XXX

Na krewskiém zamczysku

Jest wieża wysoka;

O stopy jéj fala,

Pluskając, uderza;

I jedno okienko

Na wodę pogląda;

Okienko z ciemnicy,

Co wiosną, gdy wody

Powstaną wysoko,

Zalana do wierzchu,

Gdy rzeki opadną,

Gdy wody odpłyną,

Na dnie jéj się tylko

Kałuża błotnista

Zostaje762, i mury

Wilgocią przesiękłe763

Grzybami żółtemi

Okryją do zimy.

Na krewskiém zamczysku

Jest wieża wysoka;

Ciemnica pod wieżą

Wilgotna, smrodliwa.

Tam gady, ze szczelin

Wyszedłszy na słońce,

W okienku się grzeją;

Mchy rosną zielone,

I grzyby żółtemi

Sklepienie obrasta.

W ciemnicy téj dawno

Więzień już nie siedział.

Był jeden. Kto taki,

Nikt w Krewie nie wiedział.

A kości się białe

Pod oknem zostały

Po gościu ostatnim.

I od téj już pory

Zbutwiałe zapory,

Drzwi padły przegniłe,

I w oknie dębowe

Kraty już spękały.

Wtém goniec od Wilna

Do Krewa przybiega,

I każe ciemnicę

Dla więźnia sposobić,

Drzwi, kraty dorobić.

Jagiełło Kiejstuta

Chce w Krewie osadzić.

— Wszak on mnie dał Krewo,

Niech mu się wypłacę;

Wszak druha, Wojdyłłę,

Osadził głęboko —

I ja mu wynajdę

Ciemnicę głęboką,

Więzienie wilgotne,

Skonanie sromotne.

I zaraz za gońcem

Wysłali Kiejstuta.

Starzec był półżywy,

Jak gołąb’764 posiwiał,

Schylił się we dwoje;

A krwią mu powieki

Płynęły zagęsłą;

A ciało związane,

Nie strachem, lecz drżało

Słabością, niemocą:

Bo w jednéj on chwili

Zestarzał, na siłach

Podupadł, i lata

Z każdą mu godziną

Kark gięły brzemieniem;

Lecz skargi, lecz słowa,

Przekleństwa jednego

Nie wyrzekł; i milcząc

Na służby szyderstwa,

W kałuży się brudnéj

U muru położył765;

I o nic nie prosił,

Nie żądał niczego;

Tylko wzrok w okienko

Raz powiódł, i znowu

Opuścił na ziemię.

O, wiele on, wiele

Przeżył już w swem życiu!

I trzykroć w niewoli

Krzyżackiej zostawał,

Cztérykroć się na śmierć

Schwytany gotował,

Lecz nigdy nadziei

Nie stracił, jak dzisiaj.

Dziś głowa opada,

Dziś pierś się zamknęła,

I oczy na słońce

Nie chcą już spozierać.

I wyrzekł do siebie:

— Czas mi już umierać!

Jagiełło mnie strzeże,

Posadził pod wieżę!

Uciec ztąd766 nie można.

On śmierci chce mojéj.

Lecz biada mu, zdrajcy!

Ja umrę, a Witold

Na zbójcy się pomści. —

Tak jeden dzień spłynął,

I wody plusk tylko

O ściany wieżowe

Odbitéj do ucha

Doleciał więźniowi;

A słońce zachodu

Promieniem ostatnim

W okienko zajrzało

I w wodę zapadło.

Wieczorem siepacze

Z usługą przybiegli.

Pięciu ich tam było:

Proksza był i Bilgen,

Co wodę nosili,

Mostew był i Gotko,

Co u drzwi na straży

Dzień i noc czuwali,

I piąty Lisica.

Im zwierzył767 Jagiełło

Straż stryja. Lisicy,

Gdy z Wilna posyłał,

Rzekł głosem surowym:

— Jeżeli uciecze,

Wy głowy mi dacie.

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję,

Ucieczki się boję.

Jeśli go puścicie,

I wasze tam życie,

I waszéj rodziny,

Za niego odpowié! —

Lisica struchlały

Słyszał to, a w głowie

Rozebrał po słowie,

Co pan mu powiedział.

I jechał do Krewa,

I swoim powtórzył.

Dniem, nocą na straży

Stawali w ciemnicy;

Szelestu się bali,

Westchnienia lękali;

Dziesięćkroć zajrzeli,

Nim na krok odeszli.

Ale dnia piérwszego

On leżał na ziemi,

Więzami ciasnemi

Ściśnięty, bezwładny,

I ludzie go widząc

Bez słowa, bez duchu768,

Bez gniewu i ruchu.

Mówili: — Gdzie jemu

Z ciemnicy uciekać?

Zgnić jemu w więzieniu,

Na mokrym kamieniu

Kości tu zostawić. —

A w nocy usnęli,

I Kiejstut zębami

Gryźć począł sznur twardy;

I cicho, gdy spali,

Do okna przypełznął,

Na niebo poglądał.

Lecz czujny Lisica

W czas zajrzał w więzienie,

I zadrżał, Kiejstuta

Gdy w oknie zobaczył;

Wnet straże rozstawił

I więzy odnowił;

Sam zebrał siepaczy,

Poskrobał po głowie,

I dziko w swéj mowie

Namawiać ich zacznie:

— Kniaź mówił wyraźnie:

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję,

Ucieczki się boję.

Nam oka nie zmrużyć,

Dopóki on żyje.

Skrępujmy mu gardło,

A z pastwą umarłą

Spokojniéj, bezpieczniéj

Nam będzie na zamku.

Kniaź mówił Lisicy:

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję.

Czas starcu dać życie769,

I lepiéj niż moje.

Mnie smaczny świat biały. —

A Mostew mu na to:

— Wy prawdę mówicie.

On był już za kratą,

Trzy razy od Niemca

Przez mury uciekał.

Kto go wié? duch jaki

Może mu pomaga?

A nuż znów uciecze!

Położyć nam głowy.

Nie lepiejże skończyć?

A kniaziu powiémy,

Że umarł z rospaczy770,

Że sam się udusił,

Że gad go zjadliwy

Ukąsił w pierś nagą. —

Mówili, szeptali.

Dzień drugi upłynął,

A Kiejstut widocznie

Upadać już pocznie:

I głowę pochyla,

I oczy zamyka,

I, zda się, co chwila

Ot duszę wyzionie.

Siepacze pod drzwiami

Czatują dzień trzeci,

Czatują i czwarty.

Czwartego wieczorem

Usnęli na chwilę.

A Kiejstut ku oknu

Poskoczył z rospaczą,

I kratę wyłamał,

I głowę wysadził,

Gdy szelest go zdradził.

Zbudzą się strażnicy

I wpadną na niego,

A sznurem za szyję

Spętawszy, wgłąb’771 lochu

Ciągną go, krępują.

I gardło przedarte,

I usta otwarte;

Krew niemi buchnęła;

A dusza olbrzyma

Na Góry gdzieś Wschodnie

Leciała, w żałobie,

Rzucając po sobie

Swéj chwały puściznę

I zemstę synowi.

Długo tam siepacze

Nad trupem, w milczeniu,

Drżąc, stali, bez ruchu,

I jeszcze w nim duchu

Śledzili772 ze strachem.

Dniem jeszcze i nocą

Pilnują, by zmarły

Nie uciekł z więzienia.