Rozdział X
Ranek następnego dnia upłynął spokojnie. Tylko z północy, hen, od strony Los Hatos, dolatywały głuche odgłosy strzelaniny. Kapitan Mitchell przysłuchiwał się im trwożnie ze swego balkonu. „W mym drażliwym położeniu jedynego podówczas agenta konsularnego w tym porcie wszystko, panie, wszystko dawało powód do uzasadnionych obaw” — to zdanie powtarzało się w mniej lub więcej stereotypowej relacji o „historycznych wypadkach”, którą przez parę następnych lat miewał stale na usługi wybitniejszych cudzoziemców odwiedzających Sulaco. Z kolei następowała wzmianka o godności i neutralności bandery, której tak trudno było strzec na jego stanowisku „w samym sednie tych wydarzeń, między bezprawiem rozbójniczego opryszka Sotilla a prawidłowiej zorganizowaną, lecz nie mniej okrutną tyranią jego ekscelencji don Pedra Montera”. Kapitan Mitchell nie lubił zbytnio się rozwodzić nad niebezpieczeństwami. Natomiast kładł nacisk na to, że był to dzień pamiętny. Pod wieczór owego dnia zobaczył „tego mojego, biednego chłopca Nostroma. Był to marynarz, którego odkryłem i który po prostu był moim dziełem, panie. Wsławił się swą jazdą do Cayty, panie. Dalibóg, historyczne zdarzenie, panie!”
Ceniony w Towarzystwie Oceanicznej Żeglugi Parowej jako stary i oddany urzędnik, kapitan Mitchell osiągnął godnie i wygodnie kres swej użyteczności, stojąc na czele niezmiernie rozwiniętego przedsiębiorstwa. Rozrost działalności, całe zastępy urzędników, biuro w mieście, dawne biuro w porcie, podział na departamenty: podróżniczy, ładowniczy, przewozowy itd. — wszystko to pozwoliło mu pod koniec życia spokojniej odetchnąć w odrodzonym Sulaco, stolicy Republiki Zachodniej. Lubiany przez miejscową ludność z powodu swej dobroduszności i uprzejmości, prostoduszny i pewny swojego znaczenia, znany od lat jako „przyjaciel naszego kraju”, uważał się za niepoślednią osobistość w mieście. Wstawał wcześnie, by przejść się po placu targowym, kiedy olbrzymi cień Higueroty padał jeszcze na barwny przepych kwiatów i owoców, piętrzących się stertami na kramach; brał udział sprawach bieżących; utrzymywał stosunki towarzyskie; witał się z paniami na alamedzie, miał wstęp do wszystkich klubów i bywał stale w Casa Gould — słowem nader dostojnie i wygodnie wiódł życie starego kawalera, człowieka rozrywanego w towarzystwach. Za to w dnie, kiedy przybywały pocztowce, już od wczesnego ranka był w porcie na własnej łodzi, z załogą ubraną w biało-błękitne barwy, gotowy przyjąć okręt, gdy tylko pojawi się we wrotach portu.
Uprzywilejowanego podróżnego przywoził swą łodzią do portowego biura i zapraszał, by spoczął na chwilę, zanim nie podpisze kilku papierów. Siedząc przy pulpicie, kapitan Mitchell nie przerywał uprzejmej pogawędki:
— Mamy niewiele czasu, jeżeli pan chce zobaczyć wszystko w jeden dzień. Wyjdziemy za chwilę. Zjemy śniadanie w klubie „Amarilla”, chociaż ja należę do anglo-amerykańskiego klubu inżynierów górniczych i biznesmenów, wie pan, i do „Mirliflores”, to nowy klub zrzeszający Anglików, Francuzów i Włochów i tym podobnych ludzi, przeważnie miłych, młodych chłopców, którzy zechcieli uczcić starego rezydenta, panie. Ale śniadanie zjemy w „Amarilli”. Sądzę, że pana zainteresuje. Osobliwość tego kraju! Ludzie z najznakomitszych rodzin. Bywa tam nawet prezydent Zachodniej Republiki. Na patio starożytny, piękny biskup z obtłuczonym nosem. Moim zdaniem cenny zabytek sztuki rzeźbiarskiej. Cavaliere Parochetti — pan zna Parochettiego, słynnego rzeźbiarza włoskiego? — pracował tu dwa lata — wielce cenił naszego starego biskupa. No, już! Jestem całkowicie do pańskich usług.
Dumny ze swej znajomości rzeczy, przeniknięty poczuciem historycznej ważności ludzi, zdarzeń i budynków, mówił z namaszczeniem, urywanymi zdaniami, wymachując z lekka swym krótkim, grubym ramieniem, by nic „nie uszło uwagi” jego uprzywilejowanego jeńca.
— Jak pan widzi, buduje się mnóstwo. Przed odłączeniem się była to równina porośnięta spaloną trawą i nurzająca się w obłokach kurzu. Przecinał ją trakt, którym zaprzężone w woły wozy jeździły do naszego mola. Nic więcej. Oto prama portowa. Malownicza, nieprawdaż? Dawniej kończyło się tu miasto. Wyjeżdżamy teraz na Calle de la Constitution. Proszę przyjrzeć się tym starym hiszpańskim domom. Co za dostojność, prawda? Sądzę, iż wygląda obecnie tak samo jak za czasów wicekrólów, z wyjątkiem bruku. Mamy teraz drewnianą kostkę. A tam Narodowy Bank Sulaco z budkami strażniczymi po obu stronach bramy. Po tej stronie Casa Avellanos. Wszystkie okiennice na dole pozamykane. Mieszka tam niezwykła kobieta: panna Avellanos, piękna Antonia. Co to za charakter, panie! Historyczna kobieta! Naprzeciw — Casa Gould. Szlachetna brama wjazdowa. Tak, to ci Gouldowie z koncesji Gouldów, znanej obecnie całemu światu. Mam siedemnaście akcji, po tysiąc dolarów każda, Zjednoczonych Kopalni San Tomé. To drobne oszczędności całego mojego życia, ale wystarczą na wygodne utrzymanie, gdy trzeba będzie ustąpić z urzędu. Jak pan widzi, urządziłem już sobie mieszkanie na parterze. Don Carlos, to mój wielki przyjaciel. Siedemnaście akcji — wcale ładny spadek pozostanie po mnie! Mam siostrzenicę, poślubiła duchownego, bardzo godny człowiek, proboszcz małej parafii w Sussex, dzieci bez liku! Nigdy nie byłem żonaty. Marynarz powinien zaprzeć się siebie. Stojąc pod tą oto bramą z kilkoma młodymi inżynierami przygotowującymi się do obrony domu, w którym nie szczędzono im nigdy łaskawości i gościnności, widziałem pierwszy i ostatni atak jeźdźców Pedrita na wojska Barriosa. Zdobyły już bramę portową. Monteryści nie zdołali się oprzeć nowym karabinom, sprowadzonym przez tego biednego Decouda. Ogień był zabójczy. W okamgnieniu ulicę zawaliły stosy trupów ludzkich i końskich. Nie zaatakowali już po raz drugi.
I przez cały dzień kapitan Mitchell rozwodził się w podobny sposób przed swą mniej czy więcej chętną ofiarą:
— Plaza. Uważam ją za wspaniałą. Dwa razy większa od Trafalgar Square262.
