VII

Pewnego dnia, gdy Paweł wychodził z mieszkania, rzekł do niego portier: „Dzień dobry, panie Bernheim! Na drugim piętrze, akurat nad panem, zwolnił się pokój”. Paweł właśnie wstał. Należało do jego właściwości, że go wszystko szczególnie interesowało, co opowiadano mu tuż po przebudzeniu się. Znajdował się poniekąd w pewnej zależności od portiera. Mimo że trzy razy w tygodniu dostawał od Pawła napiwki w obcej walucie, portier umiał utrzymywać Bernheima w ciągłym poczuciu winy i podsycać wrażenie, jakoby pomiędzy jego usługami a wysokością datków zawsze istniała znaczna różnica. Pawłowi byłoby przykro nie wziąć pod uwagę wskazówki portiera. Poza tym raziła go myśl, że nad nim znajduje się próżny pokój, do którego mogłoby się wprowadzić coś hałaśliwego, na przykład klub gry. Nie mógł w końcu uchodzić przed portierem za jednego z owych lokatorów, którym zależy na paru głupich banknotach. Paweł zapytał zatem, jako bankier, ile pokój kosztuje. „,Dziesięć dolarów miesięcznie” — odrzekł portier, który wobec Bernheima nigdy nie śmiał wymienić innej waluty. „Biorę ten pokój” — rzucił Paweł z szybką decyzją, z jaką przy telefonie na przykład mówił: biorę, zrobione!

Istotnie potrzebował pokoju. Im dalej szedł wzdłuż Kurfürstendammu, tym pokój stawał się bardziej potrzebny. Był mglisty dzień lutowy. Żebracy i kalecy na rogach ulic byli z szarej mgły. Przechodniów widziało się dopiero z odległości trzech metrów; wczesne latarnie płonęły jak gasnące gwiazdy. Paweł wiedział, że byłby bardzo smutny, gdyby w takim okresie nie był wynajął pokoju. Tak miał na dziś małą sensację. W ciągu całego dnia nie otrzymał poczty. W dniach, w których skrzynka z listami była próżna, czuł się podwójnie samotny. W takich dniach był pesymistą i stawał się zabobonny. Wyobrażał sobie, że jakaś wroga potęga powstrzymała ludzi, z którymi korespondował, od pisania, albo listy ich zatrzymywała w skrzynkach pocztowych, albo powodowała gnicie korespondencji w workach i wozach pocztowych. Sam niechętnie pisywał zwyczajnie listy. Telegrafował albo wysyłał polecone listy. A więc wczoraj i przedwczoraj żaden człowiek o mnie nie myślał, mówił do siebie, gdy skrzynka na listy była próżna. „Mam wielu przyjaciół i jestem sam. Nawet Marga do mnie nie napisała”.

W takich dniach przygotowywał się z cierpliwą radością na korespondencję biurową, która czekała nań w mieście. (Nie wyrażał się: centrum miasta, lecz „city”.) Zwykle ta korespondencja w ogóle go nie interesowała. Przyjaciel „z fachu” odstąpił mu biuro, w którym siedzieli sekretarz Bernheima i stenotypistka. Odbierali rozmowy telefoniczne, zawierali samodzielnie małe umowy, a gdy szło o większe, dzwonili do mieszkania Pawła. Codziennie po południu, w godzinę po drzemce, udawał się Paweł do biura. Gdy otrzymał listy w domu, jeździł autem. W dniach, w których nie miał prywatnej poczty, szedł pieszo, ażeby gruntownie posmakować swojej samotności. Lecz i dlatego, by w pewnym określonym momencie, w którym ból samotności przechodził w łagodne rozrzewnienie, możliwie długo przewlec nadzieję na niespodzianie ciekawą korespondencję handlową. Ostatecznie mógł między pocztę biurową dostać się także prywatny list.

Postanowił obecnie przenieść biuro z „city” i urządzić je na drugim piętrze nad jego mieszkaniem. Zdarzały się godziny pod wieczór, które musiał spędzić w swoim pokoju sam, nie zgłaszał się wtedy żaden przyjaciel, nie dostawał żadnego listu, nikt nie telefonował. Kobiety, z którymi utrzymywał stosunki, interesowały go tylko, jak długo znajdował się w ich towarzystwie. Jego stała przyjaciółka, Marga, mieszkała w Wiedniu i przyjeżdżała do niego raz na miesiąc. Była młodą aktorką, która za żadne skarby nie chciała porzucić teatru. Nie udało mu się umieścić jej na berlińskiej scenie. Lecz nawet gdyby był miał Margę przy sobie, nie byłby czuł się mniej opuszczony. Potrzebowała go jedynie, bo wymagał tego zwyczaj. Nie kochał jej, lecz i jemu nakazywała tradycja utrzymywać przyjaciółkę. Powiększało to towarzyski, a nawet finansowy kredyt.

