Rauda

Idź, duchu, do ojców ziemi,

Ziemi roskoszy1812, pokoju;

Leć skrzydłami sokolemi,

Siwą skroń otrzeć po znoju.

Tam czekają cię dziadowie,

Tam cię lepsze czeka życie,

Tam z gwiazdą jasną na głowie

Po Dungusu1813 leć błękicie.

Coś zostawił na téj ziemi?

Troski tylko, bój i trwogi!

Leć skrzydłami sokolemi,

Gdzie twe ojce, gdzie twe Bogi1814.

Gród w żałobie, ród w żałobie;

Ty szczęśliwy w kraju słońca:

Tam zachodu nié ma tobie,

Twemu życiu nié ma końca.

Tu łzy płyną, krew tu płynie,

Nieprzyjaciel czyha z boku;

We Wschodniéj ojców Krainie

Wieczna jasność świeci oku.

Leć, o wielki duchu Litwy,

Leć do dziadów na biesiadę,

Na waleczne z Jodsy1815 bitwy,

Na rozumną ojców radę.

Leć, o duchu! rękę swoję

Zostaw synóm1816, by z twą głową

Siedli w radzie, poszli w boje,

Cne potomstwo Olgierdowo1817.

XX

Poszedł Olgierda wielkiego duch z ziemi,

I wszyscy za nim na niebo spójrzeli1818.

Xiężna Juljanna1819 trzydzieści dni płacze;

Ani do złotéj nie siądzie kądzieli;

Sama z płaczkami, w ustronnéj komnacie,

Łzy1820 się zalewa; Olgierdowe prochy

W święconéj ziemi wykradłszy, z Dawidem1821

W Bogarodzicy cerkwi pochowała.

Jagiełło jeden z synów Olgierdowych

Po ojcu łzami zapłakał młodemi.

Kiejstut nie płakał; gdy się stos dopalił,

On westchnął tylko, z westchnieniem oddalił.

— Niedługo, bracie, tobie na mnie czekać!

Pójdę za tobą, bośmy całe razem

Przebyli życie. Złączyć się nam trzeba.

Mnie syn zastąpi. Czas już Kiejstutowi

Odpocząć z tobą pod jedną mogiłą. —

Pojechał. W Wilnie sam został Jagiełło,

Sam, smutny; smutku nie zwierzył nikomu,

Ni staréj matce, ni bracióm1822 rodzonym;

On tylko z sługą swoim ulubionym

Na tajnych radach dnie przepędzał całe.

Wojdyłło, z śmiercią Olgierda, niewolnik

Od posług wyszedł do rady bojarem.

Ani już ujrzeć Jagiełły bez niego.

Wszędzie obadwa1823. Czy na łowy jadą,

Czy w kraj daniny wybierać, czy zamki

Budować ludzi zwołują kapłani,

Wszędzie Jagiełło z ulubionym sługą.

Dla niego braci i stryja porzucił,

Dla niego z bratem Andrzejem1824 się skłócił.

A Andrzéj poszedł, siadł daleko w Pskowie,

Na posłuszeństwo przysiągł moskiewskiemu1825.

I wszyscy patrzą, dziwią się xiążęciu1826,

Zkąd1827 mu to serce do podłego1828 człeka?

Niedawno jeszcze Wojdyłło parobkiem,

Z drzewem na plecach, w dziedzińca zamkowe

Szedł, ostrzyżoną pochylając głowę.

Potém Jagiełło ulżył mu ciężaru,

Między przyboczne umieścił go sługi.

On panu pościel słał, on jego ucha

Najbliższy zawsze; i nieraz wśród nocy

Słyszano długie, tajemne rozmowy,

Widziano, jako usiadał na skórze

U stóp Jagiełły, i długo cóś prawił,

I, jak pies, u nóg zasypiał na straży.

Póki żył Olgierd, przyjaźń się ta kryła,

Lękając blasku sokolego oka,

Bo stary byłby karał niewolnika,

Co się śmiał synu1829 do serca podkradać,

I podłą dłonią tykać jego dłoni;

Lecz umarł Olgierd, ledwie stos przygasa,

Już się Wojdyłło przebrał w inne szaty,

Już włos, jak wolny człek, puścił po skroni,

Stanął z bojary1830, szyderskiém wejrzeniem

Śląc, kędy kniazie1831 bracia pańscy byli,

Jak gdyby na nich, milcząc, się odgrażał.

Wszyscy szemrali; Jagiełło nie zważał,

A piérwszém słowem Wojdyłłę do siebie

Zwołał i szeptał; posłał go z rozkazy1832,

Jemu dał klucze od skarbcu1833 swojego,

Jemu dowództwo dał zamkowéj straży.

I nikt się nie śmiał przeciwić, a wszyscy

Poszli z schylonem czołem, z raną w duszy,

I tak mówili: — Patrzcie, pan nasz młody

Jak starą radę ojcowską szanuje!

Ani do wiernych bojarów przemówi!

Serce podłemu dał niewolnikowi,

Jemu tajemnic swoich się powierza.

Patrzcie, jak dumny dzikim rzuca wzrokiem

Na nas, na syny xiążęce1834, na pana.

Szemrzą na dworze, i bojary1835 jadą

Do Trok, Kiejstutu1836 skarżyć się staremu.

— Panie! — mówią mu — zasil nas swą radą!

Lub nam tam nie być, lub nie być tam jemu.

Podły niewolnik razem staje z nami,

I jeszcze starym urąga1837 się sługóm! —

A Kiejstut rzekł im: — Powróćcie do pana.

Wola w tém jego. Kiedy dał mu serce,

Godzien jest między staremi stać sługi.

Patrzcie nań tylko, by czego nie knował,

Bo w podłém ciele podła mieszka dusza;

Patrzcie, Jagiełło aby nie żałował,

Że zpod1838 nóg wybrał przyjaciela sobie. —

Bojary poszli i na Wilnie siedzą;

A co dzień bardziej Wojdyłło u pana

W łaskę się wkrada, starych sług odpycha

Od drzwi szemrzących, od uszu odgania,

Dójść1839 do Jagiełły, skarżyć się zabrania,

I ani bracióm1840, ni żałośnéj1841 matce

Dostąpić jego komnaty dozwoli.

On pan. Jagiełło kryje się przed ludem,

Przez jego usta rozkazy posyła,

Na jego ręce podarki rozdaje,

Które Wojdyłło przez połowę kraje;

Ujmując łaski, srogości podwaja.

Biada ci, Litwo, w służebniczych ręku1842!

Biada wam, bracia! i wam, sługi stare!

Podły się sługa na xiążąt1843 odgraża,

I w szale dumy, któréj granic nié ma,

Sięga po władzę, a prawego pana

W kobiécych dumać komnatach zasadził.

Biada ci, Litwo! jak biada domowi,

Gdzie słudzy rządzą, i do uszu pańskich

Nosząc wieść, podli niechęcą1844 ku swoim,

A serce pańskie dla siebie wykradną.

XXI

Prędko śmierci Olgierdowéj

Wieść za siedém przeszła ziemi;

Nieprzyjaciel się nią cieszy,

I miecz ostrzy, i lud zbiera.

A xiążęta1845 zniechęcone

Uciekają, Moskiewskiemu

Czołem biją, woje wiodą

Na spokojną Ruś Jagiełły.

Dymitr i Andrzéj we Pskowie,

W Perejasławiu już siedzą,

Starodub dobywać idą;

Tylko Orda1846 ich hamuje,

Tatar na cuglach zatrzymał.

Zakon także na krzyżową

Prędko zebrał się wyprawę.

Xiążę1847 Albert z Austryj1848 idzie:

Günther hrabia Hohenstejnu,

Eberhard i Jan hrabiowie,

Pod Troki się zagonami

Zapędzili w włość Kiejstuta.

Przyszli, stoją nad jeziorem.

Zamek głuchy, jakby pusty;

Ni w nim rycerz się ukaże;

Mury milczą, znikły straże;

Tylko jezioro dokoła

Rozpuściło sine wody,

I ramiony szérokiemi

Pańskie gniazdo obejmuje.

Kiejstut w Trokach, Witold z ojcem,

I Biruta matka z niemi.

Oni patrzą, serce bije,

Ale nié ma wybiedz1849 komu.

Ludu mało, a tam w polu,

Jak kłosy, Krzyżacy stoją.

Próżno Witold na brzeg bieży,

Próżno na prom z ludźmi zrywa;

Stary Kiejstut go wstrzymuje,

I zza muru patrzy z dala,

Jak odpływa Niemców fala.

Niemcy trzy dni w Trokach stali,

Trzy dni w zamek strzały słali;

Zamek milczał, a czérwone

Mury pociski odbiły.

Długo mistrz się z xięciem radził,

I pod Wilno odciągnęli.

Ledwie pył opadł za niemi1850,

Kiejstut z zamku na koń siada,

Ludzi zbiera; syn u boku;

Z garścią w pogoń Niemcóm śpieszy,

Bieży nocą. Rozedniało,

Ponad Wilnem łuna płonie,

Góry stoją w blasku całe,

Dymy kłębią się czérwone.

Stary stanął, złamał ręce.

— Gedymina grodzie biały!

Niemiec stos pod ciebie kładzie!

A Jagiełło gdzieś w komnacie

Milczy, ręki wznieść się lęka! —

— O! niechaj zginę, na Bogi,

A pomszczę się téj pożogi.

Za mną, za mną! — Witold woła —

Noc nam sprzyja! Tam ucztują,

Ani gości spodziewają.

Prędzéj! — Lecą, a nie drogą,

Nie szeroką — manowcami.

Od Rudominy po Wilno

Krzyżacy się rozciągnęli.

Na trzy rogi miasto płonie,

Tylko zamek w jego łonie,

Salamandra1851 nie zgorzała,

Cały jeszcze, czarny stoi.

W obóz Niemców Kiejstut wpada.

Na Krzyżaków, co bez zbroi,

Pijąc, w pożar poglądają,

I klną pogan, i hulają.

Wpadł i siecze — łby padają.

Popłoch w wojsku; pod xiążęcy1852

Namiot pędzą1853 się kupami;

Swoich łuków i kusz zbyli1854,

W ziemię wbite zostawili

Tarcze twarde. Rwą się konie

I po górach uciekają.

Aż śle xiążę1855 do Kiejstuta

I na zamek posły swoje,

Rozejmu u nich wyprasza.

— Rozejm! — stary Kiejstut woła —

Będzie, gdy was psów wygnamy,

Zatrzaśniem za wami bramy.

Bić nam trzeba, nie traktować1856,

Nie o zgodę się umawiać.

Dwa dni zgody, miesiąc wojny.

Zdrady lęgną się w pokoju.

A Jagiełło przyjął posły,

Xiążąt na zamek zaprasza,

Tydzień wypoczynku daje,

Bo Wojdyłło szepnął w ucho:

— Nie czas teraz nam wojować,

Wprzódy trzeba zebrać siły,

Wprzódy oręż nam ukować1857. —

Gedymina zamek jeszcze

Krzyżacką nietknięty nogą;

Piérwszy raz na nim w gościnie

Niemiec miód litewski spija.

O, wstań, wielki Gedyminie!

Wstań, na wnuka popatrz swego.

On z wrogami siadł u stoła1858,

On im w uśmiech usta stroi.

Wnukli1859 to twój? z krwi to twojéj?

I Wojdyłło cóś tajemnie

Szepce komturóm do ucha,

Dzban po dzbanie nosić każe,

Róg po rogu do nich wnosi.

I świecą się Niemców twarze;

On pić i spoczywać prosi,

Ciągle szepce, a bojary

Trzęsą głową wyprawieni1860,

Patrzą u drzwi, patrzą z sieni,

I dziwują się téj zgodzie.

Kiejstut spójrzał, splunął w gniewie;

Co ma myśleć, sam już nie wié;

Syna na zamek posyła;

On zawrócił wojsko swoje,

Nie chce zgody, do Trok wraca.

Trzy dni mija, Witold jeszcze

Siedzi w Gedymina grodzie;

Trzy dni nié ma! Aż posyła

Stary ojciec. Strach o syna.

Goniec do Trok go wyzywa.

Jedzie Witold, ale smutny,

Głowę zwiesił, a na oku

Gniew połyska1861 uduszony1862.

— Ojcze! — rzecze — Litwie biada!

Słaba ręka Litwą włada.

Cudza głowa, cudza rada,

Nie Jagiełło, nie my, ojcze,

Jeden rządzi sam Wojdyłło,

Jemu w głowie zawróciło,

Duma niewolnika wzbija.

Śmiał do stołu siąść przede mną!

Śmiał Jagielle stać u boku!

A dusza mu patrzy w oku1863,

Dusza nienawistna, podła!

Skrzydeł nie ma, by podlecieć,

To, jak wąż, sunie się w górę.

Jam z Jagiełłą żył od młodu,

Bratem, przyjacielem byłem;

Widzę, serce utraciłem.

W ustach, w oku, nic, prócz chłodu;

Słowy1864 witał mnie zimnemi,

I pożegnał jakby sługę.

Długoż cierpieć będziem jeszcze?

Długo myśleć? długo czekać? —

Kiejstut milczy, duma, z czoła

Pot ociera; siadł na progu.

Syn na próżno o odpowiedź

Słowy, pytaniami wzywa.

— Czekaj! — wreście1865, wstając, rzecze —

Stary Kiejstut wié, co czyni.

Niech Wojdyłło pnie się; kto wié,

Jak wysoko dosiądz1866 może?

Są na Litwie stare drzewa,

Wielkie sosny w puszczach naszych;

Ja najwyższą mu sprowadzę,

Na wierzchołek go posadzę.

Rzekł i siodłać konia każe.

— Gdzie? — do Wilna. — Zostań, synu!

Chcę oczami widzieć memi,

Jak niewolnik tam króluje. —

Już poleciał. Noc zapada,

Kiedy u stóp Turzej Góry,

Na Swintoroha dolinie

Zabrzmiał w wrotach róg Kiejstuta.

Straż poznała — drzwi otworem,

I bojary1867 czołem biją.

Wjechał w zamek, oddał konia.

Czemuż uczcić włosy siwe,

Czemuż stryja uczcić swego

Kniaź Jagiełło nie wychodzi,

Ani dworzan swych wysyła?

Czy Jagiełły nié ma w domu?

Czy powitać nié ma komu?

Czy na łożu chory leży?

On w komnacie z psy swojemi1868

Bawi się, leżąc na ziemi.

U drzwi Wojdyłło na straży,

Pochlebstwem mu głaszcze uszy,

Marzeniami go kołysze:

— Wielki Kniaziu! nad twych dziadów

Wyżéj pójdziesz, ojca twego.

Wnuki uczyć z twych przykładów,

Wnuki dziwić będą tobie!

Rzekłeś słowo, i pokornie

Krzyżak wyszedł z twojéj ziemi,

Ani pustoszył po drodze,

Ani śmiał łupy zabierać.

W Rusi pokój, z Moskwy cicho.

Wielki Kniaziu! tyś potężny!

Drobne ptastwo1869 wróg przy tobie. —

Wtém zaszumi, i Kiejstuta

Brzęknie w ziemię szabla kuta.

Wojdyłło się porwie z ziemi.

— Kto śmié iść tu? pańskie wczasy,

Pańską przerywać zabawę? —

I brwi zmarszczył, twarz zachmurzył,

Stoi, patrzy, nagle blednie,

Usta zaciął, wzrok ponurzył,

Zadrżał. Kiejstut pchnął go ręką.

— Kto — rzekł — wchodzi? kto ma prawo

Na dziadowski wchodzić zamek.

Ty precz, sługo! ni mi w oczy

Podłéj nie ukazuj twarzy! —

Jagiełło powstaje z ziemi;

Chce cóś mówić, drżą mu usta;

Nie śmié. Kiejstut dłoń podaje,

On wyciąga zimną rękę.

— Witaj, synowcze1870 kochany!

Co ci wczas tak zasmakował,

Że z ogary1871 siedzisz w kącie?

Jeszcześ miecza nie sprobował,

Jeszcześ razu nie szedł w pole.

Czy ten sługa ulubiony

W babskie serce ci zamienił? —

Młody kniaź się zaczérwienił,

I na blade jego lice

Krew płomienna wystąpiła,

Uśmiech usta rozgrzał sine;

Potarł czoło, i na ławę

Stryja sadził i przyjmował.

Ale smutno wieczór spłynął.

I Wojdyłło się w komnacie

Nie ukazał przed Kiejstutem.

Kiejstut ze drzwi, on do pana.

Blade lice, usta sine,

Jakaś boleść targa serce,

Bo i słów nie znajdzie w ustach,

I łzy niby w oczach kręcą.

Próżno Jagiełło wyzywa,

Próżno łagodnemi słowy

Odpowiedź z niego dobywa;

On milczący, zachmurzony,

Na bojary patrzy srogo,

Siecze sługi, milczy gniewny.

— Co ci? — z cicha kniaź go pyta —

Co ci na duszy usiadło? —

— Co? — Wojdyłło wreście1872 rzecze —

Wstyd mnie boli, hańba piecze,

I bezsilna dłoń mnie pali.

Panie! tyś mnie wywiódł z prochu,

Ty mi dałeś serce swoje,

Ale twoi mi zazdrośni,

Popychają z wzgardą sługę;

Dla nich jeszcze jam niewolnik! —

— A! na Bogi! — kniaź odpowié —

Niech cię słowem kto obrazi!

Wezmę zuchwałego głowę,

Choćby brat mój był rodzony.

Tyś najbliższy serca mego,

I chcę, byś był piérwszy po mnie. —

Rzekł i chodzi, w sercu burza,

A Wojdyłło za nim okiem

Wodzi, radośnie spogląda,

I tak w chwilę rzecze znowu:

— Kniaziu! braci masz jednastu1873,

Stryjów sześciu i stryjecznych.

Mnogi ród Gedyminowy,

Mnoga krew jest Olgierdowa.

Jam co? — sługa i niewolnik,

Robak, coś go wywiódł z błota;

Ale w sercu niewolnika,

W jedném sercu jest dla ciebie

Prawa miłość i życzliwość.

Bracia twoi — wrogi twoje1874!

Stryj zazdrośném1875 patrzy okiem;

On nad Litwą chce panować,

On na Litwie usiąść pragnie;

Jemu z oczów1876 patrzy zdrada;

Zbiera wojsko na sąsiada,

A na barkach twych się oprze.

Bracia twoi — wrogi twoje!

Jedni knują zdradę w Rusi;

Już uciekli i poddali

Moskiewskiemu Dymitrowi;

Drudzy w domu cicho radzą,

Kogo w miejscu twém posadzą?

Jam ci jeden, kniaziu, wierny.

Jam niewolnik, ja mizerny,

Ale serce w mojéj piersi

Rodzonego brata, sługi,

Wiernego psa, bije u mnie.

Kiejstut!!! nie wierz jemu, panie!

On zawistném patrzy okiem

Na mnie, bo wié, że na straży

Stoję twojego spokoju,

Że dopatrzę1877 w nocy zdradę,

Że nie dam mu złego knować1878.

Kiejstut na mnie, wszyscy na mnie.

Ciebie, kniaziu, ja osłaniam,

Patrzę, czuwam, złe odganiam.

Nie wierz, panie, z nich nikomu;

Zdrada u nich! w własnym domu,

Między braćmi, między twemi.

Wspomnij, wspomnij na Jawnuta.

Bodaj tobie jego losu

Nie gotował Kiejstut stary!

Wiész — po śmierci Olgierdowéj

Spadła władza z jego głowy,

Na Kiejstuta idzie prawem.

On ci jeszcze ją zostawił;

Lecz choć milczy, on niebawem,

Co z Jawnutem, zrobi z tobą!

Jam na straży. Na mnie wrogi

Mszczą się bezsilności swojéj! —

Mówił, Jagiełły oczyma

Gniew się patrzał, piersi wzdyma,

Chodzi, czoło białe chmurzy,

Słucha, staje, wzrok ponurzy,

To podniesie na Wojdyłłę;

W słowa jego wierzy święcie,

I już zdradę u drzwi widzi;

Drży o siebie, drży o władzę;

Duma, jakby ją utrzymać?

— Dość — rzekł — siedzieć, dość już drzémać.

Trzeba zdradę odprzeć zdradą.

Oni myślą, że w komnacie

Kądziel przędę, i bezsilny

Nic nie widzę, nie rozumiém!

Lecz, na Bogi! jam po ojcu

Wziął i siłę, wziął i głowę;

Czuję w sercu Olgierdową

Krew ojcowską, krew mych dziadów!

Ty, mój najwierniejszy sługo,

Coś wycierpiał, znosił długo,

Dziś zapomnisz. Daję tobie

Lidzki zamek na dzierżawę,

Z Lidą1879 włości okoliczne.

Od dziś kniazióm i bojaróm

Równy stajesz. Tak jak bratu

Wydział1880 daję. Na dzielnicy,

Tak jak oni, jesteś kniaziem.

Nikt nie będzie śmiał przeszłości

Zapomnianéj wydobywać,

Ażeby nią bić ci w oczy.

Na Perkuna! kto cię słowem

Dotknąć śmiałby, mnie obrazi,

Brata swego dotknie pana. —

Już Wojdyłło u nóg leży,

Nogi ściska i całuje;

Twarz rumieńcem mu zgorzała,

Pierś się wzdęła przepełniona,

A na oczach dwie łzy świecą.

Powstał dumny, jakby wzrosły,

Jeszcze wyżéj czoło wznosi,

Jeszcze dumniéj wzrokiem wodzi.

— Teraz — w duszy myśli swojéj —

Mam was w ręku, xiążąt rodzie!

Upokorzę, i za moje

Stokroć oddam wam sowicie;

Będę gniótł wam karki dumne,

Będę z wzgardą się naśmiewał.

O, za moje życie dawne,

Za wspomnienie lat dzieciństwa,

Wiele jeszcze, wiele muszę

Pastwić, znęcać się nad wami!

Bo za każdą chwilę sromu,

Niewolnictwa i cierpienia,

By się w duszy méj zatarła,

Muszę spłacić z was każdemu.

Część pogardy, część boleści,

I krwią może trzeba będzie

Zmywać z duszy cierpień ślady.

Krwi utoczę, łez utoczę,

W łzach obmyję, w krwi ubroczę,

Ale zatrę przeszłość czarną!

Nikt nie będzie śmiał przede mną

W oczy podłość mi wyrzucać,

Łańcuch, którym u nóg nosił!

Brat Jagiełły! Jeszcze chwila,

Pójdę daléj, pójdę wyżéj,

Z krwią się jego zmięszam1881 bliżéj!! —

Rzekł, i znowu pada czołem,

I wychodzi; już nie smutny,

Raźny, z obliczem wesołém.

Któż na drodze go spotyka?

W zdartej łachmanów odzieży,

Stara, uboga kobiéta,

Przeciw niemu1882, krzycząc, bieży,

I głosem wielkim wykrzyka1883,

I w objęcia drżące chwyta.

Na wybladłém licu staréj

Łzy płyną w marszczki1884 głębokie,

Z ust głos jakiś się wyrywa.

Głos to matki. Nic na świecie

Nie ma tego matki głosu,

Kiedy wita swoje dziecię.

— O Wojdyłło! o mój synu!

Ciebież to ja widzę? ciebie?

Ty w tych szatach, ty tak wielki,

Ty na zamku bojar starszy!

Ty Porowéj biedny synu!

Niewolniku! wzięty z gminu!

Co za szczęście matki twojéj!

Oczy jéj ujrzały ciebie,

I umrzeć może szczęśliwa!

O Wojdyłło! o mój synu! —

Lecz Wojdyłło pobladł, stoi,

Cofa się, ręką odpycha.

— Ty mi matką? ja ci synem?

Ja ciebie nie znam, nędznico!

Jam kniaź! tyś jest niewolnicą!

Kto na zamek tę szaloną

Wpuścił babę? Precz z nędzarką!

Niech ją wyrzucą za wrota,

Niech ją psami ztąd1885 wyszczują!

A kto jéj bramę otworzył,

Pójdzie jęczeć na dno wieży. —

Wnet siepacze porwą starą;

Ona stoi, osłupiała,

Ręce na pierś załamała,

Patrzy w oczy synu1886 swemu,

I śmiech usta jéj wykrzywił,

Śmiech okropny, bezrozumny!

— Synu! — woła — tyś nie poznał!

Jak ci było poznać matkę?

Ona biedna, ty bogaty,

Ja w łachmanach, ty masz szaty!

A! i lice masz bojara!

O! i serce masz xiążęce!

Tyś nie syn mój, nie Wojdyłło.

Staréj matce się przyśniło! —

Na bladéj się jeży skroni

Włos jéj siwy, lica gorą.

— Nie poznałeś, o Wojdyłło,

Nie poznałeś niewolnicy!

Tyś jéj synem! tyś się rodził

W budzie, na słomie i gnoju,

Tyś z nią za jałmużną chodził,

Póki na dwór cię nie wzięli.

Nie poznałeś! niech cię swoi

Nie poznają! niech ci żona

Wydrze oczy! niech ród nowy

Da serce krukóm na pastwę!

Niech twe kości świecą białe

Bez mogiły i pogrzebu!

Zgiń! przepadnij! — Głos ustaje.

Słudzy ciągną, trup1887 już wloką;

Piana zimna usta broczy,

Wywrócone białe oczy;

Duch uleciał na swe dziecko

Zemsty prosić u Perkuna.

Stał Wojdyłło, zęby ścisnął,

Zbladł, i nogą w ziemię bije.

— Kto wpuścił tę starą żmiję,

Tysiąc pletni1888 i do wieży! —

Rzekł, i pędem w zamek bieży.

XXII

Na Troki posłaniec tajemnie wybiega,

Od Turzéj on Góry na Piaski gdzieś leci,

I kręci gęstwiną u Wilii1889 brzega,

I zniknął w śnieżystéj daleko zamieci.

Brodę ma splątaną, wzrok ma obłąkany,

I włos rozczochrany, i suknię w nieładzie,

Konia prze ku Trokóm i leci zziajany.

Koń boki rozpiera, na zaspach się kładzie;

Wyciąga i leci, leci bez oddechu.

Lasami się pędzą. On podnosi głowę,

Oczyma je drogę, tak pragnie pośpiechu;

Przed nim śniegi białe i lasy sosnowe.

Ujrzał zamek Trocki, otrząsł z śniegu czoło,

Odetchnął swobodniéj, za siebie spoziera,

Śmielszy mierzy wzrokiem, zatoczył wokoło,

Już jezioro przebył, brama się otwiera;

Wbiegł i konia rzucił, ku świetlicy bieży,

Nie otrząsł obówia1890, snieg1891 leci z odzienia,

Pot mu ciecze z czoła, włos na głowie jeży;

On minął podwórzec, przeleciał przedsienia,

Na komnaty wchodzi, kędy Kiejstut stary,

Z Witoldem u ognia na kamieniach siedzą.

Poczuły obcego, wzniosły łeb ogary,

Cóś mruczą do siebie i wzrokiem go śledzą.

On upadł i czołem bije o podłogę;

— Kniaziu! — rzecze — z Wilna wieści ci przynoszę.

Serce pęka z bolu1892, ledwie mówić mogę!

Wysłuchaj mnie, proszę, i ratuj nas, proszę!

Wojdyłło, o panie, spiski na was knuje,

Zniechęca Jagiełłę, do zdrady podmawia,

Wojdyłło się na was z Krzyżakiem spisuje1893,

Na xiążęcą1894 władzę parkany zastawia.

Wczoraj jeszcze sługą starszym był Wojdyłło,

Dziś on kniaź, o panie! ma udział i włości.

Lidy mu w dzierżawę mało jeszcze było,

Do nowéj on prawa łaski sobie rości:

On śmiał podnieść oczy na krew swego pana,

Marij Olgierdównéj1895 u Jagiełły prosi.

Maria Olgierdówna jemu obiecana!

Niewolnik już hardą głowę nad nas wznosi.

Ratuj nas, o panie, stare sługi swoje!

Wczoraj dwóch z nas ścięto, za to, żeśmy czołem

Nie bili Wojdylle; Olgierdowe woje

Z bracią twoją, panie, ponękani społem.

Andrzéj Olgierdowicz przez niego na Rusi,

Narymundowicza1896 moskiewski przyjmuje.

Co dzień się do wroga uciekać któś musi,

Co dzień pada głowa, on wyżéj wstępuje.

Ratuj nas i siebie, o Kiejstucie panie!

Oni się z Niemcami na ciebie zmawiają.

Wkrótce Gedymina wszystkiéj krwi nie stanie,

Niewolnicze ręce Litwą owładają.

Wczoraj, wobec dworu, Jagiełło rodzoną

Zaręczył swą Marię Wojdylle podłemu;

Za miesiąc Wojdyłło wezmie1897 ją za żonę.

Scierpiszże1898 to? Panie! — darujesz to jemu? —

Witold wre, słuchając, Kiejstut westchnął stary.

— Na tośmy1899 — rzekł — przyszli pod młokosa władzą!

Źle, żem ci, Olgierdzie, dochowywał wiary.

Staremu mi umrzeć spokojnie nie dadzą.

Kiedyś sługa jeszcze zajedzie na Troki

I będzie we własnym urągać mi domu!

Ale nie doczeka! Dość starcu1900 dwa kroki,

By zapobiedz1901 hańbie i uniknąć sromu.

Idź, pozostań w Trokach, Olgierdowy sługo!

Tu ci niewolnicy urągać nie śmieją.

Niech Wojdyłło szali1902; nie poszali długo:

Od Trok przeciwnemi wiatry mu zawieją. —

— Nie o nas tu, panie, nie o sługi chodzi —

Rzekł z pokłonem bojar. — Nie czas tobie zwlekać!

Między wami waśnie już Wojdyłło rodzi,

Z Krzyżaki się piszą1903 — i chwili nie czekać!

Lada chwilę w Troki na ciebie napadną,

I nie sami, Niemiec na pomoc im stanie.

Wojdyłło cię podszedł; już umowę zdradną1904

Podpisali w zamku. Myśl o sobie, panie! —

Kiejstut gniewem wielkim rozżarzył się srogo.

— Na Bogi! tyś skłamał! Jagiełło pamięta,

Żem brat ojca jego. Mnie napaść nie mogą.

Przyjaźń nasza stara, braterska i święta. —

— Na Perkuna brodę! Oto czapkę kładę,

I takem mą głowę położyć gotowy1905,

Jeślim w ustach fałsz miał1906, jeśli w sercu zdradę,

Jeślim klamliwemi łudził ciebie słowy! —

Kiejstut stanął dumny. — A więc dobrze — woła —

Na Bogi me wielkie, nie będą się cieszyć!

Zetrę niewolnikóm dumne myśli z czoła,

I nie da się Kiejstut do boju uśpieszyć1907. —

Rzekł, Witoldu1908 szepce. Witold odpowiada:

— Nie wierz, ojcze, nie wierz! Sam k’niemu1909 pojadę,

Zobaczę, czy w sercu Jagiełły jest zdrada,

I odkryję zmowę, dójdę1910 ciemną zdradę.

— Konia! — woła — konia! i ludzi dziesięciu!

Na Wilno! — A bojar do nóg mu się kłoni.

— Panie! nie daj jechać swojemu dziecięciu!

Mało wam na Wilno w tysiąc jechać koni.

Na co w paszczę smoczą kłaść rękę samemu?

Na co przeciw srogiéj wybierać się burzy?

Nie daj, panie, jechać synowi twojemu!

Stary sługa złe wam nie na darmo wróży. —

— Nie bój się, bojarze! — Kiejstut mu odpowié —

Jagiełło z Witoldem w przyjaźni za młodu.

Przeciw mnie, nie jemu, on w tajemnéj zmowie.

Witold mu z całego najmilejszy rodu. —

Bojar głową trzęsie. Witold na koń skoczył,

Dosiada i pędzi na Wilno, stolicę.

Kiejstut głowę zwiesił, wzrok dumą1911 zamroczył,

Sparł1912 czoło na dłoni, zatapia w tęsknicę.

Godzina minęła, mrok zapada szary,

Śniegi kręcą białe po jeziora lodzie,

Jeszcze u ogniska siedzi Kiejstut stary:

Myśli o Jagielle, duma o swym rodzie;

A często za miecz się wyszczerbiony chwyta,

Często ucho w długie posyła milczenie,

Duszy swéj się radzi, serca swego pyta,

I tamuje dłoni niecierpliwe drżenie.

Powstał, bo u bramy obcy róg zadzwonił

Nie litewskim dźwiękiem, jakąś dziwną mową;

Kiejstut za odgłosem uszyma pogonił,

Niecierpliwe oko śle w bramę zamkową.