Stojąc pośrodku w pałających blaskach słonecznych, pokazywał budowle:
— Intendencja, obecnie pałac prezydenta — Cabildo, miejsce obrad Niższej Izby Parlamentu. Widzi pan te nowe domy po tamtej stronie plaza? To Kompania Anzani, wielkie domy towarowe, coś w rodzaju naszych sklepów spółdzielczych w Anglii. Stary Anzani zginął z rąk gwardzistów narodowych, zasłaniając własnym ciałem swą ogniotrwałą kasę. Za tę właśnie zbrodnię poseł Gamacho, komendant gwardzistów, dzikie i krwiożercze bydlę, został publicznie stracony z wyroku sądu doraźnego, utworzonego przez Barriosa. Siostrzeńcy Anzaniego zamienili to przedsiębiorstwo w spółkę akcyjną. Cała ta strona plaza spaliła się; miała dawniej kolumnadę. Ogień był straszliwy. Widziałem przy jego łunie koniec bitwy: llaneros uciekali, gwardziści rzucali broń, a górnicy z San Tomé, wszyscy Indianie z Sierry, walili niby odmęt przy dźwiękach piszczałek i cymbałów. Powiewały zielone chorągwie nad tym dzikim tłumem ludzi w białych ponchos i zielonych kapeluszach. Szli pieszo, gnali na osłach i mułach. Czegoś podobnego nie widziałem, jak żyję. Górnicy ruszyli na miasto pod wodzą don Pépégo, który wiódł ich, siedząc na swym karym koniu. Ich kobiety wśród ryku osłów dodawały im krzykiem otuchy i biły w tamburyny. Pamiętam, że jedna znich miała na ramieniu zieloną papugę, która siedziała tak spokojnie, jakby była wykuta z kamienia. Zdążyli jeszcze ocalić swego señora administradora, bowiem Barrios, aczkolwiek od razu, jeszcze w nocy, zarządził atak, byłby przybył za późno. Pedrito Montero kazał już wyprowadzić don Carlosa na miejsce rozstrzelania, to samo, na którym przed laty padł jego wuj, i omalże, jak później wyraził się Barrios, „Sulaco nie byłoby warte, żeby się o nie bić”. Sulaco bez koncesji byłoby niczym. Wszędzie w górach rozmieszczono tony, całe tony dynamitu z przygotowanymi zapalnikami, a stary ksiądz, ojciec Roman, stał w pogotowiu, by unicestwić kopalnię San Tomé na pierwszą wieść o klęsce. Don Carlos uwziął się, by nie pozostawić nic po sobie, i umiał sobie dobrać odpowiednich ludzi.
Tak opowiadał kapitan Mitchell pośrodku plaza, trzymając nad głową białą parasolkę na zielonej podszewce; natomiast wewnątrz katedry, gdzie w chłodnej atmosferze mroku unosiły się nikłe wyziewy kadzideł i klęczały postacie kobiece z zasłoniętymi twarzami, w czerni lub całkiem na biało, jego przyciszony głos stawał się uroczysty i przenikliwy.
— Tu — mówił, pokazując wnękę w ścianie mrocznej nawy — widzi pan popiersie don Joségo Avellanosa, „patrioty i męża stanu”, jak powiada napis, „ministra pełnomocnego przy dworach angielskim, hiszpańskim itd., itd., który zmarł w lasach Los Hatos, złamany długoletnią walką o Prawo i Sprawiedliwość, w przededniu Nowej Ery”. Ogromne podobieństwo! Dzieło Parochettiego wedle kilku starych fotografii i szkicu ołówkowego pani Gould. Znałem dobrze tego znakomitego Hiszpano-Amerykanina dawnego pokroju, prawdziwego hidalga, kochanego przez wszystkich, którzy z nim się zetknęli. A ten marmurowy medalion w stylu antycznym, przedstawiający siedzącą kobietę, z zasłoniętą twarzą i załamanymi na kolanach rękami, wmurowano na pamiątkę tego nieszczęśliwego młodego dżentelmena, który wypłynął z Nostromem owej fatalnej nocy. Niech pan popatrzy! „Pamięci Martina Decouda, jego narzeczona, Antonia Avellanos”. Prosto, skromnie, szlachetnie. Oto ona we własnej osobie! Wyjątkowa kobieta. Mylili się ci, którzy myśleli, że podda się rozpaczy. Ganiono ją gdzieniegdzie, iż nie przywdziała szat zakonnych. Spodziewano się tego po niej. Ale doña Antonia nie jest z tej gliny, z której lepi się zakonnice. Biskup Corbelan, jej wuj, mieszka wraz z nią w rodowym pałacu Corbelanów. Zawzięty z niego kapłan, użera się nieustannie z rządem o dawne kościelne włości i klasztory. Sądzę, że w Rzymie mają go na oku. Przejdziemy teraz przez plaza i pójdziemy do klubu „Amarilla”, żeby coś przekąsić.
Zaraz po wyjściu z katedry, jeszcze u szczytu dostojnie zbiegających w dół schodów, jego głos wzbierał pompatycznie, a ramię wznawiało zamaszyste gesty.
— Tam, nad tymi wielkimi francuskimi oknami wystawowymi, mieszczą się na pierwszym piętrze biura „Porvenire”; to największy nasz dziennik. Konserwatywny, a raczej, powiedziałbym, parlamentarny. Mamy stronnictwo parlamentarne, na którego czele stoi obecny prezydent państwa, don Juste Lopez; moim zdaniem, bardzo rozumny człowiek. Pierwszorzędny intelekt, panie! Opozycyjne stronnictwo demokratyczne opiera się, niestety, na socjalistach włoskich, na ich tajnych stowarzyszeniach, camorrach263 i tym podobnych organizacjach. Mnóstwo Włochów osiedliło się tu na terenach, zwolnionych marynarzy, mechaników, a wszyscy skupili się wzdłuż głównej linii kolejowej. Na Campo mamy całe wsie włoskie. A miejscową ludność też do tego wciągają... Bar amerykański? Tak. A tam dalej zobaczy pan drugi. Uczęszczany głównie przez przybyszów z Nowego Jorku... No, jesteśmy w klubie „Amarilla”. Niech pan zwróci uwagę na tego biskupa u podnóża schodów, na prawo od wejścia.
Śniadanie przebiegało przy małym stoliku na galerii, w atmosferze wystawności i swobody. Kapitan Mitchell rozdzielał skinienia głowy i ukłony. Wstawał co chwila, by pomówić z różnymi urzędnikami w czerni, kupcami w żakietach, oficerami w mundurach, caballeros z Campo — z których jedni byli bladzi, drobni i nerwowi, drudzy spokojni, otyli i śniadzi — z Europejczykami i Amerykanami z Północy, których twarze odznaczały się mocno swą białością od większości ciemnych cer i błyszczących oczu.
Kapitan Mitchell rozpierał się następnie w swym krześle, wodził dokoła zadowolonym spojrzeniem i podawał przez stół szkatułkę, napełnioną grubymi cygarami.
— Proszę spróbować tego zielska przy kawie. Miejscowy tytoń. Takiej czarnej kawy, jaką podają w klubie „Amarilla”, nie dostanie pan nigdzie na świecie. Ziarno dostajemy ze słynnej cafeteríi264 u podnóża wzgórz. Jej właściciel przysyła co roku trzy worki w prezencie swym kolegom z klubu, na pamiątkę walki, którą z tych oto okien toczyli caballeros przeciwko gwardzistom Gamacha. Był wtedy w mieście i brał w niej udział do samego końca. Przywożą ją trzema mułami — nie zaś, jak zwykle, koleją — wprost na patio, pod eskortą konnych peonów. Prowadzi ich mayoral265 jego majątku, który wchodzi na schody w butach z ostrogami, po czym doręcza formalnie ten dar naszemu zarządowi, wymawiając słowa: „Na pamiątkę tych, którzy padli trzeciego maja”. Nazywamy ją kawą Tres de Mayo. Proszę jej skosztować.
Kapitan Mitchell z takim wyrazem twarzy, jakby gotował się do wysłuchania kazania w kościele, podnosił małą filiżankę do ust. W błogim milczeniu wysączał nektar do dna, pogrążony w obłokach dymu ze swego cygara.
— Niech pan spojrzy na tego człowieka w czerni, który właśnie wychodzi! — zaczynał, pochylając się popiesznie. — To słynny Hernandez, minister wojny. Specjalny korespondent „Timesa”, który napisał szereg nadzwyczaj zajmujących listów o Zachodniej Republice, nazywając ją „skarbcem świata”, poświęcił jemu i utworzonej przez niego formacji wojskowej cały artykuł. To słynni strzelcy z Campo.
