dzień jak co dzień (tomik)

[Dedykacja]

wiersze z lat 1927 1928 1929

wiersz jedyna dedykuję pani marji grzegorzewskiej

wiersz światło popołudniu zechce przyjąć pani marja maćkowska

wiersz wąwozy czasu zechce przyjąć pan wilam horzyca

wiersz świat zechce przyjąć pan jan wydra

wiersz narzeczona zechce przyjąć pan wiktor ziółkowski

książkę poświęcam matce mej i siostrze

daleko

wiatraki kołyszą horyzont

chaty pachną stepem

chatom źle

stoją na palcach o zachodzie ślepe

wspinają się jak konie

za chwilę się pogryzą

nie step ucichłe morze

rozlewa się wieczór bez szumu

świecące szyby otoczyły kolejowy dworzec

zachód mozolnie żuje gumę

ostajcie zdrowo matuś

z wojska napiszę list

nad parowozem dym białe kwiaty

gwizd

w niedzielę pociąg odjechał

w inną niedzielę przyjdzie

pracują czerwone obłoki pchają się ku słońcu

na stacji dzień jak co dzień tydzień jak tydzień

a szyny

szyny się nigdzie nie kończą

na wsi1

siano pachnie snem

siano pachniało w dawnych snach

popołudnia wiejskie grzeją żytem

słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach

życie pola złotolite

wieczorem przez niebo pomost

wieczór i nieszpór2

mleczne krowy wracają do domostw

przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach

sypie się gwiazd błękitne próchno

chmurki siedzą przed progiem w murawie

to kule białego puchu

dmuchawiec

księżyc idzie srebrne chusty prać

świerszczyki świergocą w stogach

czegóż się bać

przecież siano pachnie snem

a ukryta w nim melodia kantyczki

tuli do mnie dziecięce policzki

chroni przed złem

jesień

uliczka za uliczką rzucona sierpem stromo

okuty słońca mosiądzem szedł tędy młody żołnierz

złocisty talerz fryzjera kłaniał się jemu domom

a ten sam wiatr oblizywał wisły masywne połcie

za domami podzwania tramwaj jak w bramę wchodzi w powietrze

żołnierz także się wdziera w powietrze młodo idąc

jesień biegnie na przełaj na bliskim jest kilometrze

kasztan przy rogatce już rdzawo policzki wydął

no więc będzie szaro jak film się poprzemyka

już wypukłe zdarzenia cwałują ławą dokąd

takiej geografii nie ma na życiu nie ma równika

jak pilotowi trzeba powierzyć się młodym krokom

miłość

przedświt się czule czołgał

przez mroczne puszcze i haszcze

noc przed nim płynęła wołgą3

górą krążyła jak jastrząb

u dróg ciemnych z niebem twarzą w twarz

chaty tłoczyły się w ciżbie

miłość bez gwiazd

miłość tlała po izbach

usta spadają na usta młotem

mocno ciemność sprzęga

pierwsze uściski młode

nieskończoną są wstęgą

ciało się ciałem nakrywa

pachnącym świeżą śliwą

ramiona w gorącej przestrzeni

zamykają się ciemnym pierścieniem

tapczan twardy zgrzany jak rola

orzą chyże lemiesze4 kolan

aż zamiast pszenic wschodzących i żyt

zaszemrze srebrem świt

zastuka do okna biało

podnieść oczy spojrzeć z uśmiechem

to kwitnącej czereśni gałąź

zgięła się pod strzechę

świat

głębokie kliny ulic noc dzień światła pokotem

lamp kule smugi w okien kwadratach

chodzą kołem zaklętym witryn sklepowych roty

świetlisty ich dwurząd ciasną ulicę oplata

za szybą krągłe pudełeczka z blachy

trumny rybek stłoczonych w śmierci oliwie strachu

za drugą kanciaste rozpycha się żelastwo

śruby haki pilniki tryskające jak wachlarz płasko

za tamtą marzenie uwięzło barw i lekkości narkotyk

krążą srebrne dziewczęta w seledynach i tiulu złotym

nadpływa witryna inna koloru morza i zorzy

tu kupiec ognie klejnotów na taflach kryształu rozłożył

pasma okien jak pasy transmisyj

snują się jeszcze jeszcze jeszcze

pędzą lecą od wisły do wisły

wiją się jak żyły sypią deszczem

