Rozdział piętnasty. Kołek, tylko innego rodzaju
W wielkich wypadkach środki nadzwyczajne... uradzono po długiem wahaniu wysłać do dworu Perebendię, a Sachara do czasu w stodółce przechować... Ale dziaduś od dawna już postradawszy niezależność i panowanie w chacie, będąc niejako sługą swych dzieci, ze dworem nie był w żadnych stosunkach; obawiano się znowu by jego niezwyczajny krok nie kazał się domyślać wypadku nadzwyczajnego. Szczęściem, nowa pani która ogród lubiła, zadysponowała kobiety do zamiatania uliczek, i stary Perebendia, który już ledwie za babę się mógł liczyć, włożywszy podartą siermiężkę, poszedł z miotłą i grabiami do pańskiego sadu, spodziewając się tam zastać panienkę i po cichu z nią o wnuku rozmówić.
Dla czego nie trafiał ani do pana, który już przykładem ojca pod piecem siadywał wielką część dnia, z nogą na nogę założoną; ani do młodej pani, trzymającej w rękach rządy i władzę, ani do żadnej innej osoby pośredniczyć mogącej, tego nie wiem. Panna Adelaida zdawała się im wszystkim najwłaściwszą w złym razie opiekunką, choć opieka ta słabą była, bo pani Dorota ani jej lubiła ani słuchała... ale przeczuwano w niej serce a widziano cierpienie...
Perebendia tedy wraz z niedorosłemi dziewczątkami i chłopakami, którym za dzień takiej roboty w ogrodzie dawano zwykle wieczór po trzy grosze, poszedł ulice oczyszczać i starowina jął się do roboty żywo upatrując, czyby gdzie panienki nie spotkał. Aż właśnie trafiło się, że siadła na ławeczce z książką i czytała... nikogo nie było, stary zarzucił grabie na plecy i po cichu się zbliżył.
— Panieneczko — rzekł zbliżając się z pokłonem — poratujcie dobrą radą... mam wam coś powiedzieć!
— Cóż tam takiego, mój staruszku? mówcie, choć nie wiele pomogę, to z serca się użalę...
— Nie pamięta panienka Sachara?
— Sachara? jakiego? — uśmiechnęła się panna Adelaida z politowaniem, dziwując głupocie starowiny, mogącego myśleć, że Sacharowie się za coś liczą i pamiętają...
— No! tego naszego Sachara, od Pakułów... co grał pięknie na skrzypeczce? młodego, mojego wnuka... który był uciekł... i nie wiedzieć gdzie się podział.
— Pamiętam tylko, że go szukać kazano...
— I nie znaleziono — dodał Perebendia — i nie było go kilka lat... a teraz — rzekł ciszej oglądając się — on powrócił! rozumie panienka, on powrócił!
— Powrócił?
— Bojemy się, żeby go nie karali, ale sam powrócił dobrowolnie... nam starym serce pęka myśleć, że go mogą oddać w rekruty... ej! gdyby panienka była tak dobra, a pomogła nam...
— Ja! wam!
— Ehe! i przemówiła za nim i za nami...
— Ale cóż słowo moje znaczyć tu będzie? — westchnęła panna Adelaida — wiecie, że brat mój tu panem, żona jego panią, a ja... ja...
I dwie łezki błysły na jej powiekach...
— A ja tu niczem — dodała. — Grosz jaki dać wam mogę jeśli chcecie... ale opieka moja nic tu nie znaczy...
— E! nie! — przerwał Perebendia — byleście chcieli, wyprosicie Sachara. — I do stóp jej schylił się starowina tak nizko, że mu wstać już było trudno i panna Adelaida musiała mu podać rękę...
Łzy staruszka poruszyły ją i pobiegła do dworu, do brata...
Do wieczora, choć to niby było tajemnicą, cała wioska szeptała o powrocie Sachara, domyślano się różnie co z nim dwór zrobi, ale sama gromada wnosiła, że włóczęgę, który się już nie przydał na nic w polu, należało oddać do wojska.
Właśnie to najgroźniejszem było dla Sachara, który odwykł od posłuszeństwa, długo sam sobie będąc panem i przyzwyczaił się do wygódek i wolał grać na skrzypcach niżeli bronią robić...
Przy wieczerzy przyszedł ekonom z raportem dziennym do dworu i doniósł o powrocie Sachara... Sama pani wotowała naprzód aby go dla przykładu ukarać, ale ta pierwsza mocja upadła za wstawieniem się samego ekonoma, któremu już pół kopy jaj, kurę czarną i ręcznik zaniesiono o mroku. Następnie rozkazano przywołać ojca, a Chariton, czekający na folwarku, zjawił się z pokłonem w progu sali, gdzie los człowieka miał się rozstrzygać...
Sam pan już był zasiadł pod piecem, pani chodziła żywo, panna Adelaida ukryta w kątku, zabierała się być adwokatem nieszczęśliwego, ekonom niby instygator z insigniami władzy przy drzwiach...
Chariton wszedł pomięszany i drżący, nizko i bardzo nizko skłonił się czapką do ziemi...
— A co, jest ptaszek? — spytał Rogala...
— Jaśnie panie — odparł po namyśle wieśniak — w sercu państwa nasza nadzieja, że mu przebaczycie... chłopak zawsze nie spełna miał rozumu... i teraz nie lepiej powrócił.
— Cóż on tam robił? — przecież czemś na życie sobie zarabiać musiał — odezwała się pani...