Gość kapitana Mitchella, spoglądając ciekawie, dostrzegał postać w długim, czarnym surducie, która kroczyła z powagą, opuściwszy powieki. Miała długą, spokojną twarz, poziomo zarysowane brwi i szpiczastą głowę, której siwe włosy, przerzedzone u szczytu i przyczesane starannie ze wszystkich stron, spadały ufryzowane na kark i ramiona. Więc to był ów słynny bandyta, który zaciekawiał Europę! Gdy wkładał na głowę sombrero o wysokim dnie i płaskim, szerokim rondzie, widać było różaniec z drewnianych paciorków okręcony wokół przegubu jego prawej ręki. A kapitan Mitchell mówił dalej:
— To opiekun zbiegów, którzy uciekli z Sulaco przed wściekłością Pedrita. Jako generał kawalerii pod dowództwem Barriosa wsławił się zdobyciem Tonoro, gdzie padł señor Fuentes i zginęły ostatnie resztki monterystów. Jest przyjacielem i pokornym sługą biskupa Corbelana. Codziennie słucha trzech mszy. Założę się, iż idąc do domu, wstąpi po drodze do kościoła, by odmówić modlitwę.
Milknął i zaciągał się kilka razy dymem ze swego cygara; po czym we właściwy sobie, pełen powagi sposób, oświadczał:
— Rasa hiszpańska jest płodna i wyróżnia się swym charakterem we wszystkich dziedzinach życia. Może byśmy przeszli teraz do sali bilardowej, gdzie jest chłodno i można gawędzić spokojnie? Przed piątą nikogo tam nie ma. Mogę panu opowiedzieć zdumiewające epizody z rewolucji, która zakończyła się utworzeniem nowego państwa. Gdy minie największy skwar, wybierzemy się na alamedę.
Program przebiegał dalej z nieodmiennością prawa przyrody. Przechadzka po alamedzie odbywała się z wolna i dawała sposobność do pompatycznych spostrzeżeń.
— Bywa tu cały wielki świat. — Kapitan Mitchell poczynał się kłaniać bez końca w prawo i w lewo, po czym odzywał się z ożywieniem: — Doña Emilia. Powóz pani Gould. Niech pan spojrzy! Zawsze białe muły. Najmilsza i najbardziej urocza kobieta, jaka kiedykolwiek żyła na ziemi. Wielkie stanowisko, panie! Wielkie stanowisko. Najpierwsza dama w Sulaco — nawet małżonka prezydenta jej nie dorównuje. I warta tego! — Zdejmował kapelusz, po czym, zmieniając umiejętnie ton głosu, dorzucał niedbale, iż siedzący obok niej pan w czerni, w wysokim, białym kołnierzyku i z pokrytą bliznami, chmurną twarzą, to doktor Monygham, inspektor szpitali państwowych i główny lekarz Zjednoczonych Kopalni San Tomé. — Przyjaciel domu. Wiecznie tam przesiaduje. Nic dziwnego. Wszystko zawdzięcza Gouldom. Bardzo mądry człowiek, ale nigdy go nie lubiłem. Nikt go nie lubi. Pamiętam, jak kuśtykał po ulicach w kraciastej koszuli i chłopskich sandałach z melonem pod pachą. Było to jedyne jego całodzienne pożywienie. Teraz gruba ryba, panie, a zgryźliwy jak dawniej. Co prawda... Niepodobna zaprzeczyć, iż w swoim czasie świetnie się spisał. Ocalił nas wszystkich od tej śmiertelnej zmory, od Sotilla, co innemu by się nie udało...
Podniósł ramię.
— Konny posąg, który stał dawniej na tym cokole, usunięto. Był anachronizmem — tłumaczył kapitan Mitchell niejasno. — Obecnie mówi się, by go zastąpić pamiątkową kolumną z marmuru, z aniołami pokoju w czterech narożnikach i brązowym, pozłacanym posągiem Sprawiedliwości, dzierżącej wagę, u szczytu. Uproszono cavaliera Parochettiego, iż sporządził rysunek, który może pan obejrzeć pod szkłem w sali posiedzeń rady miejskiej. Dokoła podstawy mają być wyryte nazwiska. Ano, należałoby zacząć przede wszystkim od nazwiska Nostroma. Uczynił on dla sprawy separacji więcej niż kto inny i — dodawał kapitan Mitchell — otrzymał za to mniej od wielu innych. — Siadał na ławie kamiennej pod drzewem i zapraszał skinieniem gościa, by zechciał zająć obok niego miejsce. — Zawiózł Barriosowi listy ze Sulaco. Skłoniły tego generała do opuszczenia Cayty i do przybycia nam na pomoc morzem. Na szczęście, w porcie były jeszcze transportowce. Panie, nie wiedziałem nawet, iż mój capataz de cargadores żyje. Nie miałem o tym pojęcia. Doktor Monygham spotkał go przypadkiem w Urzędzie Celnym, opuszczonym jakąś godzinę przedtem przez tego przeklętego Sotilla. Nikt mi nic nie powiedział, nic przy mnie nie napomknął, jakbym był niegodny zaufania. Monygham zajął się wszystkim. Poszedł na tereny kolejowe i uzyskał widzenie z naczelnym inżynierem, który raczej ze względu na Gouldów niż na kogoś innego, zgodził się użyczyć lokomotywy, by przewiozła Nostroma. Był to jedyny sposób, by go wyprawić z miasta. Pędząc po torze kolejowym, ujechał sto osiemdziesiąt mil. W obozowisku robotniczym na końcu linii kolejowej zaopatrzono go w konia, broń i nieco odzieży. Wyruszył w drogę samotnie. Ujechał czterysta mil w przeciągu sześciu dni, pędząc co koń wyskoczy przez objęty zaburzeniami kraj, i uwieńczył swe dzieło, przedzierając się przez szeregi monterystowskie osaczające Caytę. Dzieje tej wyprawy to temat na porywającą książkę. Wiózł życie nas wszystkich w kieszeni. Nie mam słów na oddanie jego poświęcenia, odwagi, wierności i inteligencji. Był przy tym nieprzekupny i nieustraszony. Trzeba było człowieka, który by wiedział, w jaki sposób dać sobie radę. I oto on był tym człowiekiem. Piątego maja, będąc faktycznie uwięzionym w biurze portowym mojego Towarzystwa, z terenów kolejowych oddalonych o jakieś ćwierć mili usłyszałem nagle świst lokomotywy. Nie wierzyłem własnym uszom. Wybiegłem na balkon i ujrzałem, iż z wrót remizy wytacza się lokomotywa ziejąca pióropuszem pary, skwiercząca przeraźliwie i spowita białym obłokiem. Zatrzymała się tuż obok gospody starego Voli. Jakiś człowiek, którego nie mogłem rozróżnić, wybiegł z „Albergo d’Italia Una” i wpadł do kabiny parowozu, po czym maszyna jakby odskoczyła od domu i znikła w okamgnieniu. Jakby ktoś świecę zgasił, panie! Lokomotywą kierował widocznie pierwszorzędny maszynista. Gwardziści narodowi ostrzeliwali ją rzęsiście w Rincon oraz innych miejscowościach. Na szczęście szyn nie pozrywano. W cztery godziny dotarli do obozowiska robotników budujących tor kolejowy. Nostromo postawił na swoim... Resztę pan wie. Proszę rzucić okiem dokoła siebie. Oto na tej alamedzie widzi pan ludzi, którzy jeżdżą powozami albo wciąż żyją tylko dzięki temu, iż przed laty na przodownika w porcie przyjąłem zbiegłego włoskiego marynarza, po prostu z powodu siły, jaka biła z jego spojrzenia. To jest, panie, fakt. Tego nie można pominąć. Siedemnastego maja, równo dwanaście dni po tym, jak ujrzałem człowieka, który wybiegł z Casa Viola i wskoczył do lokomotywy, transportowce Barriosa wpłynęły do tutejszego portu i „skarbiec świata”, jak korespondent „Timesa” nazywa Sulaco w swojej książce, ocalał nietknięty dla cywilizacji i dla jej przyszłości. Pedrito, naciskany przez Hernandeza od zachodu, a przez górników z kopalni San Tomé od bramy lądowej, nie mógł przeszkodzić wylądowaniu. Przez tydzień posyłał do Sotilla, żeby się z nim połączył. Gdyby Sotillo był to uczynił, byłyby nastąpiły rzezie i prześladowania, które nie oszczędziłyby nikogo spośród osób zajmujących w społeczeństwie wybitniejsze stanowiska. Ale w tym momencie na widowni pojawił się doktor Monygham. Sotillo, ślepy i głuchy na wszystko, nie ruszał się z pokładu swego parowca, poszukując srebra, które w jego mniemaniu spoczywało na dnie przystani. Opowiadano mi, że przez ostatnie trzy doby był po prostu nieprzytomny, szalał i pienił się z rozczarowania, że nic nie znajduje, latał po pokładzie i miotał przekleństwami na ludzi w łodziach sondujących dno, raz każąc im powracać, to znów nagle tupiąc nogą i wykrzykując: „A jednak ono jest tam! Widzę je! Czuję je!”
