Rozdział siódmy. Jakoś to będzie!

O tem przysłowiu, bynajmniej nie ujmując innym, równie znakomitym, możnaby całą książkę napisać; spodziewam się wdzięczności moich czytelników, gdy zamiast obszernej rozprawy dam im tylko króciuchne epitome.

Żadnego u nas z licznych przysłów, pozostałych z przeszłych wieków i utworzonych za naszych czasów, obficiej na wszelkie wypadki nie używają nad to fatalistyczne: — Jakoś to będzie! — Czy idzie o fraszkę, czy o rzecz największej wagi, długie rozmysły i zaciekania kończą się zawsze tem nieszczęsnem:

— Jakoś to będzie!

Nic lepiej nie maluje fatalizmu, w który popadliśmy przez lenistwo umysłowe i wszelakie inne, nad to wiekuiste: — Jakoś to będzie. — Jak będzie i kiedy i przez kogo, nie wiemy, ale nas pociesza, że jakoś to będzie.

Pięknie to bardzo mieć ufność w Bogu i Opatrzności, ale spuścić się na jakoś, na coś, na przypadek, jest to zrzec się rozumu, woli i kierunku życia.

— Panie Jacenty! — wołamy — literatura upada, czemu jej nie podtrzymujecie? macie obowiązek ją wspierać, języka sprawa to sprawa życia... cóż jeśli z waszej winy przegraną zostanie?

Pan Jacenty na to z krwią zimną:

— Dajcież mi pokój! jakoś to będzie!

— Panie Pietrze — mówi ktoś inny — kościół się wali, księża chleba nie mają, seminarja potrzebują pomocy, szpitalów proszą ubodzy, szkółek lud czeka... ruszajcie się, pomóżcie, obmyślcie, róbcie coś przecie... na was leży przyszłość! Historja was spyta o rachunek...

— Porzuć-że — śmieje się pan Piotr — i bez nas jakoś to będzie...

— Panie Janie — zagaja inny — myślcie o wyborach urzędników, którzyby istotnie zdrową i zacną część społeczeństwa przedstawiali, którzyby nie chlubili się przed wami, że oszczędzili waszego grosza narobiwszy wam wstydu, ale że spełnili obowiązek... jedźcie na wybory, nie rządźcie się prywatą ale sumieniem...

— A co mi tam — mówi pan Jan — u mnie kosowica! jakoś to będzie i bez nas.

— Kochany Julku, teatr nasz upada, podtrzymajcie go choć szelągiem od niepotrzebnych wydatków, dźwignijcie scenę narodową... — i to święty obowiązek.

— A cóż mnie do teatru! — ruszył ramionami Julek — gdy do niego chodzę to za miejsce płacę... jakoś to będzie!

I tak ciągle, tak zawsze, idziemy ślepo, każdy sobie i przed siebie, niechcąc się ująć za ręce po bratersku, ani pomyśleć o jutrze, a gdy jeden z tych biednych proroków, od których wszyscy uciekają jak od powietrza, odezwie się, wołając do pracy, obmyślenia jutra i poświęceń ochotnych, odwracamy się tyłem, szepcąc po cichu:

— Jakoś to będzie!

Ale w końcu nijak to nie będzie!!! nie zostanie ani grosza, który dziś pozostał jedynem bóstwem naszem, ani mienia, które tracimy na zbytki, ani co gorzej, poczciwej sławy i czci starej, ani spokoju sumienia — źle jakoś będzie, bośmy o lepsze starać się nie chcieli, nie umieli, nie zdążyli, póki była pora.

Cała nasza społeczność choruje na to — jakoś, nie wierząc już w siebie, uznając się słabą do pokierowania jutrem i spuszczając na to co okoliczności sprowadzą. Smutniejszego symptomatu nie znam w dziejach... ani wyrazistszej oznaki upadku. Wszystko, czego po nas losy i dzieje nieubłagane wymagały, poświęciliśmy po kolei; dziś grosza tylko trzymamy się, jak ostatniej deski wybawienia, i byle kieszeni nie dotykano, na resztę mówim z głupią osiczyną — Jakoś to będzie!

A! źle będzie na pewno, moi panowie, bośmy opuścili ręce i pozamykali serca, bo ani się modlić, ani pracować, ani cierpieć godnie nie umiemy.

Czy ten ustęp należy do historji kołka w płocie, nie wiem, zdaje mi się jednak, że niejaki ma z nią związek, a choćby ni przypiął, ni przyłatał był przyszyty, czemuż nie ma mi być wolno wytłumaczyć się z niego, jak wy codzień powtarzacie: Jakoś to będzie...

Idziemy dalej...

Rozdział ósmy. Wcale nie do rzeczy — o szlachcie... przedmiot unosi autora za daleko

Ponieważ dąbczak rośnie powoli a my przez ten czas nie mamy co robić, sama zaś architektonika powieści zabrania nam nagłych skoków po lat dwadzieścia naprzód (chociaż się one trafiają u niektórych pisarzów), możemy więc wolną chwilą powędrować do dworu i poznać się bliżej z rodziną panów Rogalów Kijewskich, tu szczęśliwie na starych swych śmieciskach panującą.

Zapewne zarzucićby nam można, że nie ma w tej powieści nie tylko jedności akcji, ale nawet akcji samej, że się zbyt często epizodycznemi postaciami zajmujemy, z krzywdą głównego przedmiotu... lecz w historii takiego bezwładnego kołka czy nie więcej znaczą żywe figury, które na los jego przeważnie wpływają, niżeli on sam prawie? można-li je opuścić i pominąć?

Kołek wprawdzie rósł na łące Pakułów, ale Pakułowie siedzieli na ziemi panów Rogalów, i o ile kołek zależał od Charitona, o tyle Chariton zawisł od pana dziedzica...

Jesteśmy więc żelazną koniecznością zmuszeni zapoznać się ze dworem w Dębinie...

Na początku jużeśmy nieco powiedzieli o tej znakomitej rodzinie, która, nie wiemy jakim trybem, dochodziła protoplasty swego w owym sławnym Kiju, założycielu Kijowa, o którym dzieje mówiąc prawdę, nie wspominają żeby był herbu Rogala, ale komuż się nie trafia, nie pochodząc z tej rodziny przypadkiem zostać jej członkiem? Nazwisko Rogalów Kijewskich mocno stwierdzało rodowód, przed Okolskim jeszcze stworzony w szczęśliwej chwili natchnienia przez klienta domu...

Od dziadów i pradziadów, Rogalowie owi byli niesłychanej zacności ludzie; bawili się zrazu, jak to dawniej zwano, rycerskiem rzemiosłem, potem jakoś je zarzucili, i nie wiem skutkiem jakich zmian, więcej już urzędowali, sejmikowali i w powiecie rej wodzili.

Ostatni z nich, który chodził w kontuszu, jeszcze szablę u boku nosił dla proporcji, ale jej już nigdy nie używał i tak mu do pochwy przyrosła, że gdy jej później w niewinnym celu oczyszczenia ze rdzy kredą dostać chciano, kuchta z chłopcem od kredensu we dwóch rwali, jeden za rękojeść, drugi za rapcie, i rączka tylko została w ręku kredencerza, a głównia na wieki w pochwach zastrzęgła.