— Na skrzypeczce grał — rzekł Chariton — takie to nieszczęśliwe u niego przywyknienie... nic nie robił jeno grał, ta i teraz...
— A to musi grać nieźle? — zawołał pan.
— Chłop! na skrzypcach! — przerwała śmiejąc się Dorota — to coś osobliwego... doprawdy jestem ciekawa...
— Skocz mój Kubasiński — krzyknął pan Rogala usłyszawszy żądanie pani — przyprowadź go tu ze skrzypcami... słyszysz?
— Ja go sam przyprowadzę! — rzekł Chariton pokornie.
Chata nie była od dworu daleko, ojciec spiesznie pobiegł po syna i wpadł do domu z oznajmieniem, że państwo Sachara chcą słyszeć...
Trzeba było korzystać z jakiego takiego usposobienia i spieszyć ze skrzypkami. Ale Sachar nie miał ochoty grać, jemu się na łzy zbierało nie na popisy... i ledwie dał się namówić wziąć skrzypce i z ojcem ruszyć. Trzeba było nawykać posłuszeństwu; spuścił głowę i poszedł pokorny...
Choć trochę postarzał biedny włóczęga, ale najpiękniejszy parobczak we wsi dziś się stał dziwnie zajmującą jakąś postacią, jakby z Byronowskiego poematu. Nosił włosy długie, twarz miał bladą, oczy ciemne, ogniste i coś tak smutnego w wejrzeniu i uśmiechu, a tak dumnego na czole, że się wcale nie wydawał chłopem.
Dowiedziona to rzecz, że czasem nawet ta prosta dzika latorośl ludowa wydaje typy, na jakie trudno się zdobyć innym rodom, daleko poprawniejszym... Wprawdzie ręce zawsze silne i nogi wielkie odznaczają ich (wedle naturalistów przez heroldją potwierdzonych) — ale to coś bywa nakształt owych barbarzyńskich królów, bez rąk stojących na Kapitolu, których dzika i poetyczna piękność nawet obok Antinousa uderza.
Takim był dziś Sachar, a gdy w progu sali upokorzony z swą skrzypka stanął, pokłonił się i podniósł głowę piękną, wszystkich oczy na niego się obróciły, nie mogąc pojąć jakim sposobem tak piękny człowiek mógł się w tak lichej chacie urodzić!
Panna Adelaida poglądała nań z politowaniem i zdziwieniem, Dorota potrzęsła głową a sam pan zagryzł sobie usta, ruszając ramionami.
I powiedziano: — Pokaż co umiesz! — tak jak pieskowi służyć każą i niedźwiedziowi skakać przed gawiedzią... Sachar miał łzę w oku, pierś mu wezbrała na łkanie, ale dobył skrzypki i grać musiał...
Któż wie! od smyczka zależało może jego wybawienie!... Pan, pani, panienka, ojciec, ekonom stali, słuchając w milczeniu uroczystem domorosłego wirtuoza. Nie wiem jak się to stało, ale chłopak nieszczęśliwy, gdy raz dźwięk swej skrzypki posłyszał, gdy ona mu na piersi zadrgała, zapomniał o całym świecie, panu, groźbie, przyszłości, miejscu, w którem się znajdował i ludziach, co go słuchali. Zagrał im od serca taką jakąś boleścią, skargą, jękiem, że mimowolnie dreszcz uczuli przechodzący po ciele. Panna Adelaida trochę się uczyła muzyki a czuła ją lepiej niż umiała, Dorota grywała sama nawet wielkie sztuki, jak mówiła, pan Wincenty lubił dumki, szumki i ludowe piosenki... wszyscy się więc mniej więcej poznali na grze włóczęgi, która im trafiła do serca...
Ekonom tylko utrzymywał, że gra nie do rzeczy, bo zrozumieć nie mógł innej jak do tańca muzyki...
Potrzeba było po kilkakroć mówić Sacharowi, żeby poprzestał, tak z okiem wlepionem w ciemności, sparty o ścianę, grał i grał bez końca...
Ojciec go wreszcie trącił, i obudzony grajek, opuścił ręce smutnie... zwiesił głowę, przypominając sobie gdzie był i co się z nim działo...
Pan i pani słowa nie rzekli, tylko skinieniem ręki odprawiono ich do chaty.
Ekonom uznał stosownem pozostać dla tajemnej narady o losach nieszczęśliwego...
— Ale wirtuoz, mospanie, niechże go wszyscy wezmą! — zakrzyknął pan Rogala wstając z pod pieca — gdzie on się tego nauczył? Mógłby panie koncerta dawać... i byłby nie zły grosz z niego.
— Wiesz co, kochanie — odezwała się Dorota — chłopak niczego, trochę przetarty w świecie, wziąć go do dworu, czasem i do tańca zagra.
— Włóczęga! niewiedzieć jakiego prowadzenia, zrobił uwagę pan Rogala.
— Trudnoż go w chacie przy pługu zostawić.
— Już to do pługa się nie zda — dodał ekonom — ale jak jaśnie państwo rozkażą...
— Weźmiemy go do dworu! — odezwała się pani — do wojska go szkoda... zdrów, przystojny i przydać nam się może... liberja Janka, który poszedł na wieś do chaty, w sam raz przyjdzie na niego.
Nie miała potrzeby przemawiać panna Adelaida, gdyż nic lepszego dla niego wyrobić nie mogła, musiała na tem poprzestać i Sachar w ten sposób mianowany został... lokajem...