Na czarnym bachmacie1913 samotrzeć1914 wjechała,

W zbroi i przyłbicy, postać jakaś biała;

Któś konia rzuciwszy, szybko w zamek kroczy,

I już przed Kiejstutem. On ciekawe oczy

Wlepił na Krzyżaka, nie daje mu dłoni,

Odstąpił i patrzy. Hełm mu twarz zakrywa,

Żelazo nieznane lice wkoło słoni1915,

I z piersi gość niemy głosu nie dobywa.

Długo tak zostali, mierząc się oczyma.

Krzyżak znak mu daje, by sługi odprawił;

Kiejstut ręką skinął, wzrok wlepiony trzyma;

Gość hełm zrzucił z czoła, na stole postawił.

— To ty! Augustynie! — Kiejstut się odzywa,

I ręce otworzył, wita go oczyma.

On paleć1916 na ustach kładzie, głową kiwa,

I jeszcze się patrzy, czyli kogo nié ma?

— To ty! — Kiejstut woła — o! nie zapomniałem,

Że ty jeden z Niemców masz litewską duszę!

Jam cię dawniéj kochał, choć jeszcze nie znałem.

Z nienawiści twoich ciebie wyjąć muszę.

Tobiem1917 ja dar winien najdroższéj swobody. —

— Cicho — komtur rzecze — cicho, kniaziu, panie!

Z nowemi przyszedłem przyjaźni dowody1918.

Głowie twojéj grozi tajemne knowanie.

Tyś jest chrześcijan wrogiem. Nigdy Krzyżak ciebie

Nie zdradził. Krew własna gotuje ci zdradę,

Jagiełło nasz Zakon pociągnął do siebie,

Na Kiejstuta zgubę, na rodu zagładę.

Nad Świętém Jeziorem, w Daug1919, pod twoim bokiem,

Zjeżdża mistrz z Jagiełłą, i na twoję głowę

Sprzysięgać się mają, krwi własnéj potokiem

Bratanek przymierze zapisuje nowe. —

— Prawdaż to?! — zawoła Kiejstut. — Dziś, komturze,

Z wieścią do mnie śpieszył wierny bojar stary;

Lecz nie chciałem wierzyć, by z téj strony burze

Wstać miały. Synowiec nie strzymał1920 mi wiary! —

— Słuchaj — komtur rzecze — patrz na wiarę swoję!

Oto są owoce twéj i naszéj wiary:

Krewni na krew własną zaczajeni stoją,

Ja obcy sam z siebie nie szczędzę ofiary;

Ja Zakonu skarby w ręce ci przynoszę,

Od twéj głowy ciosy odwracam, o panie!

A w nagrodę, kniaziu, o jedno cię proszę:

Daj w twém sercu wierze Chrystusa mieszkanie.

Kiejstut zamilkł, tylko ciśnie dłoń komtura,

I milczy, a łza mu po jagodach1921 ciecze;

On patrzy, ten milczy, i cisza ponura.

— Dzięki za troskliwą o mą głowę pieczę!

Dzięki ci! O wierze nie mówmy, mój bracie!

Zdejmij z serca wiarę, co z człeka zostanie?

Zedrzyj z niego skórę, choćbyś w złotéj szacie

Chodzić mu dozwolił, szata szatą, panie,

A zdartéj mu złoto nie zastąpi skóry!

Komtur dłoń wyciągnął, już żegna w milczeniu,

I nie rzekł ni słowa, wychodzi ponury,

Siadł na koń, w podwórcu zniknął w nocnym cieniu.

XXIII

Kędy był Witold? Na wileńskim zamku

Tydzień on siedział, pozostał na drugi.

Milczał, a patrzał to w Jagiełły serce,

To w twarz Wojdyłły. I dowodów zdrady

Szukał na próżno. Zdaje się, wróciła

Przyjaźń mu dawna. Brat uśmiechem wita,

Wiedzie na łowy, przyjmuje gościnnie,

Szepce do ucha tajemne swe myśli,

Które zpod1922 serca ukryte dobywa.

Witold się dziwi, raduje, i śpieszy

Do Trok powracać. Nie puszcza stryjeczny.

— Jutro — mu rzecze — Marii wesele.

Marię druhowi daję serdecznemu. —

— Komu? — rzekł Witold — xiążęciu1923 zapewne?

Z Rusi któremu? z Mazowsza Lachowi?

Z Litwy naszemu? Pruskiemu? ze Żmudzi?

— O! nie! — z uśmiechem Jagiełło odpowié.

Przy nim mi za nic pany i kniaziowie.

Brat to mój. Choć się rodził na niewolę,

Ja go wywiodłem, osłodziłem dolę,

Jam go uczynił równym mojéj braci.

On mi wiernością, on mi sercem płaci

Za wszystko. Jemu ja wierzę jednemu. —

— Bracie! — rzekł Witold — we mnież nie masz wiary?

Czyż i ja niżéj od Wojdyłły stoję?

Zabyłeś1924 starą dla mnie przyjaźń swoję. —

— Pomnę — Jagiełło zimno mu odpowié. —

Czyż dwóch przyjaciół nie znaleźć na świecie?

Czyż ty i on się zgodzić nie możecie? —

A Witold dumnie twarz spłonioną zwrócił,

Zamilkł, nie czekał wesela, powrócił.

Smutne to było na Wilnie wesele!

Wojdyłły duma przez nie urość1925 miała,

A krew Olgierda okryć się sromotą.

Maria w zamku świetlicy odludnéj

Ciężko nad brata rozkazem płakała.

Niewolnik, dawniéj na zamku był sługą,

W komnacie xiężnéj1926 posługiwał długo,

I nieraz wzgardą popchnięty lub nogą,

Na dumnéj duszy przebolał on srogo,

A nie zapomniał, co cierpiał za młodu!

Nad wszystkich srożéj Marij1927 go bolały

Wzgardliwe słowa. Żadnego nic stracił,

Wszystkie pamiętał, by za nie zapłacił.

Maria na ciężką szła jemu niewolę,

Płacząc, się bratu rzucała pod nogi.

— Chcesz mnie ukarać? komu chcesz daj, panie!

Wyszlij1928, na łódce puść w nawalne1929 morze,

W puszczę każ źwierzóm1930 rzucić na pożarcie,

Ale nie dawaj w nienawistne ręce!

On zemsty szuka we mnie, a nie żony! —

Jagiełło zimny, stał nieporuszony,

I nic jéj nie rzekł, wzrok tylko odwrócił,

Ręce odepchnął, a jęku nie słuchał.

Marija słała do braci, pomocy

Wzywając. Próżno! bo bracia daleko,

Bo pod Jagiełły została opieką.

Matki nie było, żeby się użalić,

Żeby od dziecka tę burzę oddalić.

I w dzień Perkuna weselni kapłani

Wiedli płaczącą w komnaty Wojdyłły.

Gdy mu obówie1931 żona zdejmowała,

Spójrzał1932, uderzył, i rozśmiał1933 się gorzko.

— Patrz, xiężno! — wołał — przyszłaś mi na ręce!

Za wszystko dawne teraz ci zapłacę.

Jam był niewolnik; teraz tyś poddana.

Na Bogi! Xiężno! poznasz we mnie pana!

Pomnisz1934, gdy nieraz, zgięty pod ciężarem,

Wszedłem w świetlicę i biłem ci czołem,

Tyś urągała obliczem wesołém,

Tyś nieraz słowem bolesném mnie w serce

Wbiła pogardę; i ode drzwi twoich

Nieraz mnie gnali za twemi rozkazy,

Krwawemi znacząc plecy moje razy.

Teraz ja prawo mam popchnąć cię nogą,

Duszę twą dręczyć, dręczyć twoje ciało,

Pastwić nad tobą i oddać ci setnie

Urągowisko, szyderstwo i pletnie1935.

Na łożu mojém tyś spocząć niewarta.

Idź u drzwi leżeć na twardéj pościeli.

Wojdyłło z tobą łoża nie podzieli,

A milcz! bo jęków uszy nie posłyszą.

Jękami sroższéj doprosisz się kaźni. —

Takie wesele Olgierdowéj córy!

We łzach, na słomie Marija spoczęła.

On popchnął nogą, drzwi zamknął za sobą,

I do Jagiełły poszedł się weselić.

Ona nie spała, ona łzy gorzkiemi1936

Wianek dziewiczy swój opłakiwała.

Nie taką dolę wróżyła jéj matka,

Nie takiéj ojciec spodziewał się stary,

Nie takiéj młodość świeciła jutrzeńką1937!

A teraz ona zeszła1938 na służebną

Niewolnikowi! Olgierdowej córce

Serce się wzdęło, jak morze na burzę;

Płakała, miecza szukając dokoła,

A nic nie było, tylko garstka słomy

Na pośmiewisko u progu rzucona;

Płakała biedna. Aż do drzwi któś kroczy.

Ona wybiega, i patrzy ze łzami,

Komu się skarżyć, przed kim żal pokazać!

Stary to bojar Gierdo; przeszedł mimo

I zniknął w mroku. Marija go woła.

Zwrócił się, stanął, patrzy, nie pojmuje,

I oczóm swoim, choć widzi, nie wierzy —

Olgierda córka we łzach, stoi w progu,

Ręką na słomy garść u drzwi wskazuje.

— Mariam1939! ja Maria! ale nie Olgierda,

Nie pana Litwy córka ulubiona!

Podłego sługi, niewolnika żona,

Co na krwi pana mści się swéj niewoli.

Patrzaj, o Gierdo, lituj się méj doli!

Próżno Jagiełły prosić, jemu żalić,

Jedź do Kiejstuta, niech Kiejstut ratuje;

On krwi braterskiéj może pożałuje,

Nie da się słudze pastwić nad swym rodem.

A Gierdo stoi i duma głęboko;

I jemu nieraz dojadł już Wojdyłło;

On pałał zemstą, tylko strach starości

Odebrał siły. Na widok się xiężnéj

Oburzył znowu, cóś mruknął i znika.

I znowu do Trok któś po nocy bieży,

Gdzie Kiejstut z synem na naradzie siedzą,

Nowemi wieści do serc ich uderzy.

Oni cóś radzą tajemnie, szeptają;

Posła słuchali, spójrzeli1940 po sobie;

Co czynić mają? nikomu nie mówią.

A noc spłynęła, oni nie usnęli,

Starszych wołają, cóś knują po cichu,

I gońców kilku do Wilna posłali.

Jeden powraca, i takie im wieści

Przynosi: w Wilnie gród pusty, wojsk nié ma;

Wszystkie w połocką ruszyły wyprawę;

Na zamku mieszczan kilkuset straż trzyma;

Wojdyłło szali1941, i wszelką obawę,

Widać, przymierze z Krzyżaki1942 odjęło,

Przymierze, którém kupiono spokojność,

Wyjąwszy z niego Kiejstutowe xięztwo1943.

— Czas, kniaziu, jechać, bratanka odwiedzić,

I ... — Czas! — rzekł Kiejstut. — Zaraz lud gromadzą,

Witold niech idzie w podlaskie swe włości,

Ja sam z Jagiełłą i Wilnem poradzę. —

XXIV

Ponad grodem Gedymina

Turza Góra, zamkiem strojna,

Wznosi czoło uwieńczone

W murów czerwonych koronę;

U stóp góry Neris1944 płynie;

Nad nią Swintorohy pole

Xiążęcemi1945 mogiłami

Usypane; a na straży

Perkunowa tuż świątynia,

Gdzie się Znicza ogień żarzy;

Daléj za wał, za parkany,

Wilno pstrym się ciągnie sznurem;

Kościoł1946 z krzyżem w jednéj stronie,

W drugiéj cerkwi dachy świecą;

Tam słup stoi, gdzie męczeńska

Krew pogańską chrzciła ziemię;

Lecz najwyżéj gród xiążęcy,

Dach świątyni, dym Zniczowy,

Ponad miasto wznoszą głowy.

Cisza w grodzie Gedymina;

Lasy wkoło go objęły,

Góry ścisnęły dokoła;

Milczy miasto śpiące w dole,

Milczą góry lasem strojne:

Nawet Neris, mrozem zjęta,

Falą niebieską nie szumi;

I na zamku cisza długa;

Dym się tylko czarny wznosi

Od ogniska, gdzie Jagiełło

Z ulubionym siedzi sługą;

Straż milcząca u wrót chodzi;

Nigdzie orężnego ludu,

Nigdzie krzyku bojowego;

Cisza, tylko ponad lasy

Ciągną ptacy z wieszczym krzykiem.

Od Trok, Lidy, Antokola1947,

Zmrokiem, cicho, jacyś ludzie

Idą w miasto, rozproszeni

W drobne kupki, małe grona;

Coraz kilku w miasto wpłynie,

Kędyś zapadnie i zginie.

Znać ze twarzy i odzienia,

Z pobożności znać Żmudzina:

Bo na widok się świątyni

Każdy z nich o ziemię rzuca,

Głowę zarosłą odkrywa

I szepce ciche modlitwy.

Coraz nowe tłumy śpieszą,

I jak w morzu nikną rzeki,

Tak oni znikli wśród grodu.

Wszystkich miasto pochłonęło.

Znowu cisza w starym grodzie.

Lasy wkoło go objęły,

Góry ścisnęły dokoła;

Leży, zasypia w dolinie;

Milczą góry lasem strojne;

Nawet Neris, mrozem zjęta,

Falą niebieską nie szumi;

I na zamku cisza długa;

Dym się tylko czarny wznosi

Od ogniska xiążęcego.

Od Trok, Lidy, Antokola,

Ciągną wozy, ładowane

Sianem, słomą, skórą kryte;

A przy każdym z nich woźnica,

Żmudzin, znać z odzieża1948, z mowy.

Wszyscy wolno w miasto jadą,

Obozem się w mieście kładą.

— Co w tych wozach? — strażnik pyta.

— Siano, słoma, skóry, bracie!

Do pana wieziem na Troki. —

Strażnik milczy, a woźnice

Dzikim jakimś śmieją1949 głosem.

Stali w rynku, poglądają,

Szepcą z sobą i czekają.

Piesi ku nim się gromadzą,

To gdzieś pójdą, to cóś radzą.

A liczba ich rośnie coraz1950,

Z wozów, zda się, cóś ubywa,

Ale ruchy noc pokrywa.

Znowu cisza w starym grodzie.

Cóś na Trockiéj czerni1951 drodze,

Jakiś szmer przerywa ciszę.

Ludzie z chat powybiegali,

Patrzą, dziwią1952; czy uciekać,

Czyli1953 pozostać, nie wiedzą.

— Nasi to — poznali z mowy,

Litwini — widać z odzieży.

I wszyscy stoją w milczeniu.

Na drodze od Antokola

I od Lidy cóś czernieje.

Zewsząd wojsko gród zalewa,

Turzą Górę opasuje,

Aż róg Kiejstuta odzywa1954

I strażnika wywołuje.

Na głos rogu zewsząd głosy

Jednym wrzaskiem się ozwały.

Trzysta Żmudzi z łukiem stoi,

Sześćset z wozów wyskoczyło,

Tysiąc Kiejstut przywiódł z sobą.

Gród zajęty; zamek wkoło

Opasany żywym murem;

Otwarte na roścież wrota;

Wojsko się w podwórce miota.

Gdzie Jagiełło? czy śpi jeszcze?

Gdzie Wojdyłło? czy ucztuje?

Czy swą młodą pieści żonę?

Czy na zdrady się gotuje?

Czy bojaróm się urąga1955?

Nowych ziem i nowéj władzy

U Jagiełły się doprasza?

Cisza w zamku; dym się wznosi

Od ogniska xiążęcego.

Kiejstut słudze oddał konia,

Sam jeden w komnaty śpieszy.

Wojdyłło go spotkał w drodze.

— Kniaziu! — rzecze ulubieniec,

Dumnie przed nim wznosząc czoło —

Wasz i mój pan widzieć z wami

W téj godzinie się nie może.

Nazad na miasto powróccie1956,

I pokoju nam nie kłóccie1957. —

Kiejstut dłonią niewolnicze

Usta stulił. — Nie mam pana!

Krzyknął głośno — twój, mym jeńcem!

Idę nie o słowo prosić,

Ale karać go za zdradę. —

Sługi woła. — Zwiążcie! strzeżcie!

W najciemniejszy loch go wrzucić,

Najcięższemi spętać więzy! —

Struchlał dumny ulubieniec,

Upadł czołem; ten go mieczem

Popchnął i szedł swoją drogą.

W drzwiach komnaty, blady, drżący,

Synowiec kniazia spotyka;

On nań wzrok rzucił gniewliwy.

— Dziękuj krwi twéj, że ci łyka1958,

Razem z tamtym, kłaść nie każę.

Brata mego pamięć droga,

Droższa, Jagiełło, niż tobie,

Coś na pastwę niewolnika

Siostrę swoję1959 dał rodzoną.

Wiém o zdradzie, wiém o zmowie.

Tyś niewolnik, na méj łasce.

Wiész o losie Jawnutowym;

Ale Jawnut nas nie zdradzał;

On tylko w kobiécej dłoni

Wielkiéj Litwy nie mógł strzymać1960;

On na niewolnicze ręce

Nie zdał1961 nas, nie przedał1962 wrogóm! —

Rzekł, i sługóm nań wskazuje.

— Pęt mu nie kłaść, strzedz1963 w ciemnicy. —

A Jagiełło blady stoi,

Słowa nawet rzec się boi;

Szumi mu w uszach i głowie;

Oczy chodzą krwią zalane

I szukają kogoś wkoło;

Krew to blade zleje czoło,

To do serca ustępuje;

To się wstrzęsie1964, to ponury

Wzrok do drzwi zwraca, do okna,

Jakby szukał, jakby czekał,

Czy kto nie wyjdzie z ciemności,

Nieproszonych wygnać gości?

Kiejstut na komnaty śpieszy,

I od skarbcu1965 bierze klucze,

Zamek z końca w koniec schodzi,

Bo nie wierzył wieści zdrady;

Ale żywe znalazł ślady:

Na żółtéj spisane skórze

Przymierze w skrzyni leżało.

Kiejstut porwał, aż zawrzało

W oczach, w piersiach; podniósł w górę

I pod nogi deptać rzucił.

— Patrzcie, otoż to zapłata,

Żem ukochał dzieci brata,

Żem się dla nich wyzuł z władzy!

Żem koronę im na głowę

Dał, a sobie szablę tylko

Pozostawił, i na straży

U synowca stał we wrotach!

I oczyma po téj karcie

Wodzi, oczóm swym nie wierzy,

I z nią w ręku, jak szalony,

Do Jagiełły znowu bieży.

On złamany wpół, zgarbiony,

Jęczał na dnie dolnéj wieży,

Gdy w drzwi bijąc, Kiejstut leci,

I podchodzi, w twarz synowca

Bijąc zapisaną kartą.

— Patrzaj, zdrajco! spłoń ze sromu!

Wszak cię śmiercią karać warto!

Kupczyłeś krwią swego domu,

I mnieś przedał1966 Krzyżakowi.

Gdyby nie ta krew płynęła

W żyłach twoich, dziś bym jeszcze

Urągał się śmierci twojéj!

Dziś byś jeszcze na Turzysku

Śmierć haniebną odniósł w zysku

Za niewiarę, za przedajne

Zmowy podłe, spiski tajne.

Co mi powiész? powiész słowo?

Czegoś głowę wtopił w ziemię?

Mów, czyś ty dał mnichom słowo,

Czyś ty przedał swoje plemie1967? —

— Ja — Jagiełło mu zawoła,

Skrwawionego wznosząc czoła —

Ja! jam karty téj nie pisał. —

— Pieczęć twoja! — Ja nie kładłem,

Jam przymierze zawarł tylko;

Ale słowa w niém nie było,

Co by na ciebie godziło.

Na Perkuna, na mą brodę,

Na ojcowski grób przysięgam. —

Kiejstut stał, a potém pędem

Wybiegł niżéj w lochy ciemne;

Gmachy przeleciał podziemne,

Nogą w drzwi dębowe bije

I otwierać każe sobie.

W ciemnéj cieśni1968, w czarnym grobie,

Co nad głową cięży nizko1969,

Leżał zausznik Jagiełły;

Rano jeszcze pan nad Litwą,

Wieczór — tłuszczy pośmiewisko;

Skrępowany, powiązany,

Warga mu się krwią zapiekła

I źrenica krwią zaciekła;

Ale jęku nie wycisnął

Strach, co nad głową zawisnął.

Spójrzał1970 — sroga twarz Kiejstuta

Nad nim stoi; jak przykuta,

W duszę patrzy mu źrenica;

Przed jéj wzrokiem tajemnica

Nie ukryje się, nie schowa.

Kiejstut w jeńca bije nogą,

Kiejstut w twarz na powitanie

Plunął, i obelgą srogą

Z odrętwienia go wywodzi.

— Patrz — zakrzyczał — żmijo podła,

Patrz, do czego cię przywiodła

Wielkość twoja! zdrady twoje!

Dowód trzymam w mojém ręku.

Chciałeś stawić nam na karkach

Swoję wielkość! nam na barkach

Zamek sobie pobudować!

Ale Bogi w czas znać dały.

Wszystko widne1971 — tyś mój cały!

Jutro kara! jutro kara!

O! na Bogi, niechaj Saułe1972

Prędko zemsty dzień oświeci.

Przez noc oka nie zamrużę,

Póki nie ukończę z tobą.

Patrzaj! maszli1973 wstyd? człowiecze!

Niech ci krew po twarzy ciecze,

Bo łzy twojéj, łez twych mało!

Patrzaj — widna twoja wina,

A jutro — kary godzina. —

Wojdyłło głową o ziemię

Bije w milczeniu, i pada.

— Daruj mi, daruj, o panie!

Moja niewdzięczność i zdrada!

Moja wina! Jam zasłużył

Na karanie, lecz tyś wielki!

Co ci przyjdzie z krwi kropelki,

Którą zlejesz ziemię czarną?

Strąć mnie w lochy, strąć w niewolę,

Każ psy swoje karmić, panie!

Posłuszny na rozkazanie

Będę ciężką znosił dolę;

Ale śmiercią mnie nie karaj,

Ale nie bierz mego życia.

Pójdę, oczy twe mnie więcéj

Nie zobaczą, nie spotkają. —

— Życie! tobie! życie! tobie! —

Woła Kiejstut. — Ja bym swego

Dziś za zemstę nie żałował.

Słuchaj! kiedy słońce wstanie,

Jutro na Zamkowéj Górze,

Gdzie już raz mnichy wisiały,

Gdy tłum mścił1974 na nich zuchwały,

Jutro tobie, chrześcijan1975 druhu,

Wisieć także. Noc ci daję;

Przez noc jęczeć możesz jeszcze,

Włosy wyrwać z podłéj głowy

I o lochu bić się ściany. —

Rzekł, i wyszedł zadyszany,

Znowu gdzieś na zamek śpieszy;

Zbiera ludzi, i obsadza

Mury, wały, grodu wieże;

W miasto hufce porozsyłał.

Każdych wrót już sargas1976 strzeże,

A posłaniec ku Grodnowi1977

Śpieszy, zanieść Witoldowi

Wieść Kiejstutowej wyprawy.

I posłańcu powiedziano:

Niechaj Witold w skok przybywa,

Zemstę widzieć, zdrajców witać,

I przy ojcu zasiąść w Wilnie,

Na dziadowskim starym grodzie,

Gdzie się krew ma toczyć winna,

Gdzie Jagiełło okowany

Czeka na śmierć lub niewolę,

Czy swobodę gdzieś w ukryciu,

Hańbę w śmierci, hańbę w życiu.

XXV

Na wileńskim zamku, na Świętéj Dolinie,

Kiejstut siadł, i patrzy, kędy Neris płynie;

Patrzy, jak się głowy gór wkoło podnoszą;

Stary gród ojcowski ogląda z roskoszą1978;

I uśmiech po ustach błędny mu przelata1979:

Bo dawno tu nie był, bo młode swe lata

Przypomniał1980. Lecz teraz nie młodość wspominać,

Bo karać czas przyszedł, i wieszać, i ścinać.

Znów chmurno na czole. Powstaje z kamienia,

Klasnął w dłoń na sługi, wywołał z przedsienia1981.

— Biegnijcie na wieżę! patrzajcie na drogę!

Czas karać winnego; na Witolda czekam;

Ubiegł już dzień cały, ja zwlekam a zwlekam,

A jeszcze doczekać, dopatrzyć nie mogę. —

I słudzy pobiegli — patrzają, śpi droga,

Tuman się nie wznosi, nic na niéj nie czerni;

Tylko się po mieście przechadza załoga;

Wojsko Kiejstutowe, bojarowie wierni,

Na zamku, na mieście, wciąż lękając1982 zdrady,

Obsiedli, i w zbrojne zbierają gromady.

A Kiejstut znów duma. Ciężko mu z Wojdyłłą

Dzień drugi pod jednym przeżywać już dachem.

Niechby się co prędzéj zemstą nasyciło,

Zdradę i zdrajcę jednym zwaliło zamachem.

Jagiełło strzeżony łzy płacze gorzkiemi.

Nie xięztwa1983 żal mu tak, nie władzy straconéj,

Lecz hańby, co czoło plamami czarnemi

Na wieki piętnuje. Bez walki zginiony!

Wojdyłło związany co chwila wygląda

Siepaczów1984. Na duszy niecierpliwość trwożna.

On kary chce prędkiéj i śmierci pożąda,

A i śmierci nawet przyśpieszyć nie można.

I co drzwi zaskrzypią, co chód da się słyszeć,

To głowę podniesie, to przestaje dyszeć,

Patrząc, się podnosi. Drzwi miną. Dzień cały

Nikt chleba nie przyniósł ni wody spleśniałéj.

Woda, co ze sklepień na usta mu ciekła,

Padając kroplami, pragnieniem go piekła,

Powietrze dusiło, głód srogi dojmował,

I więzów już swoich zerwać nie probował1985.

Dzień płynie. O, gdyby choć szelest pod drzwiami,

O, gdyby głos ludzki z przekleństwem na głowę!

Milczenie śmiertelne; a woda kroplami

Wciąż z wolna upada w kałużę grobową,

Gdzie dziwne się gady wylęgły; wzrok płowy

Podnoszą zdziwione na więźnia twarz wściekłą;

Podłażąc, śliskiemi krępują okowy

Ręce mu związane, pierś potem ociekłą.

Południe — blask dniowy1986 przez okno zaświtał,

A więzień wzrok podniósł, zębami zazgrzytał.

Nikogo! Pragnienie ogniem go paliło,

Głód jadł go, i chleba dać komu nie było!

Aż drzwi się otwarły, a we drzwiach któś staje.

— To ona! to Maria! — Z uśmiechem wzrok topi.

— Tyżeś to? Wojdyłło! — ze śmiechem mu łaje —

Tyś wrócił w niewolę, w twój podły stan chłopi,

Coś chodził w szkarłacie, i pańską krew z swoją

Mięszałeś1987? I gady już cię się nie boją,

Pełzną ci po piersi i patrzają w oczy!

Ropucha ci w usta jad z pianą swą toczy!

Gdzie słudzy, z których plec1988 krew nieraz pociekła?

Gdzie żona, co drżąca za tobą się wlekła,

Ta, któréj kazałeś służyć ci schylonéj?

Tyżeś to? Wojdyłło! w kałużę rzucony,

Mój mężu i panie! O, tyś to! Przychodzę

Zobaczyć, pocieszyć się zemsty widokiem.

Niech duszę nasycę, niech serce ochłodzę

Po wielkiéj sromocie, po żalu głębokim. —

On głowę powoli od piersi podnosi,

Obelgóm odrętwiał i lżenióm szalonym;

Nic nie rzekł, lecz głosem konania omdlonym,

O kroplę ją wody i o chleb ją prosi.

— Ty wody chcesz! chleba! ty prosisz, Wojdyłło!

O, nié ma litości, jak mnie jéj nie było1989,

Gdym u nóg pełzając, w łzach cała, krwi cała,

Litości, spokoju, spoczynku żebrała.

Pij błoto z kałuży, jedz swoje wnętrzności,

Gryź więzy, Wojdyłło! To strawa dla ciebie.

Zapomnij o wodzie, zapomnij o chlebie,

Bo serca ty nie masz na świecie jednego;

A podłyś, jak gad ten, co pełza po tobie.

Brudniejszy od wód tych, co na twarz ci biegą1990. —

I śmiechem wtórując, na oczy mu obie1991

Stąpiła nogami — źrenice wyprysły,

Jęk z piersi się wyrwał, łzy krwawe zawisły

Na bladych policzkach. A ona, jak wściekła,

Na twarz mu plunęła, i klnąc go, uciekła.


— Biegnijcie — rzekł Kiejstut — biegnijcie na drogę.

Czas przybyć Witoldu1992. Na próżno go czekam,

I myślę, a myślą napadam na trwogę;

Chcę zemsty, a zemstę dla niego odwlekam. —

Słudzy wnet polecą, patrzają — spostrzegli,

Tumany gościńcem ku miastu się wloką,

I z wieży z tą wieścią do xięcia1993 przybiegli.

— Tumany czarnieją, lecz jeszcze daleko! —

Sam Kiejstut na wieżę wystąpił wysoką.

Popatrzał, podumał. — To Witold tak śpieszy. —

I w wrota pobieży otwarte széroko —

Znać bardzo niecierpliw i bardzo się cieszy.

Już mury minęli i wrota przebyli,

Już w mieście podróżni. A Kiejstut na moście

Witolda pochwycił, nie daje i chwili.

— To Witold! to syn mój! Witajcie mi, goście!

W sam czas mi przybywasz! Przybywaj mi z radą.

Co robić ze zdrajcą, co robić ze zdradą?

Jagiełło pod wieżą, Wojdyłło w ciemnicy.

Na pniu położyli głowy zausznicy.

Co robić z Jagiełłą? co robić z Wojdyłłą? —

— Gdzież zdrada? — rzekł Witold — wszakże jéj nie było.

Jeśli jest, niech za nią zausznik odpowié;

Ja w zdradę nie wierzę, Jagiełłę kochałem.

Ojcze mój! na krewnéj nie mścijmy się głowie1994,

Bo Bogi na rodzie mścić będą się całém.

Ja w zdradę, o ojcze, w złość jego nie wierzę. —

— Masz dowód — rzekł Kiejstut — masz, patrzaj — przymierze

Tu stoi! Niech mnich ci przeczyta, w ich mowie,

Że przedał nas obu, na mojéj knuł głowie

Swą wielkość budować. I pisze mistrzowi,

Że Żmudzi, żmudzkiego kniazia się wyrzeka,

Że nawet wspomoże Krzyżaków w potrzebie.

Co Witold mi na to? co syn mój odpowié?

Czy nie dość jam cierpiał? czy nie dość jam zwlekał?

Czy nie czas, nie warto z ich karków spaść głowie? —

— Posłuchaj mnie, ojcze, a potém czyń woli

Zadosyć1995, jak zechcesz, jak serce ci powié.

Jam świadom Jagiełły ohydnéj niewoli;

Byłem sam na zamku, i byli świadkowie,

Co ze mną powiedzą, kto rządził za niego.

A brata mi oszczędź, synowca swojego!

Krwi jego nie żądaj! Wojdyłło cię zdradzał;

On z mnichy1996 się związał, on mnichy nasadzał;

Wojdyłło niech padnie za zdradę ofiarą!

Jagielle... — A jemuż więc żadną już karą

Słabości — rzekł Kiejstut — złéj woli nie płacić? —

— Jagielle dać xięztwo i władzę utracić1997. —

— To mało! — To dosyć. Wypuścić na wolę1998,

A ciężko mu będzie wstyd znieść swój i dolę.

Upadnie, jak Jawnut, zniewagą przybity.

Ty panuj, mój ojcze! On z Wilna wygnany,

Gdzieś w lasy daleko, od oczów1999 zakryty,

Niech żyje na hańbę i żale skazany.

To brat mój! i ja go kochałem, jak brata;

A zginie, to ciężką będzie mi ta strata,

Jak gdybyś mi rękę odcinał od ciała,

Co przy niém wyrosła, i co je wśpierała2000. —

Rzekł Witold, i ojcu do nóg się potoczył.

A Kiejstut rękami schwycił go za głowę,

I milcząc, na zamek ku wrotóm2001 poskoczył,

Myśl jakąś zapewne hodując już nową.

XXVI

Nazajutrz, słońce nim wstało,

Już się w zamek lud gromadził.

Kiejstut na kamieniu siedzi,

Obok Witold z mieczem w dłoni,

A dwornia2002 czeka rozkazu.

— Więźniów do mnie przyprowadzić. —

Skoczą natychmiast i wloką.

Przodem Jagiełło schylony,

Wzrok w ziemię, barki zgarbione,

Jak ciężarem przywalone,

Idzie, jakby szedł na ścięcie;

Ani obejrzy się wkoło,

Ani stryjowi pokłonił,

Ani na Witolda skinął;

Stanął, i czeka w milczeniu.

— Słuchaj! — rzekł Kiejstut powstając —

Warteś kary za twą zbrodnię;

Lecz Olgierdowa krew w tobie!

