Mrówki

Motyl pięknemi połyskując płatki,

Zlatywał z kwiatów na kwiatki,

Właśnie z swojego gniazda wyszła mrówka młoda,

Uderzyła ją w oczy motyla uroda;

Jego postać powabna i jego lot śmiały,

Nadewszystko się młodej mrówce podobały.

Odwraca się do matki, co właśnie w tej chwili

Niesie ciężar pożywny i pod nim się chyli,

«Matko! rzecze, — robaczek nad różanym krzaczkiem,

Wszakże jest także takim jak i my robaczkiem,

A jednak taki piękny, wesoły, swobodny!

Zazdrości godny.

Wszystkie moje dostatki z ochotąbym dała,

Żebym była tak piękna, tak sobie latała.» —

Młodaś, przerwie jej matka, nie masz doświadczenia,

Ale skoro się dowiesz, jak swą postać zmienia,

Czem był dawniej, jak nabył tę pstrociznę marną,

Wolisz chodzić po ziemi i wolisz być czarną.

Słuchaj: najprzód się czołga, potem jest bałwanem,

A gdy się już oswoi z tym haniebnym stanem,

Gdy w tem jarzmie przebędzie czas podłej pokory,

Pycha daje mu skrzydła i cętki w kolory.

Lecz niekontent z tych darów i wszystko mu brzydnie,

Skoro wspomni, jak nabył tych ozdób ohydnie.

Wlecze życie nikczemne wśród nudów, tęsknoty

Nie zna powabu pracy, ani wdzięku cnoty.»

Słysząc to mrówka młoda, pokręciła główką

I rzekła: «Dzięki Bogu, że ja jestem mrówką.»