostatecznie ponad powszechne słabości. Ulegał urokowi ustalonej reputacji. Wysławianej przez kapitana Mitchella, rozdętej przez powtarzanie i utrwalonej w powszechnym przeświadczeniu wierności Nostroma, doktor Monygham nigdy nie podawał w wątpliwość jako faktu. Tym bardziej nie mógł powątpiewać o niej teraz, kiedy rozpaczliwie sam jej potrzebował. Doktor Monygham był człowiekiem jak inni: przyjmował po prostu powszechne przeświadczenie o nieskazitelności capataza, ponieważ żadne słowo ani żaden fakt nie zaprzeczały nigdy temu twierdzeniu. Prawość wydawała się cząstką tego człowieka jak jego wąsy lub zęby. Nie można było go sobie bez niej wyobrazić. Chodziło tylko o to, czy podejmie się tego niebezpiecznego i rozpaczliwego poselstwa. Doktor był wystarczająco spostrzegawczy, by zauważyć coś niezwykłego w usposobieniu tego człowieka. Była to zapewne zgryzota z powodu utraty srebra.
„Trzeba mu będzie okazać całkowite zaufanie” — rzekł do siebie, dość przenikliwie wglądając w charakter człowieka, z którym miał do czynienia.
Po stronie Nostroma milczenie było pełne czarnej niepewności, gniewu i niedowierzania. Mimo to przerwał je pierwszy.
— Pływanie nie było wielką rzeczą — przemówił. — Chodzi o to, co było przedtem... i co będzie potem...
Nie skończył tego, co zamierzał powiedzieć, i urwał nagle, jakby jego myśl natknęła się na jakąś potężną przeszkodę. Umysł doktora z makiaweliczną przebiegłością podążał za swym planem. Rzekł z całym współczuciem, na jakie było go stać:
— To fatalne, capatazie. Ale nikomu nie przyszło na myśl ganić pana z tego powodu. To bardzo fatalne! Przede wszystkim nie należało wywozić tego skarbu z gór. Ale to Decoud, który... no, już nie żyje. Nie trzeba o nim mówić.
— Nie — przyznał Nostromo, gdy doktor się zawahał — nie trzeba mówić o umarłym. Ale ja jeszcze żyję.
— Ma pan słuszność. Tylko człowiek tak nieustraszony jak pan mógł się ocalić.
W tym doktor Monygham był szczery. Bardzo cenił sobie nieustraszoność tego człowieka, o którym poza tym nie miał wysokiego mniemania, rozczarowany w ogóle do ludzi z powodu pewnych okoliczności, w których zawiodło go własne człowieczeństwo. Zetknąwszy się w okresie swego wykolejenia z wieloma fizycznymi niebezpieczeństwami, zdał sobie dokładnie sprawę z najgroźniejszego czynnika wspólnego im wszystkim: mianowicie z miażdżącego, ubezwładniającego poczucia ludzkiej małości, które jest tym, co w rzeczywistości łamie człowieka zmagającego się z siłami przyrody samotnie, z dala od oczu swych towarzyszy. Był wyjątkowo przygotowany do ocenienia duchowego obrazu, jaki wytworzył sobie o capatazie, który po długotrwałym wysiłku i obawach, rzucony nagle w otchłań wód i ciemności, z dala od ziemi i nieba, stawił jej czoło nie tylko z niezmąconym umysłem, lecz także z oczywistym powodzeniem. Wiedziano wprawdzie, iż był on niezrównanym pływakiem, ale doktor był zdania, iż ta okoliczność świadczyła o jeszcze większej nieustraszoności ducha. Podobało się mu to i dobrze wróżyło o powodzeniu trudnej misji, którą miał zamiar powierzyć capatazowi, tak cudownym sposobem przywróconemu do stanu użyteczności. Więc tonem lekko zachęcającym zauważył:
— Musiało być straszliwie ciemno!