rzeczywistość spada płatkami liśćmi

w mieście wichru i pędu nawała

tęczowy zapałał

wyścig

więc także

jezdnie rzeki asfaltu z szumem dążą do krańców

wyłamują się z placów odchodzą zawile kręto

zwieszając głowy pielgrzymie stąpa i latarń łańcuch

i szyny idą drżące kół tramwajowych tętentem

nie stoją domów cementowe sześciany

klatki schodowe izby nie trwają nieruchome

w mrozu szkle w lazurze jesieni lub wiośnianym

wędrują mozolnie powolnie domy

podłogi gnębi ciężar czworonożnych kroków

tu ławy a tu stoły pełzną kołyski skrzynie

na sprzętów powierzchniach toczy się gwiazdami pył

w powietrzu ciemno czy widno drobinki płyną szeroko

czas płynie

jest

nie ma

będzie

był

dno

żelazny świat tej łodzi

dotknięty kometą granatu

tonął odchodził

pionowo w słoje wody burej

chmurą

na dno na dół

wewnątrz biega na przestrzał

krótkich spięć pożar

drży rży moc w grubych nitach

jęczą miażdżone morzem

blachy pancerne trzeszczą

akumulatory zalane po wręby

we mgle ryżej kwasów manometru5 nie odczytać

i tak wiadomo wciąż głębiej

ciemniejsze czerwieńsze lampy

chrypi cierpki oddech

motor szalał na 400 amper6

przeciążony zamilkł

już się poddał

sami

u kabli rur marynarze zawiśli bez ruchu

cisza cwałuje straszliwy przybysz

w zaduchu

zalewają skroń ogniste grzywy

bratersko piersią przy piersi

w sieci zerwanych drutów czy w promieniach

oficerowie pieśń zaczynają pierwsi

i łódź się w pieśń zamienia

i orłami czerwonymi w oczach atmosfera

ach tak jest umierać

ciężka ekstaza cichnie w iskier trzasku

widać chaos kształtów na dnie rozpostartych

atlantyda7 jest niżej

czarnoczerwona jak karty

a jak port pełna blasków

10 tysięcy lat chłonęła oceanu wino

koncentryczne budowle szumiały w słonej wodzie

teraz powieka zapada ostatni raz

drgnął drut czas

na nowo od końca w maszynę się nawinął

będzie nowych cyfr czekiem

na głębokości stu metrów konając młodzi

zrównaliśmy przeszłe i przyszłe wieki

światło popołudniu

stań w zatoce posłuchaj woda śpiewa

pierś marynarza wypukła jest jak i morze same

ponad masztów pionami za chmur szarą bramą

słońce złotym sztandarem powiewa

no a barki zrozumiawszy ten sygnał

kołyszą chudymi rej8 ramionami

i ja wiem otulił się snów maligną

dnia lazurowy kamień

tragarz pasiasty jak bąk fajkę pali

stóp ciemnych mu dotyka zwinięte skrzydło fali

cień leje się na bulwar fioletem i ciszą

tylko dźwigi parowe jak suchotnik dyszą

tylko gwiżdże ten malarz na boku fregaty

zawieszony malując liter smutne kwiaty

tylko ty mocną rękę zwijając jak linę

przeciągasz się dziwaczną rzucasz w lazur linię

strzeż się

drogi strzeliste i ostre jak promień

echem dzwonią z dalekości

żagli trójkąty strome

ciche są jak pościg

strzeż się

słuchaj zatoki

popołudnie w światłach nie śpi

w lenistwie tak słonecznym idą czyjeś kroki

strzeż się

tajemnicze a rześkie

jedyna

patrzę patrzę

smutne i wesołe rzeczy są jednakowe

przystanek tramwajowy wciska w ramiona głowę

fabryka zatopiona powietrza oceanem

grzeje kominami wieczór i tak już nagrzany

w domy nim je zamazał letni zmierzch smagły —

paciorki lamp chłodnawe sypnęły się gradem nagłym

sennie brzęczą witryny wtórując kołom krokom

bełkoce za żołnierzem pękaty wypukły bukłak9

okna lampy gazeta żołnierze marokko

patrzę patrzę

i rzeczywistość tak jakoś sama w rękach jak granat wybuchła

fabryka domy przystanki może czekają

zmierzch tuli się do ulic może chce uwierzyć

na drobnych przedmiotach niepokój śniegiem leży

rzeczy matek nie mają

a moja

patrzę patrzę