Życie na wsi szło niezmiernie regularnie, spokojnie, porządnie, trybem jeszcze prastarym, uczciwie, poważnie, cicho, ale że samemi staremi posilało się pierwiastkami, nowych nie przyjmując, powoli stygło i biedniało. Pradziad panów Rogalów jeszcze, choć nie był konfederatem Barskim, głośno się popisywał pokrewieństwem z konfederatami i mówił, że jeździł na Węgry w poselstwie do rozproszonych... Dziad już na Grodzieński Sejm 1793 roku został posłem wprawdzie, ale na nim podpisywał co wypadło, nie wdając się w głęboki rozbiór rzeczy i powrócił do domu mocno przekonany, że nic nie pozostaje dalej jeno siać, żąć, Boga chwalić i cicho w kącie siedzieć... Był on później podkomorzym powiatowym i wsławił się obiadami raz w rok dawanymi w dzień swoich imienin, pod koniec których regularnie, wspominając stare czasy, wzdychano, płakano, kończono kielichem — kochajmy się! i rozjeżdżano do domów, w przekonaniu, że się coś ważnego dla kraju dokonało, powtarzając z wewnętrznem uspokojeniem:

— Jakoś to będzie!

Podkomorzy ów miał aż trzech synów: ci wszyscy poszli gospodarzyć i zajmować się rolą, a później rzeczy publicznej służyli w powiecie, jeden jako chorąży bez chorągwi, drugi jako prezes sądu, który nie sądził, trzeci jako marszałek, któremu inni marszałkowali w domu i kancelarji.

Ostatni był nawet twórcą znakomitej teorji, która się rozkrzewiła i przyjęła między bracią szlachtą: — on to pierwszy wyrzekł uroczyście, że głównym obowiązkiem szlachcica jest być egoistą i siebie zachować, gdyż na szlachcie leży przyszłość społeczności, ona jest naczyniem wybranym tradycji i bez niej światby zginął niechybnie.

— Jeśli ja przepadnę, kraj przepadnie — mawiał często bijąc się w pierś szeroką — a zatem tu egoizm jest czystym patrjotyzmem, i pierwszym obowiązkiem siebie pielęgnować...

W życiu tego znakomitego statysty to także zwraca uwagę, że zbudowawszy teorję tak nową i piękną, potrafił do niej ściśle się i logicznie zastosować, zostawując po sobie majątek znaczny i konsyderację powszechną. On to od braci odkupiwszy Dębin, gdyż tamci pożeniwszy się na fartuszkach poosiadali, rezydencję swą założył na ojcowskich progach, na starość odpoczywając, sprawując imieniny i myśląc o synu, który kubek w kubek udał się w niego.

O nim nie wiele da się powiedzieć, chyba że się ożenił bogato, żył procul negotiis, marszałkował powiatowi lat dwanaście i raz nawet zastępował gubernskiego tygodni trzy i dni dwa, palił tytuń turecki z długiego cybucha i miał przysłowie: Chyba tego... W majątkowych sprawach nie tak szczęśliwy, nieco się zaszargał, ale te maleńkie dłużki wcale mu nie dolegały, a szlachta często po lat kilka nie odbierając procentu nie krzywiła się nawet na Jaśnie Wielmożnego marszałka.

Z małżeństwa wielce szczęśliwego Bóg mu dał dwóch synów, zdrowych i dorodnych i jedną córkę...

Wychowanie tych dziedziców wielkiego imienia nie było zbyt wyszukane, gdyż marszałek utrzymywał, że szlachcicowi nie wiele potrzeba, a nauka dużo ludzi bałamuci. Wprawdzie uczono ich czytać, pisać i rachować, ale szkoły uważano za zbyteczne, a nawet zgubne; i panicze w czternastym roku zaczęli jeździć na polowanie, w szesnastym stawali do kielicha jak starzy, a w dwudziestym byli już skończonymi ludźmi samą siłą rzeczy; rozprawiali o wszystkiem o czem było potrzeba, sądzili nawet o czem nie koniecznie trzeba sądzić, a ojciec wraz z niemi najpewniejszy był, że uzdolnieni są zająć choćby najwyższe w świecie stanowisko: Szlachcic, według jego teorji, znowu darem Bożym, intuitive, ma to sobie dane, czego inni mozolnie uczyć się i nabywać muszą.

Może to być wszelako trochę prawdą, gdyż codzień widzimy paniczów, którzy z najosobliwszą śmiałością porywają się do prawodawstwa, na urzędy, do spełniania wszelkich obowiązków, choć niby nic się nie uczyli i nie umieją, zapewne ufni w tę siłę łaski, że im Pan Bóg, opiekujący się szczególniej stanem szlacheckim, głupstwa zrobić nie da.

Rzuciwszy więc wcześnie książki, któreby ich obałamucić tylko mogły, bo wszystko złe pochodzi z tych nieszczęsnych książek, oba marszałkowicze poczęli życie praktyczne, nie wiele zajmując się gospodarstwem, którem ojciec kierował, ale za to usilnie oddając się nauce żywota, badaniu serc ludzkich i piersi niewieścich, a wypróbowywaniu ile żołądek napoju i pokarmu, nie narażając się na niestrawność, strzymać może.

Starszy okazał nadzwyczajne zdolności do myślistwa, młodszy do frymarku końmi, tak, że choć ojciec niewiele im grosza dawał, pierwszy ze skórek lisich, drugi z nieustającego handlu czwórką koni coraz inną, umieli się wcale nie źle utrzymywać. Złośliwi wprawdzie powiadali, że oba grali w karty śmiało i szczęśliwie, ale nie sądzę, żeby to im wiele mogło dopomódz.

W czasach, w których się historja naszego bohatera poczyna, we dworze, oprócz starego bardzo marszałka, który pod piecem fajkę palił, żyli owi dwaj panicze, już dobrze pod wąsem i brodaci, córka, panna Adelaida, której się dotąd nie trafił żaden wielbiciel na serjo, mimo że wiedziano o pięćdziesięciu tysiącach, które po najdłuższem życiu ojca obiecywano, i kilku ubogich krewnych, zajmujących obowiązki koniuszych, leśniczych, rządzców i t. p.

Życie na wsi pracowitej a cacnej szlachty, jest może najszczęśliwszem, jakie można wymarzyć, ale żywot tych biednych braci naszych, którzy założyli sobie wszelakiej pracy unikać, nie mógłby dzisiejszemu Rejowi jakiemu służyć za wzór do ideału człowieka. Szlachcic, który pracuje, troska się, ponosi ofiary chętne, sercem dzieli się ze światem, życiem z krajem, myślą z ludzkością całą — wielkie zajmuje miejsce w dziejach społecznych, których jest średniem ogniwem. Nie każdemu wszakże dano pojąć posłannictwo i włożone na się przyjąć i spełnić.

Rogalowie mieli wcale inną zasadę i pojmowali sobie przeznaczenie i funkcję szlachty w sposób całkiem oryginalny, pewni naprzód, że szlachcica najświętszym obowiązkiem jest próżnowanie.

Powtóre, że szlachcic wszystko umie choć się niczego nie uczy i do wszystkiego jest zdolny, jak skoro pieczętuje się starym klejnotem.