Nie chcę haniebną ją śmiercią

Rozlewać, ród hańbić własny.

Pójdziesz swobodny, i bratu

Będziesz za wolność dziękować.

On cię od zemsty zasłonił. —

Jagiełło stał bez podzięki,

Nie schylił głowy, ni wzrokiem,

Ni słowem wdzięczném przemówił;

Tylko po chwili rzekł z cicha:

— A Wojdyłło? a Wojdyłło? —

— Jego, zobaczysz, co czeka!

Chcę, żebyś patrzył na karę,

Byś ją pamiętał na wieki.

Oto i jego prowadzą. —

Z siném ciałem, krwią ociekły,

Wojdyłło wlókł się za tłumem;

Zadrżał, słysząc głos Jagiełły,

Głowę podniósł, trząść się począł,

I — Bądź przeklęty! — zaryczał —

Przeklęty! Olgierda synu!

Za ciebie śmierć ja ponoszę!

Na coś mnie wyciągnął z błota?

Na co podniósł? i niedźwiedzia

Z lasu wziął, bym oswojony,

Służył potém na igrzysko?

Może dzisiaj gdzie na dziczy

Spokojnie piłbym miód z rogu

I strzały ostrzył na wojnę.

Bądź przeklęty! — Pienił2003 z złości,

Aż się pod siepacza ręką

Głos krwawą stłumił paszczęką.

Lecz doszedł Jagiełły uszu.

On zwrócił głowę, z litością

Spójrzał2004, bez złości i gniewu,

A Kiejstut rękę podnosi.

— Na górę wieść go! na górę!

Jest dąb tam stary na wierzchu;

Niech ten, co mierzył wysoko,

Wysoko na nim zawiśnie. —

I zaraz ciągną siepacze,

A za niemi tłum się ciśnie,

A za niemi, wielkim głosem

Wołając, idą kniaziowie:

Bo Wojdyłło nie miał druha,

Bo z każdego krwi utoczył;

I wszyscy teraz poklasną2005

Srogiéj śmierci zausznika;

I lud radośnie wykrzyka2006.

Jeden Jagiełło w milczeniu,

Nie śmié nawet podnieść wzroku.

Mijają wieże zamkowe,

Mijają wały nad rzeką;

A wciąż tłum wrzeszczy szalony.

Wciąż Wojdyłło klnie Jagiełłę;

I Maria krok w krok za mężem,

W uszy mu bije przekleństwy:

— Oto twój pochód zwycięzki2007!

Oto twa wielkość, Wojdyłło!

O, lepiéj, lepiéj ci było

Z błota twego nie wychodzić,

I niewolnikiem pozostać!

Słyszysz te krzyki dokoła?

Twa to drużyna wesoła,

Co wczora2008 jeszcze przed tobą

Padała, bijąc ci czołem,

Dziś z wrzaskiem na śmierć cię wiedzie;

I nieodstępna twa żona

Krok w krok za tobą, Wojdyłło!

Chce patrzeć na męki twoje,

Chce widzieć twoje skonanie.

Aby na całe się życie

Słodkim napasła widokiem. —

Siepacze Wojdyłłę wleką;

On ich pyta: — Czy daleko? —

— Daleko! — woła mu żona —

Krwawa jeszcze, długa droga!

Chciałabym, byś nią szedł wieki,

Byś wołał śmierci na próżno,

I w mękach nie mógł wymodlić.

Jeszcze daleko! daleko!

Długa jeszcze, długa droga!

Ale już stryczek gotowy

Dla xiążęcéj2009 twojéj głowy,

Już się na dębie kołyszą

Dwóch siepaczy i czekają.

O! nadto prędko umierasz!

Patrz, jaki pogrzeb wspaniały!

Tysiąc cię ludu prowadzi,

Na czele wojska, czeladzi,

Na czele dworni rozlicznéj.

Żyw2010 idziesz na stos, Wojdyłło!

Nic masz oczów2011, nastaw uszy,

Nasłuchaj2012 swojéj katuszy.

Za moje męki to kara,

Za mój wstyd śmiercią zapłata! —

A lud radośnie wykrzyka2013,

Lud, śmiejąc się, bije w dłonie,

I do Wojdyłly przymyka2014,

Sromoci2015 go zemstą swoją,

Bije, plwa2016 nań i urąga.

Długo tak, długo ścieżkami

Szli, gdzie dąb stoi na górze;

Aż gdy do niego zbliżali2017,

Upadł im więzień bezsilny.

Wówczas sznurami siepacze

Po grzbiecie bijąc go, zmuszą,

Ażeby powstał na nogi;

Ale na próżno; ból srogi,

Ani wycisną katusze

Jednego jęku z ust jego;

Martwy pod drzewem upada;

I wnet na rękach gromada

Do petli2018 z łyka go wznosi,

Z okrzykiem gardło mu ściska,

I wrzeszcząc, ciągnie za nogi.

Wojdyłło ducha wyzionął,

I piana z krwawéj paszczęki

Kłębiąc się, duszę wyniosła!

Spójrzała2019 Maria, pobladła,

i nieruchoma, u drzewa,

Jęknąwszy, martwa upadła2020.

— Taka jest zemsta Kiejstuta! —

Spójrzał, i nazad na zamek

Śpieszy, wieść każe Jagiełłę.

On smutny za nim się wlecze;

Ani go Witolda słowa,

Słowa pociechy i zgody,

Z odrętwienia wywieść mogą2021;

Dusza i usta zamknięte,

Wzrok stępiały, wargi ścięte!

Na zamkowéj, na świetlicy,

Kiejstut usiadł przy ognisku;

Dokoła niego bajoras2022,

Dokoła syny2023 i krewni;

I Jagiełło stoi w dali,

Smutny, z pochylony głową.

— Słuchaj! — Kiejstut doń zawoła —

Widziałeś, jak zdrajców karzą?

Krwim twéj, nie ciebie, oszczędził;

I nie puszczę cię żebrakiem,

Byś po drogach chleba prosił,

Lub do obcych sciągał2024 rękę;

Krewo ci z Witebskiem daję,

Kawał ziemi i xięztw dwoje2025.

Dość na słabe barki twoje.

Nie umiész bić się, ni rządzić,

Idź, i skarby zabierz z Wilna,

Wywieź na nowe twe xięztwo;

Nie chcę ci spadku odbierać.

Mnie po bracie należało

Rząd zabrać i władzę całą,

Teraz powracam do swego. —

Rzekł, a Jagiełło upada

Na kolana; lecz milczący,

Słowa przebąknąć nie umié.

Czy to bojaźni, czy dumie

Przypisać, Kiejstut sam nie wié;

Ale hamuje się w gniewie,

Każe powstać synowcowi.

— Idź, idź, Jagiełło! a bratu —

Rzekł — podziękuj za swobodę;

Bo na Perkuna klnę brodę,

Gdybym sam sądził, sam karał,

Gdybym na niego nie czekał,

Byłbyś dziś wisiał z Wojdyłłą,

A nad głowami waszemi

Karta przymierza z Krzyżaki2026! —

XXVII

Nad Niemnem, nad Wilią, stare dęby stoją,

Nad Niemnem, nad Wilią młode dęby rosną;

I wnuki po dziadach u ich wód się poją,

I wiosna po zimie, i lato za wiosną,

Przechodzą, przelecą — zawsze wody wodą

Płynęły jak płyną, ku morzu się wiodą;

Liść rośnie i spada, sypią się mogiły,

A wody tak płyną, jak od wieków były;

Ni je smutek wstrzyma, ni radość pośpiesza;

Czy łza w nich dziewicy, czy krew wroga wmięsza2027,

Przechodzą, przelecą — zawsze wody wodą

Płynęły jak płyną, ku morzu się wiodą.

Tak i życie nasze, na łzach, czy weselu,

Płynie, jak te wody, do grobu — do celu!


Na smutnym Witebsku Jagiełło sam siedzi,

Sam jeden, sam jeden! I nie ma u boku

Draba już, Wojdyłly, co dawniej wejrzenia,

Co dawniéj skinienia, posłuszny, czatował2028;

A bracia go tylko lekkiemi słowami

Chcą cieszyć we smutku2029; lecz ze słów znać braci,

Że serce nie boli, że w sercu się cieszą

Nieszczęściem braterskiém. On teraz im równy,

Bo zstąpił z stolicy; on niższy dziś od nich!

A jemu! dnie, noce, myślami ciężkiemi,

Jak mgłami czarnemi, zasnute ponuro!

Na słowa pociechy skinienia nie rzuci.

Sam Witold na zamek witebski go przywiódł,

Witold mu na rany lał leki pociechy;

Lecz zamiast wdzięczności, Jagiełło i słowa

Nie wyrzekł dobrego; a w sercu cóś2030 chowa;

Co? — zemstę! — nie może zapomnieć Wojdyłły.

I smutno czas płynie na zamku witebskim!

Na próżno go matka pociesza, żal słodzi,

O dawnych mu dziejach, o starych mu zemstach,

Wygnańcach, co potém na wrogach pomścili,

Po cichu cóś mówiąc. On milczy uparty;

A imie2031 Wojdyłły, gdy kto doń wyrzecze,

To łza mu ukradkiem po twarzy pociecze.

Lecz że łzy zarówno, zarówno z tęsknotą,

Jak z śmiechem, weselem, dni płyną człowiecze;

Szczęśliwe przelecą, a ciężkie przegniotą;

A równo i szczęście, i boleść uciecze2032.


Raz wieczór był ciemny i burza na dworze,

I wichry w ciemnościach szalały samopas,

W krużgankach zamkowych świszczały ponuro,

Do okien się tłukły; i promień ogniska

Z dymami na izbę przed wiatrem uciekał;

I ptastwo2033 do blanków2034, do drzew się tuliło.

Jagiełło sam siedział, zgarbiony, ponury,

Cóś szeptał, jak gdyby chciał duchy zaklinać,

Wejrzeniem nieśmiałém na czarne wiódł mury

I wzdychał; a sługi2035 w przedsieniu wesoło

Pieśniami mu serce zbolałe jątrzyli.

Czy wicher tak zawył? czy wrota zaskrzypły2036?

Czy róg się odezwał? czy puhacz2037 skowycze?

Czy wjechał gość jaki? czy szumi w krużgankach?

Powoli komnaty drzwi przemkną się na pół,

Służebnik przed panem z pokłonem upada.

— Kniaziu mój! podróżny przyjechał do ciebie.

Czy każesz go puścić? —

— Z daleka podróżny? —

— On z Wilna; po pilnéj przybieżał potrzebie,

I prosi, i błaga, by widzieć się z tobą. —

— Zapytaj o imie2038. — On imie powiedział.

To Hanul Nakiemna2039. —

— Niech wnijdzie2040 tu do mnie;

I podać mu wodę, podać mu róg złoty,

I placki, i mięso, i miodu krewskiego. —

Tak mówił; powstaje, sam do drzwi pośpiesza;

A w oczach nadzieja i radość raz piérwszy

Zabłysły; aż słudzy odmianie się dziwią.

Wszedł Hanul, i twarzą do ziemi przypada;

Jagiełło podnosi, za rękę go ciśnie2041.

— Ty tutaj! — zawołał — ty tutaj! ty u mnie!

I cóż cię, mój stary, na Witebsk przygnało? —

Tak mówił, a w głosie od płaczu mu drżało,

I oczy w starego jaśniejące wlepił,

Starą dłoń zatrzymał z uczuciem braterskiém.

A Hanul Nakiemna był starzec już siwy,

Olgierda dworzanin, Jagiełły druh z młodu,

Przyjaciel xiążęcia2042, krwi jego i rodu.

Włos mu już się srébrzył, a jeszcze policzki

Jaśniały rumieńcem, i oczy pałały.

Na sobie miał czarne odzienie zszarzane2043,

Nóż tylko za pasem, kij tylko okuty,

A włosy od prochu i pyłu zwalane2044,

A plecy od wieku i znoju schylone.

— O, powiedz mi, Hanul — Jagiełło zawołał —

Co w Wilnie się dzieje? jak stryj tam panuje?

Czy pamięć tam ojca brat całkiem wymazał?

I o mnie, i o nas zapomnieć przykazał?

Czy wiedzą na Litwie, że żyje Jagiełło?

Czy synóm2045 Olgierda nie postać tam więcéj? —

— Nie! — Hanul odpowié — nie! Ród wasz xiążęcy

Na starą do grodu powróci siedzibę,

I tam, tam zasiędziesz, gdzieś przeżył od młodu;

A pamięć Olgierda nie zgasła na Litwie,

Ni ramie2046 Kiejstuta wymazać ją może.

Wy zawsze przytomni2047! wy zawsze tam z nami!

A cicho lud gwarzy, wygląda powrótu2048. —

— Powrótu! powrótu! — Jagiełło rzekł smutnie —

Powrócić! być sługą, poddanym Kiejstuta!

To nadto sromoty dla syna Olgierda! —

— Powrócić panować! — Hanul mu odrzeka. —

Nam tęskno za wami, my na was czekamy.

Jam przybył... — I wkoło wzrok toczy nieśmiało.

— Mów, Hanul! nikt nas tu nie słucha, na Bogi! —

— Więc powiém. Już tobie czas wracać do Wilna;

Kiejstut tam bezpieczny, w wyprawy się gania,

Załoga maleńka, a Witold na Trokach.

Przyjaciół masz w Wilnie, słudzy ci pomogą.

Idź, zabierz co twoje, Olgierda dziedzictwo,

I rękę ci tylko ściągnąć już po niego2049. —

— O! nie tak to łatwo! — Jagiełło przerywa. —

Nie patrzy się Kiejstut, a jednak on strzeże.

I Witold zbyt blizko2050, i siły mam małe. —

— Sił wam tam nie trzeba, bo Wilno twe całe —

Rzekł Hanul. — Jam z swemi już mówił o tobie.

Im tęskno za panem, na ciebie czekają.

Przyjdź tylko i zabierz. —

— O! byłażby prawda! —

Jagiełło wykrzyka2051, rzucając ku niemu. —

I mogęż ci wierzyć? —

— Wierz słudze staremu,

Bo stary cię sługa wszak nigdy nie zdradził.

Gdy Kiejstut na Krewie z Witebskiem cię sadził,

My wówczas szeptali: — Niedługo tam jemu;

Powróci do swoich, na Wilno powróci. —

Czas nadszedł, my rękę ciągniemy do ciebie.

Chodź, xiążę, w stolicę. Swoi cię czekają. —

Wtém wnieśli miód krewski i rogi złocone,

I oba umilkli. Jagiełło do gościa

Wychylił, i wzrokiem wesołym pogląda.

A czeladź go widząc z tak jasném obliczem.

Dziwi się, cóś szepce o wieści wesołéj.

Nazajutrz odjechał. Pozostał Jagiełło,

Lecz nie już, jak wprzódy, samotny u ognia;

On zbiera swe sługi, do wojny ich zbroi;

A kiedy pytają — Z Kiejstutem — powiada —

Pójdziemy w krzyżackie nacieszyć się włości. —

I zamek się cały, i miasto się całe

Przybiera; łucznicy z strzałami gotują;

Ostrzą się szablice, i dzidy hartują,

I konie zdziczałe w pastwiskach zajmują.

Choć jeszcze Jagiełło dnia wyjścia nikomu,

Ni drogi nie wskazał, a wszyscy już wiedzą.

Że pójdą daleko, że wojnę poniosą.

Matka się pytała, przed matką zataił;

Brat młódszy się pytał, nic nie rzekł przed bratem;

Bajoras2052 chcą wiedzieć, bajoróm powiada,

Że z stryjem Kiejstutem na Prussy napada.

I ranku jednego w trąb dziesięć zatrąbią,

W lietaury2053 zabiją, chorągwie rozwiną.

On matkę pożegnał i smutny wyjeżdża,

A dokąd? nikt nie śmié domyślać, nikt nie wié.

Raz mówił, że do Pruss, to znowu, że w Krewie

Na zamku chce w swoich przesiedzieć czas włościach.

A w Wilnie? — O nowych lud szemrze cóś gościach.

W gospodzie Nakiemny co nocy mieszczanie

Miód piją, po cichu, tajemnie cóś gwarzą,

I chodzą — nieswoi; oczyma i twarzą

Wskazują, że spisek uknuty, i zdrady

Lękają się jakiejś, a sobie nie wierzą.

Co nocy na drogę do Krewa wiodącą

Kilku ich wychodzi; patrzają2054 ze wzgórza;

Szepcąc cóś, wracają; gdy czarna okryje

Noc miasto, gościniec, i góry, i lasy,

Naówczas podchodzą, i z strażą zamkową

To piją, to ciche prowadzą rozmowy.

Na koniec i Hanul do Krewa się nocą

Przebiera2055, powraca, a znowu do niego

Mieszczanie ciekawi rozpytać się biegą.

A Kiejstut? — pociągnął na Siewierz, daleko.

Korybut2056 go ztamtąd2057 napada, jak gdyby

Za brata chciał pomścić; i coraz to głębiéj

Żmudź żyzną plądruje, i coraz to dłużéj

Nowgrodzkich swych wojów na Litwie wypasa.

A Witold? — On w Trokach. I często zagląda

W ojcowską stolicę; lecz spokój w niéj tylko.

Ilekroć przyjedzie, bajoras mu nizko2058

Wybiją pokłony i bramy otworzą,

Podarki przyniosą, poddaństwem klną swojém,

Że wszystko w porządku, bezpieczny spać może.

A Witold im wierzy, bo każdy za młodu,

Dopóki go trzykroć zdrada nie pożyje2059,

Chce wierzyć przyjaźni i ufa wierności.

Na Wilnie namieśnik2060, sam Hanul Nakiemna;

On straże zamkowe, on warty grodowe,

On klucze od wrót ma, on klucze od murów;

On, zda się, najwierniéj Kiejstuta poddany,

On, zda się, Witolda serdecznie ukochał;

Nawet go zaprasza do Wilna na łowy,

Nawet go przywabia na pobyt w stolicy;

A kiedy wyjeżdża, za strzemię wstrzymuje,

Za nogi go chwyta i nogi całuje.

I Witold, po siwéj głaskając go głowie,

Uśmiechem, podarkiem ucina rozmowie2061.

Nie widać, nie widać z Siewierza Kiejstuta!

Gdzieś pewnie Korybut Olgierdów2062 harcuje,

I chowa się w lasy, lub w zamkach zaszywa,

Że dotąd go pożyć stary kniaź nie może.

A w Wilnie? — spokojnie. Widać, nań czekają,

Bo co dzień z wieczora wychodzą na wieże,

Za wrota, za mury tłumami biegają;

Straż nawet, co zamku dzień i noc pilnuje,

Często się gdzieś zwlecze, pogląda ze wzgórzy,

W gościńcach tumanów powrótu szukając.

Był wieczór. Na wieży, na wysokim grodzie,

Dwóch ludzi usiadło, ku Krewu patrzali;

Do siebie ni słowa nie mówią, a coraz

Obadwa w tę stronę wzrok wiodą stęskniony;

Czy kniazia od Krewa czekają z téj strony?

Czy wróg im tam grozi? Lecz nié ma na wroga

Gotowych tu ludzi, ni broni; a bramy

Na oścież otwarte, choć wieczór się zbliża.

Wtém powstał Nakiemna, i rękę do czoła

Przyłożył, pogląda; cóś szepnął, i zbiega;

I drugi tuż za nim. Na drodze od Krewa

Pędzą się żołnierze, chorągiew powiewa.

A jedni wołają: — To Kiejstut powraca!

A drudzy z uśmiechem, jak gdyby szydzili,

Do wrót się pośpieszą — otwierać? czy bronić?

Czy witać Kiejstuta? czy z wrogiem spotykać?

Krzyk powstał w przedmieściach. Już wojska do zamku

Pędzą się wrzaskliwie; już mury minęli,

I straże zwalone, i bramy złamane.

A Hanul Nakiemna za konia prowadzi,

Z odkrytą sam głową, cóś głośno wykrzyka2063:

— Niech żyje Olgierda krew! Pana naszego!

Jagiełło nasz ojciec! poddani my jego! —

— Niech żyje Jagiełło! — tłum za nim powtarza.

I na most zamkowy wpadają z okrzykiem.

Wtém z zamku, o kiju, w xiążęcéj odzieży,

Drżącemi krokami spotykać któś bieży;

Włos biały wiatrem się rozwinął po skroni,

I broda po piersiach srébrna się rozwiła;

Policzki rumieńcem ma gniewu okryte;

Stał w wrotach, i straże wylękłe zwołuje.

— Na Bogi! na Bogi! kto wierny Kiejstuta!

To zdrada niegodna! Niech wrota zatrzasną!

Niech stają z łukami, najezdców2064 odpędzą! —

Lecz nikt go nie słucha. Ci klęczą, i twarzą

Przed nowém się słońcem pokornie kłaniają,

Ci z bronią, głęboko od strachu chowają,

Ci mury przełażą i w pola zbiegają.

Na próżno się starzec i zmaga, i woła,

Na próżno wstrzymuje, zachęca i łaje —

Lud w jedną Jagiełły połączył się zgraję,

I rzuca czapkami, witając xiążęcia2065.

A starzec to widzi, i usiadł na ziemi

W poprzek wrót, osłonił na głowę połami,

Sparł plecy o wieżę, drogę zaparł2066 sobą.

Jagiełły koń cofa, tłum cofnął się razem.

— Precz z drogi! precz z drogi! — za kniaziem wołają. —

Do zamku kto panu śmié drogę zapierać?

Otworzyć mu wrota! otwierać! otwierać!

Kto zaparł je sobą? kto stanął na drodze? —

Hanul się wprzód rzucił i starca pochwycił.

— Na Bogi! Widymund! Wy po coście w bramie? —

— Bronię jéj. — Przeciwko tysiącóm? wy stary! —

— Tysiąców nie przeprę. Jagiełło mnie złamie,

Niech starca jednego we wrotach zagniecie,

By nie rzekł kto potém, że jednéj nie było,

I jednéj tu duszy, co wiarę strzymała2067! —

Tak mówił; gromada na niego się rwała,

I suknie mu darli, i włosy szarpali.

Jagiełło zajeżdżał do zamku swojego;

Wtém spojrzy do góry — dąb stoi na górze,

Na dębie się chwieje kościotrup przegniły;

On oczy zakrywa — to ciało Wojdyłły

Zwyciężcę2068 Jagiełłę na Wilnie witało.

— A! na kim się pomścić? a karać tu kogo? —

— Widymund jest tutaj, to ojciec Biruty. —

— Widymund! Do jutra niech leży w ciemnicy,

Gdzie leżał Wojdyłło. A rano ze świtem

Niechaj stos nakładną2069 na Świętéj Dolinie,

Niech koło postawią na Górze Krzyżowéj:

Na stosie Wojdyłłę pocześnie2070 spalimy,

Na kole rozbijem Kiejstuta krewnego.


— Lecz mało Widmunda, mnie mało starego.

Krwi jednéj za druha na świecie jednego:

Dwónastu2071 niech starszych wywiodą na ścięcie,

Dwónastu niech młodych na stos mi wybiorą. —

Tak mówił Jagiełło, i w progi zamkowe,

Z krwi słowy i zemstą witając Kobole2072,

Wszedł znowu, ze drżeniem pochylił im głowę.

A rano, o świcie stos płonie w dolinie;

Wojdyłły trup na nim i młodych dwónastu2073;

Na pnie się starszyzny karki pochyliły;

A Widmund dał głowę na kole rozbity;

I ciało starego psy, gryząc, powlokły,

Wnętrznośćmi2074 skrwawiwszy podwórce zamkowe.

XXVIII

Na twoję2075 głowę, Kiejstucie,

Walą się chmury gromadą:

Oto się Wilno poddało,

Hanul Jagiełłę wprowadził!

Z Trok Witold, z matką i żoną,

Uciekać musi do Grodna.

Nié ma z kim stanąć w obronie.

Pije gorycz zwyciężony,

Klnąc dzień, gdy ojcu doradził,

By Jagiełłę swobodnego

W Witebsku z Krewem posadził;

Jagiełłę, co w jednéj chwili

Odzyskał wszystko stracone.

Już idzie w cudze dzielnice,

Po trockiéj hasa już ziemi.

Pamiętni swego przymierza,

Krzyżacy, Ruś, z nim są razem.

Trzech braci wojsko uderza,

Ogniem idąc i żelazem!

A Kiejstut? Kiejstut z Siewierza

Garść tylko wywiódł bezsilną.

O, jak powrócić mu pilno!

O, jak mu brwi się zmarszczyły,

Gdy o Widmundzie znać dano!

Kiedy go wieści goniły,

Że Witold musiał sromotnie

Z Trok ubiedz2076 z matką do Grodna!

Ale nic nie rzekł, nie łajał,

Ani Jagiełłę przeklinał;

Konia ku Żmudzi skierował,

Oczy ku Żmudzi obrócił,

Wojsko się zbierać gotował.

Nigdy zło nie idzie jedno,

Zawsze się wlecze, jak chmury,

Kupą się ciągnie, gromadą.

I drugi goniec do Żmudzi

Leci z wieścią opłakaną:

Zięć z Mazowsza wyszedł zdradnie,

Całém Podlasiem już władnie2077;

Zajęte włości Kiejstuta;

Mielnik, Kamieniec, Drohiczyn,

Suraż — zabrane, podbite;

Brześć tylko, gdzie jest Biruta,

Zięć niewierny poszanował;

Resztę zagarnął pod siebie.

Wieść ta nie przydała bolu2078.

Kiejstut z wojskami już w polu.

— Na Jagiełłę naprzód! — woła —

Potem z zięciem obrachujem2079. —

I pod Troki ciągnąć każe.

Witold przyleciał tam z Grodna,

Kiejstut nadbiega ze Żmudzi;

I Jagiełło z Krzyżowemi2080,

Ze trzema braćmi swojemi,

Na odsiecz zamku pośpiesza.

Trzykroć zatętniała2081 ziemia,

Trzykroć zaszumiały lasy,

A słońce wschodzące krwawo

Na trockie spójrzało2082 pola,

W Trockiém zabłysło Jeziorze,

Jakby w krwi rozlanéj strudze.

Cicho w obozach; oczyma

Dwa wojska mierzą się wzajem;

Na dwóch pagórkach się kładły,

Z dwóch się patrzą wysokości,

I liczą ufce2083, proporce,

Z siłami swemi rachują.

Na jedném wzgórzu Jagiełło,

Z mistrzem i bracią, w milczeniu

Stoi, i od Trok pogląda;

Na drugiém Kiejstut z Witoldem,

Sparci na mieczach i smutni,

W żelazne Krzyżaków zbroje,

Co świecą słońca odblaskiem,

Patrzą; i na Żmudź swą okiem,

Skórami i pałki zbrojną2084,

Zwątpiały wzrok obracają.

— Słuchaj, Witoldzie! — rzekł stary

Nietrudno zgadnąć wygraną.

I nie wiém, czemu na trockie

Smutno poglądać mi wieże!

Patrz, chmura kruków tam wisi

I kracze, wzbiwszy nad mury.

Miałżebym nigdy już, nigdy,

Nie siąść przy trockiém ognisku?

I moje Bogi domowe

Pożegnać, rzucić na wieki!

Nie trudno zgadnąć wygraną —

Jagiełło silny Krzyżakiem;

Z nami tylko nasi staną,

Nieporządnym szykiem w boju;

I nie mają miecza, zbroi,

Twoi żołnierze i moi;

I trzech my nie mamy braci,

I ruskich wojsk my nie mamy.

Za wszystko męztwo2085 zapłaci?

Czy jedném męztwem wygramy?

O, nie wiém, nie wiém ja, czemu

Oczu od zamku trockiego

Odwrócić chwili nie mogę!

A łzą mi oczy zachodzą!

A ręce drżą mi i serce!

I męztwo moje straciłem! —

— Ojcze mój! — Witold odrzeka —

Zawsze tak, chwila przed walką;

Lecz gdy się ruszą szeregi,

Ziemia zatętni, krzyk wzniesie,

Wówczas i serce zabije,

I męztwo dawne powróci.

Wszak Bogi za dobrą sprawą,

Bogi za zdrajcą nie będą.

Ofiarę spalim przed Khawą,

I niewolników dwónastu

Na dziękczynienie oddamy. —

— O, dałbym, synu, sam siebie,

Siebie Bogóm na ofiarę,

Bylebym głowę mógł starą

W ojczystych murach położyć!

Ale mnie tego nie dożyć!

Patrz! nad niemi sokoł2086 biały,

A nad nami kruków stado!

Bogi znak przed bitwą dały;

Bogi przeciw nam, za zdradą! —

I ręce smutnie opuścił,

Usiadł na wzgórzu i patrzy,

Nie zwróci oka z zamczyska,

Dumą gdzieś leci daleko.

XXIX

Na drugiém wzgórzu trzech rycerzy stoi,

I patrzą, milcząc, na wojsko Kiejstuta.

Piérwszy obliczem odznacza i szatą:

Pancerz na piersiach, zbroja z stali kuta,

Nogi i ręce łuska mu okryła,

Miecz w złotéj pochwie u boku zwieszony,

Na hełmie czarną kitą wiatr powiewa.

Na barkach biały płaszcz krzyżem znaczony,

Po piersiach broda spłynęła mu siwa,

Powieki leżą na oczach znużone,

A czoło blade wpół przyłbica kraje.

Przy nim Jagiełło — wejrzenie zamglone

Strachem, radością, nadzieją, czy gniewem?

Czy szczęściem, czyli wróżbą nie po myśli?

Daléj Skirgiełło — rzadka czarna broda

W żółtéj mu skórze ciemne drogi kréśli,

A krwawe oko zpod2087 brwi nachmurzonéj

Płowo się świeci, jak ognik grobowy;

Skoczyło wzrokiem w oddalone strony,

Niby potyczki przyszłéj plac rozmierza,

I rozstawuje2088 wodzów i rycerza;

Potém w Jagielle pochmurne się topi.

Milczą dwa wojska; ranne słońce wstaje,

Nikt z dwu obozów walki nie poczyna;

I płynie ranek w ciszy uroczystéj,

Już dzień się rozlał, świat obielił cały,

Wojska tak stoją, jak wieczorem stały.

Kiejstut na Troki patrzy zamyślony,

Jagiełło szepce, rachuje i waży.

Dwa tylko ufce wyszły w przód dla straży.

A mistrz wciąż w ucho cóś kładzie Jagielle.

— Poczynaj, xiążę2089! w Imie2090 Boże! śmiało!

Co to za wojsko? — zbieranina ludzi

Zaledwie zbrojnych, których wojsko moje

Biło już nieraz w kiejstutowéj Żmudzi;

Pobije znowu. —

— Nie wierzcie tak sobie —

Jagiełło odrzekł, potrząsając głową. —

W wodzu jest wojska siła i otucha.

Kiejstut najgorszym potrafi wlać ducha.

A jego męztwa czyż jeszcze nie znacie?

Sił i odwagi wszakeście świadomi! —

Mistrz się uśmiechnął — nic nie mówił daléj.

A wtém Skirgiełło przystąpił do brata.

— Na co wojować? po co krew rozlewać?

I zdawać losy na walkę niepewną?

Wezwać ich tutaj, zabrać, pozwiązywać.

Wszystko się skończy za jednym zamachem.

Zdradą począłeś, kończże, bracie, zdradą!

Zwabić ich tutaj. Klnę się, że przyjadą.

Kiejstuta łatwo przyciągniem za synem.

Odjąwszy głowy, wojsko się rozsypie. —

Nic nie rzekł xiążę; widać, waha2091 jeszcze;

A już Skirgiełło pośpiesza z gałęzią2092,

Wojsko przebiega w przeciwnym obozie,

Woła Witolda, by wyszedł przed szyki.

Postrzegł go Witold, posłyszał wołanie,

Siadł na koń, przeciw2093 posłańcowi śpieszy.

— Słuchaj, Witoldzie! przyjaźni dziecinne

Długie i stałe — rzekł Skirgiełł do niego. —

Jagiełło pomni na braterstwo z tobą,

Wzywa, jak brata, do swego obozu.

Kto wie, czy zgody nie zawrzem bezkrwawéj?

Ja ci przysięgą na Perkuna brodę

Klnę się, że zdrady nie knowamy żadnéj.

Chcecie pokoju? zgoda na umowy? —

Wtém stary Kiejstut zerwał się z pagórka,

Leci do syna, Skirgiełłę spostrzega.

— Z jakąż wy wieścią? — z daleka wykrzyka.

— Widzicie, stryju! z gałęzią zieloną.

Jagiełło chce się z Witoldem rozmówić.

Ja w zakład u was za niego zostaję.

Puśćcie go. Może zgodzimy2094 bez boju. —

Kiejstut pomyślał chwilę, dał znak głową.