Znając go nie trudno się domyśleć, że ten chleb dlań musiał być gorzkim, ale już go życie złamało i wygięło tak, że mu prawie obojętnem było co z nim uczynią, a wiedział że woli mieć nie będzie.
Zabrawszy więc węzełki swoje, pożegnawszy matkę i ojca, powlókł się do kredensu i stanął pod rozkazy starego wąsatego Matyasza, który władał przedpokojem. Ciężka to była próba i nie wiem czy kołkowi w płocie czy jemu w kredensie gorzej było.
Na wsi biedak miał jeszcze trochę swobody, rodzice oszczędzali mu trudu i przymusu, w polu na niebo patrzeć mógł i obracać się jak chciał i westchnąć całą piersią; tu i stać i chodzić i mówić i patrzeć na nowo go uczono a pierwszą zasadę Matyasza, który był wielce myślącym, stanowił aksjomat, że sługa nie jest człowiekiem.
Matiasz wcale nie był głupi, ale znajdował, że rozum w kredensie do niczego się nie zdał.
— Sługa — mawiał on — nie powinien nigdy myśleć, mieć zdania własnego i woli, fantazji żadnej, czułość nie potrzebna... czujny, baczny, słyszeć powinien tylko to co do niego mówią, a spełniać jak machinka co każą... Jak tylko sługa wdaje się w serce, przywiązanie, bierze na rozum a nie na ręce... na nic się nie zdał.
Pytają, odpowiadasz ściśle tyle ile musisz; ślą, idziesz, niepodobieństwa nie ma dla ciebie, czynność twoja nie twoja, spełniasz ją jak siekiera tnie drzewo... co ci że z niego krwawy sok się leje...
Ujrzawszy ledwie Sachara, stary Matyasz zawyrokował zaraz że na nic się nie zdał.
— Naprzód za stary — rzekł — żeby mógł przyjąć edukacją i nawyknąć do niemego i ślepego posłuszeństwa; powtóre grajek, a ile ich jest to wszystko pijacy i hultaje... nareszcie długo wałęsał się po świecie samopas, pewnie nic dobrego z wędrówki nie przyniósł...
Pomimo tych przedwczesnych o nim sądów, Sachar pozostał we dworze, i zaraz w dni parę gdy kilku mężczyzn przybyli w odwiedziny, pan Rogala kazał mu się popisywać ze skrzypcą.
Sacharowi krew tryskała do twarzy, gdy mu tak jak uczonemu pieskowi służyć kazano, zgrzytał zębami i wstrzęsał się, ale zaledwie dorwał się skrzypki na której w inne czasy Matyasz grywać nie dawał, już nie był panem siebie, i dźwięk jej przenosił go w inne światy.
Oddajmy tu sprawiedliwość razem grze Sachara i tym co go słuchali, że choć na nim żadnego tańca i nic wesołego wymódz nie było podobna, wszyscy się jakoś poznali, iż gra z serca, i poczuli że w tej pieśni jest życie i myśl jakaś. Wiedzieli nawet, iż w głębi jej była boleść, bo choć go zmuszano do wesołych przygrywek, zawsze w nich coś jęczało i odzywało się cierpieniem.
— Dziwna rzecz — mówił pan Rogala — gra ci mazura i ochoczo od ucha, a licho wie jak brzęczy w nim coś gdyby skarga i krzyk straszny... mnie po jego graniu zawsze jakbym z pogrzebu powrócił; i uważam że Dosia chodzi smutna, Adelaidzia także, nawet chłopcy pomywacze nosy spuszczają... osobliwszy człowiek i gra jakaś dziwna. A co najniepojętsze — dodawał — że choć cię prześwidrowywa na wylot, chce ci się słuchać, i tęskno ci i ciężko, a oderwać się nie można.... To djabeł nie człowiek!
— Żeby tak na mnie — szeptał Matyasz cicho — jabym jego puścił w świat, bo to gotowo jakiej biedy we dworze narobić... Nieprzytomny chodzi, nie rozumie co się do niego gada, nie boi się nikogo, łaj go ani drgnie, bij ani się ruszy, a w dodatku po cichu płacze... i wszystkie dziewczęta chodzą za nim jak za malowanym obrazkiem. Na co we dworze taki sługa! Uczciwy, to prawda — mówił Matyasz — ale co mi z tego, że on z dobrej woli poczciwy, kiedy ja kijem z każdego zrobię wzór cnoty i posłuszeństwa.
Służba zresztą we dworze dosyć była lekka, gawiedzi dosyć, a Sachara nikt nie prześladował, ale nosił suknię poddaństwa i żadnej dnia godziny nie miał dla siebie, a kroku bez pozwolenia stąpić nie mógł... Na skrzypcach nie wolno mu grać było, chyba kazano... a gdyby się i odezwał, głos ich zdradzał, że nie był zajęty i zaraz go ktoś do czego używał.
Wieczorami tylko czasem szedł biedak po cichu do sadu, pod ten płot, w którym wbity stał jego rówieśnik dębowy, i oparty oń, sam sobie śpiewał na skrzypeczce co serce mu kazało... Miejsce to, dosyć oddalone od dworu, osłonione drzewami, skryte, dozwalało mu się na czas jakiś ukryć przed oczyma. Ale powracającego stary Matyasz i gromił i wyśmiewał.