Ciężko było żyć samemu. Wszystkie nieprzyjemne myśli przychodziły z samotności, jak pociągi przychodzące z oddali. Gdy był sam, przypominał sobie Nikitę, szpital, straconą Anglię, przerwany Oxford. Zbliżał się do trzydziestki. Trzydziesty rok życia wydawał mu się ostatnim etapem na drodze do wielkości. Kto do tego czasu nie był wybitnym człowiekiem, ten nim już nie zostanie. Życie traciło wtedy swój sens. Gdyż wieść przeciętne życie uważał Bernheim za zdradę na własnej osobie, na swoich talentach, na swoich genialnych młodzieńczych latach, na swoim zmarłym ojcu. Gdy myślał o swojej przyszłości, mógł wyobrazić sobie jedynie wielkość albo śmierć. A im bardziej promienną malował sobie ową wielkość, tym bardziej obawiał się śmierci. W niektórych godzinach otaczała i wypełniała go już próżnia śmierci.

Ażeby uciec przed nią, otaczał się towarzystwem. Byli to ludzie, którzy z niego żyli, cienie wyłaniające się z mgieł epoki i przez nią ukształtowane. Wszyscy poruszali się na niepewnym, nieograniczonym i zmieniającym ustawicznie swoje rozmiary terenie, pomiędzy sztuką a hazardową grą. Mieli styczność z teatrem, malarstwem, literaturą, lecz nie pisali, nie malowali, nie występowali. Ten zakładał pismo na przeciąg jednego tygodnia. Ów brał zaliczkę za artykuł, którego nie mógł nigdy napisać. Trzeci urządzał scenę dla młodych i szedł po pierwszym przedstawieniu do więzienia. Czwarty oddawał swoje mieszkanie na dom gry, nie mógł żyć w swoim domu i przegrywał w innych klubach komorne, które mu płacono. Piąty studiował medycynę i zajmował się spędzaniem płodu20; mógł jednak, obawiając się niedyskrecji, proceder ten uprawiać jedynie w gronie przyjaciół, nie dostawał więc honorarium. Szósty aranżował seansy spirytystyczne i padał ofiarą denuncjacji własnych mediów. Siódmy równocześnie uprawiał szpiegostwo na rzecz tutejszej policji i na rzecz obcych poselstw, oszukiwał jednych i drugich, i obawiał się zemsty wszystkich. Ósmy dostarczał rosyjskim emigrantom fałszywych paszportów i pośredniczył na policji przy staraniach o zezwolenie na pobyt. Dziewiąty przynosił radykalnym pismom fałszywe wiadomości z kół tajnych organizacji nacjonalistycznych. Dziesiąty kupował je, zanim ukazywały się w gazecie i dostawał za to wynagrodzenie od konserwatystów, którzy posiadali pieniądze. Okazało się w owych dniach, że moralność tego świata zależała wyłącznie od stabilizacji waluty. Jest to stara prawda, która poszła w zapomnienie w ciągu tych lat, kiedy pieniądze miały bezsporną wartość. O moralności społeczeństw decydują giełdy świata.

Dla tych wszystkich ludzi mieszkanie Bernheima stało otworem w dzień i w nocy. On, jedyny między nimi, zarabiał prawdziwe pieniądze, to znaczy obce, i dlatego miał nad nimi wyższość. Im więcej go ta wyższość kosztowała, tym większą miała wartość. Niekiedy chętnie przeceniał swoich przyjaciół, żeby sam sobie mógł wydawać się potężniejszym. Oddawał się iluzji, że wiedzie nareszcie życie prawdziwego pana. I jak niegdyś jego ojciec kupował teraz ubrania, buciki, kapelusze w Anglii. Palił angielski tytoń z angielskiej fajki, jadał owoce i kaszę, i surowe mięso i jeździł znowu konno, jak za młodych lat. Martwił się tym, że nie posiadał własnego konia. Automobil na spłaty, szofera w liberii. Paweł byłby chętnie posiadał konie i parę powozów. Przekonany o tym, jak i cały świat, że gospodarka decyduje o polityce oraz o całym życiu narodowym, a nawet europejskim, zaniedbał swoje zamiłowanie do historii sztuki i do literatury, a mówił obecnie wyłącznie o „ekonomicznych realiach”. „Chodzi o to — tłumaczył doktorowi Königowi, jednemu z jego przyjaciół — by opanować rynek. Opinia publiczna jest rynkiem. Pisma są niewolnikami banków. A kto opanowuje banki wraz z ich niewolnikami, rządzi państwem”. Doktor König, który miał lewicowe zapatrywania, który sympatyzował z Rosją i uważał się za rewolucjonistę, przysłuchiwał się z nabożeństwem, jakim zawsze dysponują przeciwnicy ustroju burżuazyjnego w rozmowie z filarami tego ustroju. Bernheim uważał go za potężnego przywódcę proletariatu, a on widział w Bernheimie tajnego sojusznika ciężkiego przemysłu. Tak siedzieli naprzeciw siebie, reprezentanci dwóch wrogich potęg, osobiście obiektywni aż do przyjaźni i każdy przeświadczony o wrażeniu, jakie wywiera na drugim.