Poczynił już przygotowania, by powiesić doktora Monyghama (którego trzymał na pokładzie), gdy wtem nadpłynął pełną parą transportowiec Barriosa, nawiasem mówiąc jeden z naszych statków, i ocierając się niemal burtą o jego okręt, na powitanie otworzył bez ostrzeżenia ogień karabinowy. Była to niespodzianka, panie, wprost niesłychana. Zbytnio na początku potracili głowy, by się odsunąć. Ludzie walili się na prawo i na lewo jak kręgle. Jakimś istnym cudem doktor Monygham, który stał już pod masztem z powrozem na szyi, nie został podziurawiony jak rzeszoto. Opowiadał mi później, iż uważał się za straconego i wrzeszczał, ile mu sił starczyło: „Wywiesić białą flagę! Wywiesić białą flagę!”. Wtem jakiś stary major z pułku Esmeraldy, stojący obok, wyciągnął szablę i z krzykiem: „Giń, wiarołomny zdrajco!” przeszył Sotilla na wylot, lecz tej samej chwili padł, ugodzony kulą w głowę.
Kapitan Mitchell milkł na chwilę.
— Ej, panie! Mógłbym jeszcze opowiadać panu całymi godzinami. Ale czas już, żebyśmy pojechali do Rincon. Nie wypada, żeby pan był w Sulaco i nie widział świateł w kopalni San Tomé. Cała góra pała jak oświetlony pałac nad ciemnym Campo. To bardzo modna przejażdżka... Ale opowiem panu małą anegdotkę, ot, żeby dać panu wyobrażenie. W jakieś dwa tygodnie po tym, jak Barrios, mianowany generałem, podążył na południe w pościg za Pedritem, jak Tymczasowa Junta z don Justem Lopezem na czele ogłosiła nową konstytucję, zaś nasz don Carlos Gould pakował kufry, wysłany w misją do San Francisco i Waszyngtonu (Stany Zjednoczone, panie, były pierwszym wielkim mocarstwem, które uznało Zachodnią Republikę), otóż w jakieś dwa tygodnie po tym wszystkim, gdyśmy już poczynali czuć, że nasze głowy są bezpieczne na naszych karkach, zaszedł do mnie w interesach pewien wybitny człowiek, który przewozi wiele towarów na naszych statkach, i na samym wstępie powiada: „Kapitanie Mitchell, czy ten hultaj (miał na myśli Nostroma) jest jeszcze capatazem pańskich cargadorów, czy nie?” — „A o co chodzi?” — pytam. — „Bo jeżeli jest, to nie mam pretensji. Nieraz już wysyłałem i sprowadzałem ładunki za pośrednictwem pańskich okrętów. Otóż zauważyłem, iż już od kilku dni włóczy się jak żebrak po nabrzeżu i dopiero co najspokojniej zaczepił mnie, prosząc o cygaro. A wie pan, palę cygara tylko w najlepszym gatunku i nie tak łatwo o nie, jakby się komuś zdawało”. — „Sądzę, że złamał pan swoje zasady?” — rzekłem bardzo łagodnie. — „Oczywiście. Ale to zawstydzające natręctwo. On wiecznie naprzykrza się o coś do palenia”. — Panie, odwróciłem oczy, a potem spytałem: „Czy nie był pan więziony w cabildo?” — „Przecież pan dobrze wie, że byłem więziony, a nawet zakuty w kajdany” — odpowiada. — „I musiał pan złożyć kaucję piętnastu tysięcy dolarów?” — Poczerwieniał panie, ponieważ się okazało, iż zemdlał ze strachu, kiedy przyszli go aresztować, a przed Fuentesem zachowywał się w ten sposób, że na widok jego uniżoności uśmiechali się nawet policianos, którzy go tam zawlekli za kark. „Tak — rzekł jakby onieśmielony. — A czemu pan pyta?” — „Och, nic takiego. Omalże nie poniósł pan grubej straty, nawet gdyby pan uszedł cało... Ale czym mogę panu służyć?” — Nie zdołał się nigdy połapać, o co chodzi. Jakimi to drogami świat chodzi, panie!
Podnosił się z miejsca nieco sztywno. Podczas przejażdżki do Rincon nieubłagany cicerone266 zdobywał się na jedno tylko spostrzeżenie filozoficzne, wygłaszane z oczyma utkwionymi w światła kopalni San Tomé, która wyglądała jak zawieszona wśród ciemnej nocy między ziemią a niebem.
— To wielka potęga, panie! Może zrobić dużo dobrego i dużo złego. Ogromna potęga!
Potem wstępowali na obiad do klubu „Mirliflores”, słynnego z doskonałej kuchni. W umyśle przejezdnego pozostawało wrażenie, iż w Sulaco musi być dużo wesołej, zamożnej młodzieży, która ma za wiele pieniędzy do wyrzucenia, i że wśród niej są i tacy Anglosasi, którzy potrafią „podnieść ciśnienie”, jak to się mówi, swemu miłemu gospodarzowi. Na zakończenie szybko wracali do portu hałaśliwą, dwukołową bryczką (którą kapitan Mitchell nazywał biedką), zaprzężoną w chudego, rączego muła, którego nieustannie batożył gorliwy woźnica, neapolitańczyk. Biedka zatrzymywała się przed oświetlonymi biurami Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej, których nie zamykano do późna, czekając na odjazd parowca. Bywało to zakończeniem, choć jeszcze niezupełnym. „Jest dziesiąta. Pański statek nie odpłynie wcześniej niż o wpół do pierwszej, jeśli nie później. Proszę do mnie na brandy and soda i jeszcze jedno cygaro”. W prywatnym mieszkaniu zarządcy portu uprzywilejowany podróżny „Cerery”, „Junony” czy „Pallady” wpadał w osłupienie i, jeśli można tak powiedzieć, nicestwiał duchowo pod nagłym nawałem poglądów, brzmień, nazwisk i faktów. Nieprzetrawionym należycie, a niezmiernie zawiłym wiadomościom przysłuchiwał się jak zmęczone dziecko czarownej bajce. Słyszał głos, poufały i zaskakujący pompatycznością, który brzmiał jakby z innego świata, opowiadający mu, iż „w tej oto przystani” odbyła się demonstracja międzynarodowej floty, która położyła kres wojnie między Costaguaną a Sulaco. Krążownik Stanów Zjednoczonych „Powhattan” pierwszy oddał honory banderze Zachodniego Państwa — białej, z wieńcem zielonych liści laurowych otaczających żółty kwiat amarylisu267. Generał Montero, który ogłosił się cesarzem Costaguany, zginął niespełna miesiąc później (podczas publicznej uroczystości rozdawania odznak i krzyży) od kuli pewnego młodego oficera artylerii, brata swej utrzymanki.
— Obmierzły Pedrito, panie, uciekł z kraju — brzmiał głos. I mówił w dalszym ciągu: — Pewien kapitan jednego z naszych statków opowiadał mi niedawno, iż widział Pedrita guerrillera. Przystrojony w purpurowe pantofle i aksamitną czapeczkę ze złotym chwastem268, prowadził dom publiczny w jednym z południowych portów.
— Obmierzły Pedrito? Któż to taki u licha? — dziwił się przelotny ptak, ważąc się między snem a jawą, z nikłym, lecz uprzejmym skrzywieniem ust, z których wysterczał niedopałek osiemnastego czy dwudziestego cygara, święcącego ten pamiętny dzień.