— Co tobie przyjdzie z tego piłowania — mawiał — czysty warjat... żeby ci jeszcze kto płacił, nie mówię, ale grać dla fantazji, dali-Bóg, niepojęty chłopiec!
Wszyscy go potroszę też mieli za półgłówka, a litość, jaką wzbudzał, nie szkodziła mu wcale.
Pan tylko znudził się i złą jego posługą i nieustannem graniem.
— Zawali-droga — mówił sobie — nie wiedzieć co z nim zrobić... czy to ja muzyki potrzebuję...
A wieczorami jednak zasłuchiwał się z daleka w grze jego i ramionami ruszając, gniewając się, gdy raz go schwyciła, już porzucić nie mógł.
Do chaty rzadko go wypuszczano, a tam matka biedaczka srodze za nim tęskniła. Nocą ledwie miał wolność dostać się na wieś do swoich i chwilę z niemi posiedzieć...
Ale i tu gdy przyszedł, niemy godziny spędzał na ławie, bo nikt jego w domu i on nikogo zrozumieć nie mógł. Oni mu mówili o powszednim chlebie i niedostatku, o zbytku pracy i biedzie swojej, on o niewoli i swobodzie jakiej zażył, o pętach które nosił, o upokorzeniu, którego doznawał.
I nie pojmowano go, bo był okryty, bo nie skarżył się na głód i bicie... a to już dla nich tak wiele gdy plecy całe, żołądek syt i głód nie dokucza... Nie jeden mu nawet zazdrościł, że ciężkiej nie znał roboty...
Na to Sachar się uśmiechał, spuszczał głowę i łzy toczyły mu się po twarzy ciche...
— Taki w głowie coś nie dobrze — szeptał dziaduś patrząc na niego.
— Sam nie wie czego chce — ruszając ramionami dodawał ojciec — jeszcze i to szczęście że w gorsze ręce nie poszedł... ale jemu nigdy dobrze...
Matka go może rozumiała jedna, ale wypowiedzieć nie mogła co jej po sercu chodziło...
Rozdział szesnasty. O bohaterze i jego losach, — wracamy do rzeczy
Kij nasz stał nieporuszony w miejscu... i dumał o lesie, z którego został wyrwany, o dawnem życiu i ściętych siekierą nadziejach.
Towarzysze jego zdawali się wcale swemu losowi radzi, i nie pojmowali, dla czego on tak smutną miał minę... Kołek wierzbowy zaraz pierwszego roku puścił korzonki w ziemię i gałązki do góry, wprawdzie ścięto je wprędce, ale szaławiła na nowe się zebrał i drwił sobie z człowieka, wiedząc że tamtemu pewnie prędzej się sprzykrzy ścinać, niż jemu puszczać gałązki... Pochlebiał sobie nawet, że z czasem, gdy płot runie cały, on na poważną rosochatą wierzbę wyrośnie...
Próbowały tej samej sztuki inne kije i gałęzie, ale nie mając wytrwałości wierzby i po pierwszem wystrzeleniu tracąc wszystką siłę, schły potem nieboraki. Jednak i uschłe nie znajdowały, by im znowu tak bardzo źle być miało na świecie.
— Pytam się, czego ty u licha chcieć możesz? — mawiał kołek leszczynowy do dębowego sąsiada — zawsze jednak skończyć było potrzeba, czy od wichru, czy od żelaza, czy od ognia... Stoisz sobie w miejscu czystem, patrzysz na pole, chrust trochę boki ściska, ale wyschnie i upadnie, w ziemię jesteś wbity, ale leżąc byś zgnił... towarzyszów masz dosyć, pogadać z kim jest... czego dalej żądać? Nie grubiejesz i nie rośniesz, prawda! Ale małoż to kłopotu co wiosny puszczać te liście, które potem drwiąc z ciebie, same sobie żyją jak im przyjdzie do głowy i z lada wiatrem lecą? Prosisz słońca, pragniesz deszczu, boisz się wiatru, a tu niech się dzieje co chce... wszystko ci już jedno... nie masz nic do roboty, głowa cię o nieposłuszne gałęzie nie boli, odpoczywasz i marzysz...
Inne kołki, równie potulnej natury, znajdowały także, iż im tam wcale było nie źle.
— Gdyby nas wbito niedaleko folwarku — mówił osikowy — to wcale co innego; tam brudne hładysze wieszają ci na głowie, podlewają pomyjami i nie zaręczyć nigdy, żeby kucharz nie ciupnął co na podpałkę... ale tu... stój sobie cicho i Boga chwal... czego więcej potrzeba... Chrust gniecie... ale w lesie, nie jadłoż nas zielsko, nie porastały mchy, nie dziubały dzięcioły, nie świdrowały robaczki, nie obsiadały grzybki?! Wszędzie ta sama dola...
Pomimo tych pocieszających uwag, kołek nasz zawsze był smutny i zdawało mu się, że w lesie na pniu lepiejby było, choć inne życie, choć twardsze może, ale życie przecie...
Tymczasem i jemu i szeregowym, stojącym w rządzie a śpiewającym szczęście swe obecne, po krótkim przeciągu czasu rozmaite dolegliwości przytrafiać się zaczęły. Wprawdzie chrust obeschnął rychło i osunął się nieco a zwolnił ich z objęć swoich, ale inni nieprzyjaciele niespodziewani się zjawili; w dziurach płotu wróble zaczęli uściełać gniazda i nieproszone zapisywać sobie kwaterę. Ztąd niepokój nieustanny, krzyk, wrzawa i inne nieprzyjemności spadające na głowę...