— Będziemy jeszcze z Rosją robić interesy! — rzekł Paweł z przychylną ironią.

— Zarobicie tam pieniądze, które my wam tu zabierzemy! — odpowiedział doktor König.

Wieczorem siedzieli obok siebie przy grze. Dr König przegrywał. Wywodził swoje niepowodzenie w grze ze swego światopoglądu, który kazał mu nienawidzieć pieniędzy. Pożyczał więc od wygrywającego Pawła, który okoliczność tę wyjaśniał tradycyjną filozofią, mianowicie brakiem powodzenia w miłości. Wieczorem nie znosił polityki. Wolał już anegdotki Kastnera, który przynosił ze sobą czasami pornograficzne dzieła. Kastner dostawał je w komis od ludzi będących w kłopotach pieniężnych. Bernheim odkupił już od niego parę dzieł. Zabawiał nimi damy, które go odwiedzały i do których mówił: „Muszę panią na pół godzinki przeprosić, mam ważne sprawy. Proszę sobie na razie obejrzeć te ilustrowane pisma. Proszę tylko nie zaglądać do tamtych ksiąg. To jest trucizna dla kobiet!”. Gdy wracał po kwadransie, kobieta siedziała już nad zakazanymi książkami.

Parę razy w tygodniu urządzał większe przyjęcia, które kończyły się dopiero o brzasku. Podawał szofer w białych rękawiczkach. Po kolacji młody poeta czytał fragmenty dramatów. Gaszono światło pająka21 i tylko po kątach zostawiano oświetlone żarówki przysłonięte ciemnoniebieskimi batykowanymi22 abażurami. Poeta siedział w fotelu. Słuchacze opierali się o poduszeczki, których Bernheim posiadał może sto. W ten sposób każdy urządzał sobie kanapę. W miarę jak komplikowały się akcje dramatów, zwiększało się zainteresowanie słuchaczy dla swoich sąsiadek. Podczas gdy poeta czytał ostatni akt, większa część leżała już w ciemności, jak gdyby leżeli już za spuszczoną kurtyną.

Lampki z abażurami były skręcone. Tu i ówdzie widziało się białą rękę, sięgającą po szklankę. W drugim pokoju nakręcał szofer przytłumiony gramofon. Ktoś wtórował, nucąc melodię płyty. Jedna para podniosła się do tańca, lecz po kilku chwiejnych obrotach opadła z powrotem, jak gdyby stanął mechanizm wbudowany w ich ciała i w ruch wprawiający ich członki. Przeważna część mogła tylko jeszcze palić papierosy. Razem z dymem unosił się mdły zapach ich ust, a zapach wina, papierosów, pudru i perfumy dawał w sumie woń mentolu i pasty do zębów. Zanim wstawał szary ranek, szofer przynosił czarną kawę w małych filiżaneczkach. Jego rękawiczki, cudem jakimś, wciąż jeszcze były białe i lśniły się w ciemności. Damy oraz ci panowie, którzy nosili złote bransoletki, brali filiżanki do ust, podnosząc przy tym mały palec.

Goście odchodzili, jeden za drugim, nie żegnając się, między dniem i nocą, i jakby lękając się dnia. Pół godziny po odejściu ostatniego gościa Paweł nie wiedział jeszcze, czy był już sam. Robił więc rundę po pokojach, jak stróż nocny. Przy pierwszym rannym blasku szukał śpiących we wszystkich kątach, pomiędzy rozrzuconymi i spiętrzonymi poduszkami. Byłby chętnie zatrzymał jednego gościa. Lecz bał się to powiedzieć, aby wszyscy nie zostali. Gdy przekonał się, że wszyscy odeszli, grał parę melodii z okresu swej młodości. Dzień zimowy czołgał się ku oknom z ołowianą powolnością. Paweł pozostawiał swoje palce ich własnej pamięci i pozwolił im posuwać się po klawiszach bez kontroli. Wywołane dźwięki późno docierały do jego uszu, jak gdyby przysłuchiwał się grze obcego z odległego pokoju. Melodie przypływały równocześnie z pierwszymi szmerami budzącej się ulicy. Paweł przypominał sobie poranne godziny swojego dzieciństwa, godzinę przed udaniem się do szkoły. Krótki, a jednak tak długi kwadrans pomiędzy przebudzeniem się a wstaniem, kiedy to z podwójną wrażliwością zmysłów słuchał odgłosów poranka na dalekich ulicach i w bliskich pokojach. W całym domu unosiła się woń świeżo palonej kawy i tłuszczu, w którym skwierczała jajecznica. Czuć ją było jeszcze na ulicy. Gdy Paweł wychodził z domu, specyficzny ten zapach towarzyszył mu jeszcze jakiś czas. Pierwsze lekkie, chłopskie wozy toczyły się do miasta. Na pierwszym zakręcie ulicy, ciężko dysząc, pojawiała się sikawka magistracka, niby zrobiona ze spiżu. Wtedy ciągnęły ją jeszcze dwa szerokie, monumentalne konie, które zdawały się same liczyć dudniące uderzenia swoich kopyt. Śpiewne wołania handlarzy ulicznych odbijały się echem wśród ścian i porannej próżni podwórzy, a z otwartych okien dolatywał, jak odpowiedź, śpiew sprzątającej pokojówki. Paweł widział swoich kolegów, jednego po drugim. Mógł ich jeszcze wyliczyć podług alfabetu, aż do Morgensterna, potem nazwiska gubiły się w ciemności nocy.