— Idź — rzecze — synu! lecz żadną umową

Nie wiąż beze mnie. Mam w sercu obrazę,

Którą niełatwo zmyć słowy jednemi2095.

Czyjejś krwi na to, i wiele mi trzeba! —

Mówił, a Witold już konia dosiada,

Gałąź Skirgiełły pochwycił, wskok bieży,

Kędy na wzgórzu Jagiełło z Krzyżakiem

W milczeniu patrzą na Skirgiełły kroki.

Jagiełło rękę wyciągnął do brata.

— Ręki twéj nie chcę — Witold mu odpowié,

I w tył się cofnął. — Jagiełło! tyś zdradą

Podszedł nas z ojcem. Wiesz, jaka zapłata

Zdrajców? Wojdyłło wiesz jak ukarany? —

— Wiem — rzekł Jagiełło. — Tak i Widmund zginął! —

Witold zapłonął, znów cofnął i skinął.

— Bądź zdrów — rzekł. — Jam tu nie przyszedł się śpierać2096,

Lecz zgodę robić i pokój zawierać.

Zgoda niemożna2097, pokój niepodobny! —

— Czekaj! — mistrz przerwał — Kniaziu! jesteś młody.

Przez kłótnie często przychodzą do zgody.

Po co wymawiać dawne wasze żale?

Jagiełło zgody chce, nie nowéj kłótni.

Zjedźcie tu z ojcem, i mówcie o zgodę2098. —

— Z ojcem! Ja ojca tutaj nie przywiodę! —

Zakrzyknął Witold. — Kto raz zdradził, zdradza;

Ani ma wiarę, kto ją raz przełamał! —

— Nie zdradąż Kiejstut odebrał mi Wilno? —

— Nie, bo szedł karać za tajne przymierze,

I nié ma zdrady, gdy się swoje bierze. —

— Swoje? — Jagiełło szydersko2099 zawołał.

— Swoje! Po bracie jemu było rządzić.

Oddał ci Wilno, bo chciał. Z jego łaski

Tyś w niém utrzymał2100. Odebrał, gdy żądał,

Gdy godnym rządów nie byłeś, mój bracie! —

— Próżne to słowa, próżno się śpieracie2101.

Czas idzie marnie2102. Niech rozejm ogłoszą.

Trzech braci kniazia zaręczą Kiejstuta,

Że się tu żadna nie osnuwa zdrada.

Chceli pokoju? niechaj do nas zjedzie,

Zawrzemy zgodę, zawrzemy bez boju. —

— On, do was? Czemuż nie wy by do niego?

Starszy — nie wstydby szanować starego,

Chocieś Widmunda nie baczył siwizny! —

— Poszedłbym z tobą — Jagiełło nieśmiało

Rzekł — ale nie nam dwóm być przy umowie.

Mistrz do waszego nie pójdzie obozu,

A ja bez niego nic zrobić nie mogę.

Przywiedź tu ojca. Nie wierzysz mi, bracie,

Trzech Olgierdowych synów da wam słowo,

Że, czy się zwiążem, czyli2103 nie, umową,

Swobodny wróci do wojska swojego. —

Witold mu w oczy poglądał nieufnie,

Wahał się; potém na konia poskoczył

I ku swojemu wojsku pędem wraca;

Tam ojca bierze w namiocie na stronę

I pocznie mówić. Stary wstrząsa głową,

I brwi nachmurzył, i stoi ponury.

Wtém Olgierdowych synów trzech przychodzi,

I kładną klątwę2104, że się nie ma zdrady

Ani żadnego obawiać zamachu.

Kiejstut, wciąż milcząc, ciągle się opiera.

Na próżno Witold trzykroć przekonywa,

Na próżno Skirgiełł z braćmi poprzysięga.

Kiejstut się jeszcze podejścia obawia.

I walczy z sobą, bo chciałby ukończyć,

Nie zdając losów na bitwę niepewną.

Nareście2105 spójrzał na trocki swój zamek,

I kazał konia siwego podawać.

Olgierdowicze spojrzeli po sobie

Bystro, przelotem; i wszystkim się wargi

Wzruszyły śmiechem radości ukrytéj.

Wtém stary sługa przeciw2106 kniazia bieży,

— Na Bogi! Kniaziu! — krzyczy — co myślicie?

W paszczękę wroga nieść niemiłe życie?

Czy żony nie masz, synów i rodziny?

Czy ci się życie i wojna sprzykrzyła?

Po co tam jedziesz, zkąd2107 dwakroć już zdrada

Do piersi twoich zmierzyła? Kiejstucie!

Wiesz, jak Jagiełło przywyknął wojować.

Każ wojsku napaść, każ nam występować.

Zginąć nam, Panie, to zginąć nam w boju,

A nie idź do nich, bo zdradą cię zmogą! —

Na wrzask się sługi rwą Olgierdowicze,

Z zapalczywością na niego powstają,

Dobyli mieczów, klną starca i łają.

— Nasza przysięga warta cóś, na Bogi!

Czegoż się lęka? czy i nam nie wierzy? —

Sługa wciąż krzyczał; wtém konie podali;

Siadł Witold, Kiejstut, trzéj Jagiełły bracia,

I od obozu puścili się czwałem2108.

Kiejstut na trockie wieże oczy wlepił,

I nic nie słyszy, i nie patrzy na nic;

Tylko się myślą kąpie na jeziorze,

Dumami ognie rozpala2109 w świetlicy,

I dni ubiegłe odżywia2110 z popiołów.

Minęli obóz, dolinę i czaty

Przeciwnéj strony. Wtem z wzgórza, gdzie stali,

Mistrz i Jagiełło zniknęli pospołu.

Czyli naprzeciw Kiejstuta wychodzą?

Czy skryli w namiot? Nié ma ich na górze.

Wjeżdżają w obóz; do środka zmierzają,

Kędy chorągiew krzyżacka powiewa.

Skirgiełł ich wiedzie, z Witoldem Kiejstuta.

Konie oddali i idą spokojni.

W progu namiotu bojarów dziesięciu

Ciekawie patrzą szyderskiemi oczy2111;

I nagle jeden do starca poskoczy,

W tył szarpnął szablę od boku Kiejstuta,

Wnet drugi silnie za barki go chwycił,

Trzeci Witolda o ziemię powalił.

Skirgiełły nié ma, bracia z nim zniknęli;

Siepacze tylko z pętami przybiegli,

Wśród krzyków wiążą jeńców i unoszą.

A trąby trąbią, i obóz się zwija,

Wojsko do Wilna uchodzi z pośpiechem.

Żmudź pozostała, jak ciało bez głowy,

I, płacząc zdrady2112, do lasów rozbiegła.

XXX

Na krewskiém zamczysku

Jest wieża wysoka;

O stopy jéj fala,

Pluskając, uderza;

I jedno okienko

Na wodę pogląda;

Okienko z ciemnicy,

Co wiosną, gdy wody

Powstaną wysoko,

Zalana do wierzchu,

Gdy rzeki opadną,

Gdy wody odpłyną,

Na dnie jéj się tylko

Kałuża błotnista

Zostaje2113, i mury

Wilgocią przesiękłe2114

Grzybami żółtemi

Okryją do zimy.

Na krewskiém zamczysku

Jest wieża wysoka;

Ciemnica pod wieżą

Wilgotna, smrodliwa.

Tam gady, ze szczelin

Wyszedłszy na słońce,

W okienku się grzeją;

Mchy rosną zielone,

I grzyby żółtemi

Sklepienie obrasta.

W ciemnicy téj dawno

Więzień już nie siedział.

Był jeden. Kto taki,

Nikt w Krewie nie wiedział.

A kości się białe

Pod oknem zostały

Po gościu ostatnim.

I od téj już pory

Zbutwiałe zapory,

Drzwi padły przegniłe,

I w oknie dębowe

Kraty już spękały.

Wtém goniec od Wilna

Do Krewa przybiega,

I każe ciemnicę

Dla więźnia sposobić,

Drzwi, kraty dorobić.

Jagiełło Kiejstuta

Chce w Krewie osadzić.

— Wszak on mnie dał Krewo,

Niech mu się wypłacę;

Wszak druha, Wojdyłłę,

Osadził głęboko —

I ja mu wynajdę

Ciemnicę głęboką,

Więzienie wilgotne,

Skonanie sromotne.

I zaraz za gońcem

Wysłali Kiejstuta.

Starzec był półżywy,

Jak gołąb’2115 posiwiał,

Schylił się we dwoje;

A krwią mu powieki

Płynęły zagęsłą;

A ciało związane,

Nie strachem, lecz drżało

Słabością, niemocą:

Bo w jednéj on chwili

Zestarzał, na siłach

Podupadł, i lata

Z każdą mu godziną

Kark gięły brzemieniem;

Lecz skargi, lecz słowa,

Przekleństwa jednego

Nie wyrzekł; i milcząc

Na służby szyderstwa,

W kałuży się brudnéj

U muru położył2116;

I o nic nie prosił,

Nie żądał niczego;

Tylko wzrok w okienko

Raz powiódł, i znowu

Opuścił na ziemię.

O, wiele on, wiele

Przeżył już w swem życiu!

I trzykroć w niewoli

Krzyżackiej zostawał,

Cztérykroć się na śmierć

Schwytany gotował,

Lecz nigdy nadziei

Nie stracił, jak dzisiaj.

Dziś głowa opada,

Dziś pierś się zamknęła,

I oczy na słońce

Nie chcą już spozierać.

I wyrzekł do siebie:

— Czas mi już umierać!

Jagiełło mnie strzeże,

Posadził pod wieżę!

Uciec ztąd2117 nie można.

On śmierci chce mojéj.

Lecz biada mu, zdrajcy!

Ja umrę, a Witold

Na zbójcy się pomści. —

Tak jeden dzień spłynął,

I wody plusk tylko

O ściany wieżowe

Odbitéj do ucha

Doleciał więźniowi;

A słońce zachodu

Promieniem ostatnim

W okienko zajrzało

I w wodę zapadło.

Wieczorem siepacze

Z usługą przybiegli.

Pięciu ich tam było:

Proksza był i Bilgen,

Co wodę nosili,

Mostew był i Gotko,

Co u drzwi na straży

Dzień i noc czuwali,

I piąty Lisica.

Im zwierzył2118 Jagiełło

Straż stryja. Lisicy,

Gdy z Wilna posyłał,

Rzekł głosem surowym:

— Jeżeli uciecze,

Wy głowy mi dacie.

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję,

Ucieczki się boję.

Jeśli go puścicie,

I wasze tam życie,

I waszéj rodziny,

Za niego odpowié! —

Lisica struchlały

Słyszał to, a w głowie

Rozebrał po słowie,

Co pan mu powiedział.

I jechał do Krewa,

I swoim powtórzył.

Dniem, nocą na straży

Stawali w ciemnicy;

Szelestu się bali,

Westchnienia lękali;

Dziesięćkroć zajrzeli,

Nim na krok odeszli.

Ale dnia piérwszego

On leżał na ziemi,

Więzami ciasnemi

Ściśnięty, bezwładny,

I ludzie go widząc

Bez słowa, bez duchu2119,

Bez gniewu i ruchu.

Mówili: — Gdzie jemu

Z ciemnicy uciekać?

Zgnić jemu w więzieniu,

Na mokrym kamieniu

Kości tu zostawić. —

A w nocy usnęli,

I Kiejstut zębami

Gryźć począł sznur twardy;

I cicho, gdy spali,

Do okna przypełznął,

Na niebo poglądał.

Lecz czujny Lisica

W czas zajrzał w więzienie,

I zadrżał, Kiejstuta

Gdy w oknie zobaczył;

Wnet straże rozstawił

I więzy odnowił;

Sam zebrał siepaczy,

Poskrobał po głowie,

I dziko w swéj mowie

Namawiać ich zacznie:

— Kniaź mówił wyraźnie:

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję,

Ucieczki się boję.

Nam oka nie zmrużyć,

Dopóki on żyje.

Skrępujmy mu gardło,

A z pastwą umarłą

Spokojniéj, bezpieczniéj

Nam będzie na zamku.

Kniaź mówił Lisicy:

Niech żyje, nie żyje —

O życie nie stoję.

Czas starcu dać życie2120,

I lepiéj niż moje.

Mnie smaczny świat biały. —

A Mostew mu na to:

— Wy prawdę mówicie.

On był już za kratą,

Trzy razy od Niemca

Przez mury uciekał.

Kto go wié? duch jaki

Może mu pomaga?

A nuż znów uciecze!

Położyć nam głowy.

Nie lepiejże skończyć?

A kniaziu powiémy,

Że umarł z rospaczy2121,

Że sam się udusił,

Że gad go zjadliwy

Ukąsił w pierś nagą. —

Mówili, szeptali.

Dzień drugi upłynął,

A Kiejstut widocznie

Upadać już pocznie:

I głowę pochyla,

I oczy zamyka,

I, zda się, co chwila

Ot duszę wyzionie.

Siepacze pod drzwiami

Czatują dzień trzeci,

Czatują i czwarty.

Czwartego wieczorem

Usnęli na chwilę.

A Kiejstut ku oknu

Poskoczył z rospaczą,

I kratę wyłamał,

I głowę wysadził,

Gdy szelest go zdradził.

Zbudzą się strażnicy

I wpadną na niego,

A sznurem za szyję

Spętawszy, wgłąb’2122 lochu

Ciągną go, krępują.

I gardło przedarte,

I usta otwarte;

Krew niemi buchnęła;

A dusza olbrzyma

Na Góry gdzieś Wschodnie

Leciała, w żałobie,

Rzucając po sobie

Swéj chwały puściznę

I zemstę synowi.

Długo tam siepacze

Nad trupem, w milczeniu,

Drżąc, stali, bez ruchu,

I jeszcze w nim duchu

Śledzili2123 ze strachem.

Dniem jeszcze i nocą

Pilnują, by zmarły

Nie uciekł z więzienia.

XXXI

Kiedy w boju z Rusinem,

Kiedy z Niemcem, psim synem,

Albo zawziętym Lachem

Walcząc, kunigas padał,

Kiedy konał pod dachem,

Gdy już mieczem nie władał,

Gdy dziećmi otoczony,

Z włosem białym na skroni,

Zwycięzki2124, uznojony,

Z rogiem alusu2125 w dłoni,

Pożegnawszy ród cały,

Kończył życie wesoło,

Syt i boju, i chwały,

Zwiędłe schylając czoło,

O, nie żal, nie żal było

Składać proch pod mogiłą,

I na stosie go palić,

Pieśń zwycięzką zanócić2126,

Grób kamieniem przywalić,

Kamień ziemią przyrzucić,

Na ziemi, na kamieniu,

Wznieść pamiątkę wodzowi,

By pamięć w pokoleniu

Wiek podawał wiekowi.

Lecz gdy bojem wpół zgięty

Ten, co walczył wiek cały,

Padł zdradliwie ujęty

Nie Perkuna postrzały,

Lecz rękoma siepaczy

I haniebném skonaniem,

Lud zaryczał z rospaczy2127,

Lud powstał z narzekaniem!

I Jagiełło, ze sromu2128,

Uciekł z Wilna stolicy,

Gdy trup do swego domu,

Do swéj staréj dzielnicy

Wracał w Dolinę Świętą.

Za nim ludów się tłumy,

Z twarzą smutkiem przejętą,

Z oczyma, z których dumy2129,

Czarne myśli patrzały,

Z Żmudzi, Litwy ściągały.

I na odgłos o zgonie,

Złamawszy drżące dłonie,

Biruta kądziel łzami

Przędzioną porzuciła;

Nocą bieżąc i dniami,

Aż do Wilna przybyła.

W wrotach dwa się orszaki,

Gdzie dwa schodzą się szlaki,

Otarły i spotkały:

W piérwszym jechał Jagiełło,

Drugi orszak składały

Wierne druhy Biruty.

Na wozie siedząc, stara,

Szkarłatami pokrytym,

Blada, jak piekieł mara,

W rąbku2130 łzami omytym,

Z służebnemi jęczała.

Gdy twarz w twarz, oko w oko,

Z Jagiełłą się spotkała,

Czarną mignie powłoką,

Z oczyma czérwonemi,

Z włosy rozrzuconemi,

Powstała, ręką skinie.

— Stój! — zawoła na ludzi —

Stój, ty Olgierdow synie2131!

Niech przekleństwo cię zbudzi!

Stój i słuchaj, co wdowie,

Któréj męża zabiłeś,

Któréj życie skrwawiłeś,

Praurma Bogini powié:

Przeklętyś! Olgierdow synie!

Przez cię Kiejstut zginął stary!

Przez cię się Litwa wyrzecze swéj wiary,

Przez ciebie pożarta, zginie!

Klnę2132 ciebie w imie2133 Perkuna!

Klnę ciebie w imie Praurymy!

Niech pożarów świeci łuna,

Niech pożarów wznoszą dymy,

Kędy stopą dotkniesz ziemi!

Bądź przeklęty z dziećmi twemi!

Na pokolenia ostatnie!

Niechaj cię ścigają swoi,

Niech ręce wiążą cię bratnie!

Niech hańba w łożnicy twojéj

Siedzibę sobie uściele!

Niechaj cię zdradzi twa żona,

Niechaj zdradzi, kto ci miły!

Niech głowa twoja znużona

Próżno pożąda mogiły!

Klnę cię w imie wszystkich Bogów

Klnę w imie ojców i dziadów!

Niech nieszczęście u twych progów

Siądzie, pilnuje twych śladów,

Niech wszędzie z tobą się wlecze,

Jak cień, bojaźń i przeczucie!

I niech ci kamieniem życie

Cięży2134, jak wdowie Birucie!

Przepadnij! Olgierdow synu! —

Jagiełło oniemiały

Stał, wylękły, pobladły;

Srogie bole2135 szarpały,

Szarpał gniew go zajadły;

Naglił konia; koń wryty

Wparł się w ziemię kopyty,

Potém ruszył, gnał siwy,

Aż padł w polu nieżywy.

W Swintoroha dolinie,

Gdzie dwie Wilije płynie2136,

Gdzie śpią Litwy kniaziowie,

Stos się wysoki wzbija;

Na nim złote wezgłowie,

Nad nim dym się już zwija,

I wstęgi niebieskiemi

Do Wschodniéj leci Ziemi.

W Swintoroha dolinie.

Gdzie dwie Wilije płynie,

Patrzy się Witold z wieży,

Gdzie ojcowski trup leży;

Kędy matka przybiegła

Łzami mogiłę zrosić;

Na twardéj ziemi legła

Bogów o zemstę prosić;

Modli się do Pokole2137,

Do Praurymy Bogini,

By pomścili jéj bole;

Z reszty życia im czyni,

Na lata swoje stare,

Z siebie, z dzieci ofiarę.

— Sroga to kara — woła — o Bogowie,

Co na staréj legnie głowie!

Jam zawiniła, rzucając ołtarze,

I dziś mnie Prauryma karze!

O! Niech go pomści! Ja dam moje życie,

Dam siebie, z dzieci najdroższe me dziécię,

I wszystkie dzieci oddam, i świat cały,

Byle nieszczęścióm2138 naszym się nie śmiały

Wroga serce, usta wroga.

Niech piorun Perkuna Boga

Spadnie Jagielle na głowę! —

Modli się — stos osiada,

Dymy objął wielkiemi2139

Wtém się ziemia rozpada,

I on idzie wgłąb’2140 ziemi.

Kapłani wystraszeni,

Lud upadł na kolana.

Biruta się podnosi.

— Jam — woła — wysłuchana!

Tak padnie wróg przede mną,

W otchłań pójdzie podziemną. —

XXXII

Smutneś ty, Krewo! więźniów i wygnańców

Do starych murów przytulasz z kolei2141!

Jednemi wroty trup2142 na pogrzeb wiozą,

Drugiemi więźnia na ciemnice twoje.

A straż, co stoi na wieży wysokiéj,

Nie patrzy2143 pana wesołéj drużyny,

Czeka na jeńców i wygląda brańców.

Smutneś, zamczysko więźniów i wygnańców!

Namiestnik jękóm2144 przywykł, jak weselu,

I rad, kiedy mu jęczy więźniów wielu;

Przynajmniéj w głuchéj starych murów ciszy

Cóś2145 nad pluskanie zimnych wód posłyszy.

Na to ci przyszło? dawniejsza stolico!

Abyś się stała więzieniem, ciemnicą!

Jednemi wroty na wozie pogrzebnym2146

Kiejstut na Świętą odjechał Dolinę,

Drugiemi wroty w orszaku siepaczy

Witold na długą wwiedziony niewolę.

Witold to? — trudno poznać go z oblicza,

Bo boleść we twarz wryła się głęboko,

Przygasło dawniéj jaśniejące oko,

I usta sine, milcząc, się zawarły.

Żywy, a na wpół zdaje się umarły;

I nic nie widzi, co dzieje2147 dokoła;

Na brzęk łańcuchów, na krzyki gawiedzi,

Skinieniem, okiem nie da odpowiedzi;

Zsunął się z konia, i powolnym krokiem

Poszedł, dumając, po dworze szérokim.

Zabójcy ojca patrzą się nań z boku;

Szyderskie myśli śmieją się im w oku,

Usta się krzywią; rękami w milczeniu

Cóś pokazują, jakby stryczek kładli,

Cicho Lisica szepce do Bilgena:

— Czy mu ta sama izba wyznaczona,

Gdzie ojciec Kiejstut przeżył dni ostatek?

Czy naszéj straży oddadzą młodego? —

Szepcą — wtém słudzy do Witolda biegą

I na komnaty w wieży go prowadzą,

W osobnéj izbie smutnego sadzają.

Pomni Jagiełło, że Witold mu życie,

W niewoli ojca, uprosił, ratował;

Więzi Witolda, lecz przykazał skrycie,

By go namiestnik w niewoli szanował;

I kazał izbę na wieży mu jasną

Wysłać kobiercem, przyodziać skórami;

A chociaż straże u drzwi mu postawił,

Przynajmniéj okno puszcza blask słoneczny,

Przynajmniéj Witold na wody i lasy,

Na ziemię może okiem rzucić z dala.

Lasy mu szumią, szumi srébrna fala,

Słońce mu świeci; powietrzem swobodnie

Oddycha, ziemię obejmując wzrokiem.

Ale więźniowi nie patrzeć na słońce,

Ani zieloną wiosną się weselić,

Ni fali słuchać, ani ptaka śpiewu,

Ni piersią szukać słodkiego powiewu!

Jemu myślami karmić się gorzkiemi,

Jemu boleścią swoją się napawać,

I słuchać raudy2148, którą serce śpiewa!

Wszystko mu smutkiem, boleścią, rospaczą2149!

Tak Witold siedzi, siedzi, je sam siebie2150,

A śmierć ojcowska, co zgonem zagraża,

Nad głową skrzydły czarnemi roztacza,

I w nocy nawet sny słodkie odgania.

Nazajutrz w zamku ruch i wrzawa nocna.

Witold się zerwał, usiadł na posłanie,

— To zamach — myśli — na moje się życie

Sposobi! Idą wysłani siepacze! —

I chwycił drzewce z ogniska zgasłego,

Siedzi, a krwawe wejrzenie na wrota

Swego więzienia, odważny, posyła.

Aż w drzwiach zapora ciężka się ruszyła.

On wstał. Któś idzie — to idą siepacze.

Patrzy, a nim się rozpoznał w ciemności,

Z krzykiem na piersi Anna Światosławna

Rzuca się, płacząc, i do stóp mu pada.

— Ty tutaj! Anno! —

— To ja, o mój Panie!

Przyszłam podzielać ciężką twą niewolę.

Smutne dni długie i nocy bezsenne! —

— Dzięki ci, Anno! Ale po cóż było

Saméj oddawać na Jagiełły ręce?

Z tobą ja stokroć więcéj boleść czuję,

Bo lepsze czasy na pamięć przychodzą. —

— Więc odejść każesz? —

— Pozostań! na Bogi!

Jesteś, pozostań! Zesłał cię mój Gulbi2151,

Bym nie zmarł z nudów, nie zjadł się myślami.

Mówił, oboje płakali do rana,

A kiedy Anna, Światosława córka,

Usnęła ze dniem w Witolda objęciu,

Drzwi znów skrzypnęły — namiestnik wszedł stary,

Dziewkę służebną wprowadził w komnatę.

— Dzień już — rzekł — Kiężno! wróć do swéj świetlicy. —

— Jak to? więc w nocy tylko będziem razem? —

— Taki był rozkaz, idę za rozkazem. —

I obudzona Anna, płacząc, idzie;

Za nią komnaty drzwi ryglują znowu;

Witold jak po śnie wesołym się budzi,

I znów podparty na ręku zadumał,

Znowu pierś szarpie i włosy rozrzuca,

Śmierci się lęka, za każdym szelestem

Widzi ojcowskich siepaczy nad sobą.

Jak dnie mijają, co wieczór przychodzi

Anna do męża, i niewolę słodzi,

Tuląc się w jego skosniałém2152 objęciu.

A! nie pieszczoty w sercu teraz jemu,

Nie szeptać z żoną, nie twarz jéj całować!

Jemu swobody chce się zakosztować,

Jemu na wolność chce znowu wypłynąć,

By mścić za ojca i na bojach zginąć.

Śmierć w tém więzieniu od katowskiéj ręki

Kiedy przypomni, włos na głowie wstaje,

Krew w żyłach zawre, piersi żarem buchną.

Tak walczy co dzień ze strachem, myślami,

Gnębi, spodziewa, rospacza2153 i mami;

Na koniec znękał, spuścił smutną głowę,

Pobladł, i siły utracił znużony.

Niczém mu teraz słodki uścisk żony.

Co nocy, kiedy Kiejstutowéj śmierci

Przyjdzie godzina, z łoża się porywa.

Zda mu się słyszeć jęk z głębi ciemnicy,

I szamotanie, i stuk siwéj głowy,

Jak pada, bijąc o twardą podłogę.

Z łoża powstaje, chodzi po komnacie,

Ogień rozpala, a Anna zbudzona

Na próżno męża przywabia do siebie,

Chce cieszyć słowy2154, kołysać w uścisku.

Chodzi do świtu, i gorącą głowę

W dłoniach gorących tuli, a łzy jednéj

Nie może wylać, by z nią boleść sciekła2155.

Co ranek służba wchodzi do komnaty

I xiężnę2156 Annę na zamek odwodzi.

Sam wówczas Witold z myślami zostaje,

Rzuca znużony na twarde posłanie,

I sen na chwilę klei mu powieki;

Ale i we śnie myśl szarpie wnętrzności,

Smutek powolnie2157 szpik wysysa z kości.

Raz, wieczór, słońce nad jeziorem było,

Ptacy śpiewaniem z słońcem się żegnali2158,

I nic nie słychać, oprócz szumu fali

I szumu lasów, który wiatr przynosił.

Witold, oparty na oknie, oddychał

Wonném powietrzem, a myślą daleko

Latał po Żmudzi, zwołując poddanych.

W komnacie więźnia powoli sciemniało,

Ogień się tylko drżącém światłem palił.

A Witold ujrzał postać jakąś białą,

Co rosła, rosła, od ogniska wstała,

U ognia palce zziębłe rozpostarła,

Milcząc, żylaste ręce rozgrzewała,

Długo w twarz smutną Witolda patrzała,

I tak nareszcie ozwała2159 do niego:

— Witoldzie! po co żałość ta, rospacze2160?

Niechaj kobiéta smuci się i płacze,

Niech dzieci piszczą, gdy w duszę im szpony

Zapuści boleść, żal nieutulony.

Mąż cierpi milcząc, boleść swą zwycięża.

Zimna wytrwałość piérwszą cnotą męża.

Nie tobie jeszcze łamać męzkie2161 dłonie

I tulić głowę na kobiéty łonie.

Śmierci się lękasz — śmierć jeszcze daleko,

Ani, jak ojca, trupem cię ztąd2162 zwleką.

Na twoich rękach losy Litwy całéj,

Pomsta za ojca, lata wielkiéj chwały,

Nieszczęścia, klęski. Długie życie twoje,

Długie twe prace, ciężkie jeszcze znoje.

Po co zachmurzać u młodości wschodu?

Wyjdziesz, o xiążę2163, wyjdziesz z tego grodu,

A boleść przeszła, boleść dziś tak wielka,

W przeszłości spłynie, jak w morzu kropelka.

Będziesz swobodnym. Litwa na cię czeka.

Tobie nad całą władza i opieka. —

Tak cichym głosem gdy mówił do niego,

Pełzły mu szaty, ciało się w powietrzu

Topiąc, niknęło, i z dymem uleciał.

Drugi to już raz Witold ducha swego

Widział, i w duszę odwaga wstąpiła.

Wtém drzwi skrzypnęły — Anna weszła cicho

I na kolanach położyła głowę.

— Panie mój! — rzekła — ty patrzysz; gdzieś oknem

Myśl wyleciała i daleko buja;

Chcesz być swobodnym — ja ci dam swobodę,

Ja cię z niewoli, w któréj schniesz, wywiodę.

— Ty? —

— Ja, mój Panie! Posłuchaj twéj Anny:

Jutro, zaledwie świt wstanie poranny,

Zastukam do drzwi o służebnę moję2164;

Ty na się wdziejesz twojéj Anny stroje

I wyjdziesz z sługą. Ja tutaj zostanę.

Modlić się będę, abyś uszedł cało.

Koń w lesie czeka i drużyna wierna,

Algimund dawno błąka koło Krewa. —

Witold do piersi swą Annę przycisnął,

Z oczu mu promień radości wytrysnął.

— A ty? — rzekł. — Jeśli Jagiełło zatrzyma? —

— Jagiełło? Cóż mu po jednéj kobiécie?

Nie myśl — ja się méj nie boję niewoli;

Czuję, że on mi pójść z tobą pozwoli;

A zechce mścić się, pomści się na straży. —

Witold piérwszy raz na promiennéj twarzy

Zajaśniał dawném swobodném weselem.

— Jutro — rzeki — jutro znów wolny polecę!

Jutro! O! czemuż ranek już nie świta! —

Na próżno Anna wabi go ku sobie,

Chwilę ostatnią chce by jéj poświęcił —

Witold przez okno niebo o wschód pyta,

Szaty nadziewa2165; ledwie na dzień brzaski,

Żonę płaczącą w czoło pocałował,

Zakrył zasłoną i wyszedł z służebną;

Z zamku w ciemności wyrywa się skrycie

I na Mazowsze popędził o świcie.

XXXIII

Cóż tak huczno2166, wesoło

Na malborskim dziś dworze?

Wszystkie okna się świecą,

Wszystkie dymią kominy,

Służba biega zziajana,

A za stołem biesiada,

I w podworcu gromada,

Za stołem z mistrzem2167 panem

Witold usiadł za dzbanem,

A dokoła drużyna

Cichą, żywą rozmową

Bujną wrzawę godową2168

Tajnym szmerem przecina.

Co tak huczno, wesoło.

Na malborskim dziś dworze?

Wszystkie okna się świecą,

Wszystkie dymią kominy,

Na podworcu tłum, wrzawa,

A w komnatach zabawa,

Krzyżakow2169 izby pełne,

Żmudzi pełen podworzec,

Żmudź z Witoldem na boje

Zebrała się iść razem,

Za Kiejstuta się pomścić,

Na Jagiełłę uderzyć.

W świetlicy poza stołem

Siedzi on; Krzyżak siedzi;

Kniaź Olszański i żona,

Co z Krewa wypuszczona

Za mężem się pognała;

I Zofja2170 Witoldówna2171,

Kwiat ogródka różany,

W polu biała lilija2172.

Przyjaciele Kiejstuta,

Witolda przyjaciele

Na Litwę się sposobią.

— Słuchaj — mistrz, ciągnąc na ustroń2173 Witolda —

Słuchaj mnie — rzecze — ja ci pomoc daję,

Zamek malborski mieszkaniem wyznaczam,

Wojsko pod twoje zgromadzę rozkazy,

Ale pomnijcie2174, że piérwszy warunek,

Abyście chrztem się z pogaństwa obmyli. —

— Przyjmę chrzest — Witold odrzucił po chwili —

Przyjmę chrzest. —

— Zawrzesz z Zakonem przymierze?

— Zawrę, jak chcecie. —

— I stali w swéj wierze,

Trzymajcie z nami. Niech was Jagiełłowe

Nie wstrzęsą słowa pokoju i zgody. —

— Zawrę umowę, dotrzymam umowę2175. —

— Z nami, wy panem; Litewskie narody

Sciśniecie2176 w ręku, zgarniecie pod siebie.

My wam staniemy do boku2177 w potrzebie.

Pomnijcie, Mindows2178 kiedy nas porzucił,

Zginął. —

— O mistrzu! nie bójcie się o mnie.

Co wam przyrzekę2179, dotrzymam niezłomnie.

Na kiedy, mistrzu, na Litwę wyprawa? —

— Wojska gotowe. Dzisiaj przybył goniec.