Część tej bujnej bandy rozbójniczej latała wprawdzie po świecie, ale inni pilnowali gniazd i odprawiali czaty na wierzchołkach najwznioślejszych kołków, rządząc się w płocie jak w swoim... Z tego wynikło, że syn ekonoma, chłopak ciekawy, strzelać zaczął śrótem do stada i więcej kaleczył kołków niż ptaków... Nasz pacjent dostał po boku i kilka śrócin uwięzło mu pod korą...
A że, jak to i u nas wiadomo, jedna bieda nigdy nie dokuczy, za wróblami przyszły i inne plagi... Płot osłaniały drzewa wysokie, utrzymując w koło wilgoć i chłodek, okrywały go powoje, chmiel dziki i perestupy, obrastały pokrzywy, obejmowała zewsząd bujna roślinność. Do niej przyplątały się zaraz różnego rodzaju owady, pająki, muchy i innego rodu stworzenia, które w płocie schronienia szukały, kolebek dla dzieci i zimowych mieszkań. Wróblom to było bardzo na dzioby (boć nie na rękę), ale kołkom nie ze wszystkim; porobiono w nich dziury, jamki, otwory; woda zaczęła się przeciskać szukając sobie dróg do środka...
A myślicie naiwni i poczciwi ludzie, co ją w szklankach pijecie, że ona sobie niewinną i czystą jest kroplą rosy niebieskiej? Jako żywo! nie ma żywiołu, któryby tyle co ona śmierci zarodów miał w sobie.
Dla tego zapewne są ludzie, wyższym obdarzeni instynktem zachowawczym, którzy nigdy wody nie pijają, utrzymując że to tylko gęsiom przystało. I mają słuszność. Dość jest wziąć ową kroplę jak łzę nieczystą... i poddać ją badawczemu oku uczonego... Pokażą się w niej monstra najokropniejsze, najdziwniejsze potwory, wielorybów nasiona, pyły wężowe... żmije, gady i zarody wszelakiego stworzenia przedpotopowego, które później malało i drobniało, aż wreszcie stało się niedojrzaną istotką... Wszystko to zdrada, bo te małe niepostrzeżone potwory czekają tam tylko chwili sposobnej, aby na olbrzymów powyrastać i świat cały zjeść na śniadanie.
Oprócz tego woda, która ma posłannictwo niszczące, przynosi usłużne nasiona wszelkiego plugastwa z sobą, grzybków, robaczków, mchów, porostów i różnych egzystencyj niepoliczonych, o których się szlachcicowi ani śniło, boć ich heroldja nie potwierdziła.
Byle tam gdzie dojrzało nasionko jakiego proletarjusza tego rodzaju, jeśli za ciężkie, żeby go powietrze poniosło, które także sieje zniszczenie, woda, utrzymująca główną kantorę transportową na tym świecie, podejmuje się przenieść zarodek, gdzie jej każą...
Ma na to tysiączne sposoby... leje się rzekami, unosi się parą i spada deszczem na ziemię, wędruje w chmurach z miejsca na miejsce, piorun jej służy, błyskawice pomagają, słońce nawet mimowolnie należy do spisków, i koniec końcem gdzie chcą, doprowadzą posyłkę pewniej jak poczta nasza, choć może nie prędzej od niej.
Zarodek, gdy się poczuje w swojem miejscu, natychmiast się rozposaża, czepia, chwyta i rozpoczyna gospodarstwo... Takim sposobem do naszych kołków w płocie napłynęli wprędce nieproszeni goście, czerwona pleśń, siwy mech, porosty żółte, robaczków moc nieskończona i takie nawet istoty, na które nam braknie okularów i nazwiska.
Niczym świat nasz widomy obok tego niedojrzanego pandemonium, w którem miliony istot, wprawdzie niezbyt wykwintnem ale dobrem sobie życiem żyją... Naprzód, niezmiernie im mało do tego potrzeba; powtóre, mieniają się co mgnienie oka jedne z drugich powstając, a miejsca prawie jak żadnego nie zajmując i milion ich w setnej części kropli łzy ludzkiej wygodnie się obraca...
Nie zupełnie pewien jestem tego statystycznego rachunku, ale kiedy na ziemi zaludnienie mili kwadratowej środkowej Europy dotąd z pewnością oznaczonem nie zostało, nie możecie mieć do mnie żalu jeślim się i ja omylił.
Dosyć że tych stworzeń ćma jest i liczba niewyliczona... a rozmaitość taka, że tam ojciec do syna ani matka do córki nie podobni wcale (co i u nas się trafia) a często z wieloryba rodzi się wąż i z okrąglaka spiczaste potomstwo...
Szczęście to wielkie, że człowiek tego skrytego świata nie zna wcale i w tajemnicze urządzenie jego się nie wdaje, boby kropli wody nie wziął w usta i kawałka chleba nie spożył spokojnie. Z tych to istot niepostrzeżonych falangą przyszły na nasze kołki cierpienia niespodziewane... Z początku plamki się porobiły na korze jak gwiazdki malutkie, ale dalej, dalej jęły się szerzyć, rozrastać, grubieć i dogryzać do głębi. Mech wysysał soki, robak toczył miazgę, pleśń jadła korę, a gnilec od ziemi i nóg począł swoje dzieło zniszczenia.
I jak wszędzie tałałajstwo to uczepiło się chciwie naprzód najsłabszych kołków... na twarde czekając, żeby je sam czas rozmiękczył i przygotował do łatwiejszego strawienia.