Każdy z nich coś osiągnął, o ile nie padł na wojnie — myślał Paweł. A jak daleko ja ich wówczas zostawiałem w tyle! — Z nieubłaganą trzeźwością, następującą po nieprzespanej nocy, demaskował Paweł Bernheim jedno złudzenie za drugim. Były to jedyne godziny, w których zdawał sobie sprawę z nędzności jego przyjaciół i fałszywego blasku jego wygodnego życia. Rzekłbyś: pogodna prawdziwość owych wrażeń, przysyłających ciągle jeszcze echo odległych czasów, odsłaniała próżnię teraźniejszości, jak się poznaje fałszywe perły, gdy pojawiają się w pobliżu prawdziwe. Groźna góra lodowa płynęła naprzeciw jego trzydziestce. Ambicja dręczyła go. Było to fizyczne, nieuleczalne cierpienie. Gdybym mógł się jej wyzbyć — pomyślał Paweł — gdyby można ją było wyciąć! To nie był rys charakteru, to był chory, zbędny organ. I jak skąpiec liczy swoje nieproduktywne skarby, tak Paweł liczył swoje nieproduktywne talenty. Umiał malować, grać, pisać, zabawiać; znał się trochę na interesach, na ludziach, na ekonomii, na polityce. Nieźle mu się powodziło, zarabiał pieniądze. Lecz nie tyle, by być potężnym, a za dużo, by poznać błogą gorycz ubóstwa. Musiała istnieć jakaś tajemnica, tajemnica powodzenia. Może z czasem wpadnie na nią. Może szczęśliwy ożenek.

Znowu przez okna wciekał dzień, straszny dzień. Przyniósł próżnię, zimno i zrozumienie prawdziwego stanu rzeczy; zrozumienie, które rodziło lęk i budziło cień śmierci. Był to wprawdzie ratunek przed przeciętnością: ale jaki ratunek! Jak się mruży oczy przed nadciągającą katastrofą, tak przymknął Bernheim oczy przed nadciągającym dniem. Położył się spać.

Pracy nie trzeba było poświęcać więcej, jak dwie godziny. Interesy szły same. Przy dwóch rozmowach telefonicznych z Merwigiem w domu zarabiało się na miesiąc utrzymania. Na różnicy pomiędzy wartością dolara na czarnych i legalnych giełdach świata zarabiało się na luksus. Udało mu się w końcu skłonić Merwiga do nawiązania z ludźmi z czarnej giełdy. W przeciwnym razie byłby mu wypowiedział. Bez litości. Paweł wyraził się: bez słabości. Tylko nie być sentymentalnym! — powtarzał Paweł kilka razy dziennie.

Teraz, kiedy biuro mieściło się nad jego mieszkaniem, czuł się mniej samotnym. Na górze siedzieli ludzie, których on opłacał. Żyli z niego, musieli więc być do jego dyspozycji. Nie tak jak przyjaciele, którzy uważali, że przyjaźnią spłacają pożyczone pieniądze. Około trzeciej po południu wchodził wolnym krokiem schodami do biura. Gdy tylko wkładał klucz do zamka, wewnątrz zaczynały stukać dwie maszyny. Dwie panny siedziały nad nimi nachylone, jak gdyby nie słyszały wchodzącego. Rzucały się drapieżnie na jakiś obojętny list i zwyczajem żeńskich sił biurowych, siekły go klawiaturą maszyn. Czynność, która podoba się chlebodawcom, nie dlatego, że ich cieszy pilność, ale ze względu na strach, który budzą. Paweł Bernheim również cieszył się tą uniżonością. Stosownie do zwyczaju czasów, będących epoką śmiałych i szybkich decyzji, kiedy to handel pod wpływem wojny zachowywał się jak strategia, do tego stopnia, że interesy zaczęto nazywać „operacjami”, stosownie do tych czasów, rzucał Bernheim okiem na biurka i na rozciętą korespondencję gotową do przeczytania. Miło mu było, kącikiem oka, objąć postać nieśmiałego, czekającego sekretarza, który nie ważył się swojemu panu przeszkadzać w lekturze. Paweł Bernheim stawał się wówczas ludzki — zdolność użyczająca również rozkoszy władzy.