— To była największa ciemność, jaka kiedykolwiek zalegała zatokę — przytaknął capataz zwięźle. Złagodniał, gdyż zdawało mu się, że słowa doktora są oznaką pewnego zainteresowania niebezpieczeństwami, z którymi miał do czynienia, i dorzucił kilka opisowych zdań z udawaną, skąpą niedbałością. Czuł się w tej chwili skłonny do zwierzeń. Oczekiwał kolejnych przejawów tego zainteresowania, które bez względu na to, czy byłyby przyjęte czy odrzucone, przywróciłyby mu jego osobowość, tę jedyną rzecz, którą postradał w tej rozpaczliwej wyprawie. Jednak doktor, pochłonięty swoim własnym desperackim przedsięwzięciem, był okropny, podążając za swymi myślami. Wymknął się mu okrzyk ubolewania:
— Prawie żałuję, że nie zaczął pan krzyczeć i nie dał znaku światłem.
To nieoczekiwane oświadczenie zdumiało capataza swoim zimnokrwistym okrucieństwem. Znaczyło ono to samo, co: „Żałuję, że nie okazał się pan tchórzem; żałuję, że nie poderżnięto panu gardła za pańskie trudy”. Naturalnie odniósł do siebie to, co było stosowane tylko do srebra i wypowiedziane prosto, z wieloma niedomówionymi zastrzeżeniami. Zdumienie i wściekłość zamknęły mu usta, zaś doktor mówił dalej, niesłuchany w istocie przez Nostroma, któremu wzburzona krew tętniła gwałtownie w uszach.
— Jestem bowiem przekonany, że Sotillo, zawładnąwszy srebrem, byłby zawrócił na miejscu i popłynął do któregoś z małych zagranicznych portów. Pod względem ekonomicznym byłaby to strata, ale większą jest stratą, że srebro zatonęło. Najlepiej było mieć je na podorędziu w jakimś pewnym miejscu i użyć go do przekupienia Sotilla. Ale wątpię, czy don Carlos mógłby się pogodzić z tą myślą. On się nie jest stworzony do Costaguany, to fakt, capatazie!
Capataz powściągnął wściekłość, która jak nawałnica zahuczała mu w uszach, w samą porę, by usłyszeć imię don Carlosa. Wydawał się teraz odmienionym człowiekiem, człowiekiem, który przemówił w zadumie łagodnym, równym głosem:
— A czy don Carlos byłby zadowolony, gdybym oddał ten skarb w ręce wroga?
— Nie zdziwiłbym się, gdyby wszyscy myśleli teraz o tej sprawie w ten sposób — rzekł doktor chmurnie. — Ale nie pytano mnie o zdanie. Decoud miał własny pogląd. Mniemam, iż obecnie oczy im się otwarły. Wiem tylko, iż gdyby teraz to srebro jakimś cudem powróciło na wybrzeże, oddałbym je Sotillowi. I wiem, że przy obecnym stanie rzeczy spotkałbym się za to z uznaniem.
— Powróciło jakimś cudem — powtórzył capataz bardzo cicho, po czym podniósł głos. — Zaiste, señor, byłoby to takim cudem, że nie zdołałby go dokonać żaden święty.
— Wierzę panu, capatazie — rzekł doktor oschle.
I zaczął roztaczać swój pogląd na niebezpieczny wpływ Sotilla na sytuację. Zaś capataz, przysłuchując się jak we śnie, czuł się równie mało znaczący jak ta niewyraźna, nieruchoma sylwetka trupa, który wisiał pod belką, jak gdyby również nadsłuchując, zlekceważony i zapomniany niby okropny przykład zaniedbania.
— Czyż więc zwrócili się do mnie dla jakiegoś nieprzemyślanego, głupiego kaprysu? — przerwał nagle. — Czyż nie uczyniłem dla nich dosyć, żeby się ze mną liczono, por Dios? Czy hombres finos, jaśnie panowie, myślą tylko tak długo o człowieku z ludu, jak długo gotów jest on dla nich narażać ciało i duszę? A może my nie mamy duszy, jak psy?
— Był również Decoud ze swym planem — przypomniał mu znów doktor.
— Si! A także ten bogacz w San Francisko, który ma coś wspólnego z tym skarbem — co ja tam wiem? Nie! Słyszałem już za wiele. Zdaje mi się, że bogaczom wszystko wolno.
— Rozumiem, capatazie — zaczął doktor.
