X

Dzwony południowe przebrzmiały. Orszak z podkutymi butami zgubił się w lekkiej chmurze kurzu i wrzawy. Ulice opustoszały; ludzie siedzieli w domu i w restauracjach. Zapachy potraw unosiły się w wiosennym podmuchu.

Nikołaj Brandeis usiadł na terasie kawiarni. Dwaj panowie przeszli obok niego, o jego uszy uderzył dźwięk rosyjskich słów. Brandeis nie lubił swoich towarzyszy niedoli. Unikał każdej sposobności, która zmuszała go do przysłuchiwania się z grzecznym dowierzaniem przesadnym opowiadaniom emigrantów o ich wspaniałej przeszłości. Z tą samą grzecznością umiał nie dostrzegać ich obecnej nędzy, którą zdradzali mimo woli. Któż z nich po ucieczce na nowo się urodził, jak on? Rzekłbyś, wszyscy zostawili w Rosji swoje życie.

Bałałajkowy dźwięk ich tęsknoty nudził go, jak marsz wiatrówek28, które się właśnie tędy przewinęły. Mimo że sam był dezerterem, nie mógł pojąć patriotyzmu, który opłakuje istniejącą ojczyznę, jak gdyby ją ocean pochłonął. Ludzie ci płakali za swoim srebrnym samowarem.

Wszelako rosyjskie słowa, które właśnie usłyszał, zabłądziły do nieznanej komórki Brandeisa, do komórki, którą jakby otworzyła wiosna. Spadły na jego wspomnienia o ukraińskim lutym, jak dawno oczekiwany deszcz na spragnione pola. Wspomnienia zakwitły. Teraz rozróżniał dokładnie delikatne odcienie i stopnie ojczystej wiosny. Przypominał sobie dnie w lutym, kiedy to słońce około dwunastej godziny w południe rozwijało nagle na przeciąg pięciu minut pogodny żar. Nagle zaczęły topnieć sople lodu na dachach, co tak wyglądało, jak gdyby słońce robiło krótką próbę lata. Błękit nieba był jeszcze zimowy i kobaltowy. Tylko brzegi jego były jasne, prawie że białe, jak gdyby w tym miejscu był zlodowaciały, jak woda. A jednak oddychał już ciepłym, przymilnym oddechem, zapowiedzią pachnących, letnich deszczów. Posiadał już niewidoczny dla oka ludzkiego materiał na letnie chmurki. Potem powiał wiatr północno-zachodni. Roztapiające się sople znowu zamarzły. Wieczór we wsi zapadał szybciej niż w poprzednich dniach, mimo że przecież niewątpliwie tamte były krótsze. W bladym srebrze lśniły się w dalekim lasku brzózki, które rozsiane były między innymi drzewami, jak młode dnie pomiędzy starymi nocami. Na polach budziły się małe czerwone ognie z zapalanych chrustów, dokoła których chłopi piekli kartofle, a wiatr niósł do wsi słodką woń płonących gałęzi. Przez rozległe bagno, na którym wierzby wskazywały bezpieczne ścieżki, a które leżało między ulicą a lasem, mógłby dziś jeszcze wędrować, nie trzymając się kierunku wskazanego przez wierzby. Wszystko było jeszcze zamarznięte i pękało jak kruche szkło pod podkutymi butami. Lecz jak długo można będzie jeszcze bezpiecznie przechodzić przez bagno? Nie więcej jak dwadzieścia razy. Potem pojawią się znowu niebieskie błędne ogniki, ziemskie gwiazdy. Jutro, gdy księżyc znowu się odmieni, może spaść tak obfity śnieg, jak w pierwszych dniach listopada. Płatki będą padały gęsto, ale będzie się wiedziało, że za dwa lub trzy tygodnie znikną. „Tak mniej więcej — pomyślał Brandeis — powinno tam dziś wyglądać. A ja siedzę tu, gdzie zwiastunami wiosny są marne miejskie drzewa, przyroda magistratu, głupcy maszerujący na ćwiczenia i zapach pieczeni z kuchen. Po co właściwie tu siedzę?”

Zdawało mu się, że rosyjska mowa, którą przed chwilą słyszał, należy do przedwiośnia, które zakwitło w jego wspomnieniach, tak jak gdyby język rosyjski nie służył jako środek porozumiewawczy dla pewnego odłamu ludzkości, lecz był językiem ojczystym owej rodzinnej przyrody, brzóz, pastwisk; bagna; sopli lodu; wiatru, słońca i ognisk na polu. Dlaczego znowu emigranci? Kto wie, w nich wszystkich odżyły może dziś podobne wspomnienia jak w nim. Dlatego było tak dobrze, dziś i w podobne dnie, słuchać rosyjskiej mowy. Zapłacił i wyszedł.