Czas nam wyruszyć. Jagiełło nie w domu,

Trok waszych, xiążę2180, nié ma bronić komu;

On na Podlasiu u Janusza gości,

Suraż, Drohiczyn i Mielnik oblega.

Stare to także Kiejstutowe włości. —

Witold radośnie do mistrza przybiega.

— Więc po co czekać? Jutro w pochód idziem! —

— Jutro? —

— Nie daléj. Gdy Jagiełło wróci,

Ciężéj nam będzie na Litwie plądrować. —

Czolner2181 rzekł słowo w ucho komturowi.

— Więc jutro, xiążę, szczęśliwéj wyprawy. —

Dłoń zatarł Witold — O, długo czekałem

Bezbronny więzień, wygnaniec, bezczynny!

Jutro!! — I xiążę olszańskie2182 porywa:

— Ty, Algimundzie, idź do naszéj Żmudzi,

Na jutro półki2183 przysposób. O świcie

My występujem, i wy wystąpicie.

Bądźcie gotowi. We mnie krew inaczéj

Płynie po żyłach: drga ręka, drży serce!

O! gdyby ująć ojcowskie morderce2184.

Gdyby széroką, czérwoną krwi strugą

Pomścić się razem nad panem i sługą! —

Nié ma nocy na grodzie,

I dnia wszyscy czekają,

By wyruszyć o wschodzie.

Żmudzini potrząsają

Smolne oszczepy swoje,

Łuki z rogów wygięte,

Proce z skóry wycięte,

Rzadkie rdzawe szablice2185.

Krzyżacy zbroje jasne

Sposobią, i pancerze,

I hełmy podwiązują,

Włócznióm2186 końce ze stali

Kują. Nim dzień zaświta,

Trzeba w pole wyruszyć.

Kniaź Algimund się gania

Z gromady do gromady,

Dzieli ufce, rozdaje,

I dowódzców2187 stanowi,

I chorągwie podziela2188.

Z świtem Malborga2189 bramy

Otwarły się széroko.

Czoło — ufiec krzyżacki,

Ciało — żmudzcy żołnierze,

Tył mistrz z swemi im bierze.

Tak litewska się siła,

Opasana dokoła,

Do krzyżackiéj wcieliła;

Z wielkim krzykiem puściła

Ojczyste niszczyć sioła;

A na czele proporzec

Krzyżem czarnym powiewa,

I chorągiew za niemi

Lśni znaki krzyżackiemi.

Dniem, nocą bez oddechu

Ciągną wojska pod Troki.

Mistrz nagli do pośpiechu,

Witold wielkiemi kroki

Z bijącém sercem leci

Ku rodzinnéj dzielnicy.

Ot już widać jezioro;

Na kępie, na jeziorze,

Czarne zamczysko stoi,

Wieże wysoko wznosi;

Ponad brzegiem jeziora

Drobne chaty czernieją;

Za chatami, wzgórzami,

Las z ciemnemi sosnami

Objął miasto dokoła.

Nim załoga postrzegła,

Zanim na mur wybiegła,

Już Krzyżacy schwycili

Prom i łodzie na brzegu,

Już na ostrow2190 przybili,

Do bram walą, szturmują.

Obudzona załoga

W koszulach na mur bieży.

W zamku popłoch i trwoga.

A na czele dowódzcą2191

Stary Hanul wileński;

On szykuje, on wrota

Kazał ziemią podsypać,

Kazał wodą oblewać,

Z murów kamieńmi2192 miota,

Po basztach stawi2193 straże,

Wściekle bronić się każe,

Ani myśli poddawać.

Trzykroć mistrz doń posyła,

By się poddał z załogą.

On posłańca nie słucha,

W wojsko swe natchnął ducha,

Sam na wieży rozkazy

Daje, bieży, i w chwili2194

Już Krzyżaków trzy razy

Oblężeni odbili.

A wtém łodzie sprzężone

Niosą ciężkie tarany;

Podstawiają pod ściany.

Na próżno na obronę

Wojsko, ogień, kamienie,

Wrzątek leje i kłody

Zrzuca. Wkrótce zabrakło

I kamieni, i wody.

Taran w bramy kołacze,

Wrota trzeszczą ugięte,

I żelazne okowy

Pospadały odcięte.

Strach załodze zamkowéj!

Ale noc czarna zrywa

Bój krwawy i szturm ciężki.

Mistrz do jutra odkłada.

Witold do wrót przybywa,

Po litewsku odzywa.

Próżno! — z murów zniknęli,

Słuchać nawet nie chcieli.

Noc oblężeni całą

W trwodze bez snu spędzili;

A zaledwie zadniało

Krzyżacy uderzyli,

Tłuką w wrota tarany,

Tłuką belki o ściany.

Wali się mur. Wyłomem

Wpada Witold z pogromem;

Za nim krzyżacka rzesza,

Ogień niosąc, pośpiesza.

Zewsząd się zamek pali,

Zewsząd Krzyżacy stoją;

Kogo mieczem oszczędzą,

Tego w płomień zapędzą.

I z trockiego zamczyska

Już kupa rumowiska,

Z któréj dymy się wleką

Po dolinie daleko.

XXXV>

Gdy Witold znosi Krzyżacką niewolę

Okuty więzy złotemi,

Jagiełło z Litwą swoją ciągnie w pole

Po zdobycze w lackiéj ziemi.

Na cóś ty, Lachu, Ziemowita wśpierał2195,

Gdy nań Jagiełło mścił zdrady?

Na cóś w granice litewskie się wpierał?

Sam się zadarłeś z sąsiady?

Ciągną Litwini w sandomierskie włości,

Ku Łyséj Górze zmierzają —

Już widny2196 biały gmach na wysokości,

Do niego pędzą2197 się zgrają.

I objął górę żywy łańcuch ludu.

Na górze w dzwony uderzą,

A mnichy, klęcząc, oczekując cudu,

Jeszcze w zagładę nie wierzą.

Biją we dzwony, chorągwie rozwito2198,

Na przedzie świętego krzyża2199

Część niesie starszy, złotą blachą krytą;

Tłum przed nią głowy uniża.

Mnich żegna pogan; ale zjadła2200 tłuszcza

Bieży na bożych kapłanów,

I strzał tysiące z giętkich łuków puszcza,

We wrota bije z taranów.

A mnisi idą, pieśń piejąc2201 pobożną,

Ciągle w cud wielki ufają,

Tłuszcza się cisnie2202, z wrzawą leci groźną,

Bramy klasztorne pękają!

Wtém kapłan żegna — lud na twarze pada;

Upadł, by więcéj nie powstał!

Na karkach ludu Litwinów gromada.

Bicz boży grzesznych ochłostał!

Biada, kto cudu od Boga spodziewa,

Kto śmié go czekać od Niego!

Bo na ratunek Bóg mu nie przybywa,

I nie podźwignie dumnego.

Pogańskie tłumy już w kościelne wrota

Wpadły, przybytek pustoszą,

Na klasztor ognie dzika tłuszcza miota,

Złoto i srébro wynoszą,

Łupy zbierają, a bezbronnych wiążą,

Na wozy zabór swój kładą;

Lecz strach ich pędzi — wzrokiem wkoło krążą,

Złupili, palą i jadą.

Bo dzwony ciągle z wież kościelnych biły,

Jakby o pomoc wołały.

Próżno Litwiny wszystkie swoje siły,

Hufce ku wieży wysłały.

Dzwonnicy we krwi leżą, a na wieży

Uroczyste dzwonów głosy

Biją a biją, i dźwęk ich się szérzy,

Po ziemi idzie, w niebiosy.

Coraz głośniejszy, coraz silniéj bije.

Strachem przejmuje ich serce;

Zda się, że pomstę wywoła na szyję2203,

Na świętokradźce2204, morderce2205!

I Litwa goni z łupami do domu,

A wciąż jéj w uszach dzwon bije;

Patrzy na niebo i lęka się gromu.

Strach pogańskie ugiął szyje.

Wpośrodku łupów, na wozie ładownym,

Był rzucony krzyż złocisty;

Krzyż to ze drzewem zbawienia cudowném;

W nocy stawał płomienisty;

A niebiańskiemi aniołowie chóry2206

Hymn przed nim chwały śpiewali.

Ilekroć z pogan dotknął się go który,

Wszyscy trupami padali.

Kiedy na Polską granicę przybyli,

Stanął wóz z krzyżem, jak wryty;

Próżno ciągnęli, próżno się silili —

Stał na polskiéj ziemi wbity.

Aż pogan zdjęła niepojęta trwoga.

Szemrzą cóś z sobą i radzą.

Jest-li2207 to siła chrześcijańskiego2208 Boga?

Jego to dzieje się władzą?

I kniaź Jagiełło, co się Bogów boi,

Duchy i czary go trwożą,

Ukradkiem spójrzał2209 po drużynie swojéj,

Uląkł się przed mocą Bożą.

— Porzucić wóz ten — zawoła na swoje2210

Lub zaprządz2211 ludzi do niego.

Wolę ja wojnę, wolę krwawe boje,

Niż sprawę ducha wielkiego.

Siły nie widzę, potęgi nie zgadnę.

Włos mi powstaje na głowie! —

Ni go zaklęcia zmódz2212 potrafią żadne.

— Co to jest? niech mi kto powié. —

Wtém się Dowojny zbliża niewolnica;

W Polsce to zajęta branka;

Z czarnemi oczy, wybladła dziewica,

Hanna, z rodziny Habdanka;

Klęknie przed kniaziem i powié nieśmiało:

— W tém Boża siła jest, Panie!

Wozu nie ruszyć mocą wojska całą;

On w miejscu zawsze zostanie.

Na wozie leży część krzyża świętego,

Na którym Chrystus, Syn Boski,

Umierał dla nas, dla świata całego,

Umęczon przez lud żydowski.

Odeślij świętość! Cud to! czarów nié ma!

Krzyż niech wróci w polską ziemię;

A wówczas żadna siła go nie wstrzyma,

Lekkiém się stanie to brzemie2213.

Wielki Bóg chrześcian2214, wielki Bóg, jedyny!

Bodaj nawrócił cię, Panie!

Oto znak czynił, by między swe syny2215

Wziął cię pod swe panowanie. —

Mówi, Jagiełło zadziwiony słucha,

Na wóz, to na nią pogląda;

Oczy mu błyszczą; i nabiera ducha,

Prawdę słów jéj zbadać żąda.

Każe zawracać. Para wołów biała

Wóz cudownie poruszyła,

I ciągnie nazad; a tłuszcza zdumiała2216,

Milcząc, na cudo2217 patrzyła.

I sam Jagiełło pozostał w milczeniu;

Patrzy, swym oczóm nie wierzy;

Jedzie, a dumy2218 siadły mu w spójrzeniu2219,

A w sercu strach jakiś leży.

XXXVI

Między jeńcami w Polsce zabranemi

Był mnich ubogi, Franciszka zakonu.

Zakon nieobcy już litewskiéj ziemi.

Bracia to jego, męczeńskiego zgonu

Piérwsi poleli ziemię krwią chrześciańską,

Piérwsi winnicę w niéj krzewili Pańską.

Na piaskach Wilna, na miasta kończynie2220,

Stał ich kościołek, niby gród obronny;

A dachu nie śmiał wywodzić wysoko,

Ani się krzyżem na wieży pochwalić,

Ni dzwonu dźwiękiem do modlitwy wołać.

Wysoki płot go obejmował wkoło;

Brama dębowa milczała zaparta,

Broniła wejścia, jak w krzyżackim zamku.

I rzadko mnichy, od pamiętnéj chwili,

Na miasto wyszli, między lud wkroczyli;

Rzadko śpiew w nocy ponad ściany wzbity

Uszy pogańskie dziwnym dźwiękiem raził.

Kościołek zwał się Marii na Piaskach2221:

Wokoło niego Litwa z swemi domy

Rozstąpiła się, nieufna, daleko,

Jakby przeczuła potęgę Chrystusa,

Jakby jéj w oczy zaglądać nie śmiała.

Do tej to bramy jeniec uwolniony

Zapukał cicho. Lecz trzykroć na próżno

Stukał i wołał. Jak gdyby zamarli,

Tak mnichy2222 w swojém gniezdzie2223 się zamknęli.

Nareście2224 głos mu ze wrót odpowiedział

Litewską mową. On polskim językiem.

I małą fórtkę2225 otwarli mu z krzykiem.

A mnich ubogi, w obdartéj odzieży,

Wbiegł, i u krzyża, co stał niedaleko,

Padł na kolana, modli się gorąco.

Powstał. Wnet braci kilku doń przybiega,

I ciekawemi powitali słowy.

On im nic nie rzekł. — Naprzód boskie Bogu.

Niechaj uklęknę u kościołka progu,

Niech złożę dzięki, że mnie Bóg ocalił. —

Poszedł, drzwiczkami wcisnął się ciasnemi.

Kościoł2226, budynek był na poły w ziemi,

Na wpół nad ziemią stał słomą pokryty;

Wnętrze ubogie, jak ubogi z wierzchu.

Jeden w nim ołtarz, krzyż nad nim drewniany,

I jeden Jezus na krzyżu rozpięty,

I jeden obraz — Franciszek to święty,

Jak był do ziemi po śmierci schowany,

Jezusowemi naznaczony rany2227.

Nié ma podłogi, ni stropów ozdobnych;

Gołe tam drzewo, a gałęzie jodły

Zielone stoją, i ciemną zielenią

Smutny kościołek w gaj zaciszny mienią2228.

Jedna się lampa u ołtarzy pali

I błyska ciemno. Mnich u krzyża klęka,

Modlitwę jakąś niewyraźnie stęka;

Potém się podniósł; ale stać nie może —

Bracia, za ręce ująwszy go, wiodą

I w swoim domu sadzą2229 znękanego.

Jemu drżą usta z bezmiernéj radości,

I siły traci, a oczy podnosi

W niebo, i jeszcze modli się gorąco.

Wody wziął w usta i czarnego chleba.

— Dość mi — rzekł cicho — dość, więcéj nie trzeba.

Ojcze gwardjanie2230, przyjmij spowiedź moję2231! —

Ukląkł, a bracia z strachem ustąpili.

.....................................

— Śmierć moja blizka2232 — rzekł im, gdy wrócili. —

Czuję ją — idzie; a ojciec nasz miły,

Franciszek święty, co mi dodał siły

Dowieść to nędzne, grzeszne moje życie

Aż do téj chwili, do chwili szczęśliwéj,

Przez usta moje objawia wam dziwy,

O jakich, bracia, jeszcze nie marzycie.

Słuchajcie, bracia! Jam w Polsce zabrany;

Pogańska tłuszcza do granic mnie wlekła;

Lecz błogosławię męczeńskie kajdany,

Bom wielką duszę wyrwał z bramy piekła!

Bracia! jam xięcia2233 Jagiełłę nawrócił!

Wkrótce nad Litwą błyśnie święte znamie2234,

Miljony2235 ludów bałwany2236 pokruszą,

A Polska, kropiąc chrztem świętym na Litwę,

Powiąże losy swoje z nią na wieki.

O! chwalmy Pana! Wielki! niepojęty!

Wołajmy: Święty! śpiewajmy Mu: Święty!

Niegodne usta wybrał na czyn wielki,

Tak jak dla niego dość deszczu kropelki,

By wywiódł z łona ziemi kwiatów cuda.

Przez moje usta wiarę w nim zaszczepił!

Niegodnem, Panie, niegodne naczynie!

Tyś jeden wielki! jam Twą mocą silny!

Tyś jeden wielki! Ty jeden niemylny2237!

Z Tobą i robak olbrzymy pokona;

Bez Ciebie jeden włos nie spadnie z głowy.

Chwała Ci, Panie! Mnie czas już umierać.

Jam spełnił życie. Patrzcie — niebo jasne,

Święty Franciszek rękę mi wyciąga,

Anioły skrzydły szeleszczą złotemi,

Cheruby sypią kwiaty różanemi,

A Święta Boża Matka swoję2238 szatę

Nad moję głowę od blasków niebieskich

Wyciąga, ziemskie me oczy zasłania.

O, widzę, bracia, przyszedł czas skonania!

Wy chwalcie Pana, jako ja przy zgonie,

Robak niegodny, Pana na Sionie2239! —

Oblicze jego nieśmiertelną chwałą

Błyszcząc, bledniało i coraz jaśniało,

A wszyscy bracia na kolana padli

I konających modlitwy śpiewali.

Jemu się usta kłonią do uśmiechu,

I — oddał duszę w roskosznym2240 oddechu.

A wtém powietrze napełnia się wonią,

Pieśni nieznane w uszy braci dzwonią,

Pieśni nieziemskie, niebieskiéj krainy,

Któremi Bogu anioły śpiewają.

Oni się modlą, i ciało oddają

W małym smętarzu2241 piasczystéj2242 mogile.

Na niéj drewniany krzyżyk stoi biały.

Kiedy modlitwy i śpiewy ustały,

Pytają bracia: — Kto był mnich nieznany?

Kto był szczęśliwy? kto był ten wybrany? —

On nie zostawił im imienia swego,

I nikt go nie wié2243.

XXXVII

Po wileńskim zamku chodzi

Sam Jagiełło; chodzi smutny,

Czegoś tęskny; czegoś ciężko

Mu na piersiach i na głowie;

Odwróci się, słowo powié,

I znów chodzi, i znów duma;

Aż bojara wziął Rusina

Do ogniska; tak zaczyna:

— Słuchaj, Siemion! tyś nie darmo

Rusin; w tobie jest Rusina

Chytrość wielka, rozum wielki;

I niedarmo cię używam,

Do wielkiego wzywam dzieła.

Chcesz-li2244 twemu służyć panu,

Choćby służbę krwią przypłacić? —

Rusin czołem bije w ziemię.

— Jam twój, Panie! ja i plemie2245,

Do ostatniéj krwi kropelki,

Do dziecięcia, co w kolebce

Pierś matczyną ssie dopiéro.

Każ, a spełnię, co rozkażesz,

Choćbym cztéry stradał2246 życia. —

Życia twego mi nie trzeba,

Ale głowy, Semen, twojéj.

Wiész Witolda2247! On z Zakonem

Klin mi w moję Litwę bije,

Na połowę ją rozpłatał,

Z wszystkim wrogiem się pobratał

I rozpisał ziemie moje.

Mnie nie walczyć teraz z niemi,

Mnie gdzie indziéj los mój woła.

Ty wiész — Polska chce mnie panem.

Dwóch państw losy się kojarzą.

Nie czas z nim prowadzić wojnę.

Niech powróci. Trok nie mogę,

Dam Podlasie, zamki liczne,

Dam dzierżawy, dam swobodę,

W równi z sobą go wywiodę;

Niech z Zakonem zerwie zmowę,

Mojéj Litwy dam połowę!

Słyszysz, Semen! Idź do niego,

Mów ode mnie, niech powróci,

Wszystko niech w niepamięć rzuci —

Moje losy z jego losem

Zwiążę; dam mu, co zażąda. —

Semen słucha, głową kręci,

Wszystko bierze do pamięci,

Wszystko od słowa do słowa

Po jednemu w sobie chowa;

Nic nie rzekł, upada twarzą,

I milczący na koń siada,

Sam jeden w pole się goni.


W królewieckim białym grodzie

Czemu smutno? Jakie śpiewy?

Jakie krzyki i jęczenia?

Jakie płaczki idą, płaczą?

Jaka matka tam z rospaczą2248,

Włos puściwszy na ramiona,

Jęczy, idąc rozżalona?

Witoldowych pogrzeb dzieci.

Jan i Jerzy w jednéj trumnie,

W różanych kwiatów posłaniu,

Na spoczynek idą wieczny.

Mistrz im pogrzeb sprawił wielki:

Mnichy2249 w białych płaszczach idą

I śpiewają; a chorągwie

Powiewają; wóz żałobny,

Czérwonemi sukny kryty,

Lśni się kwiatami i złotem.

Pod szkarłatnym, pod namiotem,

Na trumience w kwiaty strojnéj

Dwoje dzieci śpi, białemi

Twarzyczkami świeci swemi;

A za niemi matka leci!

A za niemi sznurem długim

Płaczki z pieśni pogańskiemi.

Xięża2250 z pieśnią chrześcijańską,

I sam mistrz cóś2251 idzie smutny.

Bracia, kapłani Zakonu,

I rycerze, i lud wielki,

Tak ich wiodą do mogiły.

Witold z okna zamkowego

Na pogrzebny2252 orszak patrzy;

A z oczu mu łzy nie biegą2253,

A twarz blada, marmurowa,

Nieruchoma, jak w świątyni

Posąg stoi u grobowca.

Pod oknami, łachmanami

Osłoniony2254 odartemi,

Nędzarz jakiś sparty2255 stoi;

To w Witolda patrzy oczy,

To na pogrzeb spójrzy2256, wzdycha;

I wyciągnął dłoń zmarszczoną,

Głowę odkrył ubieloną2257.

— Panie! w imie2258 twoich dzieci! —

— W imie dzieci?! Nie mam dzieci! —

Witold zaśmiał się z goryczą.

— W imie dzieci, których nié ma,

W imie żalu twego, Panie,

Chciéj posłuchać mnie biednego!

Ja ci wieść przyniosłem z Litwy! —

— Z Litwy! — Witold westchnął ciężko. —

O, na Litwie, na rodzonéj,

Jak w Królewcu, pogrzeb wielki:

Wszystko stare, wszystko młode,

Wszystko wielkie, grzebią razem,

Wszystką po ojcach puściznę2259,

Wiarę naszą i zwyczaje,

Wszystko! Biedna, biedna Litwa!

Wielka otwarta mogiła! —

— Wielka kolebka, o Panie!

A nad nią wielkie świtanie,

Zorza dnia niewygasłego! —

— Któś2260 ty? — Witold wrzący2261 spyta.

— Kto? — jam nędzarz, jam posłaniec.

Lecz tu i mur słowa chwyta.

Czy pozwolisz mi do siebie? —

— Wchodź tu, starcze! przybliż śmiało. —

Semen obejrzał się wkoło.

Mrok już padał. Wszedł w komnaty,

I poselstwo Jagiełłowe

Rzucił w ucho Witoldowe.

Błysnął okiem Witold żywo,

Ścisnął starca. — Dałeś życie!

Wynagrodzę cię sowicie!

Idź, Jagielle nieś ode mnie

Dobre wieści. Zgoda z nami,

Wszystko stare zapomniane.

Daję rękę. Za dwie doby

Jam u niego. O mnichowie!

Pomszczę dzieci wam na głowie2262! —

Semen do nóg mu upada,

I znikł w ciemni2263. Witold siada.

Dwie łzy nieme twarz mu zlały,

Dwie łzy srébrne popłynęły:

Jedna za ojcem Kiejstutem,

Druga za dziećmi biednemi!

— Jagiełło mojego ojca,

Mistrz moich dzieci zabójca!

Obie rany niezgojone!

Obie śmierci niepomszczone!

Cicho, serce! nie bij w łonie!

Obie śmierci pomścić trzeba!

Bogi moje! dajcie życia!

A umoczę obie dłonie

W krwi lub we łzach moich wrogów! —

XXXVIII

Smutne to było dwóch braci spotkanie,

Ponura zgoda, co ich ręce splotła.

Obódwu2264 w ustach konały wymówki,

Obu pierś żałość i chęć zemsty gniotła.

A jednak Witold i Jagiełło razem

Dłoń wyciągnęli. — Zapomnim przeszłości.

Zgoda na przyszłość! Litwa nam wystarczy.

Oba się zmieścim na rodzinnéj ziemi. —

Witold spójrzeniem2265 żarzącém mu na to

Odrzekł i zmilczał. Potém u ogniska

Siedli. Nie wiedzą, jak począć rozmowę.

A wszystko, co ich otacza, dotyka,

Dawne im czasy, braterską ich przyjaźń,

Młodzieńcze lata zgody przypomina.

Między przeszłością, między dniem dzisiejszym,

Ile wypadków, ile krwi przelanéj,

I nienawiści powoli zebranéj!

Jagiełło sięga po polską koronę,

Witold chce Litwę zagarnąć pod siebie.

Piersi wzburzone, czoło namarszczone,

A każdy w sobie tajemnicę grzebie.

Jagiełło przecie ozwał się do brata.

Róg miodu złoty wyciąga ku niemu.

— Pijmy na zgodę. Bracie! lat niewiele,

A odmian tyle, wypadków bogato!

Jam chrześcijanin, tyś już chrztem obmyty. —

Witold się tajnie uśmiechnął szydersko2266.

— Jam nawrócony — rzekł Jagiełło daléj —

Wielki Bóg chrześcijan2267! Bóg to matki mojéj!

Bóg wszego świata! —

Bóg Polski, mój bracie! —

Bóg Niemców — odparł Jagiełło szydersko. —

Ja w niego wierzę, bom poznał prawdziwą

Wiarę, i sercem ku niéj przystąpiłem. —

— Sercem? — rzekł Witold. — Jam przystąpił głową,

A Bogów ojców mych nie zapomniałem.

Przyjąłem chrzest ich, bo przyjąć musiałem.

Dali mi imie2268 Wiganda Konrada.

Chrzciłem w Królewcu i chrzciłem w Taplawie,

Chrzciłem na Rusi, i ochrzczę w Krakowie. —

— Nie żartuj, bracie! Wielki Bóg chrześcijański2269!

Karze bluźnierców, zabija za zdradę. —

Witold zamilczał. — Ty naprawdę, bracie,

Mnichem zakończysz! — wybuchnął po chwili —

Ty, coś nabożny taki był do Znicza!

Co się tak lękał piorunowych gromów! —

Chwilę Jagiełło milczał i zadumał2270,

Obejrzał trwożnie i szepnął do brata:

— Wiészże? Witoldzie! ja i teraz jeszcze

Starych się Bogów naszych ojców boję!

Gdy nocą z Znicza ołtarzów2271 zabłyśnie

Na moje okna światło jego blade,

Strach mnie przejmuje. Gdy Perkun grzmi z nieba,

Kryję w komnaty; nie wiém gdzie uciekać;

Usta się same modlą do Perkuna.

Lecz Bóg chrześcijański2272 silniejszy mnie broni! —

Słucha go Witold oparty na dłoni,

I nic nie mówi, zamyśla głęboko.

Wtém się po zamku rozlega tętnienie.

Zmrok był, a słońca ostatnie promienie

W otwarte okna czérwone wpadały;

We świetle jego gorzał zamek cały;

Z dala od murów Zniczowéj świątyni,

Po jasném niebie dym się wił z ołtarzy;

A czarna chmura, nad głowy zwieszona,

Płynęła w stronę litewskiego wschodu.

— To posły nasze — rzekł Jagiełło dumnie —

Wracają z Polski. Lachy jadą z niemi.

Wiész, że do Polski na króla mnie proszą.

Ochrzcimy Litwę. Wielki Bóg chrześcijański2273

Będzie mnie swoją osłaniał opieką.

Ja mu dam wiele, wiele dusz poddanych,

I krzyże jego na wieżach zaszczepię,

A Litwę z Polską połączę na wieki. —

Drzwi się otwarły, dowódźca2274 zamkowy,

Jamund, o posłach Lackich oznajmuje.

Oni podchodzą i schylają głowy.

Jagiełło rękę swą ku nim wyciąga,

I każe rogi podawać złocone;

Prosi ich usiąść na ławach, skórami

Krytych, co wkoło ognia rzędem stoją;

Sam się ciekawie patrzy w posłów twarze.

Starce2275 to, ale rumiane ich lica.

Piersi zbrojone blachy żelaznemi2276,

Suknie do ziemi, długi włos na głowie,

I brody bujne, i wąsy szérokie,

Na szyi złote zwieszone łańcuchy,

Szable u boku, noże za pasami,

Płaszcze złociste, sobolem podbite,

Kołpaki futry drogiemi2277 pokryte.

Na czele posłów Włodźko z Ogrodzieńca,

Za nim z Ostrowa Krystyn szedł podczaszy,

I Piotr Szafraniec, i Hincza z Rogowa.

Wiedli ich posły Jagiełły, z powrótem2278

Z polskiego kraju, od lackiéj królewnéj2279,

Skirgiełł, i Wigund, i Borys, xiążęta2280,

I Hanul stary, namiestnik wileński,

Co się z trockiego ognia uratował.

Oni tam dary złożyli Jadwidze,

A w zamian darów niosą obietnice,

Że się dwa kraje, dwa połączą ludy,

Jagiełło będzie nad Polską panował.

Wtém drzwi się drugie otworzą — xiążęta:

Korybut, Lingwen wchodzą do komnaty,

Obok Jagiełły kręgiem wszyscy stają,

Posły schylają2281 i mówić rozpoczną.

Słodko Jagielle brzmi w uszach ta mowa,

Choć z rzadka polskie może złapać słowa2282,

Które mu stary Hanul wytłómacza2283.

Skończyli — xiąże2284 przez Skirgiełły usta

Śle im odpowiedź z dziękami wielkiemi,

Stawić2285 do Polski na czas obiecuje,

Ochrzcić się z bracią i całym swym krajem,

Żyć chrześcijańskim odtąd obyczajem;

Potém róg kazał podać, i przepija,

Posły zasadza, ucztę stawić każe,

Nogi im obmyć, suknie dać ze skarbcu2286.

Nim zasiadł za stół, krzyżem się przeżegnał,

A skrycie schylił przed Kobolem2287 głowę.

Za wielkim stołem Jagiełło zasiada,

W prawo Skirgiełło, a Witold na lewo,

Lingwen, Korybut i Borys za niemi,

I posły polskie, i Hanul na końcu.

Z srébrnych mis dzikie parują mięsiwa,

Wpośrodku jeleń upadł na kolana,

Dokoła dzbany miodu, lipcu2288, piwa,

I złote czasze, i rogi oprawne.

Za gośćmi słudzy stoją, i żółtemi

Świecą nad głowy pochodniami z wosku.

Polacy patrzą, i dzikiéj prostocie

Dziwią2289; bo jadła na srébrze i złocie,

Ale znać pogan po sprzętów robocie:

Skóry ze źwierząt2290 zawieszają ściany;

Wpośrodku ogień na wielkiém ognisku;

A psy xiążęce pod stołem o kości

Gryzą się, swarząc; a sokoły białe

Drzémią na grzędach nad głowami gości.

XXXIX

Stolico Piastów! dzień ci wielki świta!

Powstańcie z grobów, królowie

Brata w stolicy powitać;

Wyciągnijcie mu dłoń stalną2291,

Przeżegnajcie krzyżem świętym.

Ty, ze Skałki męczenniku,

Zbudź się, Stanisławie Święty2292!

Z srébrnéj truny2293 wstań, biskupie!

Rękę, co zmarłych wskrzeszała,

Wyciągnij nad jego głową,

Błogosław na przyszłość całą!

Wstańcie umarli i żywi,

W tysiączne klaśnijcie dłonie,

Głosem radośnym2294 ozwijcie!

Nowy król wjeżdża w stolicę;

Świetny orszak za nim jedzie:

Warneńczyk2295 i Kaźmierzowie2296,

Alexander2297 i Zygmunty2298;

Długie lata szczęścia, chwały,

Berło niosą, i koronę,

I królewskiéj władzy znaki.

To nie Węgrzyn2299, co za złoto

Kupił polskie panowanie;

To nie Elżbieta królowa2300,

Co szalała na Krakowie,

Gdy w krwi Polska się nurzała —

Jagiełło idzie, co wiarą

Pierś, krzyżem świętym naznaczył,

Co swą opuścił ojczyznę,

Co się swéj Litwy zapiera,

Aby nowy kraj do łona

W ojcowskim tulić uścisku.

Powstańcie z grobów, królowie!

Powstań, Stanisławie Święty!

Błogosławcie jego głowie,

I przyszłości błogosławcie,

Swoje mu cnoty oddajcie,

Swoje mu szczęście przelejcie.

Odwagę sercu natchnijcie,

Głowę jasnym, jak korona,

Otoczcie wieńcem rozumu —

Niech świeci polskiemu światu

Niezgasła i niezaćmiona.


Słońce powstało jasne, choć zimowe,

Promienie sieje po śniegu całunach,

We złoto wieże kościołów ubiera,

Dachy Krakowa posrébrza spiczaste;

We dzwony biją, a lud się gromadzi,

Z miasta strumieniem na gościniec płynie,

Czeka na wzgórzach — dziś litewskie xiążę2301

Przybywa polskiéj królewnie pokłonić2302.

Zimowe słońce zza mgły się wyrwało,

Jasnym promieniem witać go wychodzi,

I niebo szaty lazurowe wdziało,

I drzewa stoją w diamenty2303 strojne,

A w każdém błyszczą, jak w kropelkach rosy,

I jasne słońce, i czyste niebiosy.

W Krakowie dzwony z cztérdziestu kościołów

Do ludu głosem radości wołają,

I o przybyciu pana znać mu dają,

I pieśń wesela, witając, śpiewają.

