XXX

Koniec biesiadzie. Mistrz powstał od stoła594.

Lecz mu biesiada nie rozjaśnia czoła;

I tak jak wprzódy milczący, ponury,

Usiadł u okna, patrzy się w podwórzec.

Na drogę oczy nieruchomie wlepił,

Ręką paciórki595 od pasa odczepił,

I liczy, usty mrucząc cóś drżącemi.

Aż wraca Mindows i tętni dziedziniec;

Mistrz przeciw niemu wychodzi z świetlicy.

Stali, spójrzeli. Niemiec rękę daje,

Król potrząsł głową, wejrzeniem powitał,

I wszedł z nim razem. Siedzą, milczą jeszcze.

Mistrz przebąkiwać zaczyna cóś z cicha.

Ale łagodnie, ale tak pieszczono596,

Jak gdyby jeszcze rozmawiał z Królową.

Cedził po słówku, dobrał każde słowo,

Do serca razem mówiąc i do dumy.

— Królu mój! rzecze, czego nad twém czołem

Smutek ja widzę, w sercu boleć muszę?

Ty tak szczęśliwy, tak wielki, potężny,

Wkrótce największy z mocarzów północy.

Przy naszych radach, przy naszéj pomocy,

Zwojujesz wrogów, zabierzesz ich kraje,

Széroko państwo rozciągając twoje.

Królu! dlaczegoż smutek na twém czole?

I powiedz, czego jeszcze ci nie staje? —

A Mindows rzekł mu — Serca mego ludu. —

I zamilkł Niemiec, i głos podniósł znowu.

— Na co ci serca? masz miecz w silnéj dłoni,

Który, gdzie każesz, nieposłusznych goni. —

Głowa, co nie chce ugiąć się przed tobą,

Upadnie z karku, tocząc się w mogiłę.

Na co ci serca, gdy siłę masz? Panie! —

A Mindows rzekł mu — Cóż, gdy sił nie stanie?

— Z nami ci, Królu, nie zabraknie siły.

Tyś zwątpił, miałżebyś się wahać w wierze?

Chciałżebyś z nami rozerwać przymierze?

Z nami? wiernemi przyjaciółmi twemi,

Których rękami tyś Król twojéj ziemi—

Mówił mu Krzyżak. — Słuchaj, rzekł Mindowe,

Nie zawsze mieczem rządzić i postrachem —

Ostatek serca dzisiejszym zamachem —

Od siebie, wiary, mnieście oderwali —

Przyjdzież kto teraz do ołtarzy Boga,

Do których pędzą mieczem zakrwawionym?

Wczoraj z wyrzuty biegł pokrewny do mnie,

Trojnat, któremu sto wozów zabrano,

Kiedy za waszą wstąpiły granicę.

Trojnat na Żmudzi silny; na cóż było

Niechęcić ku mnie, zrażać go od siebie.

Biegł mi swą krzywdę położyć pod nogi,

I mówił — Toż to przyjaciele nasi?

Cóż wróg gorszego zrobi czasu wojny? —

Mistrzu! — Trojnata rozkaż oddać mienie. —

Mistrz rwał się z ławy, i ostre spójrzenie

Na Króla rzucił, dobywając głosu.

— Trojnat powinny597 tobie, lecz, o Królu,

Zdrajca, Zakonu nieprzyjaciel główny.

On nie chciał przyjąć Chrystusowéj wiary,

A jego zamek — zbiegowisko złego,

Mrówisko598 zdrajców. Przez względy dla ciebie,

Dotąd gom599 w kupę nie zmienił popiołów.

Po co słał dary na pruskie granice? —

Podkupić starszych i bunty podsycać.

Do naszych zamków kołatał on niemi,

Słuszna, żeśmy je na zdrajcy zabrali. —

— Słał je, Król rzecze, w Prusiech600 bratu swemu.

Oddać potrzeba. —

— Nie oddam — Mistrz woła,

Na Boga mego, szczypty nie powrócę.

A będzie jęczał i będzie się rzucał,

Pójdę, na cztery rogi gród zapalę,

Budę łotrowską, jakby na szyderstwo,

I wrót mych jeszcze stojącą na straży, —

— Zamilczcie! Mindows krzyknął z oburzeniem.

Trojnat mi krewnym. —

— Trojnat mi jest wrogiem.

Odparł Mistrz, pięścią o ławę uderzył,

I będzie wrogiem, jak mój Bóg mi Bogiem. —

Mindows wstał milcząc, i raz jeszcze rzecze —

— Mistrzu! po twojéj przyjaźni mi trzeba,

Byś jego mienie z rąk wypuścił cało.

Z płaczem się u mnie powrotu domagał,

Na oczy z wami przyjaźń mi wyrzucał. —

— Nie! i nie stokroć Mistrz gniewny zawoła

Imię Chrystusa, to najdroższe imię —

A klnę się na nie, że mu nic nic wrócę.

Znam go — on milczy! cichy, bo bezsilny;

Lecz daj mu siły, na nas je obróci. —

— Kup go, tę krzywdę nagradzając, Mistrzu! —

— Kupię go, kiedy upadnie mu głowa,

Gdy rąk związanych podnieść nie podąży,

Nigdy inaczéj. Znam ja serca tajnie.

On zawsze wrogiem; dumne pogan dziecię,

Niechaj zna Zakon, gdy go Zakon gniecie. —

— Mistrzu! przysięgi pośpieszne, rzekł Mindows;

Oddasz mu mienie — ja wymagam tego —

Ja chcę, byś oddał, i zło z tego wróżę. —

— Zło!! Mistrz wykrzyknął. — Jakież zło być może?

Cóż Litwa z Żmudzią przeciwko Zakonu?

Co Trojnat z Żmudzi, ty z twojego tronu,

Gdy wkoło wrogi na skinienie nasze

Wpadną, rozerwą posiadłości wasze?? —

Nic nie rzekł Mindows, upadł na siedzenie.

Blady był, częste pierś wznosiło tchnienie,

A z oczu widać, jaka w jego duszy

Walka się toczy nienawiści z trwogą.

To czoło wzniesie i błyśnie oczami,

To spuści czoło i oczy utopi,

Uderzy ręką i opuści obie.

Mistrz się przechadza dumnie, końcem miecza

Bije podłogę, językiem nieznanym

Na pogan klątwy straszliwemi bucha.

— Mistrzu! doń601 Mindows, radą i prośbami

Wzgardziłeś memi, odpychasz od siebie? —

Niemiec się z gniewu otrząsł i obrócił.

— Królu! zginając rzekł jedno kolano.

Za cóż za wrogiem prosisz u Zakonu?

Tyś brat nasz; z nami trzymaj, nie ze swemi,

My tobie wszystkiém, i pókiś ty z nami,

Żadna cię siła nie wzruszy na świecie —

Bo papież rzymski — pan całego świata;

Słowem on Króle stwarza, słowem zrzuca.

Tyś chrześcijanin, pomazaniec Boga.

Poganin tobie ni krewnym, ni bratem,

Zapomnij o nim. Myśmy słudzy twoi,

Gdy czynić każesz, co czynić przystoi. —

Wstał; lecz Mindowsa nie złamał pokorą,

Słowy pustemi. On został milczący,

Ponury, smutny, i gości swych zimno,

Nie tak jak dawniéj ochotnie przyjmował.

Nim noc zapadła, już skinieniem głowy

Żegnał on Mistrza, do swojéj świetlicy

Śpieszył się — dumać zamknięty sam z sobą.