Potrzecie, że nie ma dlań ani za wysokich stopni, ani wyżyn niedostępnych.

Poczwarte, że obowiązkiem jego jest uczciwie i porządnie życia skosztować, a w żadną robotę nużącą, odbierającą siły i umysł wycieńczającą się nie wdawać.

Popiąte, że wąsy nosić powinien.

Byli to zresztą poczciwe chłopaki, dobrego serca, głowy wcale nie tęgiej, ale w towarzystwie ochoczych, z apetytem przykładnym, z gotowością do spijania wszelakiej lury znakomitą, dla przyjaźni i komitywy nie wzbraniający się nawet upić; głosu i piersi potężnych, siły olbrzymiej, wąsów blond długości ciekawej...

Szukam cobym więcej na ich zaletę mógł powiedzieć, a znaleźć mi już trudno... Rzeczywiście, bardzo byli poczciwi i tę im sprawiedliwość oddawali wszyscy, chociaż gdy przyszło w rozbiór tej poczciwości i zalet się wdawać, nikt dobitniej oznaczyć nie umiał. Była to bowiem ta pospolita nieokreślona poczciwość szlachecka nasza, której pełno, bo każdy z nas jest tak sobie poczciwy.. czujemy, żeśmy wszyscy dobrzy, zacni, tylko dowieść i odkryć czem i jak, niepodobna.

Prawda że głupi, powiada jeden, trochę szachrajowaty, dodaje drugi, istotnie pijak i burda, mówi trzeci, próżniak i dziwak, woła inny — ale taki poczciwy! taki poczciwy!!!

Poczciwość tego rodzaju często się bardzo ogranicza ochotnym stawaniem do kielicha, podawaniem dłoni nie zbyt czystym uściskom, tolerowaniem cudzych błędów i dobrodusznością, która zakrawa na głupotę... zawsze to jednak poczciwość...

Moi panowie Rogalewicze głosem całego powiatu uznani byli za strasznie poczciwych, wprawdzie nie tylko prochu, ale kołnierza futrzanego do kurtki myśliwskiej by nie wymyślili we dwóch, wszakże lubiono ich powszechnie i mówiono o młodszym, że nie bardzo nawet głupi...

Oba naturalnie poczytywali sobie za najświętszy obowiązek nic nie robić... Marszałek dnie swojego żywota regularnie spędzał w sposób następujący:

Wstawał z łóżka około dziewiątej, wdziewał pantofle na bose nogi i z fajką zasiadał w zimie pod piecem, latem u okna, na medytacji głębokiej i przerywanej gawędzie z przechodzącemi, spędzając kilka godzin do drugiego śniadania. Często tak łapał pokojówkę idącą z żelazkiem do prasowania, lub chłopca ze szczotką i rozpocząwszy z niemi rozmowę, godzinę całą nią się zabawiał, wyciągając zapewne wnioski filozoficzne z naiwnych odpowiedzi... Jeżeli potem trafił się sąsiad, grywano zaraz wista, aby czasu nie tracić, przekąsywano około południa, siadano do stołu o pierwszej, a kuchnia była smaczna i obfita. Po obiedzie, oczewiście strawność wymagała spoczynku, nie ruszał się więc i strzegł zajmować umysłu do herbaty, którą orzeźwiony, ciągnął dalej grę lub głębokie zamyślenie do wieczerzy. Trafiało się, że ekonom przychodził zasięgnąć rady jego, lub oznajmić, że rozkaz został spełniony, wtedy marszałek pił z nim kieliszek wódki i nie długo pogawędziwszy o gospodarstwie, odprawiał...

Następowała wieczerza, wist iterum, jeśli było z kim grać, lub kabała i rozmowa o powiatowych dziejach, a około jedenastej usypiano we dworze, pilnując ściśle tej zasady, że przed północą sen najposilniejszy.

Na polu nigdy prawie nie bywał dostojny Rogala, chyba mu się trafiło wyjść na przechadzkę chłodkiem; w gumnach i na toku rzadziej jeszcze, w regestra nie wglądał mając pełne zaufanie w swych oficjalistach, książek nie czytywał, znajdując, że raz przeczytane na nic się nie przydały i za kosztowną były zabawką, słowem, jeśli pracował to tajemnie i w głębi duszy, a nikt go na zbytecznem wysileniu władz nie pochwycił. Jedynemi chwilami ruchliwszemi w jego życiu były zjazdy obywatelskie przedwyborowe, wybory, narady w których żywy brał udział przy śniadaniu i kontrakty miejscowe... Wpływ tego znakomitego człowieka był bardzo wielki w powiecie, znaczący nawet w gubernii; i domyślano się w nim trafnego instynktu potrzeb społecznych, chociaż wezwany do rady dawał ją na wzór Sybilli.

— Jakże, panie marszałku, wybrać tego?...

— Hm! wybrać! jeżeli... a gdyby... to i tak i... rozumiesz! — odpowiadał statysta — trzeba mieć wszystko na względzie... bo nawet w przypadku... pojmujesz... wszelako nigdy być nie może... ogólnie mówiąc... wiesz?

— Wiem, wiem! zgadzał się pytający choć nie domyślał o co chodziło.

— Rzecz ważna — ciągnął dalej stary — wszystko zależy od tego jak? otóż sęk!.. człowiek nie mówię, chociaż, ale nie byłem przeciw niemu, jednak zawsze z uwagą... przyszłość okaże... itp. itp.

Nie kleiło się to co mówił, ale badacze bieglejsi pod tą zasłoną słów poplątanych odkrywali sens jakiego im było potrzeba.

Syn starszy wymownego marszałka był, jakeśmy rzekli, z powołania myśliwym, i krom godzin poświęconych tej szlachetnej zabawie, życie pędził na kształt ojca; młodszy mocno się hipologją zajmował, bułankami i pstrokaczami, nie zamęczając się żadną pracą niewłaściwą.

Oba tylko, jako młodsi i żwawsi od ojca, częściej wyjeżdżali z domu, ocierali się o ludzi i przez nich do starego dworu w Dębinie przychodziły wiadomości ze świata oddaleńszego, które też przynosił niekiedy arendarz, czasem ekonom. Stary Rogala był dosyć ciekawy i rad pasł się nowinką, którą mógł parę dni przeżuwać.

— Historje na Wschodzie — mawiał posłyszawszy od Icka, że trzy tysiące okrętów angielskich przypłynęło do Konstantynopola — co to za komplikacja!... gdyby tego... ale nie, owszem jeszcze... rozumiesz! ważny wypadek! jeżeli zajmą... kwestja... jeżeli nie... kwestja; jeżeli tego, to ten, a nie inaczej! rozumiesz?..

Każdy, naturalnie, odpowiadał że rozumie, żeby ciemniejszego jeszcze nie wywołać tłómaczenia.

Kto właściwie rządził sprawami majątku w Dębinie i myślał o przyszłości, odkryć nie było można; kluczyki od kasy były przy marszałku, a ten w trudnych razach powtarzał more antiquo — jakoś to będzie. — Synowie spuszczali się na ojca, ojciec dużo na jakoś. Gospodarstwem wielowładnie rządził ekonom dawnego kroju, wąsaty i przy batogu zawsze; apteczką i kuchnią panna Adelaida, lasami pan Wincenty, stajnią pan Jakób, a wszystkim razem chyba Pan Bóg. Nie szło to ani zbyt źle, ani nadto dobrze, czasem, przypadkiem rodziło siano rozmaicie, trafiało się że i pośladkami; sprzedawano żydkom gdy nacisnęła potrzeba, robiono maleńkie dłużki i tak się sobie ciągnęło z dnia na dzień, aby dalej do końca, aby dzień do wieczora...