A w zamku starym, w zamku na Wawelu,

Choć się on przybrał, chociaż się przystroił,

Smutno tam czegoś. W komnacie sieroty

Słychać jęk cichy, modlitwę i łkanie;

A ile razy dzwony się poruszą,

Serce uderzy, ona z łoża wstanie,

Pada przed krzyżem, i całą się duszą

Modli do Boga; łzy po licu białém

Perłami płyną na piersi dziewicze.

— Siły! o Boże! Boże! daj mi siły

Dla Polski wszystko położyć w ofierze,

Wszystko poświęcić Chrystusowéj wierze,

Siebie i przyszłość, i młode wspomnienia,

Wilhelma! Boże! o, dodaj mi siły!

Niech łzy na oku nie ujrzy przybyły,

Niechaj nikt nie zna téj ciężkiej ofiary!

Modlę się Tobie2304, Boże! Matko Święta!

Przyczyń się za mnie2305, Stanisławie wielki,

Patronie Polski, przyczyń za sierotą! —

Wtém dzwony biją, krzyki się rozchodzą.

Jadwiga wstała i bezsilna pada.

Do drzwi jéj trzykroć zewnątrz2306 zapukano.

— Zmiłuj się! Boże! ulituj nade mną!

Już idą! — Drzwi się otwarły powoli,

I Oleśnicki wszedł Zawisza młody.

— To wy! — Ja, pani! z poselstwa powracam. —

— Mówcie, o, mówcie! Wszystko znieść mam siły.

Źwierz-li2307 to dziki? źwierz-li to straszliwy?

Potwora2308 z puszczy2309 litewskich? Zawiszo! —

— Nie, pani! Wkrótce sam za mną przybywa.

Ujrzysz, królowo! Lecz nie potwór dziki;

Człek, jak my wszyscy; młody, piękny, silny,

Szérokich ramion, ciemnéj barwy oczu,

Mowy łagodnéj, cichy i milczący. —

— Prawda? Zawiszo! zaklnijcie na Boga! —

Bogiem klnę, pani, że ci prawdę rzekłem.

Lecz wkrótce sama Jagiełłę zobaczysz.

W poczcie się licznym do Krakowa zbliża.

Z Lublina z pany szedł do Sandomierza.

Spytek z Mielsztyna spotkał go na drodze,

Poczet pomnożył, i wiedzie go z sobą.

Dzisiaj przed tobą kolana swe skłoni. —

Jadwiga oczy zakrywała w dłoni.

— Idźcie — mu rzekła — niechaj na przyjęcie

Gotują zamek. Stało się! Ofiarę

Przyrzekłam, spełnię. Teraz na modlitwie

O siły będę, o odwagę prosić.

Wyszedł Zawisza; ona sama znowu,

Klęczy i płacze. Wtém do drzwi pukają.

Serce królewnéj2310 żywo bije w łonie,

Jakby przeczuła, kto na progu stoi.

Podniosła głowę. — Wnijdź2311 — wyrzec się boi.

Gniewosz tam u drzwi, Wilhelma posłaniec?

Czyli2312 sam Wilhelm? Któś niewieścią szatą

Zaszemrał, wchodzi. Jadwiga powstała,

Rękę wyciąga.

— Wychodźcie! na Boga!

Na rany Pańskie! na Marij2313 boleści!

Na wszystko święte zaklinam, wychodźcie! —

Wilhelm to w szacie kobiécéj przybywa;

On raz ostatni chce jeszcze sprobować,

Czyli się w młodém nie odezwie sercu

Dawniejsza miłość? Pada na kolana,

— Jadwigo! — woła — modlę się przed tobą!

Porzućmy wszystko! jeszcze czas uciekać!

Za chwilę niedźwiedź po pastwę2314 przybędzie.

Tyś moja! moja! —

— Nie twoja, Wilhelmie!

Jam chrześcijanka, jam Polski królowa!

Naprzód do Boga, a potém do kraju

Należę cała, i poświęcę jemu.

Na co na próżno serce mi rozdzierać?

Przyrzekłam Bogu, i Polsce przyrzekłam!

Bóg za nas dał się na krzyżu rozciągnąć,

A ja dla Boga nie miałabym święcić2315

Trochę boleści życia mizernego?

Ja bym dla Polski, co mi matką była,

Nie miała stłumić boleści dziecięcéj? —

Wilhelm powstaje. — Nic od ciebie więcéj,

Nic nie posłyszę? —

— Idź! — rzekła — uciekaj!

Już słyszę dzwony i krzyki w ulicy —

Jagiełło jedzie. Spełni się ofiara! —

Wtém do drzwi idą państwa urzędnicy,

Starce z siwemi brody drzwi rozwarli,

Schylili głowy, w milczeniu czekają,

By ku nim wyszła. Wilhelm twarz osłonił,

Ucieka. Ona uklękła, i siły

Jeszcze w modlitwie szuka; potém wstała,

Zda się, wyrosła, zda się, wyjaśniała;

A wkoło głowy świeci blask męczeński,

Podwójna świeci, i ziemska korona,

I z palm, Aniołów ręką upleciona.


W ulice spłynął wszystek lud Krakowa,

We dzwony biją, odgłosy witają.

Orszak Jagiełły już bramy pominął,

I różnobarwnym sznurem się rozwinął.

Pięć ufców2316 składa2317 orszak Jagiełłowy —

Litwy i Rusi cztéry półki2318 idą,

Tatary śniade2319, Witebszczanie bieli2320.

Bogate skóry na barkach im wiszą,

Czarne się łuki na plecach kołyszą,

Sajdaki2321 świecą blachami srébrnemi,

Konie suknami kryte szkarłatnemi;

Na łbach ich szłyki2322 z dzikich źwierząt2323 puszczy,

Na piersiach wilków, niedźwiedzi pazury,

I miasto2324 zbroi nabijane skóry,

I tarcze krągłe z gwoździami złotemi

Wiszą błyszczące na rękach wojaków.

Mężne ich lica i dzikie spójrzenia2325.

Ani się ludóm stolicy dziwują:

Nieraz po polskiéj plądrowali ziemi,

Miasta niszczyli, i z blizka2326 patrzali

Na cuda owe, gdy w nie ogień mietli2327.

Wpośrodku ufców wozy skarbne2328 idą,

A lud je liczy i wielość podziwia.

Dziesięć wielbłądów droższe dary niesie.

Każdy z nich suknem do ziemi odziany,

Każdego wiedzie Tatarzyn półnagi,

Ponad ufcami dwie chorągwie wieją:

Na jednéj Pogoń2329 litewska wyszyta,

Druga się w słupy różnéj barwy mieni.

Bogaty orszak polski się na końcu,

Złotem i srébrem błyszczący przy słońcu,

Rozwinął. Spytek Mielsztyński go wiedzie,

W zbroi złocistéj wjeżdżając na przedzie;

Za nim Jagiełło na siwym bachmacie;

A wkoło niego jadą: Witold dumny,

Skirgiełł okrutny, Swidrygiełło chytry,

Jerzy, Korygajł, Michał syn Jawnuta,

Borys Olgierdow, pany i bojary,

Algimund xięcia2330 Witolda pokrewny,

I starzec Hanul, namiestnik wileński,

Jamund, Sudzimund i z Rusi starszyzna.


Przy dzwonów dźwiękach, przy ludu okrzykach,

Ciągną orszaki prosto do Wawelu.

Tam już królowa, w polskich panów gronie,

Xiążąt Mazowsza, Szlązka2331, Oleśnicy,

Piękna jak anioł, a jak posąg blada,

Czeka Jagiełły: i słyszy — jéj ucha

Coraz to bliżéj i jazdy tętnienie,

I ludu krzyki, i wozów skrzypienie.

Cisza nareście2332 — u zamku stanęli.

Wchodzi Jagiełło w królewskie komnaty.

Królewna, xiążę po sobie spójrzeli2333,

I stoją strachem przejęci oboje.


We dwa dni potém na Skałce, w Krakowie,

Jagiełło z braćmi chrzest przyjmował święty;

We trzy dni potém, na starym Wawelu,

Polska i Litwa, w narodów weselu,

Losy na wieki połączyły swoje.

A Witold patrzał, uśmiechał się dziko.

— Królem tyś Polski, lecz nie Litwy panem —

Mówił. — Na Litwie jeszcze nasza stara

Długo po sercach rosnąć będzie wiara.

A kto od ludu oddzielił się Bogiem,

Tego nie przyjmie lud za pana swego. —

Jeszcze Jagiełło w Krakowie ucztuje,

A z Litwy gońce śpieszą za gońcami.

Witold się smuci litewskiemi sprawy,

Twarzą się smuci, w sercu radość czuje.

Mistrz Czolner dumnie Dymitra z Goraja

Odrzekł, Jagiełło gdy go w kumy prosił,

I do Krakowa nie chciał na wesele.

On się z Andrzejem, Olgierdowym synem,

Nowém przymierzem połączył, i Litwę

Począł pustoszyć i nawracać mieczem.

Nie dosyć jednéj klęski — Andrzéj z Tweru

Litwę plądruje: smoleńscy kniaziowie

Pod Mścisław idą, Jagielle wydzierać.

Smutną Jagiełło wieść dostał w Krakowie!

Nié ma tam komu granic nagich bronić!

A Witold rzecze: — Ja pójdę, mój bracie! —

Skirgiełł się także z Witoldem wyrywa;

Korybut, Semen Lingwenowicz z niemi

Ciągną z Krakowa. Witold na Podlasie

Półki2334 swe zbiera; Skirgiełło Ruś wiedzie.

Zaledwie wiosna śniegi z ziemi zdarła,

Już pod Łukomlą Witold bije w ściany;

Dobył, Andrzeja załogę wycina,

Swoją osadza, i pod Mścisław leci.

Nad szybką Werchę, pod Mścisławia mury,

Syn Iwanowy Światosław smoleński

Przyciągnął z kniaziem Iwanem i Hlebem,

Z Światosławiczem Jurją2335, i mnogiemi

Wojskami z Rusi, i bojary swemi;

A kędy przeszedł, ciągnąc do Mścisławia,

Krwawemi ślady gościniec zostawia.

Spalili sioła, zaparłszy do domów

Starców i dzieci, matki i dziewice;

Pod ściany chat im głowy kłaść kazali;

Wojskiem objąwszy, biedny lud palili;

Popiołem sieli i kościami drogi!

Zniszczał kraj wielki i zginął lud mnogi!

Już jedénasty dzień w Mścisławia mury

Biją tarany, a z wysokiéj wieży

Namiestnik próżno wygląda odsieczy.

Dnia jednastego2336 trwoga na obozie.

Światosław każe odstąpić od murów,

I ponad Werchą szykuje2337 ze swemi —

Od strony Litwy, gromady czarnemi,

Witold przyciąga. Już proporce wieją,

I Mścisławianie odżyli nadzieją.

Litewskie wojska Witold ze Skirgiełłą

Wiodą; już wpadli na Rusinów szyki.

Ruś, opasana zamkami i wodą,

Stawi im czoło, lecz wkoło objęta.

Światosław ranny, krwią brocząc po ziemi,

W lasy ucieka; za nim ruskie kniazie;

Za niemi Litwa, i w połon2338 zabiera.

Światosław włócznią przebity umiera;

Iwan, Wasyla syn, rażony strzałą;

Hlebu i Jurij2339 jeńcem być dostało;

Bojarów w rzece wytopiła Litwa,

I krwią okryta, z zwycięzkiemi2340 wrzaski,

Do bram Mścisławia odpocząć przebiegła.

XL

Zielona wiosna Litwy czoło stroi,

I lasy szumią, łąki się zielenią,

I rzeki płyną ku Morzu Białemu2341,

I róże kwitną, i lilije2342 białe; ,

Gaje się święte liściami2343 ubrały.

Czemuż tak głucho? i wiośniane święto,

Święto pastusze, nikt już nie obchodzi?

Czemu nie widać Zniczów, ni kapłanów?

A lud z bojaźnią pogląda na niebo,

Jakby Perkuna lękał się prawicy?

Zielona wiosna Litwy czoło stroi,

I lasy szumią, łąki się zielenią.

Na Turzéj Górze siedzi starzec smutny —

To wejdalota od Znicza ołtarzy.

Szatą się okrył, by łza, co po twarzy

Płynie, w cudzém się nie odbiła oku.

Patrzy — u jego stóp czy Wilno stare?

Gedyminowe Wilno? Olgierdowe?

Taż to Wilija2344, w któréj się kąpały

Tury? i też to lasy poświęcone,

Które Zniczowy ogień podsycały?

Taż Świntoroha mogilna dolina,

Kędy śpią kości starych dzidziawirów2345?

Gdzie się pomięszał2346 popiół Gedymina,

I proch Olgierda, i Kiejstuta prochy?

Spójrzał2347 na góry — też2348, co dawniéj, góry?

Spójrzał na miasto — gródże2349 to nasz stary?

Spójrzał pod stopy — gdzie Znicza świątynia?

Na Antokole — i tam zgasły dymy!

Spójrzał i płacze — na górze wysokiéj

Trzy krzyże żółte ramiona podniosły,

Świątynia Znicza świéżym krzyżem strojna,

Na Piaskach znamie2350 chrześcijańskiéj wiary.

Na Antokolu krzyż żelazny wbity,

Po mieście krzyże, na zamku, na górach,

Wszędzie już! wszędzie! Gdzie Znicza kapłani?

Żebrzą rozbici, żebrzą rozsypani!

Gdzie gaje święte? — wycięte poległy!

Gdzie Bogi? — patrzcie, do Wilij2351 ich wleką,

Młotami biją, toporami sieką.

A Perun zasnął, i z nieba jasnego

Ni grom zahuczy, ni się wstrzęsie ziemia.


Pod Krzywym Grodem, na Świętéj Dolinie,

Mnogi lud ścisnął i zamek oblega,

Pod starą swoję przytulił świątynię;

Ale na szczycie jéj krzyże spostrzega;

Na zamku drugi kościoł2352 ponad głowy

Wzniósł się, i dzwoni dziwacznemi słowy;

A w bramie stoją: Jagiełło, królowa,

Biskup Bodzanta, wileński Wasiłło2353;

Słudzy białemi szatami lud dzielą2354;

Kapłani sieją między lud naukę,

Na białe szaty kropią świętą wodą,

Imiona dają, dary, obietnice.

Smutny lud patrzy, jak Bogów zwalono,

Smutniejszy jeszcze krzyżowi się kłania,

Uchylił2355 głowy, gdy wodą skropiono,

A łzę, odchodząc, za przeszłość uronił.

Trzydzieści ludu tysięcy ochrzczono,

Wszystkie bałwany2356 na ziemię zwalono,

Ognie zagasły i gaje wycięto.

Ale kto pamięć z serc odejmie świętą?

Chrzest jéj nie zmazał: poszła ona z ludem,

Co krok do serca skrwawionego woła:

— Tu był gaj święty, tu ojców mogiły,

Tu wasze matki Bogóm2357 się modliły,

Tu wasi ojce wrogów pokonali,

Tu pradziadowie zdrajców ukarali. —

I lud powrócił do chat swych, na sioła,

Krzyże na piersi kładąc, a w mrok szary2358

Bogóm litewskim oddawał ofiary;

Bał się i Boga chrześcijan2359, i Perkuna;

Za swą przeszłością wzdychał z serca głębi;

I przyszła chwila, gdy zmięszał2360 dwie wiary,

Nowéj się lękał, nie mógł zabyć2361 staréj.


Litwo! o Litwo! gdzie są dzieci twoje?

Olgierd, Gedymin, Kiejstuty, Mindowy?

Gdzie czasy sławy, gdy w zwycięzkich2362 bojach

Na świat leciałaś, zabierając ziemie?

Gdy do bram Moskwy jedną bijąc ręką,

Drugąś na lackie wyciągała włości,

Zębami pruskie szarpała wnętrzności,

Nogami siekła po piersiach Mazurów?

Nad Morzem Czarném Tatarzyn wylękły

Łuk u nóg twoich porzucił, kark zgina,

A tyś mu na kark, idąc, nastąpiła,

Z Dniepru się wody i z Dniestru napiła,

Odwieczne Taurów zajęła sadyby,

W słońcu i morzu południa skąpała?

Gdzie wojny twoje? bohatéry twoje?

Gdzie Bogi? kędy2363 i wielkość, i sława?

Teraz tyś Polski służebną! Na ręku

Dźwigasz już więzy! Oddałaś im pana;

A za jednego, tysiąc dali Lachy,

Boga i mnichów, panów i niewolę!


Litwo przesławna! gdzie dni twojéj sławy?

Zgasły! I zaszło słońce dnia twojego,

Co w Rusi, w Polsce, nad morzami dwiema2364,

Świeciło twoim zwycięztwóm2365 krwią zlanym!

Czemu ojcowie z mogił nie powstali?

Czemu ze Wschodniéj nie przybiegli Ziemi

Wypędzić zdrajcę, co sprzedał swą wiarę,

Lud swój i braci! Czemu gromy z nieba,

Kiedy wywracał ołtarze odwieczne,

Na głowę jego nie padły, na głowy

Wszystkich służebnych?! Czemu się litewska

Nie wstrzęsła ziemia, nie pożarła w łonie

Przybylców2366 chytrych i niewiernych panów?!


Gdy Mindows2367 wiarę litewską porzucił,

Czemu na Litwie jeden jęk był tylko,

I jeden okrzyk boleści i trwogi?

Czemu w ołtarzach utrzymały Bogi,

A w sercach wiara, podania u ludu?

Dlaczego matki, maluczkie swe dzieci

Tuląc do piersi, obyczaje stare

Z mlékiem dawały i dziadowską wiarę?

Dlaczego teraz, kiedy chrzcił Jagiełło,

Lud nie zaszemrał? I poszli kapłani

Cicho, milczący? I padły świątynie,

I krzyże wstały, panujące czoło

Wzniosły, a na twarz runęły bałwany2368?

Lud biegł kupami, ochrzcić się pośpieszał?

Czemu? — Bo Litwy jasne dni skończyły2369,

Bo nowe słońce zaświecić jéj miało,

Starego życia godziny wybiły,

I legła w grobie z dawną swoją chwałą!

Krótki był dzień jéj! Słońce u zachodu,

Na wschodzie innéj wiary promień świta,

I krzyż zajaśniał u kraśnego wschodu —

Lud zachód żegna, nowe słońce wita.

XLI

Kto na wileńskim zamku panuje?

Kto się na Krzywym weseli Grodzie?

Kto dnie i nocy hula, ucztuje?

To Olgierdowicz. We swoim rodzie

Jagiełło wybrał na Wilno pana.

Skirgiełł z wilczemi usiadł oczyma,

Wziął w rękę Litwę, na wodzach trzyma,

A co pociśnie w silnéj swéj dłoni,

To krew wyciska, łzy Litwa roni.

Skirgiełł na Wilnie — Witold poddany,

Witold lennikiem Olgierdowicza.

W Grodnie się rozsiadł, rwie swe kajdany,

W myślach swe wojsko zbiera, rozlicza.

A Skirgiełł w Wilnie, na Krzywym Grodzie,

Mnichów pozbierał z Kijewskiéj Rusi2370,

Siedzi przy piwie, siedzi przy miodzie,

Pije i bije, biedny lud dusi.

W zamkowych oknach dzień i noc blaski,

Słychać śpiewanie i słychać wrzaski,

Dzień i noc świeci łuna ucztowa2371;

A lud strwożony tuli się, chowa,

Mija Gród Krzywy, do domów zbiega,

I ledwie dzieckich2372 z dala postrzega,

Jak wróble, jastrząb’2373 gdy na nie bije,

W lasy i góry przed niemi kryje.

Skirgiełło w Litwie. Smutno w czużynie2374!

Na Rusi przywykł gościć, ucztować.

Ciasno mu tutaj w małéj drużynie —

Ni z kim się napić, ni z kim polować.

— Pojadę na Ruś — woła pijany —

Niech dziką Litwę licho zabierze!

Lud wymęczony, biedny, znękany!

Zjadła go wojna, zjadło przymierze.

Cisnę a cisnę, i nic wycisnąć,

Ni z niego siłą datku wydusić.

Nieraz krwi struga musi wytrysnąć,

Nim do poboru potrafisz zmusić. —

Woła, i rogi napełniać każe,

Mnichów zwołuje, zwołuje straże,

Sadza na ławy, przepija z niemi;

A gdy znękani żarty pańskiemi,

Słowo mu jakie rzekną nieskładnie,

Woła na ludzi, rękoma skinie —

Wiodą w podwórzec — głowa upadnie!

Skirgiełł się śmieje. — Znaj mnie, psi synie2375!

I pusto w grodzie, pusto po siołach,

W kraju, jak gdyby świeżo po wojnie.

W zamku wesoło, na krwawych czołach

Trunek rozlany zabłysnął hojnie.

Skirgiełł weseli2376, śpiewa, ucztuje,

Ale mu na Ruś tęskniéj co chwila;

I róg po rogu duszkiem wychyla,

W drogę się jechać, w Kijew2377 gotuje.

W Rusi i miody lepsze, i głowy,

Kraśniejsze dziéwki, druhy weselsze,

W Rusi bogatsze z ludu obłowy,

I Skirgiełłowe serce tam śmielsze.


Noc była ciemna, wicher wył z burzą,

Grzmiał Perkun w niebie i ziemia drżała,

W wileńskim zamku ognie się kurzą,

A w ogniach cała, w okrzykach cała

Góra Zamkowa w burzy szalała;

I słychać było biesiadne krzyki,

I widać było ognie płonące,

Z okien wylatał2378 głos jakiś dziki,

I dymy czarne, i skry błyszczące.

W niebie szalało, szalało w grodzie.

Na każdy piorun wykrzyk wtórował2379

Skirgiełł tam w zamku, przy starym miodzie,

Swych ulubieńców, gości przyjmował.

W świetlicy wielkiéj okna otwarte,

Drzwi wywalone, w środku ogniska;

Dokoła pijane2380 postacie sparte2381,

Do śpienionego2382 miód leją pyska.

Ogień im w oczy, ogień na suknie

Skacze iskrami, płomieniem pryska,

Oni nie widzą, oni nie słyszą!

Gdy niebios piorun po ziemi huknie,

Aż się krawędzie ziemi kołyszą.

Pijani wszyscy! Co w gardło wleją,

To z pieśnią nazad wyjdzie im z gardła;

Tarzają w ogniu, z piorunów śmieją;

Rozum utonął, bojaźń umarła;

Miód im pozostał, co w mozgach2383 światy

Jasne maluje, złotem, szkarłaty,

Co strach odebrał, rozum wygonił,

Ciało obnażył, dusze odsłonił.

W niedźwiedziéj skórze, w miękkiéj pościeli,

Skirgiełł się z swemi druhy weseli.

U jego boku dziéwka pijana,

Tuli się, śmiejąc, do swego pana.

Piersi jéj nagie, oko jéj łzawe,

Rozwite2384 płyną po ciele włosy,

Usta krwią prysną, zda się, tak krwawe!

Niepojętemi mówią cóś głosy.

Krew na podłodze i krew na ścianie!

Czyja krew? Xiążę2385! powiedz mi, panie!

Ojca to dziéwki, matki dziewczyny!

Przyszli wypraszać córkę niebogę,

On ich krwią obmył swe zaślubiny,

Krew prysła w ściany, zlała podłogę.

Potém płaczącéj miód w usta leli2386,

Póki pijana, póki szalona,

Nie padła na pół martwa w pościeli,

Nie przycisnęła pana do łona.

A teraz patrzy na krew rozlaną!

Teraz się śmieje z plam na podłodze!

Skirgiełł ku sobie ciśnie pijaną

I pieśni każe śpiewać niebodze.

Rzucił na druhów oczy krwawemi.

— O, jak pijani! — Klasnął na sługi —

Ogień podłożyć pod pijanemi!

Niech ich żółtemi podleje strugi.

Zobaczym, jak się będą w płomieniu

Wić podpaleni. Czy ich wytrzeźwi? —

Posłuszna służba xięcia skinieniu,

Lecą pachołcy ku ognióm rzeźwi.

I płoną szaty, płonie świetlica!

Pęki podnoszą! Pan klaszcze w dłonie.

— O jakże pięknie drużyna płonie!

Jak im w płomieniach pięknie, do lica2387!

Pogasić ogień! dosyć płomieni!

Niech moja przyjdzie tu niedźwiedzica.

A okna zaprzeć i drzwi od sieni.

Zobaczym, jak ich czule uściska! —

Wnet z hucznym śmiechem rozewrą wrota.

Leci zgłodniała pańska służebna,

Wzniosła2388 na łapy, oczyma błyska,

I na pijanych, wpółmartwych, miota2389.

— Odważnaś! Meszko2390! Byłaś potrzebna!

Ślicznie-bo moje spełniasz życzenie!

Rwij cielska podłe, nie żałuj strawy! —

W komnacie przestrach, głuche milczenie,

A potém krzyki, potém bój krwawy.

Wzniesie się człowiek, pada rozbity.

Z krwawéj mu czaszki źwierz2391 mózg dobywa,

I ssie, cóś mrucząc; a Skirgiełł spity

Zabawce z łoża w dłoń przyklaskiwa2392.

— Precz mi z trupami! precz mi z niedźwiedziem!

Dawajcie rogi! znowu pić będziem!

Druhy tu do mnie! Bestje2393! na nogi!

Co? już padliście? nie podniesiecie2394?

Oknem ich, jak psów, rzucić na śmiecie!

Przypędzić z domów, wołać z ulicy!

Nowi przybędą wnet biesiadnicy.

I precz z tą dziewką! wygnać za wrota!

Przywieść mi inną, młódszą2395, weselszą!

Tą jakiś zły duch po łożu miota.

Dajcie mi młódszą, piękniejszą, śmielszą,

Co się nie zlęknie ognia, źwierzęcia,

Miodu, i swego pana xiążęcia! —


— Kto? do stu czartów! — Skirgiełł zaryczał,

Kiedy we wrotach rogi usłyszy. —

Jaki to tam pies tak zaskowyczał?

Kto śmié w noc poźną2396 drwić z mojéj ciszy,

Kiedym przykazał, by z Litwą całą

Wilno usnęło, kamieniem spało,

I tchnąć nie śmiało, i drgnąć nie śmiało? —

Wzniósł się na łoże, a w drzwiach ukaże

Witold. I słudzy padli na twarze.

On pięść złożywszy, zęby zacisnął,

I klątwą dziką w oczy mu prysnął.

— Słudzy ci czołem, ty bij mnie2397, sługo! —

— Ja! tobie? Xiążę! poczekasz długo,

Nim Kiejstutowicz czołem uderzy!

Nikomu jeszcze nie biłem czołem! —

— To mnie uderzysz, lenniku hardy!

Wiész, że xiążęcą czapkę ja wziąłem,

W ręce xiążęcy miecz wziąłem twardy. —

— O! wiém! lecz widzę na twojém czole

Miód, nie koronę; a w twojéj dłoni

Róg, co podżega cię na swawole,

Z głowy ci resztę rozumu goni2398. —

Skirgiełł się porwał, chciał rogiem rzucić,

Ale bezsilny padł na podłogę.

— Po co przyszedłeś? pokój mi kłócić2399!

Idź w swoję2400 drogę! idź w swoję drogę!

Albo cię każę ściąć tu przed sobą! —

— Mnie ściąć? Bezsilne, rozpustne źwierzę2401!

Ja bym ulęknąć miał się przed tobą? —

Rzekł, i z uśmiechem za brodę bierze,

Spójrzał2402 mu w oczy, głową potrząsa.

Skirgiełł za rękę szarpie i kąsa.

— Patrzcie, o, patrzcie! Pan to tutejszy!

Oto Jagiełło dał Litwie pana!

Biedny mój kraju! Pan twój dzisiejszy

I drewnianego niewart bałwana2403.

Niechby Jagiełło widział cię, xiążę,

W błocie i we krwi obluzganego,

I namiestnika ujrzał swojego,

Jak z podłym2404 gminem rozpustny wiąże,

Jak wieprzem w błocie podły się tarza,

I na swych braci w szale odgraża!

Litwo! o Litwo! biednaś ty ziemia!

Na takich panów ręceś popadła!

Twoje się stare słońce zaciemia2405,

Piękna twarz twoja zżółkła, pobladła! —

Puścił pjanego2406 Skirgiełły brodę.

Ten pieni2407 z gniewu, w gniewie bełkocze:

— Na pień lennika! na pień wywiodę!

Serce mu wyjem, krew mu wytoczę! —

Witold ramiony2408 ruszył z pogardą.

Na próżno Skirgiełł ciągnął się, wrzasnął,

Chce go pochwycić. On popchnął hardo,

I drzwi za sobą, śmiejąc2409, zatrzasnął.

Jedzie i duma, śpieszy do Grodna,

W Podlasie bieży, zbiera swe woje.

— Na Bogi! Litwa lepszego godna!

Skirgiełło! w ręce popadła twoje!

Niedługo będzie królować źwierzę,

Przyjdzie silniejszy, swoje zabierze. —

Mówił, lecz napaść sił miał za mało.

Walczy sam z sobą, choć wre w nim męztwo2410.

Rozum wątpliwe wskazał zwycięztwo2411;

Każe mu czekać — czekać przystało.

Skirgiełł niedługo w Litwie pobędzie,

Na Połock rusza — czas Witoldowi;

Pójdzie na Wilno, w Wilnie usiędzie,

A wówczas biada Polski królowi!

XLII

Rannym snem usnęły i straże, i wojsko,

I Wilna mieszkańce, i zamku załoga.

Na wschodzie się brzaskiem złociło już niebo,

Wiatr dźwięki przynosił rozbite z daleka,

I liście jesienne, z drzew żółtych urwane.

Na Wilnie śpi wszystko; lecz Hanul Nakiemna,

Co znowu sam został na straży stolicy,

Nie zaśpi, na wieży już siedzi wysoko,

Na drogi, na cztéry, posyła on oko:

Na drogę od Grodna, od Lidy po Piaskach,

Na drogę wzgórzystą od zamku trockiego,

Za Wilią na góry i na Antokole.

A wszędzie spokojnie. Z kościołka2412 Marii

Powolnie2413 się dzwonek na jutrznię rozlega.

Lecz cóś2414 tam ciemnieje w Antokolskiéj drodze!

Nie bydło, bo paść go nie pędzą w tę stronę,

Nie konie załogi z noclegu spędzone,

Nie Skirgiełł — w Połocku on teraz nad Dźwiną.

A orszak ku bramóm podsuwa się, skrada.

I w duszy Hanula cóś skrycie powiada:

— To wróg się na pańską zasadził stolicę! —

Laskami powolnie hufce się zbliżają,

Wilii brzegami piechotni2415 czołgają,

A konni rozpierzchli w Popławskiéj Dolinie,

Migną, to ukażą; któś wnijdzie2416 i zginie.

Wnet Hanul zatrąbił i woła na straże,

Sam pędzi ku wrotóm2417, zamykać je każe.

Wybiera swych ludzi, sam konia dosiada,

— Za króla Jagiełłę! — zawołał — tam zdrada! —

Zaledwie dopędził, gdzie na Antokole

Kończą się usypy, wał i zaborole2418,

Już postrzegł, że chwila o mieście stanowi.

Pośpiesza ze swemi, we wrotach sadowi,

Po wałach rozsypał żołnierzy wzdłuż drogi,

Sam z garstką wyjechał nielicznéj załogi.

Już u wrót, u murów przyparte drabiny,

I warty zabite, i ogień zażgniony2419!

Toż samo od lidzkiéj poczęto już strony.

Sam Witold, na czele Podlasian i Żmudzi,

We śnie chciał stolicę podstępem pochwycić;

Lecz nie dał mu Hanul zwycięztwem2420 pocieszyć2421.

I Witold odparty odstąpił ze swemi.

A ognie zgaszono, drabiny złamano.

I Hanul z przestrachu ochłonął ciężkiego,

Pot z czoła zrytego obciera kroplisty,

Rozstawił strażników, na zamek powraca.


Na próżno się Witold o miasto ubiega,

Fortelem, nocami pod mury podkrada!

Już stary nie zaśnie; on czuwa a czuwa;

I czy to noc czarna na niebo zapada,

Czy brzaski poranne u wschodu zaświecą,

Czy wieczór spokojny na spoczynek woła,

On nie śpi — Witolda zna z dawna, z młodości;

Wié, że się nie zrazi stokrotną przegraną.

I we dwa dni potém znów od Antokola

Na czaty spokojne Żmudź cicho podpełzła;

Lecz chociaż we wrotach straż widnych2422 nie było,

Wnet hufiec się silny zza bramy wytoczył;

A Witold za lasy wierszupskie uskoczył,

Na Wilno gniewliwém poglądając okiem.