— No, pokaż pan śmiało, co pan tam ma!

Przypatrywał się ordynarnemu, twardemu i błyszczącemu materiałowi ubrania sekretarza i czuł radość lat chłopięcych, kiedy to ze świadectwem w ręku żegnał się z kolegami, których oczekiwał jeszcze dodatkowy egzamin.

— Umowy telefoniczne?

— Dotychczas cztery — rzekł sekretarz. — Powszechny Ziemiański, Agrarny, Kredytowy i pan Robinson.

— Robinson? Wiele?

— Wszystkiego 500!

— Chińskie?

— Nie, Ameryka!

— Czy słyszał pan co o Ergo, Im. i Ex.?

— Aparaty nie idą, panie Bernheim. To nie ma racji bytu, jeżeli wolno mi wypowiedzieć moje zdanie.

— Nie — rzekł Bernheim — bez swego zdania — a w duszy sekretarza czytał słowa: „Ma rację, kto dziś płaci jeszcze 15 dolarów tygodniowo?”.

— Musimy — mówił dalej Bernheim — bacznie sprawę śledzić. Trzeba mieć nosa! — Telefon przeraźliwie alarmował, równocześnie biuralistki przestały stukać. Sekretarz skoczył, ażeby chwycić słuchawkę, zanim Bernheim wyciągnie rękę. Przez chwilę panowała cisza. Wynikała ona z obydwu maszyn, które przed chwilą jeszcze hałasowały, i z obu dziewcząt, których twarze przybrały minę pustej uroczystości, z jaką niekiedy przypatrywały się nabożeństwom lub obcym weselom.

— Kto mówi? — zapytał Bernheim sekretarza. Ten odłożył słuchawkę z usłużną stanowczością, z którą za piętnaście dolarów tygodniowo byłby odłożył wszystkich właścicieli telefonów. Pomiędzy koniecznością mówienia po cichu, a obawą, że szept zmniejszyłby jego czołobitność, wynalazł pewnego rodzaju urwany sposób wyrażania się, fragmentaryczne zwroty, jak gdyby skróty trudniej było słyszeć niż całe zdania.

— Granich Düsseldorf pyta, jutro będzie sygnowane! — bełkotał.

— Niech czeka! — rzucił Bernheim — jestem na konferencji.

Sekretarz telefonował: „Proszę uprzejmie zaczekać albo zadzwonić za godzinę. Nie mogę niestety służyć. Pan Bernheim jest na ważnej konferencji”. Uważał za stosowne nazwać konferencję ważną. W ten sposób robił się niezbędny.

Istotnie, Paweł Bernheim lubił, gdy mówiło się o jego ważnych konferencjach. Lubował się jak cały świat w tych nieszkodliwych złudzeniach, i stosował je z obawy, że mógłby sam paść ofiarą podobnego kłamstwa. Z tego powodu dodał:

— Zadzwoń pan do pana Robinsona, powiedz pan, że jestem na ważnej konferencji i że oczekuję jutro jego wizyty.

Sekretarz zatelefonował i rzekł:

— Pan Robinson prosi pana do siebie. Właśnie jutro nie ma czasu!

— Niech w takim razie czeka! — rozkazał Bernheim z udanym wybuchem. Odpowiedź Robinsona gniewała go, a jeszcze bardziej był zły, że jej nie przewidział. Byłby chętnie wydał jeszcze parę zleceń, ale stał się zabobonny! Dziś nic się nie powiedzie!

Chciał wstać i zakończyć dzisiejszą pracę.

Znów rozległ się dzwonek.

— Pański brat — rzekł sekretarz.

Paweł zapytał: — To ty, Teodorze?

— Tak jest — odrzekł Teodor — nie odchodź, będę za pięć minut u ciebie.