Ludziom wiejskim nazbyt źle nie było: ekonom, chcąc ich mieć po sobie, folgował, pan utrzymywał że z nich skóry drzeć nie należy, bo i to są ludzie (z czego widać, że nie bardzo nad ich stanem i położeniem się zastanawiał) — panicze mieli swoich faworytów i ulubienice we wsi, słowem, nie stękano tam bardzo — ale przykład zawsze jest zaraźliwy.

Że we dworze nie bardzo myślano o przyszłości i nie troskano się o jutro, we wsi też także mało kto pracował, opuszczali się i wieśniacy.

W karczmie szedł szynk doskonale, wódka rozprzedawała się wyśmienicie, ale pola bywały nie pozasiewane na zimę i zapasów w stodółkach nie znalazłeś. Nie przymuszano nikogo nawet ku dobremu, a jedno tylko zuchwalstwo, ekonom, przestrzegacz porządku i minister spraw wewnętrznych, karał surowo, innym małym wybrykom folgując.

Moglibyśmy tu jeszcze skreślić obraz dodatkowy rezydentów Dębina i drużyny dziedziców, ale nie widzimy potrzeby dłużej się nad temi epizodycznymi postaciami zastanawiać; co czytelnikowi sumienności naszej dowiedzie, bo rezydenci na parę rozdziałów, jeśli nie więcej rozłożyć by się mogli. Słówko tylko o pannie Adelaidzie. Miała ona w tych czasach lat z górą dwadzieścia, twarzyczkę dziwnie piękną, oczy czarne prześliczne, uśmiech łagodny i czoło zamyślone. Wychowanie jej nie było bardzo staranne, wszakże miała jakąś madamę, która pierwej niż katechizmu nauczyła ją po francuzku i na fortepianie... Były to dwa przedmioty głównie wymagane dla Rogalanki, bo chodziło o to, żeby w towarzystwie pokazać się na równi z innemi mogła, a nie o to czem być miała.

Po francuzku nauczyła się też trochę i dosyć źle, prawdę powiedziawszy; na fortepianie grała kilka mazurków, jednego walca księcia Reichstadt i poloneza Ogińskiego; ale mimo że się jej wychowanie nie wzięło, głową i rozsądkiem całę przechodziła rodzinę.

Ojciec i bracia w ciężkich razach uciekali do niej po radę, umiała i osądzić i odezwać się, i domyśleć i poznać się na człowieku. Dobrego serca, szlachetna, miła, w domu tym osamotniona, zawczasu posmutniała biedna i żyła w swym pokoiku z kilką książkami, z modlitwą i dziewiczemi dumami swemi. Goście widywali ją u stołu, przy herbacie, a ojciec i bracia pozbywali się jak mogli najprędzej, aby swobodnie, po kawalersku puścić wodze mowie i ruchom... Pomimo wielkiej piękności, która ściągała oczy w kościele, wyrazu dobroci i smutku, mającego urok dla wszystkich, nikt dotąd o pannę Adelaidę się nie starał. Wiedzieli sąsiedzi o pięćdziesięciu tysiącach a razem i o tem, że marszałek za lada hetkę córki nie wyda. Życie jej płynęło cicho ale smutnie, jednostajnie, powoli, a kwieciły je nadzieje i sny o kimś, o czemś, o tych królewiczach z za morza jak w bajce... Więc się śpiewało, śniło, czytało trochę, marzyło, a gdy nie wiele miała do czynienia, powracało się do ulubionych książek kilku i z nich dosnuwało co życiu brakło.

Ojciec i bracia kochali Adelaidę bardzo, ale ją widywali rzadko i w jej towarzystwie nie znajdowali przyjemności. A trochę się surowych obawiali sądów.

Marszałek siedząc pod piecem i poglądając na krzątającą się córkę dziwił się czasem, dla czego dotąd się jej nikt nie trafił, ale się tem pocieszał, że i jemu taka gospodyni była potrzebną.

— Na wszystko jest czas — mówił — jeszcze młoda, znajdzie się kupiec i na ten towar...

Rozdział dziewiąty. O łące, o pannie Adelaidzie i głupim chłopaku

Tymczasem rosnął dąbczak, a z Sacharem bieda była w domu, bo taki niesposób napędzić go do porządnej pracy.

Uważano nieraz, że w czasie, gdy ekonom dawał mu nauki moralne, ziewał i patrzał na ptaki, które się zwijały w powietrzu, jakby o nauce i ekonomie nie myślał — wyrokowano więc z tego, że zginie nieszczęśliwy i nigdy nic z niego nie będzie. Z dnia na dzień jakoś szło gorzej a byli i tacy, co twierdzili że mu się w głowie pomięszało.

Czasem, wziąwszy swoją skrzypkę pod pachę, jak poszedł z domu, nie powracał aż wieczorem lub nocą. Myślałby kto, że (zwyczajnie muzyka) grał gdzie na weselu albo w karczmie i zarabiał! Gdzie tam — uchodził w las, na tę łąkę, siadał sobie na pniaku i zagrywał się, aż mu łzy z oczów biegły a policzki się paliły. Niktby się tego nie domyślił nawet, gdyby ktoś nie przydybał go trafem na tem szczególniejszem zajęciu.

Nieopodal od łąki, która pasem ciągnęła się przez wzgórek, z jednej strony szła drożyna, wiodąca do miasteczka wąwozami i parowy wśród zielonego lasu, z drugiej, gdzie wzgórze zniżało się ku leśnej łące pańskiej, płynął ruczaj do stawów.

Nieco się spuściwszy ze wzgórza od Pakułowszczyzny ku tej dolinie, oko widokiem nacieszyć się nie mogło, taki to był śliczny obrazek. Z jednej i drugiej strony wielkiej łąki, między dwoma wzgórzami jak zielony kobierzec rozesłanej, wznosił się na bokach wyniosłości las dębowy i brzozowy wdzięcznie, tak powykrawany, tak strojny w drzewa, poprzechylane zalotnie, pogięte lub dziwacznie i malowniczo poodzierane z kory, że się go napatrzeć było trudno do syta. Młody gaj szczęściem jakiemś z brzegu przynajmniej był zaszanowany, a wśród nowego pokolenia przepyszne dęby prastare rozłożystemi konary patryarchalnie się rozpościerały.

Środkiem łąki pańskiej, która wiosną ubierała się w kwiaty, jak dziewczyna na wesele, płynął ruczaj dosyć szeroki i czysty, który mógł za rzeczkę uchodzić, tak przyzwoitą miał powierzchowność i obfitość wody ze źródeł, które go poiły. W ogólności, grunt otaczający był gliniasty, ale środkiem łąki łożysko ruczaju dziwnym trafem całe wysłane było piaskiem żółtym i tak przejrzyste, że żaden kamyczek na dnie się jego nie ukrył. Brzeg nie był zbytecznie stromy, łąka sucha, woda czysta, w całym Dębinie lepszej jak tu nie znalazłeś kąpieli. Gdzieindziej ruczaj gniłe przepływał trzęsawiska, lub niedostępny stawał się od brzegów, wodę miał mętną i głąb mulistą, tu jakby naumyślnie dla ludzi na kąpiel przygotowany, zachęcał do niej i wabił. Najpiękniejsze kwiaty rosły na jego brzegach, najcichszy las go otaczał i z ustroni tej ciężko było wyjść, tak czarownym opasywała kołem.