Tak wołał po dwakroć od niego odparty:

— Na próżno, Hanulu! Jagiełło! mój bracie!

Na próżno bronicie, daremnie czuwacie!

Na Bogi litewskie, na imie2423 ojcowskie,

Na matki méj głowę, na pamięć mych dziadów,

Ja panem tu będę! i prędzéj czy poźniéj,

Ja siądę na zamku, ja grodem owładnę!

Nie waszym to rękóm2424 na Wilnie panować!

Nie Skirgiełł rozpustny kraj wielki utrzyma!

Żegnam cię, stolico! lecz wprędce powitam,

Nawiodę tu wrogów i ludu napędzę,

I siłą, czy zdradą, czy życia ofiarą,

Choć chwilę przed śmiercią nad Litwą usiędę,

Choć chwilę przed zgonem z koroną na głowie

Od morza do morza płaszcz krwawy roztoczę,

I berło złociste nad Rusią podniosę!

Na próżno! Jagiełło! rodzie Olgierdowy!

Sprzymierzcie się wszyscy, ja wszystkich pożyję2425!

I Lachy za wami, Ruś będzie za wami,

I Niemcy niech będą, ja wszystkich pobiję! —

XLIII

W komnacie ciemnéj, za stołem pokrytym

Suknem do dołu, xięgami2426 zasłanym,

Pargaminami2427 zawalonym stosy,

Stał krzyż z hebanu, z ozdoby2428 srébrnemi;

Na nim Zbawiciel; u nóg trupia głowa;

A obraz Boga, sześcią2429 skrzydeł strojny2430,

Dwóma2431 ku niebu podnosić się zdawał,

Dwóma ku ziemi spuszczał litościwy,

Dwóma okrywał święte ciało swoje;

Na stole złotych dwoje świec2432 gorzało;

Zegar piaskowy, szemrząc, pokazywał,

Jak czas nieznacznie po ziarnku upływał.

Nad kartą pisma stary człowiek siedział;

Czarną miał suknię, na niéj krzyż wyszyty,

Na głowie czapkę czarną, siwą brodę,

Oczy przygasłe, policzki wychudłe;

Żylastą ręką pargamin uciskał,

Jakby myśl jaką wycisnąć chciał z niego;

Podparł się, dumał; potém rzucił kartę,

I troski z czoła scierając2433 uparte,

Przechylił, spójrzał2434, wykrzyknął zdziwiony.

Naprzeciw niego, z drugiéj stołu strony,

Stał niemy człowiek, niewielkiéj postawy;

Włos ciemny czoło wysokie osłaniał;

Broda bez włosa; twarz bez wąsów, biała,

Mimo kobiécych rysów, w sobie miała

Surowość męzką2435, dumę nieugiętą,

Upor2436 żelazny i wolę zawziętą;

Brwi się na czole schodząc namarszczone,

Dwóma brózdami2437 zaorały skórę;

A usta blade i silnie ściśnione

Śmiały się niby, śmiały niewesoło,

Jakby szydziły, jakby pewne siebie,

Rozkazem, groźbą ciężką zionąć miały.

Starszy był mistrzem Krzyżaków Zakonu,

A młódszy2438 — Witold, co Krzyżaków zdradził.

Teraz on nazad do mistrza powraca:

Bo był w Mazowszu, a Jagiełły krewny,

Xiążę2439 Ziemowit odmówił pomocy,

Olgierdowicze powstali na niego,

I nié ma w nikim, prócz mistrza, nadziei.

— Wy tu! — mistrz z zgrozą i dziwem2440 wykrzyka2441.

— Jam tu, w twych rękach — Witold mu odpowié. —

Zdrajca! wszak prawda? to powiedzieć chciałeś?

Więc zdrajca w twoje znów przybywa ręce.

Słuchaj! na próżno łudzić się kłamstwami,

Wyście mi synów w Królewcu otruli.

Jam, mszcząc ich śmierci2442, Jagielle przebaczył.

Jagiełło Wilno Skirgielle oddaje,

Litwę na ręce plugawe powierza,

Mnie kark uginać każe przed tym źwierzem!

Ja znowu do was przychodzę z przymierzem.

Chcecie? nie chcecie? Słowo — rzecz skończona.

Kłamstwa nie cierpię. Mów mi prawdę gorzką,

A mów otwarcie. Jakem wszedł, wychodzę,

I wasze zamki popalę po drodze. —

— Xiążę! — mistrz rzecze — wy nas dobrze znacie.

My także wrogi2443 Jagiełły i Lachów.

Czy możem rękę, którą wyciągacie,

Odepchnąć, aby pomścić się przeszłości?

Lecz cóż zaręczy, że z Jagiełłą znowu

Wy nie złączycie? nie zerwiecie z nami? —

— Ostróżni2444 bądźcie, miejcie mnie na oku!

Daję wam słowo i pieczęć na karcie.

Zakon wié, komu i kiedy dowierza.

Chcecie? nie chcecie mojego przymierza?

Ja potrzebuję pomocy Zakonu,

I będę waszym, waszym druhem wiernym;

A jeśli Litwy rządami owładnę,

Mistrzu! wszak wielkie nagrody weźmiecie! —

— Starą umowę odnowić więc chcecie? —

— Starą lub nową zawrę, byle z wami

Pomścić się na tym wileńskim niedźwiedziu,

I na zlaszałym2445, bezmozgim2446 Jagielle,

O, i na braciach, Mazowsza xiążętach,

Co teraz skomlą w Jagiełłowych pętach,

I że Jagiełło dał Ziemowitowi

Siostrę swą Olgę2447 i radomską ziemię.

Gdym do nich przyszedł o posiłek2448 prosić,

Zimném wejrzeniem na wrota wskazali! —

Mistrz słucha mowy, a wzrok mu się pali.

— Zgoda — rzekł — zgoda. Zawrzemy przymierze.

Chcecie się pomścić? dopomożem szczérze.

I nam Jagiełło stoi w gardle ością,

I nam Mazowsza dojadły xiążęta!

Skirgiełł! I Skirgiełł sroższy nad źwierzęta,

Dziki rozpustnik, pijaństwem swém wściekły! —

Witold mu rękę podaje. — Więc zgoda.

Mistrzu! każ pisać, każ wojsko gotować.

Moje mnie czeka na żmudzkiéj granicy.

Pójdziemy mścić się, polecim plądrować!

Czasu nie traćmy, by Jagiełło z Lachy

Nie ubiegł Wilna, swemi nie obsadził,

By Skirgiełł z Rusi wojska nie sprowadził.

Pójdziem! —

— Pójdziemy. Zwołam jutro radę;

Sam na mych braci czele wyjdę w pole. —

— A teraz, mistrzu, wyznacz zamek który,

Gdzie bym bezpieczny mógł przebywać z memi.

Mnie już nie siedzieć na litewskiéj ziemi!

Żonę, rodzinę, na zakład2449 ci daję. —

Mistrz w oczy spójrzał2450. — Sam wybieraj, xiążę!

Lecz pomnij, kto się raz z Zakonem zwiąże,

Zerwie umowę, Zakon raz przebaczy;

Za drugą zdradę zapłaci swą głową. —

XLIV

Dwóma2451 na Litwę drogami

Wojska się toczą niezmierne:

Jedne się w Niemnie napiły,

Drugie napiły we Dźwinie,

I w biedną Litwę skoczyły.

Kiedy po burzy z pagórków

Potok błotnisty się wali,

I wszystko niszczy po drodze,

Kłosy na polach wybija,

Drzewa po lasach roztrąca,

Mniéj zniszczy, niżli w pochodzie

Krzyżak, gdy wejdzie na Litwę.

— Ochrzczeni! myśmy ochrzczeni!

Myśmy wam bracia w Chrystusie! —

Woła lud, zgiąwszy kolana.

— My cię chrzcimy krwią i mieczem!

Odpowiadają Krzyżacy,

I idą w Litwę głęboko,

Ranami ziemię płatają!

Ciecze krew, płomienie świecą,

Pola w garść idą popiołów,

A lud w krzyżacką niewolę!

Reszta w lasy nago bieży,

Karmi się korą zgłodniała,

Z dzikiém źwierzęciem po borach!

Witoldu2452 chce się pod Wilno.

— Rany ja Litwy zagoję,

Gdy ją wezmę w ręce moje.

Teraz mi dobyć stolicę,

Teraz odzyskać dzielnicę,

Ojcowskie Troki dobywać. —

Przyszli pod Trockie Jezioro.

Ale u zamków na straży

Polacy stali wokoło.

Stary im Hanul dowodził.

Objęli Troki, spalili,

Zamek nietknięty pozostał.

Witold go gniewnie porzucił,

Wojsko do Wilna zawrócił.

— Łatwiejszą Wilno zdobyczą. —

I w nocy pod Wilno idą,

Pod Gedyminowe grody.

Ale strzeżone tu bramy,

Ale obsadzone wały,

I polska wiewa2453 chorągiew

Z zamku Turzyska górnego;

Polacy już i tu siedli;

A Mikołaj z Moskorzowa

Przysiągł nie poddać stolicy,

Póki jednego żołnierza,

Dopóki jedną choć rękę

Mieć będzie na jéj obronę.

Krzywy Gród wały obsiadły,

Kobylenie, zaborole;

Głębokie rowy Wilii

Wodami toczą dokoła.

A ile razy Krzyżacy

Potkną się na polskie siły,

Wszędzie zepchnieni2454, cofają.

Mistrz brodę szarpie zajadły,

Witold włos z głowy wyrywa.

— Będziesz moje, będziesz — woła —

Choćbym miał całe me życie

Patrzeć na cię i zdobywać,

Choćbym miał ptakiem tam wlecieć,

Choćby się ziemią podkopać!

Wnet wojsko swoje sprowadza —

Wié, że Skirgiełło ma wracać.

W nocy do bramy przychodzi,

Jakby wiódł z Rusi posiłki.

Lecz próżno w wrotach domaga2455,

Aby go wewnątrz puścili:

Bo Mikołaj z Moskorzowa

Poznał, czy przeczuwał zdradę.

Z tyłu Witolda zachodzi

I do odwrótu2456 przymusza.

Klnąc Lachów, Witold uchodzi;

Mistrz za nim ciągnie z swą siłą;

A w drodze żyzny kraj niszczą;

Bo Witold w duszy powiada:

— Niech zna2457, z kim walczy, Jagiełło!

Łatwiejszy będzie do zgody. —

Potém, gdy Malborga2458 blizko2459,

Witold wiernego Małdrzyka

Jagielle z słowem posyła.

— Chcesz zgody? — oddaj mi Wilno;

Chcesz zgody? — zerwę z Krzyżaki.

Prędzéj czy poźniéj2460, w stolicy

Ja z władzą wielkoxiążęcą2461

Usiądę, bracie, usiądę! —

Poseł w polską ziemię śpieszy.

Jagiełło wszystko przyrzeka.

— A teraz z wami, Krzyżacy! —


Nocą z malborskiego zamku

Witold skoczył z garścią swoich.

Żonę i córkę wyprawił

Przodem, na Żmudź swą rodzinną,

Do matki Biruty staréj,

Która na morskim gdzieś brzegu,

Gdy Litwa wkoło się chrzciła,

Wierna starym Bogóm swoim,

Praurymy ogień nieciła.

On sam, wśród nocy, swe siły

Zbiera, szykuje, rozgląda2462.

Z Malborga w mroku wychodzi.

Trzy zamki z krzyżackich włości

Pali i łupi po drodze.

Wielki mistrz ujrzał trzy łuny,

I odblask widział pożarny;

Ale nie wiedział, co znaczą —

Czy Polacy naszli Prussy2463?

Czy z Rusi wrogi2464 wyrosły?

Szle2465 na wszystkie strony posły2466.

Wszyscy śpieszą z odpowiedzią:

— Witold braci wymordował,

Zamki spalił, zdradę sknował2467! —

Uszóm mistrz swoim nie wierzy;

Zbiera wojsko, w pogoń śpieszy.

Ale już Witold w Podlasiu,

Śmieje się z sztuki, raduje.

A do Jagiełły wysyła.

— Oddaj mi Wilno, mój bracie!

Oto zerwałem z Krzyżaki,

Trzy zamki mnichóm spaliłem. —

Jagiełło w polskiéj był radzie.

Dokoła z brody siwemi

Wojewodowie siedzieli.

— Co z Witoldem począć? — pytał.

Aż starszy, Spytek z Mielsztyna,

— Co począć? — rzecze. — Dwa razy

Zdradził Krzyżaków, rozjątrzył,

Trzeci raz mu nie uwierzą.

Można już zapomnieć o nim.

Dla Polski wróg to niestraszny.

Oddać mu Wilno!! Nie, panie!

On by od Polski się z Litwą

Oderwał. Silnego ducha,

Gdy dziś, nic nie mając, straszył,

Cóż będzie, gdy weźmie Wilno? —

A słowa Spytka z Mielsztyna

Wszystkim do serca trafiły.

Jagiełło posła odprawił,

Na dalsze czasy zostawił

Resztę z Witoldem układów.

A poseł widział, że w Polsce

Źle o Witoldzie cóś myślą.

Zawiodła zgoda mniemana.

Śpieszy do Grodna posłaniec,

Śpieszy w nadniemeński zamek,

Gdzie Witold siedzi na wieży

I czeka jego powrótu2468;

Śpieszy, lecz z głową spuszczoną,

Nie śmié poselstwa objawić.

Witold rozpoznał na czole

Niedobrą wróżbę przyszłości.

— Mów mi złe, a mów mi skoro!

Na złe lekarstwo jest w ręku,

Póki wyleczyć je pora. —

— O panie! — goniec mu szepce —

W Polsce źle słychać o tobie.

Radzi2469, żeś zerwał z Krzyżakiem.

Ani ci Wilna dać myślą.

Boją się, byś z większą władzą

Z polskiego nie chciał uścisku

Wyrwać się swobodny w pole. —

— Tak! więc Polacy się boją!

Zgadli! o! zgadli myśl moję2470!

Niech jutro wojsko się zbiera;

Niech trzechset2471 ludzi o świcie

Śpieszy drogami różnemi

I do Wilna wejdzie skrycie;

Niech się po mieście rozproszą

I głosu mego czekają.

Ja w tropy idę za niemi.

Sprawimy w Wilnie wesele,

Wesele siostrze Ryngali!

Henryk, mazowieckie xiążę2472,

Chce Kiejstutównę poślubić.

Sprawim wesele w stolicy!

Wszakżeśmy z Jagiełłą w zgodzie. —

Rzekł, śmiechem usta wykrzywił.

Rozkazy daje, i rano

Z grodzieńskiego zamku śpieszy,

Ku Wilnu idąc dniem, nocą.

A wojsko jego rozbite2473

Małemi toczy2474 kłębkami,

Lasy przedziera2475, górami.

On sam na orszaku przedzie,

Trzysta wozów tylko wiedzie.

W trzechset2476 wozach z miodem beczki;

Dziki źwierz u Białéj Wieży2477

Na wielkich łowach pobity;

Skrzynie z wianem i darami;

A pod skrzyńmi2478, pod beczkami,

Cztérechset2479 zbrojnych Żmudzinów.

Mrok padał2480, wozy piaskami

Powoli w miasto ciągnęły;

A miasto spało gdzieś w dole,

I tylko okny drobnemi

W pomroce z dala świeciło.

Wóz piérwszy przybył do bramy.

— Kto? — zapytały się straże.

— Wozy z wianem i przybory

Na Kiejstutównéj wesele.

Witold nas, pan nasz, posyła.

Z Jagiełłą xięciem on w zgodzie.

Chce się w stolicy weselić. —

I piérwsze wozy już wchodzą,

A niecierpliwi żołnierze,

Podnosząc skóry nad głową,

Czekają Witolda znaku.

Wtém z zamku Sudzimund stary

Wypadł, ku wrotóm2481 przybiega;

Długi sznur wozów postrzega;

Pyta, ogląda się na nie.

Na jednym skóry zadrgały,

Dwie się twarze ukazały.

Wnet zbrojny ufiec2482 obwodzi

Z krzykiem wozy Witoldowe,

I wpadają na Żmudzinów,

I odwalają opony2483,

Mordują w wozach ukrytych.

Krzyk się rozlega daleko,

Strach napastników owładnął,

Pomoc od bram nie przybywa,

Z zamku załoga napływa,

Nié ma jak walczyć i bronić.

Sudzimund już wymordował

Jednych, za drugiemi goni.

I Witold, klnąc, bieży drogą;

Bieżąc, do Wilna odwrócił2484.

— Będziesz moje! będziesz moje! —

Rzekł, rękę w górę podnosząc. —

Sto razy padnę popchnięty,

Sto razy wrócę pod bramy,

Aż cię nareście2485 pochwycę;

Aż Litwa w ręku mych2486 cała

Powstanie wielka i sławna;

Aż Jagiełło na swym tronie,

Mistrz zadrży w Marii grodzie2487,

Ruski kniaź na Moskwie białéj. —

Raz jeszcze okiem, w noc ciemną,

Gniewném rzucił, i znikł w mrokach.

XLV

Gdzie Witold pośpieszał? dokąd z garstką ludu,

Na siwym swym koniu, dniem i nocą goni?

Czy na Żmudź, do matki Kiejstuta poddanych,

Po nowe zasiłki, po wojsko liczniejsze?

Czy na Ruś do kniaziów zawierać przymierze,

I z niemi na Lachy puścić się w zagony?

Czy razem z Tatarem pić wodę Dniestrową,

Białogrodzką2488 ordę2489 na Jagiełłę zmawiać?

Nie na Żmudź on śpieszy, nie na Ruś, do Tatar2490

Znowu do Krzyżaków z chmurném jedzie czołem.

Dwa ich razy zdradził, trzy im zamki spalił,

I krwi ich utoczył, i ziemie spustoszył,

Znowu do nich jedzie, znów o pomoc wzywa.

Lecz mistrz umarł stary; nowego wybrano.

Kto wié, jaka będzie z nowym mistrzem sprawa?

Z małą garstką ludu do Marii miasta2491,

We wrota zastukał, odmieniwszy imie2492.

Do mistrza z poselstwem z Litwy przyszedł głębi.

I nikt go nie poznał, na zamek wpuszczono.

Na zamkowéj sali w nocnym siedział mroku

Mistrz nowy, komturów otoczony radą.

Jakieś xięgi patrzą2493, listy przed się kładą,

I cicho cóś2494 szepcą, a czoła zmarszczyli.

Wtém podwórzec tętni, trąbka się ozwała.

— Do mistrza! Nieznany chce się widzieć xiążę2495. —

Wnet bracia w krużganki rozbiegli się cicho;

Mistrz sam się pozostał2496, usiadł w wzniosłym tronie,

Czeka. Drzwi otwarły2497 — Witold wchodzi dumnie.

On spójrzał2498 i porwał2499, i stoi milczący,

Bo poznał Witolda, a boi się zdrady,

I lęka, czy zamku nie ubiegł2500 ze swemi?

— Cny mistrzu! — rzekł Witold — otom u was znowu!

Z prośbą po raz trzeci, do was, do Zakonu. —

— Z prośbą? do Zakonu? Wy ze mnie szydzicie! —

— Na Boga, nie szydzę. Jagiełło mnie zdradził,

Ja zdradzam Jagiełłę, i do was znów idę. —

— Lecz Zakon ci, panie, trzy razy wszak wiary

Dotrzymał, nie zawiódł. —

— O! Zakon dotrzymał

Obietnic, gdy dwoje w kolebce struł dzieci! —

Mistrz głowę opuścił.

— Zapomnim przeszłości.

Jam u was! — pomożcie2501! Zapłacę Krzyżakóm

I sławą, i ziemią, i wojną z Lachami,

Zapłacę sowicie, co dla mnie zrobicie. —

Mistrz czoło pociera, komturów zwołuje.

Już wieść się rozeszła, że Witold na zamku,

Więc śpieszą i wkoło siadają naradzać2502.

Długo w noc się sporzą2503 i ostro ścierają.

A Witold uśmiécha2504. On pewny, że znowu

Odepchnąć go nie śmią. I nim dzień zaświtał,

Na karcie przymierza ciśniono2505 pieczęcie.

— Teraz — rzekł do mistrza — nie tak nam wojować.

Ja pójdę do swoich, od chaty do chaty,

Od sioła do sioła; a kto łuk naciągnie,

Kto procą wyrzuci, kto pałkę podniesie,

Ja wszystkich zabiorę; ja spędzę wam tłumy

Ze Żmudzi, z Podlasia, od Rusi, ze stepu,

Gdzie konie tatarskie w morzu się kąpają2506;

Ja pójdę i płacić, i prosić, i silić2507,

Ja zbiorę wam wojsko jak chmurę szarańczy,

By Litwę zalało, zniszczyło, zajadło,

Jak pomor2508, jak pożar na kark jéj upadło.

Wy, mistrzu, pójdziecie po Niemcach, po braciach,

W zamorskie krainy, w daleki kraj waszy2509,

I w imie2510 swéj wiary zwołacie do boju

I panów, i xiążąt, szlachtę, gmin i miasta.

Niech wojsko potężne, olbrzymie wyrasta.

Nie czas nam garstkami walczyć już małemi.

Nam Litwę zajechać, i jednym obozem

Od morza do morza położyć széroko.

Ja idę do swoich; do swoich wy szlijcie2511,

I proście, i płaćcie; zwołajcie Krzyżowych.

A teraz milczenie! Siły swe gotujmy,

I w próżnéj się walce nie możmy2512 przed czasem. —

Tak mówił. Z iskrzącém mistrz słuchał go okiem;

Szedł myślą zniszczenia za wojska potokiem,

I widział Jagiełłę, jak konał w objęciu

Nawały krzyżackiéj, jak ziemia széroko

Płonęła, gorzała i krwią się zlewała.

Aż twarz mu kraśniała i pierś mu buchała.

Za rękę Witolda pochwycił i trzyma.

— Czas drogi — rzekł Witold — do Grodna pośpieszam.

Jagiełło w Podlasiu już zamki mi bierze.

Nim Grodna dosięże i mnie tam zastanie,

Zbierajcie swe wojsko, zbierajcie, na Boga!

Ja gońców rozeszlę2513 na dziewięć pokoleń —

Co żyje powstanie, co żyje zgromadzę! —

Nazajutrz o świcie znów Witold się pędzi2514.

Nie zasnął, nie spoczął. Gdzie sen mu? spoczynek?

Jagiełło dni dziesięć pod Brześciem już stoi.

Choć mrozy mu wojsko, choć głód go pożywa2515,

On krokiem od Bugu nie poszedł, aż w grodzie

Załogę osadził, i Hinczę z Rogowa

W dziedzinie Kiejstuta na straży postawił.

Ciągnie na Kamieniec2516, łatwo go zdobywa,

Bo miejsce to płaskie i rzeka obléwa

Niewielka, ni strome broniły urwiska.

Choć dziewięć swych tylko do szturmu wiódł secin2517,

Na wieży zamczyska już orzeł powiewa,

A Zyndram Miaskowski w Kamieńcu dowodzi.

Już ciągnie do Grodna. A Witold pośpiesza

Na odsiecz zamkowi. I nie zbiegł2518 na porę.

Jagiełło po lodach przez Niemen przeprawił,

Dokoła zamczyska swój obóz rozstawił,

A szturmem nie mogąc, chce dobyć go głodem,

I czeka posiłków od braci, od Rusi.

Skirgiełło zwołany, Włodzimierz kijowski,

Korybut z Siewierza, pod Grodno przyciągną.

Stał Witold naprzeciw za rzeką i lody2519;

Chce przebyć, do zamku dostać się swojego,

Lecz Niemen széroko rozpuścił swe wody,

Kry chwycił, rozerwał, Jagiełłę odgrodził.

A Witold z przeciwnéj góry się szańcuje,

I patrzy, jak biją do murów tarany,

Jak jego pomocy załoga wyzywa2520,

Klnie Polskę z Jagiełłą, rwie włosy na głowie,

I gońca za gońcem posyła co nocy:

— Nie poddać mu zamku, choć wszystkim wyginąć! —

Jagiełło chciał odejść, lecz polscy wodzowie

Wciąż mówią: — Dobędziem! — i wciąż go trzymają.

Już w polskim obozie głód ciężki blademi

Rozpiął się skrzydłami; i żołnierz wymiera,

Chleb z ością i kłosem przegniłym pożera;

Dla koni daleko szukają posiłku,

I strzechy odarte zgłodniałym rzucają;

Mrą ludzie w obozie! Jagiełło chce wracać,

Polacy nie dają, i mówią: — Zdobędziem! —

A Witold? On patrzy, na oczach mu żarem

Pali się chęć zemsty. Nie przebrnąć za Niemen,

Ni dostać na zamek. Codziennie załoga

Posyła, wołając: — Ratuj nas! giniemy! —

On patrzy i duma; co począć, sam nie wié;

Klnie cały świat boży w rospaczy2521 i gniewie.

Na koniec pomyślał — przez rzekę łańcuchem

Zarzucił i łodzie do ogniw posplatał2522,

Wojsko swe przez Niemen do zamku przeprawia.

Wtém z góry puścili Polacy bierwiona2523,

I kłody ogromne, i sosny z gałęźmi,

A Niemen je niesie na łodzie Witolda,

A Niemen o łodzie drzewami uderza,

I toną w niemnowych wód głębi Litwini,

Łańcuch się rozdziera, czółna pęd porywa,

A z mnogiéj wyprawy, na stronę przeciwną,

Na obóz Jagiełły jeden człek przybywa.

Na próżno, gdy płynął do wroga ku brzegu2524,

Witold nań zawołał, by raczéj utonął,

Niż sam szedł w niewolę; na próżno strzałami

Na zdrajcę puszczali2525, bo zdrajca wypłynął,

I wszystko powiedział, co Witold zamyślał.

Polacy do zamku na nowo szturmują,

Już mury się walą, rowy napełniają,

I wieże rozbite padają na głowy,

Polaków i Litwę gruchocząc pod sobą!

Wyłomem Jagiełły cisną się żołnierze.

I nie chce już Witold bezsilny poglądać

Na swoję sromotę. — Obozy — rzekł — związać2526. —

Siadł na koń, milczący ku Prussóm2527 pogonił.

XLVI

Nigdy, jak Litwa pamięcią zasięże2528,

Straszniejsza na nią powódź nie spłynęła!

Ani tatarska tak straszną nawała,

Ni lackie wojny w Olgierdowéj ziemi!

Od czasów, kiedy wzdęte rzek powodzie

Zlały jezioro u Białego Morza2529;

Kiedy się ziemia pod Perkuna dłonią

Trzęsła, i w góry, w doliny skrajała,

Wodami cała spłynąwszy wysoko;

Od czasu, kiedy z wschodniéj przyszłe2530 ziemi

Olbrzymów plemie2531 w bursztynowych brzegach

Usiadło2532 — wojsk się nie zebrało tyle

Na Litwę biedną! Zda się, kopytami

Ziemię rozdepcą2533, z rzek wodę wypiją,

Jedną mogiłą cały kraj pokryją.

Powstał mistrz. Wielkim głosem ku zachodu2534

Zawołał braci. Z daleka, zza morza,

Kędy się słońce kąpie w oceanie,

Idą rycerze na mistrza wołanie:

Z angielskiéj ziemi, z francuzkiego2535 kraju,

Z niemieckich lasów liczne ufce2536 płyną,

A każdym ufcem dzielny mąż dowodzi;

Idą łucznicy z dalekiéj gdzieś ziemi,

Wloką się działa z paszczami strasznemi;

Chorągwie dziwne nad wojskiem szeleszczą.

Obcych języki piérwszy raz o lasy

Litwy odbite, nigdy niesłychane,

Pieśnią rycerską powietrze wzruszają.

Konie rycerzy — olbrzymiego rodu,

Postawy silne, a każdy na sobie

Dźwiga żelazną, świecącą zbroicę,

W żelaznym szłyku blade czoło kryje,

W żelazne wiżos2537 nogi obuł silne,

I łuk na plecach dźwiga, co go w Litwie

Ni podnieść człeku, ni wypuścić strzały.

Łupem jednego obcych wojsk żołnierza

Dziesięciu Litwy mężów byś uzbroił.

A wszystkich Witold na Litwę sprowadził!

Na Litwę swoję! On rzekł w duszy hardéj:

— Musi być moją! ja będę panować

Choćby nad pustą litewską mogiłą!

Choćby nad puszczą z dzikiemi źwierzęty2538! —

On rzekł i zwołał ufce wojowników;

A jak się chmura czarna w troje2539 dzieli,

Kiedy ją wiatr rozporze2540 na szmaty,

Tak wielkie wojsko rozbiło na troje,

I idzie, Litwie śmierć niosąc i klęski!

Na polach Kowna piérwsi się gromadzą,

Złączyli wszyscy i ciągną pod Troki.

Zamek nie ustał; działa go podarły;

Upadły wieże, bramy się rozwarły.

Weszli zwyciężcy2541 na zwaliska grodu.

Miasto spłonęło, lud poszedł w niewolę,

Trupy pływają po mętném jeziorze.

Pusto i głucho! tylko rybitw2542 biały

Skrzydełka kąpie, muska jego wody;

Tylko się krucy2543 na ruinach chmurą

Zwalili, szarpać kościotrupy krwawe.

A Witold westchnął, patrząc na zniszczenie,

I wskazał ręką — ku Wilnu pójdziemy! —

Idą pod Wilno. Na Szyszkińskiém Polu

Skirgiełł im z garścią Rusi zaparł drogę,

Z nim Światosławicz Hleb i syn Jawnuta,

Siemion Zasławski, kniaź Hleb Czartoryski,

I Iwan Lwowicz, i ruskie bojary.

Sparły2544 się wojska u stóp gór w dolinie;

A Niemcy, w prawą rozciągnąwszy stronę,

Objęli swoim żelaznym uściskiem

Ruś, co bezsilna z rospaczą2545 walczyła.

I wzejdą krzyki, i zaświecą strzały.

Jak tur się dziki rzucił między wrogów

Witold, i miecza dobywszy jasnego,

Szuka Skirgiełły, bo pragnie krwi jego.

Poza nim Niemcy gonią Ruś wylękłą,

I aż pod Werki2546 wybiegli za niemi.

Ziemia się trzęsie zryta kopytami,

Zielona trawa sczerniała, kraśnieje,

Krew, czérwonemi płynąc strumieniami,

Z pagórków, szumiąc, w doliny się leje.

Lipcowe słońce nad głowy rycerzy

Sieje promieńmi2547 z płomieni zbitemi;

A czarne chmury, z wiatry gorącemi

W twarz Rusi idąc, piaskiem w oczy sypią,

Jakby się także z Witoldem zmówiły.

Już ruskie wojska rozbite na poły,

Część leży w dole, nieforemna bryła,

Którą niemieckie roztłoczyły2548 konie,

Ludzi, rumaki w jedno ciało zbiły.

Druga część próżno ku Werkóm ubiegła2549,

Jazda krzyżacka ściga ją w pogoni.

A droga, kędy przeszli wojownicy,

Trupami, końmi, człońkami2550 znaczona,

Kędyś w zaroślach garścią mięsa kończy.

Trzecia część, któréj Skirgiełło dowodzi,

Już tył podała, i śpiesznie uchodzi

Na stare Wilno. Witold z mieczem w dłoni,

Krwią zlany cały, ślad w ślad za nim goni.

Ciężkie niemieckie ufce się zostały,

Z Witoldem tylko jeden poczet mały.

Lecz gdzie strach pędzi, dosyć garści ludzi.

Noc pada, xiężyc2551 na niebie się wznosi,

Skirgiełł uchodzi, Witold w plecach jego

Krwawi miecz wielki, obcina, zabiera;

Aż na przedmieścia wileńskiego grodu,

Bramy minąwszy, za Skirgiełłem wpada.

Tu żołnierz mordów i klęski niesyty,

Ogień pod domy rozrzuca széroko;

Wiater2552 się z burzą zrywając i gromy2553,

Pędzi płomieniem na przedmieścia chatki!

I fala ognia, jak rzeka wylana,

Płynie po dachach, lud z domostw wygania,

Szérzy się, idzie, roznosi, rozlewa.

Wszystko, co żyje, w Krzywy Gród ucieka.

Co pozostało, napastnik rozsieka.

A burza, warcząc nad Witolda głową,

Piorunem z niebios i gradem pomaga,

Płomień rozdyma2554 i przejmuje strachem!

Już jakby jedno płomienne jezioro,

Domostwa Piasków krwawym ogniem gorą!

Witold się patrzy, i ludzi rozgania

Pomagać burzy i zniszczenie szérzyć!

Chciał za Skirgiełłą do zamku uderzyć,

Lecz świéży z Grodu Krzywego posiłek

Stanął mu w poprzek. — Więc na jutro reszta —

Rzekł, i na Piaskach, w zniszczonym klasztorze,

Obóz rozbija i na swoich czeka.