Teodor przyszedł.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu miał na sobie cywilne ubranie. Wiatrówki23 więdły w domu. Nie usiadł mimo zaproszenia Pawła. Stał w mroku zimowego wieczoru, na jego płaszczu błyszczało jeszcze i szybko się roztopiło parę śnieżnych gwiazd. Kapelusz trzymał w ręku — poznać było, że byłby go chętnie trzymał obiema rękami. Upokorzony — w domu brata. Paweł wydawał mu się bardziej obcy wśród obcych mebli, wśród ścian, które były własnością Pawła, wyłącznie Pawła. To nie był dom matki, w którym Teodor, bądź co bądź, doznawał uczuć wywłaszczonego, wzniosłą gorycz, która również nadaje praw własności. Czy pomoże mi? Do chwili, w której zadzwonił do mieszkania Pawła, chodził bez określonego planu. Nie był w stanie wyobrazić sobie, co powie i co Paweł na to odpowiedzieć może. A teraz w ogóle nie wiedział, co ma powiedzieć. Zapadający szybko mrok wypełnił pokój. Paweł nie zapalił światła. Rzekłbyś: woła ściemniające się niebo na pomoc przeciw Teodorowi.

„Powiem to, zanim noc zapadnie” — pomyślał Teodor.

— Potrzebuję natychmiast co najmniej 2000 dolarów! — rzekł wreszcie.

— Nie mam!

— Muszę dziś w nocy uciec. Z Gustawem. Ty go nie znasz. Zbroił coś.

— Co mówisz? Cóż ty masz z tym wspólnego?

— Możesz mnie oddać w ręce policji, jeżeli chcesz. Brałem w tym udział! — A ponieważ pomyślał, że Paweł mógłby uważać go za pospolitego bandytę, dodał szybko:

— Polityczna sprawa.

Ostatnia zgłoska drgała jeszcze w uszach Pawła. Noc zapadła. Paweł przypomniał sobie znowu Nikitę.

— Nie mam pieniędzy!

— Dzwoń, pożycz sobie natychmiast, szybko! — krzyczał głośno Teodor, jak gdyby w mniemaniu, że nie ma sensu być ostrożnym, skoro jest już noc.

— A co stanie się — zapytał Paweł pomału — jeżeli nie dam ci pieniędzy?

— Ty! — krzyknął Teodor. Wyciągnął rękę w kierunku stołu. Szklany przycisk do papieru sam wcisnął się do jego ręki. Rzucił nim o podłogę. Zadudniło.

W tej chwili zaskowytał dzwonek.

Paweł otworzył drzwi.

Wszedł Nikołaj Brandeis.

*

Był to wysoki, barczysty mężczyzna około czterdziestki, o dziwnie miękkich, tygrysich ruchach i głębokim łagodnym głosie, którego urok polegał na obcym akcencie, z jakim wymawiał słowa. Niekiedy zdawało się, że Brandeis celowo źle akcentuje. Kto go znał, zdumiony był wszechstronnością i szybkością jego inteligencji oraz wytrwałością, z jaką popełniał ciągle stare błędy. Ba, miał ten niegrzeczny zwyczaj, że zdanie, które ktoś wypowiadał, powtarzał natychmiast ze swoją melodią i fałszywym akcentem, jak gdyby chciał mówiącego poprawić albo też siebie upewnić, że dobrze słyszał. Cecha ta sprawiała, że ludzie odnosili się do niego z nieufnością. Skoro ludzie niechętnie się na to godzą, by ktoś poprawiał im błędy, to są rozgoryczeni, gdy nie uznaje się nawet ich poprawności. Brandeis był im obcy. Mogli znieść tylko pewien stopień obcości, a nawet z nią sympatyzować. Brandeis atoli przesadzał. W atlasie geograficznym, albo jako skromny portret na ścianie muzeum, byliby go ocenili jako „egzotyczny okaz”. On jednakowoż żył.

Zdawał się pochodzić z nieznanego rodu rosłych Mongołów o szerokich kościach. Jego czarna szpiczasta broda tak wzorowo kojarzyła się z szeroką twarzą o kształcie serca, że wyglądała jak sztuczna i przylepiona, a że górna warga ponadto była golona, można było przypuszczać, że Brandeis zapomniał zdjąć brodę po balu maskowym. Dziwny był jasnoszary kolor jego skośnych, wąskich oczu. Nad jego trójkątną twarzą wznosiło się, w przeciwstawieniu do jej brunatnożółtego koloru, nieoczekiwanie białe i wysokie czoło, jakby pożyczone u innego człowieka. I dopiero rzadkie, rozpadające się w pojedyncze kosmyki, matowociemne włosy harmonizowały z jego twarzą, z jego brodą i położeniem jego oczu.

Wiedziano o tym niezwykłym człowieku tylko tyle, że, jak wiele tysięcy innych, opuścił Rosję po rewolucji. A ponieważ nie miał rodziny ani krewnych, ani przyjaciół, i ponieważ w ciągu swego pobytu w Berlinie nie zdołał pozyskać sobie przyjaciół, nie obcując ani z obcymi, ani z ziomkami, a tylko to z tym, to z tamtym, robiąc interesy, i to interesy wszelakiego rodzaju — zaczęto na niego zwracać uwagę i podejrzewać go o różne występki. Szybko stał się znany. Nienawiść bowiem i nieufność czynią człowieka popularniejszym niż szacunek i miłość. Kto go raz widział, nie zapominał go. Ulegało się melancholicznemu urokowi jego głosu, doszukiwano się u tego człowieka jakiejś tajemnicy.