Jedna wierzbina przyjęła w łono swoje wszystkich, ani się frasując, ani czując zagrożoną.
— A co mi tam — mówiła ruszając gałązkami zielonymi — zjedzą mi korę, odrośnie, stoczą liście, puszczę nowe, wyżrą miazgę, zbiorę się na inną... a żyć będę i muszę... Mało to moich krewnych ledwie się trzyma ziemi, popękane, pokrzywione, wyschłe a taki z wiosną puszczają!
Nasz dąbczak winien był nieugiętemu charakterowi swojemu, że do niego nic nie przystało: maleńkie porosty poczepiały się kory, ale na niej wyżyć nie umiały, parę robaczków zajrzały wewnątrz i cofnęły się, tak im tam wydało się twardo. Znać jak Niemcy przywykłe były do pierzyny.
Niewygodnym tylko bardzo stał się dlań chmiel, który od korzenia puściwszy, bo rósł tam od wieka, zarzucił mu przez głowę swój sznur zielony i począł go motać i oplatać serdecznie. Był to jednakże niby przyjaciel i takim się nazywał...
Chmiele i dęby zawsze rosły razem, i ten przypytał się zaraz do towarzystwa dąbczaka z wielką uprzejmością, a raz nań siadłszy, pod pozorem dawnych familijnych stosunków i znajomości, tak ciasno obmotał, że biednemu kołkowi na świat już ciężko było wejrzeć za jego szorstkiemi liśćmi.
Nie wchodzim w to, jakie były istotne uczucia chmielu, który, jak wiadomo, za starego uchodzi figlarza, i pieśni ludowe malują go nam jako bardzo niebezpieczną istotę; to pewna, że się przyznał powojom, z któremi niekiedy gawędził po nocach, że dębowy kołek jako silniejszą i pewniejszą podporę wybrał sobie, choć szczególnego doń nie miał zkądinąd nabożeństwa...
Jednakże przed dąbczakiem nie zeznał tych egoistycznych pobudek i zaklinał się, że jedynie przez pamięć na odwieczne ich rodzin stosunki, na miłość prastarą.... uczepił się do niego. Jakoż przywiązanie to wyraziło się w sposób gwałtowny i wcale dla kołka nieprzyjemny.... chmiel rzucił sąsiadów, wlazł mu na głowę i przysiągł, że go nie opuści...
Im bardziej go oplątywał, tem głośniej mówił, że go osłania, im ściskał mocniej, tym się serdeczniej zaklinał, że go na zimę od mrozu odzieje, im gęściej liśćmi zaciemniał, tym usilniej dowodził, że to go od gniazd i ptaszych obelg osłoni...
Niepodobna się więc nawet było gniewać na napastnika, który takiego przyjaciela udawał, a słodkiemi wyrazy durzył, bałamucił i przysięgał się, że gotów się cały dla nieszczęśliwego towarzysza poświęcić, choćby go to życie kosztować miało.
Dąbczak poddał się losowi i stał niemy.... wiedział dobrze co ta przyjaźń znaczy, słyszał jak chmiel w inny sposób, a temi samemi wyrazy przemawiał do kołków osikowych i leszczynowych, niekiedy nawet dając im do zrozumienia, że od dębowego więcej są warte... ale cóż było począć? znosił uściski, które zeń po troszę wypijały życia...
Rozdział siedmnasty. Zabłąkany znów autor prosi o cierpliwość czytelnika
Z drugim kołkiem naszym (bo tak mimowolnie chce się nam nazwać Sachara) nie lepiej było jak z tamtym... Stał w swoim płocie, bo ruszyć się nie mógł, ani umiał, i pleśniał i gnił powoli, a ludzie go jak ten chmiel przyjaźnią i nienawiścią oplątali.
Powoli oswojono się z nim i raz uznawszy nie spełna rozumu, obchodzili się jak z głuptaszkiem. Czasem w jego czarne zadumane oczy wbiegł zbłąkany wzrok kobiecy, szukając tam iskierki ognia pod popiołami i prędko wystraszony powracał, jak gosposia co po ogień wpadła do pustej chaty i zastała w niej trumnę tylko... Dziewczęta widziały że śliczny a obawiały się go jak upiora. Miał bowiem minę i milczenie i smutek tej istoty, co z drugiego świata wróciła za pokutę nie w swojem ciele błądzić po ziemi. Pokazywano go sobie zdala palcami, gdy szedł kołując ze spuszczoną głową, nigdy nie wiedząc co czyni i co go otacza.
Ale tak jakoś machinalnie nawykł wedle teorii Matyasza robić co mu kazano i obracać się nie swoją wolą, że choć myśl jego gdzieindziej wędrowała, on sam posłuszny słowu, robił co mu zadano...
We dworze pan go za to znosił, że nigdy nie gadał, pani może, iż jej oczów nie raził, bo był przystojny i miły, panna dla muzyki, którą lubiła; i nie było mu tak bardzo źle, ale to już jak owego kołka w płocie i życiem nazwać trudno.
Czuli wszyscy, że tak zmarnieje, zestarzeje się, zszarza i z tą skrzypką pójdzie kiedyś po żebraninie... on sam inaczej nie myślał, ani prządł pajęczyn nadziei, na które mu wątku nie stało.