— Ukazał mi się w tym oto pokoju jak jakiś upiór — opowiadał kapitan Mitchell o swym Nostromie ze szczerą tkliwością uczucia i odcieniem wiele mówiącej dumy. — Może pan sobie wyobrazić, jakiego doznałem wrażenia. Oczywiście przybył tu z Barriosem okrężną drogą, morzem. Pierwszą rzeczą, której od niego się dowiedziałem, było, iż zdołał pochwycić łódkę lichtugi, unoszącą się na falach zatoki. Był do głębi wstrząśnięty tym zdarzeniem. I było to zdarzenie istotnie niezwyczajne, jeżeli się zważy, że upłynęło już szesnaście dni od zatopienia srebra. Zauważyłem od razu, że stał się innym człowiekiem. Wpatrywał się w ścianę, jakby po niej łaził pająk lub coś podobnego. Strata srebra wywołała zaburzenia w jego umyśle. Zapytał mnie od razu, czy doña Antonia usłyszała już o śmierci Decouda. Głos mu drżał. Odpowiedziałem na to, iż doña Antonia nie zdążyła jeszcze powrócić do miasta. Biedna dziewczyna! I właśnie chciałem go zagadnąć o tysiące różnych rzeczy, gdy z nagłym: „Przepraszam, señor!” uciekł z mojego biura. Nie widziałem go potem ze trzy dni. Byłem wtedy ogromnie zajęty, wie pan. Jak się zdaje, wałęsał się po mieście, a nocami sypiał w barakach kolejarzy. Okazywał najzupełniejszą obojętność na to, co się działo. Zapytałem go raz na pomoście: „Kiedy pan wróci do pracy, Nostromo? Cargadorzy będą mieć teraz mnóstwo roboty”.
„Señor — powiedział, patrząc na mnie ospałym, badawczym wzrokiem — czy to pana zdziwi, gdy powiem, że czuję się jeszcze zbyt zmęczony, by się zabierać do pracy? I co ja mogę teraz robić? Czy będę śmiał spojrzeć moim cargadorom w oczy po stracie lichtugi?”
Prosiłem go, by już nie myślał o srebrze; uśmiechnął się. Uśmiech ten przeniknął mi do serca, panie! „To nie było zaniedbanie — powiedziałem mu. — To była fatalność, a na nią nie ma rady”. — „Si, si” — odparł i odwrócił się. Pomyślałem, iż będzie najlepiej pozostawić go samego, żeby się z tym uporał. Byłem obecny przy jego rozmowie z don Carlosem. Muszę powiedzieć, iż Gould jest człowiekiem raczej oziębłym. Przez tyle lat musiał trzymać w karbach swe uczucia, mając do czynienia z łotrami i złodziejami, narażony nieustannie na zgubę własną i swej żony, iż chłód stał się drugą jego naturą. Patrzyli na siebie przez dłuższy czas. Don Carlos w właściwy sobie, spokojny i oględny sposób spytał go, co może dla niego uczynić.
„Moje imię jest znane od jednego krańca Sulaco do drugiego — odparł z równym spokojem. — Cóż więcej może pan dla mnie uczynić?” — I na tym na razie się skończyło. Co prawda, kiedy później nadarzyła się sposobność nabycia bardzo pięknego szkunera przybrzeżnego, porozumiałem się z panią Gould; kupiliśmy ten statek i ofiarowaliśmy mu go. Ale spłacił go nam w całości w ciągu trzech lat. Zaczął nim krążyć, robiąc interesy wzdłuż całego tutejszego wybrzeża. Na domiar temu człowiekowi szczęściło się zawsze we wszystkim, prócz ocalenia tego srebra. Biedna doña Antonia również z nim rozmawiała, mając jeszcze w pamięci straszliwe przejścia w lasach Los Hatos. Chciała się dowiedzieć wszystkiego o Decoudzie: co mówili, co robili, co myśleli do ostatniej chwili tej nieszczęsnej nocy. Pani Gould mówiła mi, że zachowywał się z wielkim spokojem i współczuciem. Panna Avellanos tylko raz zalała się łzami, gdy usłyszała od niego, jak Decoud wyraził się, iż jego plan będzie uwieńczony chlubnym powodzeniem... I nie ulega już wątpliwości, że trafnie przewidywał. Powodzenie jest zupełne.
Program był wreszcie bliski końca. I kiedy uprzywilejowany podróżnik, drżąc w miłym przewidywaniu odpoczynku, zapominał zadać sobie pytanie: „Na czym polegał ów plan Decouda?”, kapitan Mitchell dopowiadał słowa:
— Żałuję, że musimy się tak szybko rozstać. Dzięki pańskiemu inteligentnemu zainteresowaniu przeżyłem miły dzień. Zobaczymy się jeszcze przy stole. Poznał pan po trosze „skarbiec świata”. Bardzo udana nazwa. — Głos sternika, który oznajmiał od drzwi, że łódź jest gotowa, zwiastował ostateczne zakończenie całodziennego programu.
Nostromo rzeczywiście znalazł łódkę lichtugi, którą pozostawił Decoudowi na Wielkiej Izabeli. Unosiła się pusta na wodach zatoki. Znajdował się wówczas na pomoście pierwszego transportowca Barriosa, oddalonego o godzinę drogi od Sulaco. Barrios, który miał zawsze upodobanie do zuchwałych czynów i trafnie oceniał odwagę, wielce polubił capataza. Płynąc wzdłuż wybrzeża, generał nie puszczał Nostroma od siebie i często zwracał się do niego nagły i porywczy w sposób, co było u niego oznaką wielkiej przychylności.
Oczy Nostroma pierwsze dostrzegły z dala od dziobu okrętu nikłą, pierzchliwą, ciemną plamkę, która mając za sobą zwały trzech Izabel, ukazała się samotnie na wygładzonym, rozmigotanym pustkowiu zatoki. Bywają chwile, kiedy nie można zbywać lekceważeniem żadnego, bodaj najdrobniejszego szczegółu; warto zatem było zbadać, co oznacza ta łódka, błąkająca się z dala od brzegu. Na skinienie Barriosa transportowiec zszedł z kursu i podpłynął na taką odległość, że można było stwierdzić, iż w łupinie nikogo nie ma. Było to zwykłe czółno niesione prądem, z wiosłami w środku. Ale Nostromo, który całymi dniami miał nieustannie przed oczyma duszy postać Decouda, zapłonął podnieceniem, gdyż od razu poznał łódź lichtugi.
Nie mogło być mowy o zatrzymaniu się dla wyłowienia takiej drobnostki. Każda minuta miała znaczenie dla istnienia i przyszłości całego miasta. Płynącego na przedzie okręt, z generałem na pokładzie, wrócił na pierwotny kurs. Za nim podążyła pośpiesznie flota transportowców, rozwleczona na przestrzeni mili niby jak ogon morskiego dziwotworu, czerniąc się i dymiąc na tle zachodniego nieba.
— Mi general — zabrzmiał donośny, lecz spokojny głos Nostroma spoza gromadki oficerów. — Chciałbym uratować tę łódkę. Por Dios, znam ją. Należy do Towarzystwa, dla którego pracuję.
— A ty, por Dios, należysz do mnie — zarżał Barrios hałaśliwym, rozbawionym głosem. — Zrobię cię kapitanem kawalerii, gdy tylko znowu zobaczymy jakiegoś konia.
— Lepiej pływam niż jeżdżę konno, mi general — wołał Nostromo, przeciskając się do poręczy z ciemnymi błyskami w oczach. — Chciałbym...
— Chciałbyś? Co za zarozumiałe chłopisko! — pokpiwał jowialnie generał, nie patrząc nawet na niego. — Chciałby mi dać do zrozumienia, że nie zdobędziemy Sulaco bez niego! Ha, ha, ha! A może byś puścił się do niej wpław, mój chłopcze?
Głośny okrzyk, który przeleciał od jednego krańca statku do drugiego, powściągnął jego zrzędzenie. Nostromo wyskoczył za burtę; jego czarna głowa chybotała się na toni już daleko od okrętu. Generał mruknął struchlałym ze zgrozy głosem:
— Cielo!269 Co ja grzeszny zrobiłem! — Wystarczyło jednak jedno zatrwożone spojrzenie, by zdał sobie sprawę, iż Nostromo płynie bez żadnego wysiłku. Huknął zatem groźnym głosem: — Nie, nie! Nie będziemy się zatrzymywali, by wyłowić tego zuchwalca. Niech się utopi ten zwariowany capataz!