Nie zważał, w jakim kierunku idzie. Chciał wejść do jakiejś restauracji, chociaż nie czuł głodu, raczej z poczucia obowiązku, na skutek przymusu, który na każdego nakłada duże, jedzące miasto oraz pod wpływem milczącej sugestii konwencjonalnej godziny obiadowej. Stwierdził, że wspomnień jego nie sposób nazwać inaczej, jak tęsknotą. Po raz pierwszy ją poznał. Przeraził się. Co z nim się dzieje? Czy powstaje może nowy Nikołaj Brandeis?

Bezwiednie zaszedł na Marburgerstrasse. Tęsknota udzieliła się wprzód jego nogom, narzędziom wędrówki. Szły samodzielnie. Znajdował się przed rosyjską restauracją, w której jadał w pierwszych miesiącach po przyjeździe i nigdy później. Urządzenie było zmienione, restaurację prowadził obecnie bogaty gospodarz, kelnerzy mieli sztywne koszule, panna sprzedająca papierosy nosiła niebieski mundur pazia, a numerki z garderoby były mosiężne. Rzucił okiem na specjały leżące na środkowym stole. Straciły swoją prawdziwość, z dawnych, biedniejszych czasów. Podobne już były do kompromisów, w jakie weszły z berlińskimi tradycjami. Dotrzymały kroku rozwojowi wszystkich emigrantów. Zamówiona wódka była słaba i śmieszna. Powiedział to kelnerowi po rosyjsku, z wyrazem obrażonej próżności. Podali mu inną wódkę.

Dwaj mężczyźni siedzący przy sąsiednim stoliku przysłuchiwali mu się, patrząc na niego z życzliwością, z jaką patrzymy na nieznanych towarzyszy wspólnej niedoli. Pozdrowił ich. Wydawali mu się sympatyczni. Obaj mieli łysiny, na ich czaszkach leżały refleksy wcześnie zapalonych świateł. Lecz bardzo się różnili między sobą. Takie różnice możliwe są jedynie wśród Rosjan, członków wielkiego narodu, składającego się z wielu małych. Będąc w pogodnym nastroju, przyznawał wszystkim rację. Ten mały, czarny, z żółtawą skórą i czarnym wąsem, pochodzi z południowej Ukrainy. Wysoki blondyn z długą czaszką i oczyma bez brwi, z różową cerą, jakby wstydliwą, jest z Polski lub z krajów bałtyckich. A jednak obaj są doskonałymi Rosjanami. Mają ten sam smak, podobny sposób trawienia, ich organizmy w ten sam sposób reagują na alkohol. Zupełnie jak u mnie, Niemca i Żyda. Wszystkim jest wspólny ten sam rodzaj potrzeb cielesnych. Nikołaj Brandeis podniósł drugi kieliszek w kierunku sąsiada.

Słyszał, o czym mówili. Mówili o pewnym Józefie Daniłowiczu, który twierdził, że przeżyje obecnie w Paryżu jeszcze intratniejszą inflację. Milczącemu Brandeisowi zdawało się nagle, że jest rzeczą niezmiernej wagi, ostrzec swoich sąsiadów i tą drogą zupełnie mu nieznanego Daniłowicza. Wtrącił się do rozmowy. Chętnie go słuchali: „Z całej francuskiej inflacji zostanie tylko to jedno: o wiele mniejsza wartość złotego franka. Francja nie ma za wiele banknotów w obiegu, jak w swoim czasie Niemcy. Banque de France posiada dość złota, mianowicie 3654 milionów franków w złocie, a więc w danej chwili jakich 60 procent wydanych biletów29. Społeczeństwo francuskie wierzy w wartość franka. Jest to psychologiczny fakt o największym znaczeniu dla stabilizacji. Albo nastąpi gwałtowna konsolidacja długów, albo obciążą kapitał, albo, a to jest najbardziej prawdopodobne, zaciągną pożyczkę zagraniczną. Jako gwarancja wystarczy Banque de France.

Co prawda Banque de France mógłby się zdecydować natychmiast na naruszenie swej złotej rezerwy, a zostałoby mu — według mego obliczenia — zawsze jeszcze 2500 milionów w złocie, jako gwarancja za bilety. Anglia z pewnością nie będzie należała do nieubłaganych wierzycieli Francji i zgodzi się na ustępstwa. Francja przestanie wierzyć, że z Niemiec można wycisnąć fantastyczne sumy. A to będzie już połowa ratunku”.

Sprawiało mu przyjemność objaśniać tych dwóch ludzi. Słuchali uważnie. Pojęli widocznie, że mają do czynienia z wielkim znawcą, śledzącym interesy giełdowe z biegłością doświadczonego polityka.

