Cudaczek-Wyśmiewaczek nad morzem
Długo leciał Cudaczek na swoim szybowcu. Wiatr południowy niósł go pod chmurami i od czasu do czasu podrzucał przez figle jak piłką. Znudziło się to Cudaczkowi i postanowił lądować. Zaczął zataczać koła coraz niżej i niżej, aż siadł na piasku.
Gdzie był? Przed nim szumiała wielka woda. Końca nie było widać. A jaka zielona! Jaka przystrojona w białe falbanki z piany.
— To jest morze — domyślił się Cudaczek. — No, tu chyba o mnie nie słyszeli.
Spojrzał w bok i zobaczył mnóstwo dzieci w kolorowych majteczkach kąpielowych. Jedne bawiły się w piasku. Inne brodziły w wodzie przy brzegu i coś tam łapały do kolorowych wiaderek.
— To jest plaża — domyślił się Cudaczek i klepnął się po pustym brzuszku.
Tyle dzieci! Tu na pewno coś sobie znajdzie.
Spojrzał uważnie i aż podskoczył. Na piasku siedzieli trzej chłopcy w jednakowych żółtych kąpielówkach. Cudaczek ich przecież znał! Mieszkał u nich kiedyś w zimie na ręczniku i zaśmiewał się przy wieczornym myciu.
Co to było! Jeden się wymawiał, że śpiący i woli się rano myć. Drugi tłumaczył babci, że ma czyste ręce i szyję, tylko opalone. A najmłodszy płakał, że mu babcia tą obrzydłą szczoteczką wszystkie zęby powybija.
Cudaczek wywijał kozły na frędzlach ręcznika i tak się śmiał, że naprawdę mogli go usłyszeć. Ale jakoś nie usłyszeli. Za głośno targowali się z babcią o mycie.
Ucieszony Cudaczek dał susa i uczepił się majteczek najstarszego z braci. Chłopcy siedzieli spokojnie i patrzyli, jak się fale gonią.
Wzdyma się jedna i bęc! koziołka w morze. Wypchnęła trzecią, trzecia czwartą i tak aż do brzegu.
I właśnie na spotkanie tej ostatniej fali skoczyli chłopcy i nastawili plecy. Przewróciła się przez nich. Zlała ich aż po włosy. I... ojej! zmyła z majteczek Cudaczka!
— Tonę! — krzyknęło niepoczciwe licho i zachłysnęło się wodą.
Ale nie utonęło. Fala rozciągnęła się na piachu jak długa, a Cudaczek razem z nią. Coś przy tym na niego spadło i nakryło go jak daszkiem. Leżało mokre licho na mokrym piasku i bało się poruszyć. A złe było, że strach.
— Kto by się spodziewał! Myć się nie chcieli, a w taką wielką wodę lecą! Czy się tak odmienili? Czy to tylko na lato? W każdym razie nie pożywię się przy nich.
W tej chwili usłyszał chrzęst nóżek na mokrym piasku. A potem głosik:
— Jaka ładna muszelka!
Potem zgrzytnęła tuż obok mała łopatka. Zagarnęła trochę piasku i Cudaczka-Wyśmiewaczka, i jego daszek-muszelkę. Wpadli razem do kolorowego wiaderka.
— Ciekawym, gdzie jestem — mruknął Cudaczek i wyjrzał ostrożnie spod muszelki.
Zobaczył czerwony kostiumik dziewczynki. Zobaczył nad sobą okrągłą buzię z ciemnymi oczkami.
Ale Cudaczek coś wypatrzył na buzi. Małe skrzywienie w kącikach ust. Uśmiechnął się i poklepał po pustym brzuszku.
— Tu się pożywię — szepnął.
I został.
Cudaczek-Wyśmiewaczek u panny Krzywinosek
Dobrze się umieścił nasz Cudaczek. Dziewczynka z buzią aniołka była... grymaśna. Na wszystko krzywiła swój mały nosek i Cudaczek, który miał dzięki temu co dzień pełny brzuszek, tak o niej mówił:
— Mój kochany Krzywinosek! Moje kochane Krzywinosiątko!
Bo przy ubieraniu było tak:
— Nie chcę tych skarpetek!
— Dlaczego? — pyta mama, która była bardzo dobra i bardzo cierpliwa.
— Bo tu jest cera i mnie drapie.