Żadna siła ludzka nie powstrzymałaby Nostroma od skoku w morze. Ta pusta łódź, która tak tajemniczo wypłynęła na jego spotkanie, jakby nią kierowała dłoń jakiego niewidzialnego widma, wywierała opętańcze wrażenie jakiegoś znaku, jakiegoś ostrzeżenia, była zaskakującą, zagadkową odpowiedzią na upartą myśl o skarbie i o losie pewnego człowieka. Byłby skoczył, gdyby go nawet czekała niechybna śmierć na tej półmilowej przestrzeni wodnej. Ale woda była gładka jak zwierciadło stawu, a z jakiegoś powodu w Zatoce Placido nie ma rekinów, choć po drugiej stronie Punta Mala roi się od nich wzdłuż wybrzeża.
Capataz chwycił się rufy łódki i ciężko odetchnął. Płynąc, doznawał jakiegoś dziwacznego, mdłego uczucia. Jeszcze w wodzie zdołał się pozbyć ubrania i butów. Wisiał czas jakiś na krawędzi łódki, odzyskując oddech. Niknące w oddali transportowce podążały wprost do Sulaco, wywołując wrażenie, jakby brały udział w pokojowych wyścigach, ćwiczeniach nawigacyjnych lub jakichś regatach. Połączone dymy z ich kominów unosiły się tuż nad jego głową niby jakaś zwiewna, siarczana mgławica. To dzięki jego męstwu, dzięki jego śmiałości, dzięki jego odwadze wypłynęły te okręty na morze, by ocalić życie i mienie blancos, ciemiężycieli ludu; by przyjść z pomocą kopalni San Tomé, by ratować dzieci.
Mocnym, zręcznym podrzutem wśliznął się do łodzi. Ta sama! Bez najmniejszej wątpliwości, bez jakiejkolwiek wątpliwości. Było to czółno lichtugi nr 3, czółno pozostawione na Wielkiej Izabeli Martinowi Decoudowi, żeby mógł sam sobie radzić, gdyby z wybrzeża niepodobna było przyjść mu z pomocą. I oto wypłynęło na jego spotkanie, puste i zagadkowe. Co stało się z Decoudem? Capataz dokonał drobiazgowego badania. Rozglądał się za jakąś rysą, za jakąś pozostałością, za jakimś znakiem. Jedyną rzeczą, którą odkrył, była rdzawa plama na wewnętrznej stronie burty. Nachylił się nad nią i potarł mocno palcem. Potem usiadł na rufie, bezwolny, ze złączonymi kolanami i skrzyżowanymi nogami.
Ociekający wodą od głowy do stóp, z mokrymi, obwisłymi wąsami i włosami, z przygasłym spojrzeniem utkwionym w dno czółna, capataz cargodorów z Sulaco przypominał topielca, który wynurzył się z toni, by przy zachodzie słońca odpocząć w łodzi. Podniecenie wywołane awanturniczą wyprawą i koniecznością powrotu na czas, podniecenie wywołane wysiłkiem i powodzeniem, ześrodkowaniem myśli o skarbie i jedynym człowieku, który o nim wiedział, przeminęło. Do ostatniej chwili wysilał umysł, zastanawiając się, jak dostać się na Wielką Izabelę niepostrzeżenie i bez straty czasu. Bowiem poczucie konieczności zachowania tajemnicy zrosło się ze skarbem tak ściśle, że nawet Barriosowi wzdragał się wspomnieć o obecności Decouda i srebra na wyspie. Listy, które zawiózł do generała, nadmieniały tylko pokrótce o stracie srebra, jako o czynniku mającym wpływ na stosunki w Sulaco. Jednooki pogromca tygrysów, węsząc z daleka bitwę, nie uważał za właściwe marnować czasu na wypytywanie posłańca. Toteż rozmawiając z Nostromem, Barrios wychodził z założenia, że don Martin Decoud poszedł na dno wraz z drogocennym kruszcem, zaś Nostromo, niepytany wprost, milczał pod wpływem jakiejś nieokreślonej niechęci i nieufności. „Niech don Martin sam o wszystkim powie” — powiedział sobie w duszy.
A teraz, kiedy trafił mu się sposób szybkiego dostania się na Wielką Izabelę, jego podniecenie minęło, jak kiedy dusza ulatuje, pozostawiając w bezwładzie ciało na ziemi, której już nie zna. Nostromo jakby nie poznawał zatoki. Przez długi czas nawet jego powieki nie drgnęły nad pustką jego szklistego spojrzenia. Następnie z wolna, bez najlżejszego ruchu, bez drgnienia mięśnia lub mrugnięcia powieki, po jego zakrzepłych rysach przemknął wyraz życia, głęboka myśl błysnęła w pustce źrenicy — jak gdyby jakaś błędna dusza, zadumana spokojnie dusza, spotkawszy na swej drodze to opuszczone ciało, wzięła je ukradkiem w posiadanie.
Capataz, zmarszczył brwi. Wśród niezmiernej ciszy wód, wysp i wybrzeża, wśród skłębionych chmur na niebie i smug światła na toni to zmarszczenie brwi miało dobitność potężnego gestu. Przez długi czas nic się nie poruszało. Następnie Capataz potrząsnął głową i znów pogrążył się w powszechnym spokoju wszystkich widzialnych rzeczy. Nagle podchwycił wiosła i jednym ruchem obrócił czółno dziobem ku Wielkiej Izabeli. Zanim jednak zaczął wiosłować, pochylił się raz jeszcze nad rdzawą plamą na burcie.
— Wiem, co to jest — zamamrotał do siebie, potrząsając przemyślnie głową. — To krew!
Jego uderzenia wiosłem były długie, mocne i równomierne. Od czasu do czasu zerkał przez ramię na Wielką Izabelę, której niskie urwiste wybrzeże miało dla jego trwożnych spojrzeń nieodgadniony wygląd. W końcu dziób łodzi dotknął brzegu. Nostromo rzucił raczej, niż wepchnął łódź na piasek małej plaży. Z nagła, odwróciwszy się plecami do zachodzącego słońca, podążył wielkimi krokami w głąb wąwozu, roztrącając i rozpryskując za każdym krokiem wodę strumienia, jak gdyby deptał jej ciche, przejrzyste, szemrzące bóstwo swą stopą. Pragnął skorzystać z każdej chwili dziennego światła.
Zwał ziemi, murawy i połamanych chaszczy obsunął się z góry bardzo naturalnie na zagłębienie pod pochyłym drzewem. Decoud wykonał zadanie ukrycia srebra według otrzymanych wskazówek, przemyślnie posługując się łopatą. Ale półuśmiech uznania na ustach Nostroma zmienił się w pogardliwe ściągnięcie warg, gdy ujrzał łopatę porzuconą w widocznym miejscu, jakby całkiem niedbale lub w nagłym popłochu, co zdradzało wszystko. Ach, wszyscy oni są jednacy w swej głupocie, ci hombres finos, którzy wynaleźli prawa, rządy i jałowe obowiązki dla ludu!
Capataz podniósł z ziemi łopatę, kiedy zaś uczuł jej rękojeść w dłoni, odezwało się w nim nagłe pragnienie obejrzenia skórzanych skrzynek zawierających skarb. Kilkoma machnięciami łopaty odsłonił ich krawędzie i narożniki, po czym, odwalając dalej ziemię, zauważył, iż jedna ze skrzynek została rozpruta nożem. Krzyknął na ten widok zdławionym głosem i rzucił się na kolana, oglądając się za siebie przez jedno, to przez drugie ramię z nierozumną podejrzliwością. Twarda skóra zamknęła się w miejscu przecięcia i zawahał się, zanim wetknął rękę przez długą szparę i wyczuł wewnątrz sztaby kruszcu. Były tam. Jedna, dwie, trzy... Tak, czterech brakowało. Wyjęto je. Cztery sztaby. Lecz kto wyjął? Decoud? Nikt inny. I po co? W jakim celu? Dla jakiego przeklętego kaprysu? Niech się wytłumaczy! Cztery sztaby wywiezione na łódce i — krew!