Niekiedy dawano mu swobodę na dzień cały, państwo wyjeżdżali z domu, chłopak zostawał przy kredensie. Matyasz szedł w odwiedziny do znajomego szynkarza a Sachar otrzymywał pozwolenie błąkania się sobie po świecie... Więc brał skrzypkę pod pachę i po staremu ruszał w gaje i pola, aby gdzieś na zielonej mogile przysiąść i grać... biednym myszkom polnym i starym dębu gałęziom... Naówczas przypominały się młodsze jego lata, i nie wiedząc czego płakał po nich, płakał potem po dniach przebytych z mistrzem w miasteczku, i płakał jeszcze, nie wiedząc czego, aby sobie popłakać, bo mu się zawsze na łzy zbierało, a nie każdego dnia mógł im dozwolić płynąć.
Naówczas późno powracał, kładł się spać i śnił, że mu z nóg więzy spadły, że był swobodnym, że szedł w świat z podniesioną głową, a piosence jego ludzie się dziwowali...
Ot i nie wiem już wiele tak lat trwało; rachunku w pamiętnikach służących mi tu za materjał znaleźć nie mogę; dosyć, że we dworze znalazła się wzięta ze wsi sierotka, której wychowania podjęła się panna Adelaida.
Zdaje mi się, że szanowny a pełen domyślności czytelnik już musi oddawna niecierpliwie wyglądać tego zjawienia, które jego doświadczenie przeczuwać mu każe. Nawet historja kołka w płocie nie może się obejść bez heroiny, a choćby, mi znowu zadawać miano, że zawsze wybieram chłopkę, lub coś podobnego, za bohaterkę powieści, jest-że w mojej mocy zmienić twardą przeznaczenia wolę?
Sami powiedźcie, mogęż wprowadzić królewnę, księżniczkę, a przyzwoicieżby było, żebym go wplątał w romans ze szlachcianką i jakie, uchowaj Boże, wywołał zgorszenie?
Że się zaś zakochać musiał, sami widzicie, najobojętniejsi czytelnicy, nieuchronność.
Bohater, który tak ładnie gra na skrzypcach, i włóczy się wzdychając po kątach, po lesie, który nie ma serca coby go zrozumiało, duszy bratniej i dłoni przyjaznej... musi wreszcie wyszukać sobie choćby w garderobie kochanki. Wybór jego nie mógł paść ani na prostą ze wsi dziewczynę, z widłami od roztrząsania czegoś powracającą z pola, ani na aksamitną suknię kobiety, która by nań spojrzeć nie raczyła...
Wychowanka zaś panny Adelaidy była istotą... naturalnie wybraną, kiedyśmy my, to jest ja i Sachar, za bohaterkę ją sobie naznaczyli. W kolebce odumarli ją rodzice, żyła jałmużną mleka biednej kobiety która dziecię własne straciła, potem podrosła na ulicznych śmieciach, a gdy się to jakoś do ludzi podobne zdało, przez litość wzięła ją panna Adelaida. W dziesięciu leciech pokazało się, że z tej gąsieniczki wcale ładny począł się robić motylek... czarne miała oczki, brew czarną, nosek malutki, usta rumiane, a płeć tak białą, jak gdyby jej nigdy nie opalało słońce na rozdrożu, gdy gęsi pasała. Była to taż sama dzieweczka, którą wyrostkiem Sachar kiedyś widział na łące, i do dziś dnia pamiętał.
Panna Adelajda, nie mająca tak bardzo kogo kochać, przywiązała się do niej całą siłą niewypotrzebowanej miłości, ale nieopatrzna, zapomniała zupełnie co dziewczęciu potrzebnem a co szkodliwem być mogło.
Więc je pieściła, stroiła i uczyła jak panienkę mnóstwa rzeczy, które główkę zawracają, serce bałamucą i tęsknicę rodzą, nigdy jej zaspokoić nie mogąc. A mała Natalka tak to chciwie chwytała, że przy pomocy swej pani wyrosła i wyszła na panienkę, w której doprawdy nic już chłopki widać nie było. Nazywano ją nawet panną Natalią i nie jeden panicz, bywający we dworze panów Rogalów, pytał co to za śliczne stworzeńko koło okien przeszło, i myślał że to być musi najmniej córka ekonoma lub klucznicy.
Niektórzy zapaleńsi brali ją za jakąś zafarbowaną kuzynkę, do której się nie przyznawano...
Że pannę Adelajdę, która za mąż wyjść jakoś nie umiała i za długo siedziała na karku bratowej i brata, nie bardzo tam lubiono, rozumie się że i pannie Natalii nie zbyt było dobrze. Więc pani i sługa tęskniły razem, skarżyły się sobie i czasem płakały po cichu w dwóch ciasnych pokoikach, które im na tyle dworu wyznaczono, pod pozorem że tam było bardzo zaciszno... Wprawdzie piękność Natalki jednała jej przyjaciół rodzaju męzkiego i sam pan Wincenty lubił ją głaskać pod brodę, ale dziewczę było niezmiernie dzikie, pierzchliwe i tak dumne, że przystąpić do siebie nawet Rogali nie dozwalało. Ztąd znowu niechęci wiele. Natalka równie obawiając się przyjaciół i niechętnych, dnie spędzała w pokoiku nad krosnami, a na krosnach tych często leżała wykradziona od pani książka...
Już tedy znacie tyle moją heroinę, że reszty gotowiście się domyśleć. Z okna jej pokoiku widok był na ogród... często tamtędy smutny Sachar przechodził, często skrzypce jego słychać było w pokoiku pani i izdebce służącej.