— My wybieramy się do Paryża w innych sprawach, nie za interesami.

— W takim razie — rzekł Brandeis — proszę liczyć się z grubo większymi wydatkami, niż panowie przypuszczacie.

Wstał. Poprosili go o jego adres. Przez chwilę żałował, że się z nimi wdawał. Dał im swój adres.

Chciał pójść do domu wolnym krokiem i okólną drogą. Określenie „do domu” sprawiło, że się uśmiechnął. Od dwóch lat mieszkał w pensjonacie. Nagle wydawało mu się niemożliwością zostać tam dłużej. Niedziele były nieznośne, a z niedziel najbardziej nieznośne popołudnia. Ze wszystkich zamkniętych pokojów dolatywały miłosne chichoty i gramofony. Właścicielka, wdowa po radcy dworu, miała dziś na sobie jedwabną suknię, czarną i szarą. W pokoju Nikołaja leżało jeszcze na szafie pudło ze skrzypcami, instrumentem hofrata. „W tych pokojach — opowiadała wdowa — koncertował zawsze kwartet”. Brandeis przypomniał sobie wapienną biel i błękit jego izby. Wciągał nozdrzami woń siana, gnoju, duszność kojców na kury, korzenną parność stajni i ciepły syczący strumień końskiego moczu. I przypomniał sobie mieszaninę karbolu i gotowanej ryby morskiej w jego pensjonacie. Postanowił wrócić dopiero wieczorem do domu.

Wieczór zapadł wcześniej niż przypuszczał. Niedziela przeszła, wytrzymał ją. Lecz na dworze niedziela była gorsza niż w domu. Uciekł.

Dwóch panów czekało na niego w „salonie”. Udał się do salonu. Byli to dwaj Rosjanie, z którymi mówił w restauracji.

Okazało się, że obaj odznaczali się tą samą nieśmiałością. Obaj byli bezradni. Chcieli się wspólnie do czegoś zabrać, na zasadzie owego dziwnego prawa, które łączy słabeuszów, wysyła razem na spacer dwie brzydkie dziewczyny, dwóch głuchych wikła w długą konwersację i dwóch nieśmiałych kojarzy w nadziei, że dodani do siebie, zrodzą śmiałość. Wszelako blondyn, młodszy od ciemnego, zdawał się być zmuszony do pewnej odwagi ze względów grzecznościowych. Blondyn więc zaczął:

— Cieszymy się bardzo, żeśmy pana dzięki przypadkowi poznali. Gdyż zależy nam na pańskiej poradzie. Ów Daniłowicz, o którym wspominaliśmy dziś, naraził nas na niemiłą sytuację. Dlatego przyszliśmy do pana i dlatego, że przypuszczamy, iż pan interesuje się sztuką.

— Ja? Sztuką? — odrzekł Brandeis. — Nigdy w życiu!

Jego goście tak się zmieszali, że musiał dodać:

— Ale to nie szkodzi, może panom coś poradzę. O jaką sztukę chodzi? O obrazy?

— Nie, o lekką sztukę — zaczął starszy — mamy kabaret, o którym pan może już słyszał. Założyliśmy go pięć lat temu. Występowaliśmy tu i tam, mieliśmy dobre i złe czasy. Ale zawsze jako tako szło, właśnie dzięki pomocy Daniłowicza. Dopóki robił interesy. Od stabilizacji nic nie słyszeliśmy o nim. Przyszliśmy więc do pana. Na listy i depesze nie odpowiada. W międzyczasie teatr nasz zawinął do Belgradu. Tam kończy się nasz kontrakt. Na drugi tydzień musimy wyjechać do Paryża. Ale nasze dochody w Belgradzie są marne. Proszę pomyśleć, jaka konkurencja. W Belgradzie był „Niebieski Ptak”, „Złoty Kogut”, była „Bałałajka” i „Biała Chata”. A my dajemy dobrą sztukę. Lecz publiczność jest zepsuta. A my nie będziemy mieli pieniędzy na wyjazd do Paryża.

— Jak nazywa się wasz teatr?

— „Zielony Łabędź” — rzekli obaj równocześnie, z dumą, z jaką oficerowie wymieniają swój pułk.

Nikołaj Brandeis przypominał sobie niewyraźnie, że widział gdzieś afisze z tą nazwą. A że był dziś grzeczny, dodał:

— Wiele już o tym teatrze słyszałem dobrego.

Zapytali, czy mógłby im pomóc.

Zanim jeszcze zdawał sobie sprawę, co im odpowie, wyrwało mu się zdanie:

— Mam przypadkowo w tym tygodniu interes w Belgradzie. Odwiedzę tam panów.

Panowie poszli.