W obliczu otwartych wód zatoki, w obliczu, jasnego, nieprzesłoniętego chmurami, niezmiennego słońca, które nurzało się w toni, składając się w tajemniczej całopalnej ofierze, z dala od śmiertelnych oczu wśród nieskończonego majestatu ciszy i spokoju — te cztery sztaby srebra... i krew!
Capataz podniósł się z wolna.
— Możliwe, że po prostu zaciął się w rękę — mruknął — Ale w takim razie...
Usiadł na rozpulchnionej ziemi, bezwładnie, jakby przykuty do skarbu, i objął dłońmi kolana z wyrazem beznadziejnej uległości, jak niewolnik siedzący na straży. Raz tylko poderwał głowę: grzechot silnego ognia karabinowego dotarł do jego uszu, spływając z wysoka niby grad suchego grochu spadającego na bęben. Posłuchawszy chwilę, rzekł półgłosem:
— Nie powróci już nigdy, żeby się wytłumaczyć...
I znowu zwiesił głowę.
— Niemożliwe! — mruczał posępnie.
Odgłosy strzelaniny zamarły. Łuna wielkiego pożaru w Sulaco rozpostarła się czerwono nad wybrzeżem, igrała na obłokach przy wylocie zatoki, muskała rdzawą i złowieszczą poświatą kształty trzech Izabel. Nie widział jej, chociaż podniósł głowę.
— Ale w takim razie się nie dowiem — odezwał się na cały głos i siedział znowu nieruchomo, milczący i zapatrzony przed siebie.
Nie mógł się dowiedzieć. Nikt nie miał się dowiedzieć. O ile można przypuszczać, koniec don Martina Decouda nie stał się przedmiotem rozmyślań dla nikogo prócz Nostroma. Gdyby znano prawdę, zawsze pozostawałoby jeszcze pytanie: dlaczego? Natomiast pogłoska o jego śmierci podczas zatonięcia lichtugi nie pozostawiała niepewności co do przyczyny. Młody apostoł utworzenia oddzielnego państwa zginął wskutek nieodżałowanego wypadku, walcząc za swą ideę. Tymczasem naprawdę umarł skutkiem samotności, tego wroga znanego tylko bardzo niewielu śmiertelnikom, któremu stawić opór są zdolni tylko najpośledniejsi z prostaczków. Świetny Costaguanero z bulwarów paryskich zginął skutkiem samotności oraz braku wiary w siebie i w innych.
Dla jakiegoś słusznego i ważnego powodu, niedostępnego pojmowaniu ludzkiemu, morskie ptactwo zatoki unika Izabel. Jego przybytkiem jest skalisty wierzchołek Azuery; jej kamieniste upłazy i rozpadliny rozbrzmiewają od ich dzikich, gwarnych krzyków, jakby od wiecznych kłótni o legendarne skarby.
Pod koniec pierwszego dnia pobytu na Wielkiej Izabeli Decoud, przewracając się w cieniu drzewa na legowisku, które usłał sobie z ostrej trawy, powiedział sobie:
— Nie widziałem przez cały dzień ani jednego ptaka.
Nie słyszał też przez cały dzień żadnego szmeru prócz mamrotania własnego głosu. Był to dzień absolutnej ciszy, pierwszy, jakiego zaznał w życiu. A nie zasnął ani na jedno mgnienie. Mimo tylu bezsennych nocy i tylu dni walk, rozmyślań, nawoływań, przede wszystkim zaś mimo ubiegłej nocy, pełnej niebezpieczeństw i twardego fizycznego wysiłku na wodach zatoki, nie był zdolny zmrużyć oczu ani na chwilę. Nie mógł zasnąć, chociaż od wschodu do zachodu słońca przeleżał, złakniony snu, na ziemi bądź to na wznak, bądź też twarzą do swego posłania.
Przeciągnął się i powolnymi krokami zszedł do wąwozu, by spędzić noc obok srebra. Gdyby Nostromo powrócił, co mogło nastąpić lada chwila, tam właśnie by go szukał, zwłaszcza że noc była najodpowiedniejszą porą na próbę spotkania się. Z zupełną obojętnością przypomniał sobie, iż nie miał nic w ustach, odkąd pozostał sam na wyspie.
Przepędził noc z otwartymi oczyma, a kiedy dzień zaświtał, pożywił się nieco z tą samą obojętnością. Świetny „potomek Decoudów”, popsuty pieszczoch rodziny, wielbiciel Antonii i publicysta ze Sulaco nie był zdolny do zmagania się ze sobą sam na sam. Samotność, tworzona tylko przez zewnętrzne warunki istnienia, rychło staje się stanem duszy, w którym nie ma miejsca dla komedianckich błazeństw ironii i sceptycyzmu. Opanowuje i pędzi myśl w wygnańcze pustkowie ostatecznej niewiary. Po trzech dniach oczekiwania na widok ludzkiej twarzy Decoud przychwycił się na powątpiewaniu we własną osobowość. Roztopiła się w świecie obłoków i wód, sił natury i kształtów przyrody. Tylko w naszym działaniu znajdujemy pokrzepiające złudzenie istnienia niezależnego od całokształtu rzeczy, którego jesteśmy bezradną cząstką. Decoud postradał zupełnie wiarę w rzeczywistość swych przeszłych i przyszłych czynów. Piątego dnia ogarnęła go bezmierna melancholia. Postanowił, że nie odda się w ręce tych ludzi z Sulaco, którzy otaczali go jak jakieś bełkoczące, sprośne widma, nierzeczywiste i okropne. Widział siebie, niedołężnie walczącego pośrodku, i Antonię, olbrzymią i wdzięczną jak alegoryczny posąg, spoglądającą pogardliwie na jego słabość.
Żadna żywa istota, żadna plamka dalekiego żagla nie ukazała się w polu jego widzenia, więc jakby chcąc uniknąć samotności, pogrążył się w swej melancholii. Niejasne poczucie chybionego życia, ulegającego popędom, których wspomnienie pozostawiło mu gorzki posmak w ustach, było pierwszym przejawem moralnym w jego męskim życiu. Równocześnie jednak nie odczuwał skruchy. Czegóż miał żałować? Nie uznawał innej cnoty prócz inteligencji, a namiętności podźwignął do poziomu obowiązków. Zarówno jego inteligencja, jak i jego namiętności roztopiły się łatwo w ogromie nieprzerwanej samotności oczekiwania bez wiary. Bezsenność pozbawiła jego wolę wszelkiej energii, bowiem przez siedem dni nie spał nawet siedmiu godzin. Jego smutek był smutkiem sceptycznego umysłu. Widział wszechświat jako szereg niepojętych obrazów. Nostromo zginął. Wszystko haniebnie zawiodło. Nie śmiał już myśleć o Antonii. Nie przeżyła tego wszystkiego. Jeżeli jednak przeżyła, to nie będzie mógł spojrzeć jej w twarz. Wszelkie wysiłki wydawały się mu niedorzecznością.
Dziesiątego dnia, po nocy spędzonej bez zmrużenia oka (majaczyło mu się, iż Antonia nie mogła nigdy kochać istoty tak nierzeczywistej jak on), samotność zaczęła mu się wydawać jakby wielką pustką, a cisza zatoki napiętą, cienką liną, na której wisiał, uczepiony obiema rękami, bez lęku, bez zdumienia, bez jakichkolwiek wrażeń. Dopiero pod wieczór, pod wpływem względnego ukojenia chłodem, zapragnął, by ta lina się zerwała. Wyobrażał sobie, że to zerwanie nastąpi niby wystrzał z pistoletu, z ostrym, suchym trzaskiem. I to będzie jego koniec. Rozmyślał o tej możliwości z rozkoszą, ponieważ przerażały go bezsenne noce; ich cisza, naprężona na podobieństwo liny, na której wisiał, uczepiony obiema rękami, drgała niedorzecznymi frazami, zawsze tymi samymi, lecz najzupełniej niepojętymi, o Nostromie, o Antonii, o Barriosie i proklamacjach. Frazy te zlewały się w ironiczne, bezsensowne brzęczenie. Za dnia odczuwał tę ciszę niby linę w bezruchu, napiętą do ostatnich granic, na której końcu wisiało jego życie, jego płonne życie.
— Ciekaw jestem, czy usłyszę, jak się zrywa, zanim spadnę — zadawał sobie pytanie.