schodzi ze schodów uśmiech siwy

twarz zmarszczek siatka geograficzna

według niej żegluję między ludźmi szczęśliwy

to szczęście w jakich wyliczyć liczbach

kiedyś

dzieciństwo złe szczenię szczekało w dni wodospadach

głodnego na tapczanie gorączka mnie żarzyła i jadła

połatane ubranko szeptem opowiada

ręce chropawe od pracy dla mnie kradły

pani na pierwszem piętrze ma powieki płatki liliowe

gdym poznał że malowane jak ciężko dusiły łzy

matka z gniewem chłonęła moją spowiedź

krzyczała pięścią groziła światu że zły

jeden kąt

w roku wojny

w rodzinnej izdebce szlocha

gdy synek wlecze się na front

zranione nogi ciągnąc w dróg prochu

wsparty towarzyszem karabinem

patrzę patrzę

teraz ręce oczy jak most przerzucają się do mnie

most miłości wspomnień przebaczeń zapomnień

fabryka palce kominów w ciepłym zmierzchu macza

przystanek czerwonym wzrokiem zerknął tu szyderczy

przedmioty czyżbym się wstydzić was musiał

dla was powiem słowa inaczej

siwy uśmiech silniejszy od śmierci

matusiu

dzisiaj verdun10

samochody planety świecące deszcz stał ukosem

przechodnie w melonikach melonik czarny owoc

cienie rzeczy ulica czarniejszym mruczały głosem

tylko tramwaj uparciuch błyskał na drucie różowo

nad jezdnią latarnie wisiały mleczne obłoki

wieczór a mleczne obłoki lecz wyżej było ciemno

kanciaste bryły kamienic w żałobie mroku po kim

a dach zupełnie jak balon w górę gdzieś zemknął

no powiedz czy nie spokojne ciche miasteczko stolica

a przecież na trotuarze nowy świat trzydzieści dwa

moknę na deszczu marząc jak podchmielony policjant

samotny w tłumie ja

zlikwidowano wojnę spętano paktów powrozem

na próżno bo my wciąż na froncie bijemy się

patosem dział świszczących bomb grozą

jestem wciąż na pustyniach verdun

deszcz na asfalt światło na krzyk warszawy

oczy mkną na kolumnę ogłoszeń bo ona z chlebem

od wewnątrz czuje mózg wojenną czerwoną prawdę

rozumiesz

cóż po chlebie kiedy nie smarowany niebem

zaułek

kamienny kawałek świata

zaułek w kwiatach jak dziewczę

nikt na pewno nie zechce

tutaj stukiem samochodu kołatać

tak

to tylko gdzie indziej wybucha zwycięski jazgot

a to ciężkie platformy brzęczą w łańcuchy jadąc

a to znowu fartuchy zarzuciwszy na głowę

rozpychają się autobusy słonie brunatne i płowe

albo tramwaje suną

między wartami latarń

wełni się czarne tłumu runo

wrzawa we mgłach i dymie wzlata

tu cicho trawa wśród kamieni

zieleni się niebu jaskółkom

ludzie są dziećmi dużemi

a samolotem ty pszczółko

mieszkam tu w izbie małej jak pudełko

w którą słońce wlewa złociste kubełko

ogródek się waha czy wyjść na ulicę

czy się winogradem wspiąć na okiennicę

wiatr tę pustkę kocha często tu przysiada

coś do szczelin szeptać do okien zagadać

zaśpiewać

chwiejącym się tyczynom słonecznika

pająkom na furcie dębowej

noc dzień przenika

ranki wieczory

na domach wtedy światła z boku

prócz księżycowych i słonecznych gloryj

spokój

ranek

zaczęło się wiotko

po pierwsze w mętnym tętnic szumie

popłynęły bladawe koła srebrem lazurem się mieniąc

na wylot skroś nocy słodkiej

krzyknął tego nie umiem

zawisły

każde koło brzęknęło jak pieniądz

po drugie wyjawiło się słowo koncerka

płonęło wśród kół samotne we dwójkę z troską

tego też nie znał więc ukradkiem na biurko zerkał

tam słownik puchł i malał i znowu rosnął

po trzecie niepodobna było wytrzymać tak

gdy znienacka się zapadł w węże czarnych sprężyn

trzepotał rękami tonąc na wznak

zbudził się w oknie trwał księżyc

trzecia rano godziny siwe i nowe

zwyciężyć tak a jeśli wstać trudno