— Co za capataz? — wtrącił Nostromo mocnym, lecz równym głosem. — Capataz przepadł, jest zniszczony. Nie ma capataza. O, nie! Nie znajdziecie już capataza.
— Niechże pan nie będzie dzieckiem! — upomniał go doktor, zaś on uspokoił się nagle.
— Byłem rzeczywiście jak małe dziecko — mruknął.
Wzrok jego natknął się znów na zwłoki, wiszące w straszliwym znieruchomieniu, jakby bez skargi zakrzepły w wytężonej uwadze, i zapytał z łagodnym zdziwieniem:
— Po co Sotillo torturował tego żałosnego nieszczęśnika? Czy pan wie? Żadna tortura nie mogła być dla niego gorsza od strachu. Zabójstwo mógłbym pojąć. Przykro było patrzeć na jego strach. Ale dlaczego go tak męczył? Przecież on nie mógł już powiedzieć nic więcej.
— Nie; nie mógł już powiedzieć nic więcej. Każdy człowiek o zdrowych zmysłach byłby to zauważył. Powiedział mu wszystko. Ale ja panu powiem, o co chodziło. Sotillo nie chciał wierzyć w to, co on powiedział. Nie we wszystko.
— W co takiego nie chciał wierzyć? Nie rozumiem.
— A ja rozumiem, bo się z nim zetknąłem. Nie chce uwierzyć, że skarb przepadł.
— Co takiego? — zawołał capataz zmienionym głosem.
— Czy to pana dziwi, hę?
— Czy mam rozumieć, señor — mówił dalej Nostromo rozważnym i jakby czujnym tonem — że Sotillo sądzi, iż skarb został w jakiś sposób ocalony?
— Nie! Nie! To byłoby niemożliwe — odparł doktor z przekonaniem, na co odezwało się w ciemności chrząknięcie Nostroma. — To byłoby niepodobieństwem! On myśli, iż srebra nie było już na lichtudze, kiedy zatonęła. Wmówił w siebie, iż przedstawienie z wywiezieniem srebra na morze urządzono tylko po to, by wyprowadzić w pole Gamacha wraz z jego gwardzistami, Pedrita Montera, señora Fuentesa, naszego nowego jéfé politico, no i jego samego. Ale, powiada, nie jest taki głupi.
— Pomieszały mu się klepki we łbie! To największy dureń, jaki był kiedykolwiek pułkownikiem w tym przeklętym kraju — zżymał się Nostromo.
— Nie jest bardziej nierozumny od wielu rozsądnych ludzi — rzekł doktor. — Wmówił w siebie, że skarb można odnaleźć, ponieważ sam namiętnie pragnie go posiadać. Przy tym obawia się, żeby jego oficerowie go nie porzucili i nie przeszli do Pedrita, z którym nie śmie walczyć, a nie ma odwagi mu zaufać. Czy pojmuje pan to, capatazie? Dopóki istnieje bodaj cień nadziei, że ten olbrzymi łup da się odszukać, nie potrzebuje obawiać się dezercji. A uznałem, że w moim interesie jest, żeby tę nadzieję podtrzymywać.
— Uznał pan? — powtórzył capataz ostrożnie. — No, to dziwne. A jak długo chciałby ją pan podtrzymać?
— Tak długo, jak tylko się da.
— Co to znaczy?
— Powiem panu dokładnie. Tak długo, póki żyję — odparł doktor zdecydowanym głosem. Następnie przedstawił pokrótce historię swego aresztowania oraz okoliczności, w jakich go uwolniono. — Szedłem właśnie do tego głupiego łajdaka, gdyśmy się spotkali — zakończył.
Nostromo słuchał z głęboką uwagą.
— Uwziął się pan zatem na rychłą śmierć — mruknął przez zaciśnięte zęby.
— Być może, mój znakomity capatazie — rzekł doktor zgryźliwie. — Nie jest pan tu jedynym człowiekiem, który umie patrzeć paskudnej śmierci w oczy.
— Niewątpliwie — mruknął Nostromo dość głośno, by mógł być dosłyszany. — Może tu być nawet więcej niż dwóch półgłówków. Kto wie?
— To już moja sprawa — odrzekł doktor krótko.