Latem też wszyscy tu ze dworu do kąpieli przychodzili. Było miejsce, którem znijść do wody mógł najbojaźliwszy wygodnie, był pagórek suchy, na którym suknie składano a nieopodal dąb stary z darnem i mchami dla spoczynku. Z wierzchołka Pakułowszczyzny, siadłszy na kłodzie, którą Sachar ulubił, widać było przez gałęzie brzóz pozwieszane, w dolinie łąkę, ruczaj i w ramach zielonych zamknięty ten obrazek leśny, ozłocony gdzieniegdzie promieniami słonecznemi, biegającemi po łące... zakradającemi się w głąb gaju.

Że miejsce to dosyć było od dworu i wioski oddalone, rzadko tam kto przychodził, chyba dla kąpieli i na robotę, a Sachar mógł swobodnie dumać na kłodzie i na skrzypce sobie przygrywać. Nieraz przejeżdżający gościńcem opodal, zdumiewali się słysząc wśród lasu tę muzykę zapalczywą, którą echa wzgórzów i gajów roznosiły daleko, a cisza oblewała nadzwyczajnym urokiem.

Sachar też nie grywał jak inni do tańca, ale czego wyśpiewać nie mógł, to sobie na skrzypeczce wybierał, a znać mu tam w duszy grało smutnie, bo piosnki jego wszystkie nie były wesołe. Nauczyć się ich nie mógł od nikogo, bo podobnych nikt na wsi nie umiał, nikt nie znał w okolicy, ale każdy znać człowiek przychodzi na świat z pieśnią jakąś. Tylko jeden ją wyśpiewa, drugi wypowie, trzeci wygra, a w innym zamrze ona na wieki wieków, nie mogąc się z niego wydobyć.

Sacharowi dziwną grało w piersi tęsknicą a gdy począł pieśń swoją, kto słuchał jej zadumać się i nie wiedząc czego, aż czasem zapłakać musiał. On sam nieraz miał łzy w oczach i na skrzypeczce... a co ich tam być musiało w duszy!!!

Jednego lata... w dni gorące lipcowe, nad wieczorem, panna Adelaida z towarzyszkami dwoma wyszła ze dworu na przechadzkę. W drodze namyśliły się iść do kąpieli powoli, o zachodzie dostały się na łąkę do ruczaju. Z dala już doszedł ich jakby śpiew oddalony, a tak miły i rzewny, że panience na westchnienie się zebrało... bliżej podszedłszy, poznały, że ktoś na wzgórzu grał na skrzypcach. I stanęły i słuchały długo, długo, aż wreszcie chłopak dokończył żałobnej piosenki i ustał. Panna Adelaida łzy miała na oczach. Oglądały się bacznie dokoła, żeby dojść kto tak pięknie a dziwnie przygrywał wśród lasu, ale nie postrzegły nikogo. Domyślić się wprawdzie było łatwo, że wieśniak grać musiał, bo pieśń nie była uczona, ani wędrowna i obca, ale choć nowa, niby kwiat z gruntu rodzinnego, wyrosła z piersi przebolałej i czułeś że swoja.

Ale wprędce wiatr rozniósł dźwięki ostatnie i uciszyło się w lesie, a Sachar rzuciwszy skrzypkę podparł się łokciami i zadumał wpatrzywszy w dolinę. Nie widać go było zdaleka, ale on zobaczył niepostrzeżony z wysoka przybywających do ruczaju.

I pierwszy raz w życiu przypatrzył się naówczas panience, którą dotąd tylko w powozie zdaleka spotykał, nie tyle jeszcze jej, jak jednej z towarzyszek przyglądając się ciekawie.

Było to dziewczę niedorosłe jeszcze, dziecię prawie, z czarnemi oczkami i długiemi kosami ciemnych włosów, spadającemi na ramiona, tak piękne, tak piękne jak chyba aniołki na obrazach bywają, a szło podskakując i podśpiewując jak młoda sarneczka, i ilekroć usta się jej uśmiechem otwarły... Sacharowi zdawało się, że się niebo otwiera...

Dziwnież bo, dziwnie piękna mu się wydała jakby nie ze świata była rodem, lecz gościem z niebios zstąpiła na ziemię. Chłopak nie wyobrażał sobie, żeby równie piękna istota na świecie znaleźć się mogła... osłupiał, zdumiał się i przykuty pozostał póty póki dziewczęta bawiły się na łące.

Słyszał ich śmiechy, przypatrywał się swawoli towarzyszek i obraz ten pozostał w myśli jego na wieki. Wiedział, że to była sierota ze wsi, wychowanka pani, i nie zdawało się dziwnem, patrzeć na nią z zachwyceniem, jak poglądał na niebo, gwiazdy i kwiaty. Nie prędko po odejściu kobiet powlókł się ze swoją skrzypką do domu, i długo w noc zasnąć nie mógł, Bóg wie jakimi ścigany marami.

Mówiono, że się później zakradł do dworu i z po za płotu godzinami patrzał na przechadzające w ogrodzie dziewczęta, ale to być musiały plotki tej starej brzozy, której baśnie przynosiła sroczka jakaś o gniazdo się jej przypochlebiając.... nikt więcej o tem we wsi nie wiedział.

To pewna, że Sachar coraz mniej miał ochoty do pracy, coraz więcej po lasach się błąkał i mimo dziada i ojca upomnień do gospodarstwa się nie zabierał.

W każdym innym stanie wolno, mniej więcej, być dziwakiem, ale naszemu chłopowi! niepodobna; nazwano go postrzelonym i głuptaszkiem i miano nawet za łagodnie i nieszkodliwie pomięszanego. Do dworu wreszcie doszła o tem wiadomość, a ekonom ubolewał, że tak silnych i zręcznych rąk dwoje marniało nadaremnie bez zastosowania do gospodarstwa.

— On tu nam na nic prawie nieprzydatny — mówił — no! to go dać do wojska! Że przyjmą, nie ma najmniejszej wątpliwości... i gromada będzie rada i dwór na tem nie straci, a w chacie tak z nim, jak bez niego.

Sachar nie domyślał się co mu groziło!

Rozdział dziesiąty. Trochę o kołku, i o ludziach trochę

Dąbczak tymczasem wciąż sobie podrastał spokojny, z każdym rokiem nabierając siły bezpieczniejszym się czuł od sąsiadów, burzy i siekiery nawet, która go musiała szanować, bo z niego jeszcze nie mogła sobie obiecywać korzyści.