auto poniosło na dworzec ciężką głowę

potem pociągu pudło

oczy senne a koła kołacą jawą

wagon niski miażdży szyny śliskie

na puszyste śniegowe stawy

padały dziurkami czerwone iskry

czytał się w ciemnościach węsząc jak zwierzę

nurt mruczał powiewem przeżyć

ale mącił zagubiał kluczył

nie tak łatwo czytać siebie i nauczyć

a tym bardziej że za okno wybiegał

patrzył na śnieg ziemię płaską

obłok jutrzni puszyste zero po lasach ją głaskał

za obłokiem księżyc jeszcze

semafor ale czego

kieszeń

notes

reflektorem wytrysły notowania giełdowe cyfry znaki

lilpop bank dyskontowy huta gryf starachowice

a i słońce wzeszło czerwoną ławicą

więc potem

na cały dzień przestał być tajemniczym ptakiem

śmierć

napisano stacja towarowa

napisano magazyn

dźwig i winda zwieszają ciężkie głowy

cokolwiek się zdarzy

wagon czerwone więzienie krów

zatkał okienka pyskami cieląt

ryk żalem kipi ryk i znów

maszyny ciszę mielą

worki na rampie11 pachną paszą

wieś jest na chwilę jakże nęci

ale nie ma wilgotnego szmeru traw u pęcin12

białe lampy noc słodką gaszą

o koła których 8

dobrze wy wiecie gdzie rzeźnia

im hamulcom przyczepom osiom

droga też nie bezbrzeżna

dlaczego deski przepojone smarem

przestały być kwitnącymi sosnami

dlatego i ceglany dom

stacja towarowa z żelaznym dźwigarem

nie zmiłuje się nad nocą i krowami

krowy na zabicie są

jednakowo

pościele wonne zielem

dlatego siano pachnie snem

w słońca kwadratach oknach zieleń

czerwony kwiatek żarzy się jak usta

przez kwiat i te liście wprost

z promieni pochyły most

w ciszy przeczuć

u ciebie mateczko dzień ma oczy krowie

wędrowcem w stepie człapie zapóźniony wieczór

ranki w obłokach się czają

i znowu dzień je łowi

noce migocą snami grając

sieje się słodycz przez lniane sito

ty siejesz matczyna głowo

zawsze uśmiech ręką serdeczną wita

jasno biało brzozowo

z końca stołu z wagonu z pola i bulwaru

gdziekolwiek oddycham ciemnogrzywy chłopak

oczy me listy myśli jeden mają popas

szepcą zaklęcie wieków wiecznych

wołają gwiazdę czarów

słowo jak słonecznik

matusiu

piłsudski13

śnieżne konie śnieżyca po świętym marcinie

zamieć dom tratowała a dom mocny wytrwał

dawny czas w zegarach szafach skrzyniach

litwa litwa

pryzmaty dachów tkwiły na wonnych ścian zrębie

dachy strzegły i drzwi i serca okiennic

ganek raźno skrzykiwał do siebie gołębie

prowadząc na ogródek ze sosnowej sieni

jezioro sine wolno szło do brzegu

usypiając fale jak dzieci

w domu dzieci bez kołysek kołysał spod śniegów

jęczący nieustannie rok 63

inny teraz rok czoło marszczy się inaczej

rusztowania maszty na 20 pięter mur

czerwony ołówek to polityki karabin

przekreślił pozycję starej rozpaczy

organizować cyfry znaczy prowadzić szturm

czyżby koniec na akcjach gumy i jedwabiu

ile milionów rocznie bluzgają nafciane wieże

iloma miliardami fabryki gwiżdżą i rżą

a jego nie zmierzyć

on jest on

nie deszcz kwiecia czeremchy14 siny mundur oblepił

krzyżów orderów gwiazd na piersiach jezioro więc srebrno

dom na litwie belweder gorzej albo lepiej

może wszystko jedno

sercem zagrać na mapach jak czerwiennną kartą

stuka pod wstęgą drgnęło zabolało

stukającym będzie otwarto

stukać czy nie za mało

działa bagnety nike15 to było 10 lat

przygasły wybuchy śmierci ogniste smugi grzywy

westchnieniem maszyn w tęgim znoju

oddychają za miastem niwy

domy ceglane chaty łakną chleba pokoju

belweder16 to także dom stary biały jak księżyc

dwoje w nim oczu a tyle światła

patrz nocą na tym domu widać jak ziemia cięży

tam dźwiga ją na barach atlas17

prowincja noc