Nazajutrz rano wojsko się przywleka.

Przybyli Niemcy obciążeni łupem,

Wioząc starszyznę, między bitwy trupem

Na polu walki poległą bez sławy.

Hleb Światosławicz, Siemion syn Jawnuta,

Zasławski xiążę2555, i Hleb Czartoryski,

I Iwan Lwowicz, życie utracili.

Cieszą się Niemcy z wygranego boju.

Dobra to wróżba! Wnet zamek obsiedli

Dokoła, wojska i działa obwiedli;

Z spalonych przedmieść deski osmalone

Zwłóczą, i budy dla starszych gotują;

Inni szałasy z gałęzi zielonych

Stawią2556; a patrząc na zamkowe mury,

Śmieją się, myśląc, że jutro tam będą

Gościć wesoło na krwawych komnatach.

Lecz łatwiéj było Skirgiełłę słabego

Pożyć2557 na polu, niż Gedyminowe

Dostać zamczysko: bo polska w nim siła

I ruskie wojsko zbiło ocalone.

Na górnym zamku Moskorzowski wiedzie

Polską załogę: na dolnym Korygiełł

Dowodzi Rusią i garstką litewską.

Tu lud się z miasta wylękły zgromadził,

Z skarby swojemi i ubogiém mieniem;

Co żyło w Wilnie, pod mury uciekło,

Drżące ze zgliszczów za wały przywlekło;

I padli męże2558, starcowie2559, niewiasty,

Z łzawemi oczy patrząc na pogorzel,

Tuląc ku sobie, wyglądając chwili,

W której by w własnéj obronie walczyli.

Cicho na zamkach. Na górnym powiewa

Polska chorągiew; na niéj krzyż czérwony,

Wielki, widoczny, bije mnichów w oczy,

Aby wiedzieli, że nie na pogany2560

Wyszli — chrześcijańską2561 krew ta wojna toczy.

Piérwszych dni działa burzące przywiedli

Niemcy, stawili, zamek okrążają,

Liczą wyżyny, wpatrują w parowy,

Tarany stawią2562 i drabiny wiążą;

Potém stanęli, i ognistym mieczem

Opaszą zamki, ścisną je żelazem.

Próżno! załoga broni się, jak wściekła;

Na Krzywym Grodzie ojcowie i dzieci,

Każdy z swém mieniem, skarby najdroższemi2563,

Chce ważyć2564 życie, by drugim ocalić;

I ile razy z bram wyrwą wileńce2565,

Tylekroć Niemców tłoczą pod nogami,

Sieką i biją, aż rzezią bezsilni2566,

Nazad do zamku powrócą oddychać2567.

A w nocy ani zasnąć, ni odpocząć!

To ogień rzucą, to najdą od boku,

To porwą jeńców. I nié ma spokoju!

Wojna straszliwa, bo wojna bez boju,

A w ciągłéj trwodze, ni wygrać nadziei.

Mistrz marszczy czoło, graf Algard się gniewa.

— Dopókiż będziem stać pod tym szałasem?

Patrzeć, jak dzieci, na tę garść poganów2568?

Nam trzeba działać, całą rzucić siłą. —

— Czekajcie — Witold w ucho mistrzu2569 szepce —

Jutro wy wszystkich sposobcie do boju.

Na Krzywym Grodzie z dwóch stron pożar rzucą.

Płomień ich wewnątrz, my zewnątrz napadniem,

Obu zamkami i Wilnem owładniem. —

I kilku swoich wysłał potajemnie.

Niemcy tymczasem siedzą pod namioty2570,

Spijają miody i kości rzucają,

To z psy na łowy w lasy się puszczają.

Aż nadszedł wieczór. Niebo jasne było,

Xiężyc2571 nie świecił, tylko piaskiem złotym

Gwiazdy na niebie błyszczą rozsypane.

Cicho w obozach. Wtém nagle zaświszczą

Z dwu stron płomienie nad parkan wybuchłe;

Krzyki za niemi. Wojsko już gotowe

W Krzywy Gród pędzi i bramy wywala.

Srogiemi jęki wrzeszczy lud zamknięty.

Na próżno wodze2572 w dziedzińce go pędzą,

Stawią w szeregi — każdy matkę, żonę,

Dziecię porywa, ze skarbem ucieka.

Wybito bramy; lecz tłum, pędząc ślepy,

Na mur żelazny Krzyżowców napada;

Cofa się; ztamtąd2573 płomienie go pieką,

Tu miecz go siecze i o ziemię wali,

Konie tratują, mordują łucznicy.

Wodze i ludzie głowy postradali.

Ani ratować, ni bić się i bronić!

Xiążę Korygiełł z Narymundem pińskim

Garść ludu wkoło siebie zgromadzili,

Ścisnęli szyki, do bramy skoczyli;

Lecz ciężka walka — Niemiec murem stoi,

I prze ich w ogień. Z rospaczą2574 nań lecą,

Biją o zbroje — na próżno; już zbroje

Pieką jak ogień, szaty na nich palą2575,

Pękają łuki i pałki się kruszą,

Na głowach włosy płoną, całe ciała

Niebieski płomień syczący przebiega,

A Niemiec prze ich, ściele pod nogami,

Tnie mieczem, płata, i uciec nie daje!

Wrzask pod niebiosa wzniósł się przeraźliwy;

Brzęk mieczy, ognia trzaskanie i syki,

Hymnem zniszczenia śpiewają ogromnym;

Góra się Turza jasnością oblała,

I Łyse wkoło stoją w ogniu Góry;

A niebo czarne, na niebie obłoki

Żeglują krwawe, że w pożarnym2576 blasku

Gwiazdy pogasły. Na wysokiéj wieży

Stoi Świdrygiełł, Moskorzowski stoi,

Xiążę pijane2577 śmieje się szalono2578,

A stary Polak klęczy z złożonemi

Rękoma na krzyż, modli się gorąco,

I łzy mu płyną po zwiędłych policzkach.

Nareście2579 pożar przygasać zaczyna,

Dym tylko gęsty ku niebu się wznosi,

Głównie2580 goreją w stos wielki zwalone,

Trzaskają mury w ogniu rozżarzone,

I jęki słychać i niemieckie krzyki,

Dokoła grodu, jakby wał széroki,

Ciała zabitych leżą usypane.

Niemcy je szarpią, jako krucy2581 czarni;

Zasiedli w zgliszczach nad ogniem gasnącym;

A śmiech ich dziki do zamku górnego

Doszedł, aż zadrżał Moskorzowski stary.

Na czarnym koniu, z rozczochranym włosem,

Nagiemi ręki2582, krwią spiekłą zlanemi,

Pędzi ku muróm Turzego Zamczyska

Jeździec od Niemców, a na długiéj włóczni

Chwieje, potrząsa bladą trupa głową,

Po niéj włos złoty spływa rozpuszczony,

Oczy otwarte, usta wykrzywione.

— To Korygiełło! — czarny jeździec woła. —

Patrzaj, Skirgiełło! brata twego głowa!

Patrz, stary Lachu! Tak poniesiem wasze! —

Aż Moskorzowski ukrył2583 twarz rękoma,

A Skirgiełł, pieniąc, na ziemię się rzucił.

Straszny był ranek, gdy pobojowisko,

Trupem okryte, popiołem i gruzem,

Brzask oblał ranny, i z górnego grodu

Upadły oczy oblężonych na nie.

Na górnym grodzie zgiełk i niepokoje;

Niewielka siła Polaków została;

Skirgiełł dwór tylko ruski ma przy sobie.

Dwóch wodzów było. Na górze wyniosłéj

Zamek niewielki. Siły wycieńczone.

Wilno spłonęło, spłonął zamek dolny.

Znikąd odsieczy wyglądać, pomocy.

A wróg opasał, i szydząc, spoziera

Na gród, jak chłopcy na gniazdo ptaszęce,

Które, gdy zechcą, wezmą w swoje ręce.

I niechęć jeszcze dwóch wodzów niezgodnych

Przyszła ostatek odebrać nadziei.

Bo Moskorzowski, przez Jagiełłę dany,

Nie chciał Skirgiełły pijanych rozkazów

Słuchać. Skirgiełło próżno kark mu zginał,

Szalony, zamek przebiegał z drużyną,

Sam na nim panem. Ilekroć z dowódźcą2584

Zejdą się, kłótnia straszliwa wybucha.

Kniaź rozkazuje, a starzec nie słucha.

— Jam tutaj panem, nieposłuszny sługo!

Lub idź, lub moje wypełniaj rozkazy. —

Stary stał niemy. — Jagiełło mnie wsadził,

On moim panem. Zostanę, obronię,

Ani ztąd2585 pójdę, póki on ode mnie

Nie weźmie władzy. — Dzień i noc się oba

Waśnią, a Niemiec do zamku szturmuje;

Działa na zgliszczach w długi rząd postawił,

Dzień i noc kule rzuca zapalone.

Mury się walą! Moskorzowski stoi,

Ludzi zachęca, wyłomy zapycha,

Ziemią nanosi, wory wełnianemi,

Gruzem i gliną; a gdy Niemcy zbliżą2586,

To belki dachów ciska i kamienie,

Wrzątek im leje i smołę na głowy,

Jak psów ich pędzi od bramy zamkowéj;

Czy z tyłu idą, czy z przodu, czy wkoło

Opaszą zewsząd — starzec się podwaja:

Wszędzie go widać, jak po blankach leci,

I piersią zbrojną wyłomy zasłania.

Witold się wścieka, Niemiec zęby zgrzyta.

— Cóż to? zaklęta twierdza, niedobyta2587?

To gniazdo wróble na góry wierzchołku! —

I coraz silniéj szturmują — na próżno.

Na zgliszczach miesiąc, dwa, jątrząc się, leżą,

Aż tęskną obcym wojna być poczyna.

Próżno ich Witold prosi i zaklina.

Co dzień z nowemi hufcami odchodzą.

Mistrz Witoldowi rzekł: — Na próżno dłużéj

Stać tu. Wrócimy. Teraz w kraj pożeniem2588,

Bo trzeba gości łupem przyjąć hojnym,

Krwią i pożarem nakarmić do syta. —

Obóz się ruszył. Witold się obraca

Ku zamku2589, nie chce żegnać bez nadziei;

Okiem mu tylko rzucił — Do widzenia! —

XLVII

Zaledwie spoczęło wojsko Witoldowe,

Krzyżacy po zamkach znojny pot otarli,

I zbroje zrąbane na nowo przekuli,

I łuki nagięli, strzały zaostrzyli,

A wiosna się w gajach ozwała wesoła.

— Pod Wilno! pod Wilno! — znów Witold zakrzyczał. —

Pod Wilno! na Litwę! Mnie nie spać spokojnie,

Aż Litwę odbiorę, aż wezmę stolicę.

O! chodźmy znów, mistrzu! Patrz w okno — jaskółki

Latają pod okny, bociany klekoczą,

I orzeł pociągnął gdzieś w chmury wysoko.

Już wiosna — biegnijmy! już pora do boju! —

Znów wojsko krzyżackie od zamków się zbiera,

I bracia powstali z legowisk zimowych,

Przywdzieli szyszaki i miecze przypięli,

Świętą pieśń zanócą2590, na konie wsiadają,

Z Witoldem na czele do Litwy ruszają.

Lecz nie tak im raźnie, bo liczba ich mniejsza.

Krzyżowcy za morza do domów wrócili.

Jagiełło tymczasem do Wilna poskoczył,

Gród wyższy umocnił, gród niższy otoczył

Nowemi osady, płotami, wałami,

I bramy nasrożył2591, i działa rozstawił,

Skirgiełłę na Kijew2592 zarządzać odprawił,

A Jaszka nad Wilnem dowódźcą posadził.

Jaszko z Oleśnicy, mąż młody i dzielny,

Sam jeden na zamku; i począł się pilnie

Zakrzątać obroną. Dzień i noc zasiłki2593

Zawożą, załogę wzmacniają, a zamki

Na nowo z popiołów i zgliszcza powstały.

Już czeka Krzyżaków, i pewien sam siebie

Wygląda na wieży, rychło się nagonią?

Ot szlakiem się cisną, ot obóz już kładą.

Lecz wprzódy się Jaszko uwinął, i miasto

W perzynę obrócił, by nie miał wróg dachu,

Od burzy osłony, lud wygnał na lasy;

Sam w zamkach szydersko2594 śmieje się, patrzając,

Jak Krzyżak Krzywy Gród otoczył obozem,

Przy Marij2595 na Piaskach kościołku2596 położył.

Noc padła2597. — Niedługo mnichóm tu popasać! —

Rzekł Jaszko, i swoich przebudza2598, szykuje;

W piérwszym śnie2599 otworzył zamczysko, napada

Na obóz Witoldow2600. Zaledwie stróżowie

Znak dali pobudki, i ciężkich swych zbroi

Krzyżacy nie zwlekli, nie dosiedli koni,

Już Jaszko na karku, uciera się z niemi.

Noc całą walczyli. Nad świtem, gdy mnichy2601

Na konie się zwiedli i w zbroje ubrali,

On obóz rozbiwszy, do zamku ucieka.

Mistrz smutno, o brzasku, na pole pogląda,

Trupy swe policzył, popatrzał na mury.

— Ciągnijmy — rzekł — daléj. Na Wilno nie przyszła

Godzina. Dobędziem go poźniéj, Witoldzie! —

Na próżno go Witold zaklina, namawia,

Korzyści, widoki i sławę przedstawia.

On milczy, a wojsku ściągać się rozkazał.

Już obóz w milczeniu zwija się, Krzyżacy

Na konie usiedli, a Witold za niemi

Odciąga, klnąc mistrza, i oczy odwrócił.

— Raz jeszcze na próżno! raz może ostatni!

Lecz znowu powrócę, powrócę, zdobędę! —

Odchodzą; lecz idą po Litwie płomieniem;

Nad Wilią Gród Nowy rozryli; nad Świętą2602

Zwrócą się, Wiłkomierz obegnać i palić;

A sioła po drodze, gdzie puste, zażegną2603,

Gdzie lud jest, to w pęta, i gnają na Prussy2604.

Aż przyszli nad Niemen. Nad Niemnem mistrz każe

Trzy zamki u brzegów swym ludzióm budować.

Trzy staną od granic zakonników straże,

By dawać znak mnichóm, gdzie wojnę gotować,

By ciągle na oku mieć Litwę, i szpony

Zapuszczać w nią głębiéj, i drzeć jéj wątrobę,

Co wiecznie odrasta, by zawsze ją zżerał.

Metemburg Witoldu2605 mistrz w darze oddaje.

Dla niego, dla niego danina to licha!

On całéj chce Litwy, nie zamku jednego.

Odeszli; a Wigand na nowe grodziska,

Wysłany przez Jaszka, z Lachami naciska;

Trwogą je obegnał, lecz z niczém powrócił;

A w drodze zachorzał, i trupem z wyprawy

Na Świętą Dolinę odpocząć przyjechał.

Dano znać Witoldu, że Wigand nie żyje,

Brat luby Jagiełły. On szepnął: — Czas zgody.

Skirgiełło w Kijewie, ja siędę na Wilnie.

Dość przecie paliłem, dość krwi już wylałem.

Czas za krew, pożogę, sięgnąć po zapłatę. —

XLVIII

Xiężna2606 Zofja2607 Witoldowa

Kwitnie, jak róża w ogrodzie,

Jak nad Wilią lilje2608 kwitną.

Nié ma równéj jéj w urodzie.

Złote kosy do nóg płyną,

Niebieskiemi błyska oczy,

Białe liczko zrumienione,

Usta uśmiechem rozwarte,

Ząbki jak kwiateczki białe,

A na czole ojca duma,

A w wejrzeniu dobroć matki.

Sława o niéj zapłynęła

Na moskiewski gród Wasila.

I Dymitrowicz wysyła

Do Witolda posły swoje,

Posły swoje, swaty, dary.

— Daj mi Zofję — ja ci bratem,

Ja ci będę sprzymierzeńcem. —

Xiążę Witold głową wzrusza,

Długo myśli, długo duma;

Aż rzekł posłóm: — Dobrze, zgoda.

Niechaj Wasil przyśle posły.

Dam mu Zofją2609, i przymierze

Zawrzem z sobą na wiek wieków. —

Wstrząsł Jagiełło się na tronie;

Polskim panóm pobielały

Z strachu lica; siwe brody

Wzięli w ręce i dumali;

Powiedzieli Jagiełłowi2610:

— Zwołaj, Panie, brata twego,

Daj Witoldu2611 Wilno, Litwę.

Niechaj Polsce hołd przysięże,

Niechaj wiernie trzyma z nami.

Zły na wroga, dobrym druhem,

Dobrym sprzymierzeńcem będzie. —

I Jagiełło śle Henryka.

Henryk, mazowiecki xiążę,

Witoldowi dawno znany —

Kiejstutową córkę młodą,

Piękną Ryngalę zaswatał2612.

I wesele zgotowano,

Zebrał Witold dla niéj wiano2613;

Ale Henryk w dom powrócił,

Bracia Henryka obsiedli,

Narzucili suknię mniszą,

Serce chłodem obrzucili —

Henryk zabył2614 narzeczonéj.

Teraz ku niéj Jagiełłowe

Znowu poselstwo go wiedzie.

Na malborski gród przybywa.

Tam wesele — Zofja młoda

Z włosem siedzi rozplecionym

Między dziewczęty kraśnemi2615,

Jak w trawie fijołek2616 wonny.

Matka płacze, kryje oczy,

Ojciec usiadł na uboczy2617,

I podparty silną dłonią

Marzy o czémś, ani słucha

Jęku córki, dziewic śpiewu.

Ryngala siostra ponuro

Na wianek patrzy ruciany,

Duma w ciemnym kraju2618 sali.

Wkoło światła jasno gorą2619,

Chodzą krzyżowi rycerze,

Ruskie szepcą cóś bojary2620.

Wtém drzwi na rozcież otwarły,

I wszedł Henryk w sukni mniszéj.

Nikł nie witał, nikt nie poznał.

On do Witolda podchodzi.

Dumném okiem kniaź go zmierzył,

Nie dał ręki, wzgardą wita.

— Cóż na zamek nasz was wiedzie?

Czyli2621 pamięć umów dawnych,

Które dawno potargałeś? —

— Cicho, xiążę! — Henryk rzecze —

Nie tu miejsce, nie w biesiadzie,

O ważniejszych mówić sprawach.

Jestem na Zofij2622 weselu.

Gdy zechcecie wiedzieć więcéj,

Wszak wielki zamek xiążęcy —

Inne miejsce na rozmowę

Znajdziem. Jam poseł Jagiełły. —

Na te słowa tajemnicze

Lica Witolda się palą;

Wstał, radość mu z oczów2623 błyska,

Chodzi, obrzędy przyśpiesza,

Sam córkę sadza za stołem,

Sam przewodniczy biesiadzie.

A mistrz, widząc go wesołym,

Na karb zamężcia2624 to kładzie.

I Anna, postrzegłszy, z cicha

Jego się szczęściem uśmiecha.

I Zofij2625 oczy za łzami

Błysły tęsknemi uśmiechy,

Jakby matce dla pociechy,

Jakby ojcu na zapłatę,

Że szczęście, radość jéj wróży.

Jedna Ryngala nieśmiało,

Smutno siedzi w końcu stoła;

Rzuci okiem na Henryka,

Wzrok odwraca i unika,

By nie spotkać się z wejrzeniem.

On ją postrzegł — w jego sercu

Stary pożar się rozpalił,

Sukni swéj zapomniał mniszéj2626,

Porwał puhar2627, patrzy na nią,

Myśl gdzieś pędzi w młode kraje,

Znowu swaty jéj przysyła.

Lecz Ryngala spuszcza oko,

Łza na ręce z powiek spada.

— Można wiarołomnym wierzyć? —

Ale uczcie koniec szumnéj.

Witold żegna swoich gości,

Zofję w czoło pocałował,

Oddał matce. Matka z łzami

Do swych piersi przytuliła.

A! ostatni raz to może

Na dziewicze wiedzie łoże,

I uśpi ją snem dziecinnym,

Snem młodości, snem niewinnym,

Za którym jasne marzenia

Stoją ze skrzydły złotemi2628,

W których świat w niebo się zmienia,

W których słodziéj niż na ziemi!

Henryk jeszcze stoi w sali,

Witold za ręce go chwyta.

— Chodź, mój gościu! — szepce cicho —

Chodź! chodź za mną! Ja chcę wiedzieć,

Z czém Jagiełło cię przysyła. —

Weszli w Witolda komnatę.

Nagie ściany, twarde łoże,

Skóra niedźwiedzia na ziemi,

Na ścianie na krzyż dwa miecze,

W środku ognisko niezgasłe,

Znicz — litewskim obyczajem,

Żadnych bogactw, ni wygody,

Gliniany kubek do wody,

Trąbka miedzią okowana2629,

A dokoła biała ściana

Dymem ognia okopcona.

Witold drzwi opatrzył, ściany,

Obszedł dokoła komnaty,

W okno wyjrzał, i na czaty

Sługę u sieni postawił.

— Mów! — zawołał — co mi niesiesz?

— Xiążę! jestem posłem zgody.

Dość już wojny, dość zniszczenia.

Jagiełło daje ci Wilno

I wielkoxiążęcą2630 władzę.

Zerwiesz na zawsze z Zakonem,

Na wieczność Polsce przysiężesz2631

Litwa twoja. Ty jéj chciałeś,

Dla niéj krew swoję2632 i cudzą

Strumieniem szérokim lałeś.

Mów, czy poselstwo przyjmujesz? —

Witoldowi głos drży w piersi.

— Xiążę! — rzecze — raz już drugi

Jagiełło takie śle posły.

Raz zerwałem już z Zakonem,

On obietnic nie dotrzymał.

Może znowu mnie uwodzi2633? —

— Słowo jego — słowo moje.

Idź i zabierz. Wilno twoje.

Oleśnicki ma rozkazy.

Dosyć ci zapukać w wrota. —

— Słowo! słowo! — zadumany

Witold wtórzył2634. — Marne słowo,

Kiedy słowa wiatr rozwiewa. —

— A więc karta? — Henryk rzecze —

Oto polskie są pieczęcie. —

— Karta! karta! — Witold znowu —

Kartóm głupcy tylko wierzą.

Trzy-m2635 pieczęcią moją cisnął

Dla Zakonu, trzy zerwałem,

Gdym chciał zerwać, myślał zdradzić.

— Czegóż więcéj możesz żądać? —

— Władzy! Litwy! Wilna mego! —

— A więc śpiesz, i idź po niego. —

— Dobrze — cicho Witold rzecze. —

Słowo biorę, biorę kartę.

Lecz na Bogi nasze stare,

I na nową klnę się wiarę,

Jeśli król zawiedzie słowo,

Ja wskroś Polskę przejdę całą

I powrócę z jego głową,

Choćby mnie kosztować miało

Własną moję! — Pięścią cisnął2636,

Zęby zgrzytnął, okiem błysnął.

Siadł, i rękę Henrykowi

Podał. Długo w noc się czarną

U ogniska ich rozmowa

Ciągnie, zrywa, rozpoczyna,

I rozżarza, i ucina.

Po północy kury2637 piały,

Kiedy Henryk do komnaty

Wszedł i rzucił2638 na posłanie.

Lecz sen powiek mu nie klei,

Bo wciąż przed nim, w wianku ruty,

Snuje się obraz Ryngali;

Zda się, słyszy głos jéj smutny,

I serce żywiéj mu bije.

— Mieć ją mogłem, mieć nie chciałem! —

W marach, mękach, sen żelazny

Ujął go w objęcia swoje.

A wciąż mary mu się snują

W weselnych rucianych wiankach,

Pieśni smutne w uszy biją;

Widzi siebie u ołtarzy,

Od ołtarza gdzieś wysoko

Idzie, idzie w trumnę czarną.

Z lewéj strony pieśń żałoby,

Z prawéj pieśń nócą2639 weselną.

Słońce w okna zaświeciło,

Gdy się widzenie skończyło.

W podwórcu już pełno koni,

Wozy wiodą, znoszą skrzynie,

I wielbłądóm na ramiona

Kładną2640 ciężkie Zofij2641 wiano.

Jeźdźce2642 w podróż się sposobią.

Środkiem Witold się przechadza,

Wszędzie spójrzy2643, powié słowo,

Lud zwołuje i zgromadza.

Wtém mu Anna zajdzie drogę.

— Mężu! Panie! — rzecze cicho —

Czegoż dziecię tak ci prędko

Z twego domu w świat wyprawiać?

Dzień mi jeszcze, dzień daj jeden! —

— Dzień — nie; dwa dni, Anno moja!

My z nią jedziem, ja ją wiodę.

Każ sposobić swéj czeladzi. —

— Lecz tyś wczoraj nie wspominał?

Chciałeś długo posłów wstrzymać. —

— Wczoraj, Anno! wczoraj przeszło,

Przyszło dzisiaj. Rób, co każę. —

Poszła Anna. Mistrz mu drogę

Zaszedł. — Dokądże tak skoro? —

— Chcę me dziecko przeprowadzić.

Pora ciężka. Niech ucieka.

Poźniéj wiatry, poźniéj burze.

A Moskwa, wiész! o! daleka!

Wasyl niecierpliwie czeka.

Posły2644 nawet mnie prosili,

Bym nie zwlekał jednéj chwili.

I wy, mistrzu, wy też z nami?

Dłużéj podzielcie gościnę2645.

Ja na zamki moje jadę. —

— Jedźcie z Bogiem, jedźcie sami.

Mnie w Królewiec trzeba śpieszyć. —

— Cóż! dni kilka? — I dzień drogi. —

— Mamyż rozstać się tak prędko? —

— Prędko, prawda; nie na długo.

Powracajcie — czas nam w Litwę! —

— O! powrócę! jam gotowy!

Ludzi tylko więcéj zbiorę;

Algimunda ślę w Podlasie,

W Litwę wysyłam Małdrzyka;

Na Żmudzi matka żołnierzy

Kupi mi, wyśle tu do mnie.

Czekajcie mnie, mistrzu, zbrojno.

Wkrótce znów wyjdziemy w pole. —

XLIX

Malborskie wieże na niebie czerniały,

Słońce świeciło. Witold piersią całą

Odetchnął; spójrzał2646 na zamkowe ściany.

— Bądź mi zdrów, mistrzu! niewolo Zakonu!

Kłamstwo tak długie, upokorzeń tyle!

Przecież się z wami rozstanę na wieki,

I Litwa moja! jam na Wilnie panem!

Krwią-m2647 się dowalczył serca u Jagiełły.

O! gdyby prędzéj usiąść na stolicy,

I cienióm ojca położyć na grobie

Czapkę xiążęcą2648 i miecz mój skrwawiony! —

— Do Metemburga! — zawołał czeladzi. —

Wy jedźcie z xiężną i posły ruskiemi.

Moi zostaną. — Gdzie Witold prowadzi?

Na Ritterwerder. Serce już mu bije,

By pomścić swoich na Zakonie dzieci2649.

On nie zapomniał niemowląt potrutych! —

— Na Ritterwerder! — Pod wrota podchodzi,

Trąbką zaśpiewa. Trąbka to im znana.

Dwa lata Witold był gościem Zakonu.

Więc most spuszczają. On do zamku wpada,

Ale nie gościem, wrogiem leci wściekłym.

— W pień ciąć załogę! — na swoich zakrzyknął.

Litwa się wali na bezbronnych braci.

Pełen podwórzec rannych i zabitych.

Co żyje, w zamku komnaty ubiega2650.

Jedni się chronią, drudzy prą za niemi.

Na cztéry rogi pali się budowa2651.

Mnichów wywlekli na brzeg Niemna, wiążą

Kamień u szyi, i w litewskich wodach

Topią! Za chwilę nic nie pozostało.

Wzgórze i zgliszcze! kupa tylko kości!

A Niemen płynie, jak płynął od wieka,

Choć w sine głębie sto trupów upadło!

Dwa dni, dwie nocy leci bez oddechu

Witold, po drodze woła lud do siebie,

Na Zakon jątrzy, podburza, wywodzi.

Wtém zbieg, niewolnik, za wojskiem przypada.

— Krzyżacy gonią! — Gonią! — Witold woła. —

— Za tobą, kniaziu! — On wojsko rozkłada;

Sam w lesie ciemnym ze swemi zasiada,

Gdzie błotem wązka2652 ścieżka się przesuwa,

Długa a ciemna; z obu stron sosnowe

Stare się wznoszą litewskie olbrzymy;

I strumień wije, ziemię rwąc głęboko;

A trzęsawiska, zielonemi trawy

I żółtém kwieciem ukryte2653, tak śmieją2654,

Jak śmieją usta fałszywego człeka!

Wpośród nich olchy i dęby wyrosły,

Między sosnami blady liść wyniosły;

Z drzewa ściętego pomost środkiem słany

Groblą się długą wciąż boru wywija.

Z obu stron grobli Witold się zasadził,

Drzewa podcina, odwróty2655 zamyka,

Przód im odsłania i czeka w milczeniu.

Aż tentent2656 kopyt słychać w oddaleniu.

Znać z ciężkich kroków, że krzyżackie konie

Żelazem zbrojnych w pole braci niosą.

Zmrok pada. Komtur w las puszczać rozkaże.

Lecz ledwie w lesie — drzewa chwiać2657 poczęły,

Grad strzał się sypie, z tyłu ludzie zbrojni,

Z przodu sam Witold naciera na braci.

Padają rzędem, jak sznurem ciągnęli,

Biegą2658 ich konie, a Litwa zwycięzka2659,

Z okrzykiem; Łado!2660 walki dokonywa2661,

I krwią się Niemców nasyca szczęśliwa.


W zamkowym kościele

Śpiew wielki, zwycięzki2662 o sklepienia bije,

Wieją w podwórcu chorągwie litewskie,

Na wyższym grodzie wiater2663 Pogoń2664 wzdyma.

Otwarte bramy,

Domy otwarte,

Lud na ulice

Płynie ściśnięty,

Całą zalega

Świętą Dolinę.


Nie pogrzeb, nie stosy;

Weselny to obrzęd, obrzęd to radośny2665.

Dzwony się z wieży odzywają tłumnie,

A głos im ludu wtóruje do śpiewu,

I światła płoną,

Kadzidła dymią.

Andrzéj Wasiło2666

Stał u ołtarza,

Witold na tronie

Siedzi wysokim.

Pod dachem złocistym

Jagiełło z Jadwigą, w złotogłów przybrani,

W koronach, z berły2667 stanęli w milczeniu;

Dokoła polscy cisną się panowie.

Litwa zdumiała2668

Kościoł2669 napełnia;

A na ołtarzu,

Kędy niedawno

Znicz płonął stary,

Kapłan mszą2670 śpiewa.

Potém wziął z ołtarza

Koronę xiążęcą perłami naszytą,

Laskę xiążęcą, biały miecz błyszczący,

I świat2671, zbawienia uwieńczony znakiem.

Witold poklęka2672,

Głowę pochylił;

I starca ręka

Na jego skronie

Koronę kładnie2673

Z błogosławieństwem.

Na jego ramiona

Płaszcz rzucą szkarłatny, a w ręce marszałek

Miecz nagi daje, z słowy poważnemi2674:

— Oto miecz władzy nad ludami twemi.

Karaj2675 nas, Panie!

Bądź sprawiedliwy;

A miłosierdzie

Niech w sercu twojém

Srogość hamuje,

Karę łagodzi! —

A potém mu laskę

Podają złocistą, i drugi mu rzecze:

— Panie! to godło łaski i pokoju.

Miecz niech na obce służy ci narody.

Nas rządź2676 tą laską,

Sercem rządź twojém,

Słowem pokoju,

Łaski twéj słowem.

Więcéj łagodność

Sprawi, niż bojaźń. —

Siadł Witold na tronie.

I idą Litwini składać mu przysięgę;

Klękają, ręce pokładli na xięgę2677,

Służyć mu wiernie zaklęli2678 do zgonu.

Witold spoziera

Dumnie dokoła,

Berło podnosi,

Wstrząsa koroną,

Mieczem w powietrzu

Zamachnął jasnym.

I ozwą się śpiewy

Zwycięzkie2679, wesołe, o kościoł2680 odbiją2681.

Powstał Jagiełło, powstała królowa.

Dzwony się w mieście z wszystkich wież ozwały.

A Witold w duszy

Rzekł dumnie swojéj:

— Jam pan nad Litwą,

Jam pan nad wami!

Schylcie mi czoła,

Pokłoń się, ziemio! —

A Litwa się cała

Przed panem pokłania2682; i ludy jéj klękły2683;

Puszcze szumiały, rzeki zamruczały,

Kwiaty w dolinach pochyliły głowy.

Z morza2684 do morza

Zadrżała ziemia,

Góry schyliły2685,

Doliny wstrzęsły,

Ojcowskie duchy

W dłonie plasnęły.