Wicher mu nie był straszny, gdyż giętka latorośl chyliła się do ziemi i w górę wracała wesoło, chwasty jej zagłuszyć nie zdołały... przyszłość obiecywała się długą i świetną... dąbczak marzył o wiekach długich i rozsianiu do koła swojego rodu. Nawet zazdrośne pniaczki okoliczne patrzały nań z uszanowaniem, jakie wzbudza siła i wiara w przyszłość. Zrazu niewidoczny wśród gęstwiny, wybił się nasz bohater nad poziome tarna i krzewy, tak że zwrócił uwagę Charitona i co dziwniejsza podobał się roztargnionemu Sacharowi, który tam często przychodził. Przyznacie mi, że w lesie, aby oczy ludzkie ściągnąć na siebie i wyróżnić się z tłumu, przynajmniej tyle potrzeba zręczności i zasługi co na naszym świecie. Kto wie nawet, czy przykutemu do miejsca drzewu nie trudniej dobić się pewnego znaczenia niż kancelarzyście bez protekcji wyjść na Radcę Stanu? Dąbczak wszakże był tak piękny, tak obiecujący, tak żwawy i silny, że nietylko Chariton go zobaczywszy naznaczył sobie w pamięci, ale Sachar, często przebywający w lesie, polubił tę latorośl bujną i w chwili weselszej ręką go własną oczyścił w około od otaczających niemiłych sąsiadów.

— Co też to z ciebie będzie? rzekł w sobie obłamując tarna — belka na okręt? czy klepka do beczki, socha do stodoły chłopskiej, czy tram do pańskiego dworu, tarcica do szpichrza, czy denko do jakiego wiadra.... czy tylko polano na komin? ale ci to jeszcze długo rosnąć i zielenić się nim cię stąd zabiorą... długo żyć uśpionemu nim się przydasz na co? Któż wie, może potem burza powali i zgnijesz bez użytku wśród chwastów, a mrówki rozniosą pyłek twój na swoje maluczkie budowy...

To mówiąc w duchu począł śpiewać smutnie, nie wiem, o dąbczaku czy o sobie...

Biedny chłopiec nie wiedział pewnie że i jego losy ważyły się także na szali i wkrótce dziwnie miały rozstrzygnąć. Szczęściem, gdy wieść głucha po wsi przebiegła o nowym do wojska zaciągu, pierwsza ją Sacharowa matka pochwyciła gdzieś na drodze i nim ze dworu wyszły rozkazy brania, serce matki przeczuło, że syn być musi na spisie.

Właśnie chłopak z boru powracał, gdy mu u stodółki, za wsią na polance stojącej, zabiegła drogę Wasylisza.

— Dziecko moje — zawołała niespokojna — oto groszy kilka, oto torba z chlebem i twoja skrzypka, bez którejby ci pewnie było tęskno, choć po niej znowu prędzej cię poznają... uciekaj... uciekaj... bo cię wezmą do wojska.

Sachar cofnął się przestraszony.

— Przeciem ci u was jedynak... jakże mogą mnie wziąć?

— Ja wiem! ja czuję! była tam mowa o tobie, potrzeba uciekać — rzekła matka ściskając go.

— Hej! hej! — odparł Sachar — a na cóż uciekać, poszedłbym służyć, świata zobaczyć i powróciłbym do was potem.

— Lub zginął na wojnie! A nie żal-że by ci było i matki i ojca i nas wszystkich!!! porzucić na długie lata! może na zawsze!...

— Prawda — rzekł chłopak — o! żal-by mi było, ale i uciec to trzeba was porzucić... gdzie pójść? co począć?

— W lesie możesz się ukryć przez złą godzinę, gdy się uspokoi i naszych oddadzą, powrócisz...

Potrzeba było uchodzić. Sachar nie miał ochoty ni siły, przywykły do wioski i maleńkiego kółka, w którym się obracał, myślał, jak sobie pocznie na szerszym świecie, gdzie pójdzie, nawet jak ukryć się potrafi!

Matka ściskała go, przytrzymywała i odpychała razem, pędząc w las, żeby go kto nie zobaczył, przyspieszając odejście i nie mogąc rozstać się z jedynakiem, a prosząc by uchodził i przestrzegając, żeby nie odbiegł daleko.

Szeptem niewyraźnym pożegnała go biedna i uszła oglądając się za nim, a Sachar został, nie wiedząc, dokąd się zwrócić, instynkt zwierzęcia gnanego wpędził go do lasu. Nagle przyszło mu na myśl oddalenie od Dębina, nieznani a straszni ludzie, niewola, praca, przymus... i przerażony począł coraz żywiej uciekać, pędząc ku znajomej polance.

Im konieczniejszą widział ucieczkę, tem srożej bolało go serce za domem, ojcem, siostrami, nawet psem, swobodnie i wygodnie wylegającym się na przyźbie. Cały uznojony i niepokoju pełen przybiegł na Pakułowszczyznę i padł spocząć pod dębczakiem na ziemi.

Dotąd dlań życie szło smutno i jednostajnie, ale nie grożąc mu zmianą, która do gorszego prowadzić mogła — nagle widział się zastraszony nową jakąś dla siebie przyszłością przerażającą i poczuł, że spotkać się może z większemi boleściami nad te, których doznał w życiu. Ale zarazem zaświeciła mu błyskawicą myśl, która już nawiedzała go czasem... polecieć w świat! spróbować szczęścia, wyrwać się z chaty, która go przykutym trzymała... posłyszeć inną mowę, zobaczyć nowych ludzi.

I serce go ciągnęło nazad ku wiosce, a głowa i mary naprzód popychały...

— Uciekać! zostać! — powtarzał — no to uciekać i bywajcie mi zdrowi... w świat! a co będzie, to będzie! Nie jeden chodził i powrócił, czyżbym ja miał być nieszczęśliwszym od innych? Niech i ja białego skosztuję chleba i biały świat zobaczę!

Wstał, przeżegnał się i poszedł kilka kroków. W tem tęsknota jakaś ogarnęła mu serce i ścisnęła piersi. Nie widzieć tych twarzy kochanych, które się witało co rano, nie słyszeć głosów przyjaznych, nie czuć woni dymu wiejskiego i woni lasów Dębina i zbłąkać się wśród obcych.

I szedł tak, i stawał myśląc, a wciąż uparta ciekawość odsłaniała przed jego oczyma dalekie strony, lepsze życie, weselsze krainy i swobodniejszą pielgrzymkę... a pokusy wolności migotały przed oczyma chłopaka, który nigdy nie miał jej zadość.

— Więc pójdę — powtórzył — ale nie w las kryć się z wilkami póki burza nie przeminie; powędruję dalej, zobaczę... a jak mi tęskno będzie, zawsze czas do chaty powrócić!

I błądząc tak po lesie znajomymi sobie ścieżynkami, Sachar wszedł na wysoką górę, która panowała w okolicy... Z niej widać było po za pasem lasów stary dwór Dębina i wioskę wyciągniętą nad stawem i sady, wśród których bielały gdzieniegdzie ściany chat wieśniaczych.. Dostrzegł gruszy znajomej w podwórku, poznał dachy i stodółki, w których młócił, wiśniowy sadek i loszek i na łzy mu się zebrało nie męzkie... Stał tam długo i patrzał, na odchodnem chcąc zapamiętać okolicę, którą miał pożegnać na długo, a w myśli po kolei każdemu słał pokłon serdeczny... dziadowi, ojcu, matce, siostrze, maleńkim dzieciom, czarnej krówce i staremu psu podwórzowemu.