— Podobnie jak wywiezienie tego przeklętego srebra na morze było moją sprawą — odciął się Nostromo. — Rozumiem. Bueno. Każdy z nas ma swoje powody. Ale był pan ostatnim człowiekiem, z którym rozmawiałem przed wyjazdem, i odzywał się pan do mnie, jakbym nie miał wszystkich klepek w porządku.
Nostroma mierziła zgryźliwość, z jaką doktor natrząsał się z jego rozgłosu. Lekka ironiczne uznanie wyrażane przez Decouda niepokoiło go, a zażyłość z człowiekiem takim jak don Martin mu pochlebiała, podczas gdy doktor był dla niego niczym. Pamiętał go jako bezdomnego włóczęgę, który wałęsał się chyłkiem po ulicach Sulaco, nie mając przyjaciół ani znajomych, zanim don Carlos Gould nie przyjął go do służby w kopalni.
— Jest pan może bardzo mądry — mówił dalej w zamyśleniu, zapatrzony w ciemność pokoju, przenikniętego wstrząsającą tajemnicą torturowanego i uśmierconego Hirscha. — Ale nie jestem już taki głupi, jak kiedy odjeżdżałem. Dowiedziałem się odtąd jednej rzeczy, mianowicie, że jest pan niebezpiecznym człowiekiem.
Doktor Monygham doznał zbyt silnego wstrząsu, by zdobyć się na coś więcej od okrzyku:
— Co pan powiedział?
— Gdyby on mógł mówić, powiedziałby zapewne to samo — ciągnął Nostromo, kiwając swą ciemną głową, która zarysowywała się na tle rozgwieżdżonego nieba za oknem.
— Nie rozumiem pana — odezwał się doktor Monygham słabym głosem.
— Nie? Gdyby nie utwierdził pan Sotilla w jego szalonych przypuszczeniach, może nie pośpieszyłby się tak bardzo z torturowaniem tego nieszczęsnego Hirscha.
Doktor poderwał się na te słowa. Ale poświęcenie dla miłości, pochłaniające całą jego uczuciowość, uczyniło jego serce nieczułym na żal i wyrzuty. By jednak sobie zupełnie ulżyć, czuł potrzebę odparcia zarzutu głośno i pogardliwie:
— Ba! I pan śmie to mówić, gdy chodzi o człowieka takiego jak Sotillo! Przyznaję, że nie pomyślałem o Hirschu. Zresztą, i tak by to nie pomogło. Każdy rozumie, iż ten nieszczęśliwy tchórz był skazany od chwili, kiedy uczepił się kotwicy. Był skazany, powiadam panu! Podobnie jak ja jestem skazany, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa.
Tak odparł doktor Monygham na uwagę Nostroma, która była dość słuszna, by targnąć jego sumieniem. Nie był człowiekiem zatwardziałym. Ale wobec konieczności, wielkości i znaczenia zadania, które wziął na siebie, nikły wszystkie czysto ludzkie względy. Podjął go się z fanatyzmem. Nie lubił go. Mierziło go okłamywanie i oszukiwanie nawet najpodlejszych ludzi. Mierziło go z instynktu, tradycji, wychowania. Popełniać takie czyny, udając zdrajcę, było odrażające dla jego natury i okropne dla jego uczuć. Zdobył się na to poświęcenie w duchu pokory. Powiedział sobie gorzko: „Tylko ja jeden nadaję się do tej brudnej roboty”. I wierzył w to. Prostoduszność jego była tego rodzaju, iż chociaż nie przychodziło mu na myśl szukać bohaterskiej śmierci, to jednak śmiertelne niebezpieczeństwo, na które się narażał, działało na niego podtrzymująco i pokrzepiająco. W tym stanie ducha los Hirscha wydawał się cząstką wszechokrucieństwa porządku rzeczy. Zastanawiał się nad tym epizodem z praktycznego punktu widzenia. Jakie było jego znaczenie? Czy była to oznaka jakiejś niebezpiecznej zmiany w zaślepieniu Sotilla? Doktor nie mógł zrozumieć, dlaczego ten człowiek został zabity w taki właśnie sposób.
— Wszystko rozumiem. Ale dlaczego go zastrzelił? — mruczał do siebie.
Nostromo zachował głębokie milczenie.