Słońce już od dwóch godzin widniało na widnokręgu, gdy powstał, wychudły, brudny, pobladły, i spojrzał na nie czerwono obwiedzionymi oczami. Członki dawały się powodować jego woli ociężale, jakby były pełne ołowiu, ale bez drżenia. Nadawało to jego ruchom stanowczą, rozważną godność. Działał, jak gdyby dokonywał jakiegoś obrzędu. Zszedł do wąwozu, bowiem urok srebra, z jego potężną mocą, pozostał jedyną rzeczą, która przetrwała poza nim. Podniósł z ziemi pas z rewolwerem i założył na siebie. Lina ciszy nie zerwie się przenigdy na wyspie. „Muszę spaść i utonąć w morzu — myślał. — I utonąć!...” — Rzucił okiem na luźną ziemię, pokrywającą skarb. — „W morzu!” — Wyglądał jak lunatyk. Przykucnął nisko i zaczął przemyślnie grzebać cierpliwymi palcami, aż odsłonił jedną ze skrzynek. Bez namysłu, jak gdyby robił coś, co już nieraz zdarzało mu się robić, rozpruł ją i wyjął z niej cztery sztaby, które włożył do kieszeni. Przykrył powtórnie ziemią odsłoniętą skrzynkę i idąc krok za krokiem, wyszedł z wąwozu. Chaszcze zamknęły się za nim z szelestem.
Jeszcze trzeciego dnia swej samotności przywlókł czółno w pobliże strumienia, mając zamiar gdzieś odpłynąć. Odstąpił jednak od tego zamiaru, po części za poszeptem chwiejnej nadziei, iż Nostromo powróci, po części zaś pod wpływem przeświadczenia o zupełnej bezużyteczności wszelkich wysiłków. Teraz trzeba było tylko z lekka pchnąć czółno, by zakołysało się na toni. Oprócz pierwszego dnia codziennie jadał co nieco i zachował jeszcze trochę siły w mięśniach. Ujął z wolna wiosła i odbił od urwistego brzegu Wielkiej Izabeli, która wznosiła się za nim, rozgrzana słońcem niby ciepłem życia, skąpana w szczodrym świetle od podnóża do szczytu, jakby w światłości wesela i nadziei. Wiosłował wprost ku zachodzącemu słońcu. Gdy zatoka okryła się mrokiem, przestał wiosłować i rzucił wiosła na dno łodzi. Pusty łoskot, jaki wydały padając, był dla niego najdonośniejszym zgiełkiem zasłyszanym w życiu. Podziałał jak objawienie. Zdawał się jakby przywoływać go z bardzo daleka. Przez głowę przemknęła mu myśl: „Może będę mógł usnąć dzisiejszej nocy”. Ale w to nie uwierzył. Nie wierzył w nic. Nie ruszył się z poprzecznej ławki.
Świt spoza gór błysnął w jego szeroko otwarte oczy. Po jasnym brzasku słońce wzeszło wspaniale nad szczytami. Rozmigotał się przestwór zatoki dokoła łodzi. W tej chwale bezlitosnej samotności cisza objawiła się mu znowu, napięta niby ciemna, cienka struna.
Oczy jego patrzyły na nią przez chwilę bez pośpiechu, gdy przesiadał się z poprzeczki na skraj łodzi. Patrzyły na nią uporczywie, a tymczasem jego ręka sięgnęła do pasa, odpięła klapę skórzanego futerału, wyjęła rewolwer, skierowała lufę do piersi, pociągnęła za spust i z kurczowym rozmachem cisnęła dymiącą jeszcze broń w powietrze. Jego oczy patrzyły na nią, gdy runął przed siebie i zawisł piersiami na burcie, zaciskając palce prawej ręki na poprzeczce. Patrzyły...
— Dokonało się — wykrztusił przez krew, która nagle napłynęła mu do ust. Ostatnią jego myślą było: „Ciekaw jestem, w jaki sposób zginął capataz”. — Jego zaciśnięte palce rozluźniły się i wielbiciel Antonii Avellanos stoczył się w morze, nie usłyszawszy, jak zrywa się struna ciszy w pustce Zatoki Placido, której lśniąca powierzchnia pozostała niezmącona po upadku jego ciała.
Ofiara odartego ze złudzeń znużenia, które jest odwetem za zuchwalstwo intelektualne, wytworny don Martin Decoud, obciążony sztabami srebra z kopalni San Tomé, przepadł bez śladu, pochłonięty przez niezmierną obojętność wszechrzeczy. Jego bezsenna, skulona postać opuściła kruszec z kopalni San Tomé, zaś duchy dobra i zła, które czają się w pobliżu każdego ukrytego skarbu doczesnego, mogły przez czas jakiś mniemać, iż o skarbie ukrytym na tej wysepce zapomnieli wszyscy ludzie. Jednak po kilku dniach inna postać wyłoniła się z poświat zachodzącego słońca, by spędzić noc na czuwaniu wśród mroków ciasnego wąwozu niemal w takiej samej, nieruchomej postawie i w tym samym miejscu, gdzie zwykł był siadywać tamten bezsenny człowiek, który tak spokojnie odpłynął na zawsze w małym czółnie o zachodzie słońca. A duchy dobra i zła, które zwykły się czaić koło zaklętych skarbów, wlot pojęły, iż srebro z kopalni San Tomé pozyskało teraz wiernego, dozgonnego niewolnika.
Świetny capataz de cargadores, ofiara zawiedzionej próżności, która jest odwetem za zuchwalstwo czynu, przesiedział całą noc w znużonej postawie tropionego wyrzutka, dręczony bezsennością, nie mniej dotkliwą od bezsenności Decouda, swego towarzysza w najrozpaczliwszej chwili życia. Zastanawiał się, w jaki sposób zginął Decoud. Wiedział jednak, w jaki sposób sam przyczynił się do jego śmierci. Najpierw kobieta, potem mężczyzna, porzuceni w swojej ostatecznej potrzebie dla tego przeklętego skarbu. Opłacił go zgubą duszy i zatratą życia. Po bladej, milczącej zgrozie ogarnął go poryw bezmiernej dumy. Nikt inny na całym świecie, tylko Gian’ Battista Fidanza, capataz de cargadores, nieprzekupny i wierny Nostromo, był zdolny zapłacić taką cenę.
Postanowił w duszy, iż nic nie zdoła już mu wydrzeć jego łupu. Nic. Decoud zginął. Ale jak? Nie było cienia wątpliwości, że zginął. Jednak te cztery sztaby?... Po co? Czy miał zamiar wrócić po więcej, kiedy indziej?
Skarb rozpościerał swą tajemną władzę. Mącił jasność umysłu człowieka, który za niego zapłacił. Nostromo był pewien, że Decoud nie żyje. Swymi szmerami zdawała się mówić o tym cała wyspa. Umarł! Odszedł! Przychwycił się na przysłuchiwaniu się szelestom chaszczy i rozpryskom wody w łożysku strumienia. Zginął! Ten gaduła, novio doñii Antonii!
— Ha! — mruknął, z głową na kolanach pod sinością zamglonego brzasku, świtającego nad wyzwolonym Sulaco i szarą jak perzyna zatoką. — On do niej poleci. Poleci do niej!
A te cztery sztaby! Czy zabrał je z zemsty, by rzucić urok, jak ta zagniewana kobieta, która przepowiedziała mu zgryzotę i niepowodzenia, a jednak obarczyła go obowiązkiem ocalenia dzieci? Ano, ocalił je. Pokonał zaklęcie nędzy i głodu. Uczynił to sam, a może wspomagany przez diabła. Co komu do tego? Dokonał tego, mimo że go oszukano, i ocalił zarazem kopalnię San Tomé, która wydawała mu się nienawistna i niezmierzona, władająca przy pomocy swych ogromnych bogactw nad wartością, znojem, wiernością biedaków, nad wojną i pokojem, nad działalnością miasta, Campo i morza.
Słońce rozjaśniło niebo za szczytami Kordylierów. Capataz nie odwracał przez chwilę oczu od luźnej ziemi, kamieni i pogruchotanych chaszczy, które przysłaniały kryjówkę ze srebrem.
— Trzeba się będzie bogacić bardzo powoli — rozmyślał głośno.