— Bywajcie zdrowi! bywajcie zdrowi... tęskno mi było z wami, tęskno mi po was będzie... ale chyba żyw nie będę, jeżeli do was nie wrócę!...

W tem mgła od stawów zakryła wieś w dolinie i chłopak zszedł z góry smutny, puszczając się gdzie oczy poniosą.

Rozdział jedenasty. Jak dąbczak kołkiem został i co się potem z nim działo

Gdy się to dzieje we wsi, we dworze niemniej stanowcze przygotowują się zmiany.

Pan Wincenty Rogala, ów zapalony myśliwiec, jeżdżąc po polowaniach w sąsiedztwo, poznał pannę Dorotę Górnichowską, jedynaczkę i dziedziczkę dwóchkroć sto tysięcy gotówki; na wiadomość o jej posagu mocną się rozpłomienił ku niej miłością, począł usilnie starać, oświadczył, został silnie przez przyjaciół poparty, przez dziewicę przyjęty i w towarzystwie ojca zawiózł jej zaręczynny sygnecik prababki...

Małżeństwo to jednak nie przyszło, jak wszelkie w świecie ważne i wielkie wypadki, bez przełamania trudności, które mu na drodze stanęły. Skład dworu w Dębinie czynił je dla obu stron bardzo ciężkiem; panna Dorota mocno się zastanawiała nad tem, jakie zajmie miejsce obok panny Adelaidy, przy starym marszałku i mężowskim bracie, panu Jakóbie... Uczucie własnej godności nie dozwalało jej cichego i potulnego zająć stanowiska, wnosząc aż dwakroć gotówki, dzielić władzy z panną Adelaidą nie mogła, odebrać jej od niej nie wypadało. Brata pana Jakóba można było spłacić, uściskać i pozbyć się; ale marszałek stary, siedzący pod piecem i nie puszczający z rąk rządów państwa, był przeszkodą i zawalidrogą nie małą...

Panna Dorota, acz dosyć śmiała i pewna siebie, nie bez wewnętrznego uczucia bojaźni rozpoczynała kampanją, z której choć spodziewała się wynijść zwycięsko, nie kryła przed sobą jej trudności. Uśmiechało się jej wszakże panowanie w starym dworze Dębina i nazwisko panów Rogalów, i inne prerogatywy przyszłego stanu...

Stanęło tedy w przedślubnych umowach, że marszałek miał synów obu wyposażyć, że Jakób spłat otrzymywał z posagu pani Wincentowej, Adelaida zostawała przy bracie, a marszałek sam z pod pieca w Dębinie miał się przenieść do małego folwarku, który sobie ekscypował...

Na pozór to wszystko najmniejszego nie ma związku z losem naszego dąbczaka, nie prawdaż, najmilsi czytelnicy? Otóż mylicie się najokrutniej i żal mi was, że tak mało znacie świat i dzieje! Wszystko się z sobą łączy, plecie, krzyżuje, i koniec końcem nie trzeba się dziwować gdy brzęk muchy sprowadza upadek kraju, lub ożenienie szlachcica śmiercią grozi drzewu w lesie.

Świat stoi na cudach, tylko my ich nie widziemy, a przywykliśmy tłómaczyć sobie zawsze gorąco słońcem i wilgoć wodą, gdy często i skwaru i mokroty przyczyny niewidzialne niewiedzieć gdzie się kryją.

Stało się tedy, że pan Wincenty żenił się z panną Dorotą, a z powodu tego musiano obejrzeć w Dębinie dwór, zabudowania, wszystko co mogło długiem zniszczeć zaniedbaniem, aby nowa pani zbyt złego wyobrażenia o Rogalach i ich gospodarstwie nie miała. Chodząc po kątach, pan Wincenty podobno pierwszy raz spostrzegł nadzwyczajne wszędzie opuszczenie... Dachy zaciekały w każdej budowli, ściany się paczyły, ogród, oprócz kawałka panny Adelaidy, zarastał chwastami do pasa i płoty gdzieniegdzie się waliły wraz z podporami, którym już sił brakło by je trzymać dłużej. Pan Wincenty nie był takim pedantem, żeby wymagał poprawienia tego co nie biło w oczy i w kącie sobie gniło lub waliło się, nikogo nie gorsząc, ale na samym wjeździe, od drogi wielkiej, kawał ogrodzenia od sadu wszetecznie się wywrócił, leżał na ziemi na wznak i bydło tamtędy chodziło między drzewami świeżego używać powietrza... Ekonom zgromiony klął się, że dopiero ostatnia burza zrobiła ten wyłom kompromitujący, który już miał być poprawiony, gdy go nowy gospodarz zobaczył. Co najprędzej rozkazano załatać dziurę i nazajutrz dziesięciu ludzi otrzymało polecenie jechania do lasu dla przywiezienia kołków i chrustu.

Między tymi dziesięcią mieścił się znajomy nam Chariton Pakuła, którego podobno dla tego z chaty oddalić chciano, aby łatwej dostać syna przeznaczonego na żołnierza... ale ten już powoli w szeroki świat wędrował.

W chwili więc kiedy w lesie jak najmniej się spodziewano siekiery, pogodnym rankiem letnim, dziesięciu ludzi zbrojnych w nie wjechali, w głębokie ostępy i rozpoczęli rzeź okrutną młodzieniaszków niewinnych.

Nasz Pakuła pomiarkował, że nieźleby było zarazem sobie łąkę oczyścić, i udał się na swoją smugę, przypominając, że na niej nieco kołków znaleźć się może.

Słońce świeciło jasno, wiater powiewał ciepły, liście drzew w cieniu okrywała jeszcze rosa perlista, i maluczkie pączki otwierały się do życia gdy nagle, wśród ciszy szmerem tylko rozmawiających przerywanej gałęzi, rozlegał się złowrogi łoskot siekiery i chrzęst padających drzewek.

Chariton zamyślony przeszedł łączkę swoją, rzucił okiem po drzewinach puszczających się na jej skrajach i postrzegłszy dąbczaka wesoło strzelającego w górę a już przyzwoitej grubości na kół w płocie, nie czekając ciął go od ziemi i dwoma razami obalił. Wypadek ten, niszczący wieków nadzieje w zarodku, stał się tak nagle, przyszedł tak niespodzianie, że biedny dąbek nie poczuł prawie boleści, gdy się ujrzał z żywej istoty przemienionym na martwy kawał drewna.

Co się z nim działo w chwili gdy gałązki jego dotknęły traw i liście drgnęły poszarpane... nie wiem... ale zdaje mi się, że to coś było podobnego do konania.

Inaczej wszakże dzieje się z drzewem niż z nami: z człowieka wybiega dusza, wylatuje duch, ostyga ciało i wszystko się kończy w jednem oka mgnieniu; drzewo ścięte przestaje rosnąć, ale czuć i chorobliwie biednie konać nie przestaje, póki się w próchno nie rozsypie. Ale z swobodnej latorośli, która co roku grubiała, co wiosnę puszczała listki, pracowała na pączki, siliła się na korzonki, patrzała w słońce i piła rosę perlistą, zimny zostaje kołek, kloc, drewno, które sobą nie włada, któremu nic nie przybywa, istota bierna i nieszczęśliwa, krajana, strugana, cięta na kawałki, oczekująca cierpliwie póki się nie rozsypie w próchno.