Potem się jakoś oko w oko spotkali parę razy, ale biedny chłopak ani śmiał zatrzymać się przy pannie Natalii... Dosyć, że ona sama pierwsza musiała przemówić do niego, co ją nie małego kosztowało rumieńca...
I jakoś się poznali, i nie wiem, jak zbliżyli, i bardzo naturalnie zrozumieli...
Ale ledwie się to stało a Sachar zamarzył, że i onby żyć mógł jak drudzy, we dworze szeptać poczęto i przedrwiwać okrutnie, mówiąc jakoby się panna Natalia zakochała w grajku.
Skrzypek uchodził za warjata, jakoś to było nieprzyjemnie i stosunki się zerwały, a Sachar nic się temu nie dziwił, tylko go to zabolało... Ale przywykły cierpieć, nie wydał się ani smutniejszym, ani głupszym, jak to się innym wydarza.
Ludzie zagadali, popatrzali i przestali, aż znowu jakoś panna Natalia spotkała się z Sacharem, a że nikogo nie było we dworze, a chłopiec kredensowy używał wczasu i spał znakomicie chrapiąc, na przydłuższą zabrało się rozmowę...
Darujcie mi czytelnicy, że tak nizkiego pochodzenia częstuję was kochankiem i kochanką, ale przytrudno dziś o innych. Jeśli się kto jeszcze naiwnie kocha i namiętnie przywiązuje, to chyba prości i niezepsuci.
W naszym świecie, sami popatrzcie, czy może się kto z tych młodzieńców zakochać, która z tych panien dać rozmiłować? A nuż ona nie ma tyle posagu, a dusza narzeczonego obciążona bankowym długiem? Możnaż się kochać bez pewności wioski lub kapitału? Godziż się żenić na łaskę Bożą, nie mając zawczasu obrachowanej strawy do trzeciego pokolenia? My albo rozpustujemy, albo mamy fantazyjki skrzydlate, ale żebyśmy mieli się kochać, to się nie pokaże po nas.
Kochają się jeszcze tylko ubodzy, którzy rachunku nie znając, w Pana Boga wierzą i pracy się nie boją.
Żeby zaś owa miłość dwojga prostych ludzi miała być gorszego gatunku od Abeillarda i Heloizy, od Hero i Leandra, nawet od Romea i Julietty, jakoś mi pojąć trudno. Być może, iż się inaczej i prościej wyraża; ale te cudne rozmowy dwojga kochanków przy świetle księżyca, które my dla was układamy w ciepłym pokoju, po dobrym obiedzie, miałyż kiedy miejsce na świecie? Z równem nieprawdopodobieństwem można je bezpiecznie włożyć w usta Sachara i Natalki, jak Artura i Heleny... Ci co się kochają a mocno i serdecznie, mówią nie wiele; najwięcej ci, którym chodzi o to aby miłość jakiej nie czują pokazać. Zamiast rozmowy jest tam szept jakiś cichy, zamiast zaklęć wejrzenie służy, zamiast monologów ręki ściśnienie... ruch każdy wówczas wymowny, a usta ukochanej istoty na wargach kochanka najszczytniejszą poezję śpiewają... i pieśń pocałunku jest jedynym dytyrambem uczucia.
Nie powtórzę wam ani pierwszej, ani ostatniej rozmowy dwojga tych sierot, które uczuły ku sobie miłość z jakiej my cywilizowańsi śmiejemy się głośno, której zazdrościm po cichu... miłość starych czasów jeszcze, jakiej na świecie już nie ma...
I przyszło do tego niewiedzieć jak, rozwinęło się to powoli, a gdy oboje zajrzeli w serca swoje, przelękli się i rozpłakali...
Pani Rogalina, której usłużny jej dwór zaraz doniósł co się święci, wielce rozgniewała się z razu, że dwoje ludzi pod jej okiem kochać się tak śmieli bezczelnie, nie spytawszy o pozwolenie; ale że Natalka należała do Adelaidy, naprzód ją po cichu zaskarżyła przed nią o schadzki wieczorne i miłośne konszachty z Sacharem...
Panna Adelaida chciała się rozgniewać, ale Natalia padła przed nią na kolana, wyznała wszystko i biedna panna uściskała ją milcząc, nie mając odwagi powiedzieć słowa...
Sachara także nikt o to nie strofował; dziwowano się tylko, że miał odwagę przywiązać się do kogoś, on, co dla siebie samego żadnej nie miał przyszłości...
Zresztą pan Rogala daleko był w tym względzie więcej pobłażającym od żony i zawsze mawiał, że za zasadę przyjął w sprawy serdeczne się nie mięszać.
Pozostało więc wszystko jak było; tylko znowu młodych dwoje musieli widywać się rzadziej, ostrożniej i na oko uciekać od siebie, aby ludziom nie dawać powodu do niechęci i potwarzy. Sachar tymczasem dumał sobie i pytał się w duchu: — co ma począć? gdzie żonę zawiedzie? z czego żyć będą? a nie przyszło mu na myśl, że z tego kąta ziemi wyjść nie może, jak ów kół wbity w płot, że jest własnością miejsca, jeśli nie człowieka i nie dorósł do swobody zwierzęcia, ruszającego się gdzie chce i gdzie oczy poniosą. Ale miłość ma dziwną czasem logikę, daleko osobliwszą od tej, którą nieboszczyk Trentowski napisał.