Można go było spotykać w bankach, w poczekalniach dyrektorów, na giełdzie i w kawiarniach dzielnicy handlowej. Wiedziano o nim poza tym, że mieszka w zachodniej części miasta, w małym pensjonacie, w którym się nie stołuje. Niekiedy widywano go w późnych nocnych godzinach w zamkniętych klubach gry. Siedział w kącie, pił, płacił i odchodził. Restauracje były zamknięte, kluby uważał tylko za zastępcze lokale. Zaproszeń nie przyjmował. Szedł zawsze pieszo. Ze wszystkich ludzi, z którymi robił interesy, on był jedyny, który nie posiadał wozu i jedyny zresztą, który zdawał się nigdy nie śpieszyć. Widywano go potężnego, kroczącego wolnym, wyzywającym krokiem, z laską o metalowym końcu, skierowaną do nieba, opartą o ramię jak karabin; ręka z rączką laski w kieszeni, kapelusz z wąską kresą24 zsunięty był na oczy. Tak był uzbrojony, a jego pewność siebie była pewnością człowieka kroczącego na czele dużego zastępu.

Parę miesięcy temu ubił z Pawłem Bernheimem poważniejszy interes. Chodziło o to, ażeby sprzedać tanio do Jugosławii kilka tysięcy starych, zużytych kuchni polowych, jako stare żelazo. Kuchnie stały przy komendzie uzupełnień w Styrii25, a rząd nie troszczył się o to, bo nie był pomysłowy i bo kuchnie podlegały kontroli międzynarodowej komisji do spraw broni. Ale odbiorca chciał towar nabyć jedynie od jakiejś protokołowanej firmy w Austrii. Brandeis przyrzekł trzydzieści procent zysku, gdyby bank Bernheima zgodził się figurować jako odbiorca w Styrii i dostawca do Jugosławii. Cena kupna była mała, a przekupienie starosty i urzędnika skarbowego miał Brandeis sam załatwić. Bernheim niczego prawie nie ryzykował. Przyjął propozycję. Po sfinalizowaniu interesu otrzymał od Brandeisa, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, zamiast trzydziestu procent, jak się umówili, czterdzieści pięć procent z zysku. Paweł obawiał się podstępu i odesłał Brandeisowi piętnaście procent. Otrzymał list, w którym Brandeis się usprawiedliwiał, oświadczając, że przekazał czterdzieści pięć procent przez pomyłkę.

Od owego czasu Bernheim nic o Brandeisie nie słyszał. Zjawienie się Brandeisa, dziś wieczorem, w godzinie, kiedy Paweł miał u siebie nieoczekiwanego brata, spotęgowało zagadkowość obcego i trwożliwość Bernheima. Czego chciał Brandeis? Czy wiedział o jego bracie? Czy był w zmowie z policją? Czy jemu i bratu coś groziło?

Trwało parę sekund, zanim Paweł się odezwał. Trzymał jeszcze rękę na klamce, stojąc przy drzwiach, które zamknął po wpuszczeniu Brandeisa i wyglądał, jak gdyby chciał oddać dom Brandeisowi i odejść stąd. Brandeis opuścił laskę, jakby na znak, że znajdował się już w mieszkaniu. Kapelusza z głowy nie zdjął. Czekał. Gdy Paweł wciąż jeszcze milczał rzekł wreszcie:

— Pan ma gościa i ja przeszkadzam. Może lepiej pójdę.

Teodor zapalił w międzyczasie światło. Siedział w szerokim krześle, chudy, blady i zmarznięty. Gdy Brandeis krótko i z daleka się ukłonił, Teodor zmrużył tylko powieki.

Paweł spodziewał się, że obecność obcego spłoszy brata. Lecz Teodor przerwał ciszę:

— Kiedy możesz mi dać pieniądze?

— To jest niemożliwe — rzekł Paweł.

Teodor wstał. Podniósł się szybko, wyrzucając naprzód górną część tułowia i nie wyciągając rąk z kieszeni. Ruch ten robił wrażenie złośliwej i odgrażającej się odpowiedzi, rzuconej całym, naprężonym ciałem.

W tej chwili rzekł Brandeis:

— Ile pan potrzebuje, młody panie Bernheim?

— Brat chce dwa tysiące dolarów. W tej chwili nie mogę tych pieniędzy wytrzasnąć. Pan rozumie, teraz, o tej porze! — odezwał się Paweł.