— Taka malutka cera? Zosiu! Wczoraj na pończoszkach miałaś większą i nie drapała.
— A ta mnie drapie. Nie chcę! — upiera się panna Krzywinosek i zaczyna śmiesznie wykręcać nosem.
Zupełnie jakby jej muszka chodziła pod nosem i łaskotała łapkami. Strasznie te miny cieszą Cudaczka-Wyśmiewaczka. Zaśmiewa się w głos i namawia dziewczynkę do coraz nowych grymasów.
— Chyba wrócimy do domu, bo co dzień jesteś grymaśniejsza — mówi mama. — Wstyd mi robisz na cały pensjonat.
A Krzywinosek swoje:
— Nie chcę tej sukienki! Chcę niebieską.
— Niebieska brudna — tłumaczy cierpliwie mama.
— To chcę tamtą w kwiatki.
— Tamta za lekka. Dziś bardzo chłodny wiatr.
Nosek lata na wszystkie strony. Buzia wykrzywia się jeszcze lepiej. Cudaczek podskakuje z uciechy i czuje, jak mu pęcznieje, pęcznieje brzuszek.
A grymasom nie ma końca. Tu guziczek się rusza. Tam rękawek za ciasny. To nie chce panna Krzywinosek sandałków, tylko buciki. Dobra i cierpliwa mama traci wreszcie cierpliwość i daje córeczce klapsa. Panna Krzywinosek najpierw płacze, potem przeprasza, a za godzinę daje nowe przedstawienie.
Przy obiedzie na sali jest znowu tak:
— Mamo, słońce mi świeci w talerz.
— A cóż ci to szkodzi?
— Bo odbija się od talerza i razi mnie... I jak dadzą lody, to mi roztopi.
— Dziś nie będzie lodów.
— Mamo — krzywi się nosek. — Ja tu nie mogę.
Więc mama wstaje i przesiada się na miejsce dziewczynki, a ją sadza na swoim. Cudaczek korzysta z tej chwili i myk z ramienia dziewczynki na stół. Chowa się w bukiecie. Stąd lepiej widać miny Krzywinoska.
Tymczasem Andzia i Michalinka roznoszą zupę.
— Jaka zupa? — pyta dziewczynka i krzywi się na zapas.
— Szczawiowa. Ale dla Zosi przecedziłam — odpowiada Michalinka. I stawia talerz.
Nosek wykręcił się na prawo, skrzywił się w lewo, ale ręka bierze łyżkę i zanurza w zupie.
Jeden łyk, drugi i panna Krzywinosek pochyla się do mamy.
— Tu dwa listki pływają — szepce. — Nie mogę jeść.
Dobra i cierpliwa mama wyławia dwa kawalątka zielone i odkłada na brzeg talerza. Cudaczek-Wyśmiewaczek chichoce w bukiecie.
— Nie będę jadła tej zupy — mówi dziewczynka. — Nie lubię takiej zielonej.
I odsuwa talerz. Odsuwa trochę za mocno.
Chlup! Zielona struga wyskakuje nad talerz i rozlewa się po obrusie. Talerz trąca wazonik z kwiatami. Wazonik się przewraca. Cudaczek wylatuje jak z procy i nabija sobie guza o kant stołu.
Ąj! Wszyscy zrywają się od stołu. Andzia biegnie po ścierkę. Michalinka łapie wazonik.
Panna Krzywinosek stoi wystraszona, zalana wodą i zupą, wykrzywiona do płaczu. Mama bierze ją za rękę i wyprowadza do pokoju, gdzie mieszkają. Zdejmuje mokrą sukienkę i kładzie do miednicy. Potem wychodzi i mówi:
— Drugie danie tu ci przyniosą.
— Nie zgadzaj się! — krzyczy Cudaczek prosto w ucho dziewczynki.
I panna Krzywinosek podnosi wielki krzyk:
— Ja nie chcę!
Ale mama już wyszła i zamknęła drzwi. Zamknęła i ani myśli wrócić. Panna Krzywinosek wpada w złość. Rzuca się na ziemię i wali nogami, zupełnie jak ten Złośnicki z miasteczka nad rzeczką. A niepoczciwy Cudaczek zaśmiewa się z radości i jeszcze dyryguje:
— Mocniej! Głośniej!
No, a co było dalej, to wcale nieciekawe...