Nasz dąbczak nagle położony na ziemi, obcięty ze swoich młodych gałązek, poczuł że mu odrąbano głowę, że go oddzielono od korzeni, któremi łączył się z matką ziemią, że się stał czemś uciętem, bez związku ze światem — i na chwilę zamarł z boleści.

W lesie sprawiło to taki skutek, jaki czyni na świecie upadek człowieka, któremu jedni wiele prorokowali, drudzy zazdrościli wiele... zaszumiały gałęzie, ruszyły się konary, wzdrygnęły trawy, ale przyznać musimy z żalem, że tu także jak między nami, nikt nie pożałował biednego, a każdy wewnętrzną poczuł radość, że ten los spotkał sąsiada nie jego...

Brzoza pochylona przechyliła się niżej jeszcze żeby smutnemu upadkowi dąbczaka przypatrzeć, osiczyna zaskrzypiała tryumfująco, tarny zadygotały z radości a jedna sośninka tylko smutnie spojrzała na biedaka, zadrżawszy o własną skórę.

Nie śmiemy malować stanu serc i umysłów łopuchów i ciemierzyc, łozin i różnego tałałajstwa, które rosło dołem; tam prawdziwie gorszące były szelesty zwycięztwa, urągowiska i śmiechy... Łopuch się rozpiął szeroko i prychał z radości, ujrzawszy nieprzyjaciela na ziemi, ciemierzyca jak pijana się zataczała, trawy choć pogniecione szalały, zielone dobywając główki...

W jednem mgnieniu oka rozeszło się to po lesie, jak wszelka zła nowina rozbiegać się zwykła, gałęź podawała gałęzi, liść liściowi i z wierzchołka na wierzchołek przelatując, poleciała aż do starych dębów praszczurów, które zimno i filozoficznie ją przyjęły.

Sosenka była smutna... straciła przyjaciela; stary pień, z pod którego dobył się wyrostek, ani drgnął — próchno mu serce wyjadło...

Tymczasem istota, co lat kilkadziesiąt powoli rosła i z niczego się budowała, pyły zbierając w powietrzu, ziemi, świetle i rosie w którą się odziewała — jednej chwili złamana żyć przestała, Chariton obojętną dłonią rzucił ją na wóz stojący blizko, na którym już podobnych owemu kołków spora leżała kupa.

Mieszkaniec lasu spokojny, znalazł się nagle w towarzystwie obcych zbolałych jak on istot, najróżnorodniejszego pochodzenia i natury.

Nie same tam dębowe znajdowały się kołki, było ich dosyć osikowych, były grube laski leszczyny, ba i gorsze jeszcze, ale to wszystko teraz w świętej równości i braterskiej biedzie z daleka wydawało się jakby jeden kołek pomnożony przez... wiele chcecie.

Nikt poznać by nie potrafił szlachetnego dębu, wielkich nadziei od leszczyny staruchy, która nigdy do większej czci nad kołek wzdychać nie mogła, i osiczyny od grabu, co stękał, że mu życie odjęto nim się zdał na zęby do młyńskiego koła...

Na wozie Charitona leżało to jedno obok drugiego, bez różnicy klasyfikacji, jak na cmentarzysku co los postanowi.

Wszyscy nieszczęśliwi jednak pocieszali się tem że kołkami nie palą, i że im trochę życia lichego zostanie jeszcze, a wierzbina śmiała się szydersko z współbraci, zaręczając, że puści nowe korzenie i zawsze drzewem zostać potrafi, czemu inni wiary dawać nie chcieli.

Szlachetniejsze owe drzewka raz wyrwane z ziemi, na której wzrosły, już do innej przywyknąć i w niej nowego życia rozpocząć nie mogły, filozoficzna i trochę rozłajdaczona wierzbina, byle jej wilgoci nieco i gliny, w błocie czy na piasku, czy na czarnoziemiu, umie się wkorzenić i nie tęskniąc za starymi korzonkami, nowe puścić.

Jest to w naturze drzew co u ludzi: jedne miłują tak swoją ojcowiznę, że w niej tylko im dobrze, drugie byle jamka i dołek, jakie takie życia warunki, gotowe wegetować i w gnoju... Do ostatnich należy właśnie wierzba, której każda gałęź, ledwie od macierzystego pnia odrąbana, zaraz sobie sama gospodarzyć i zielenić się zaczyna.

Trafia się i innym kołkom, że w pierwszej chwili boleści walcząc o życie puszczą liści kilka, ale nim jesień te zwarzy, same one powiędną... Suchy potem kij sterczy już tylko nad ziemią obcą, z którą się pogodzić nie mógł.

Narąbawszy wszelakiego drzewa, Chariton pojechał powoli do dworu...

A że słońce było wysoko i lękał się, by go wcześnie wracającego po drugą furę nie wyprawiono, na skraju lasu z wozem stanął w trawie i długo pasł konie. Nasz kołek leżał nie pewien jeszcze jaki go los spotka, niektórzy z towarzyszów jego, pessymiści, utrzymywali, że choć cienkich wrzucą ich na ogień i spalą; inni protestowali, oczekując rychło się znowu wóz ruszy.

Słońce już było nad zachodem, gdy Chariton dźwignął się z ziemi, konie pozakładał i pomalutku pociągnął ku wsi drogą... Tu go spotkała Wasylissa, oznajmując mu, że synowi znać dała aby uciekał... że Sachar już był w lesie. Ale nie długo mówić mogli z sobą, obawiając się aby ich narady nie podpatrzono; ojciec powinien był udawać, że nie wie o ucieczce syna.

Nareszcie o mroku wóz podjechał pod wygniły płot ogrodowy i tu, obok innych kilku, fura kołków wyrzuconą została na ziemię...

Wszyscy się wielce ucieszyli.

Losem nasz dąbczak upadł tak, że dotknął dębowego także ale starego kołka, oplecionego zeschłym chrustem dawnego płotu... i na widok losu współbrata zadrżał...

Kto wie, czy nie lepiej było zostać na ogień wrzuconym, spłonąć i od razu w popiół się obrócić! W istocie, stary kół ów w najopłakańszym był stanie... leżał na ziemi wilgotnej, obalony od spodu, przegniły, nadbutwiały, okryty pleśnią i mchami, a tak znędzniony, że się i na opał przydać już nie mógł nawet i spalić go było trudno.

Młody kołek wzdrygnął się dotknąwszy jego powierzchni oślizłej i trupiej; ale poznali się i staruszek odezwał się ledwie dosłyszalnym głosem:

— Dębowy waćpan jesteś?

— Mam to szczęście...

— Śliczne szczęście być dębem i zostać kołkiem... Widzisz co mnie spotkało... miarkuj co z tobą będzie.

— Wieleż asan dobrodziej lat przebyłeś w tem położeniu? — zapytał młody.

(Trzeba wiedzieć że i między dębami dobrodziejami się nazywają przez grzeczność...)

— Lat nie dużo a nie do poznania jestem zmieniony — odparł starszy — nie wiem czy dziesięć się tu stało... a dwa się już leży... ale cóż-bo to za służba kołka w płocie... posłuchaj mojej historji.