— Czy mogę panu służyć? — zapytał Brandeis. Wyciągnął paczkę banknotów dolarowych, zwiniętych w rulon i związanych gumową wstążką. Odliczył dwa tysiące dolarów w banknotach studolarowych i wręczył je Pawłowi. Brandeis liczył tak szybko, iż zdawało się, że pomiędzy jego pytaniem a chwilą, w której na resztę banknotów nałożył gumkę, upłynęło tylko kilka minut.

Bez słowa — tak zdecydowanie milcząco, jak gdyby od wielu lat był niemy — podał Paweł bratu pieniądze.

Teodor skinął głową. Paweł poszedł za nim do przedpokoju. Otworzył drzwi przed Teodorem. Nie podali sobie rąk. Teodor poszedł. Paweł powoli przymknął drzwi. Gdy się odwrócił, widział w lustrze odbicie Brandeisa. Brandeis musiał widzieć to pożegnanie.

— Dziękuję panu — zaczął Paweł — jutro...

— To nie jest potrzebne — przerwał mu łagodny głos — możemy zrobić większy interes, jeżeli pan zechce. Jak pan widzi, mam pieniądze, i to nawet nie w banku.

— Szczerze mówiąc — rzekł Paweł — nie byłbym mu dał grosza, gdyby pan nie był przyszedł.

— To byłoby niesłuszne. Chce pan tego młodego człowieka oddać w ręce policji?

— Skąd... — zaczął Paweł.

— Ja to wiem? Nic nie wiem. Pomyśl pan, jeśli młody człowiek w tych czasach, wieczorem, natychmiast, potrzebuje większej sumy! A poza tym znam tych młodych ludzi. Ich emocje są kosztowniejsze, niż były nasze, i pańskie również. Czego myśmy potrzebowali? Kobiet. Dzisiejsza młodzież potrzebuje krwi. A to jest nie do zapłacenia.

— Pan to rozumie?

— Doskonale! Rozumiem, że śmierć tych ludzi pociąga, jak nas niegdyś pociągało życie. Boją się śmierci, jak myśmy niegdyś bali się życia, i tęsknią za nią, jak myśmy niegdyś za życiem tęsknili. Nie sądź pan, że to są tak zwane szkodliwe idee, które tych młodych ludzi porywają za sobą! Lęk i pragnienie ich gna, jak zwierzęta, idee są tylko pretekstem — były zawsze tylko pretekstem...

Głos jego stawał się coraz cichszy; jedną rękę trzymał Brandeis na brzegu stołu i bębnił po nim palcami, jak gdyby chciał koniecznie wydobyć ze stołu ton.

— Idee są pretekstom i zawsze się je znajduje. Otworzę drzwi, za którymi w nocy szczeka pies i — przepraszam za to porównanie — dam pańskiemu bratu pieniądze, ażeby się ratował. Dolega mi tylko, że mu tym nie wyrządzam przysługi, gdyż, widzi pan, pies ma dom i pana, i kształt psa. Podczas gdy ten młody człowiek będzie stał przed samymi zamkniętymi drzwiami, a że ma ciało człowieka; nikt mu nie otworzy. Ludzie ci są bowiem bardzo nieszczęśliwi! Nie mają żadnych radości, tylko ideały. Ach, jak nieszczęśliwi są idealiści! —

Lecz mówmy o interesach! Ażebym się panu nie wydawał zanadto szlachetny, przyznam się panu, że tak łatwo daję pieniądze, tylko gdy kogoś potrzebuję. Potrzebuję pana! Jestem tu, jak panu wiadomo, obcy. Ludzie nie ufają mi. Sam wszystko robię, żeby w nich wzbudzić nieufność. A zatem bardzo prosty interes. Mam materiały. Doskonałe, tanie, niestety, o jasnoniebieskim kolorze, jakiego się nie nosi. Można by czekać na odpowiednią modę, oczywiście. Ale czekać? Informowałem się. Można te materiały farbować, ale stają się przy farbowaniu twarde. Istnieje tylko jedna możliwość — użycie tych materiałów na uniformy!

Brandeis przerwał na chwilę. Czekał na aprobatę. Paweł milczał.

— Potrzebowałbym człowieka — ciągnął Brandeis dalej — który mógłby dostarczać materiały urzędom, żandarmerii, policji i celnikom.

— Postaram się — odrzekł Paweł.

— Pan sam będzie dostarczał — dodał Brandeis.

Zapiął płaszcz, którego przedtem nie zdjął, sięgnął po laskę opartą o krzesło, jak żywa istota, i wstał. Pawłowi zdawało się, że obcy był teraz większy, że urósł, siedząc tu. Spojrzenie Bernheima sięgało tylko do koniuszka brody olbrzymiego człowieka.