Cudaczek-Wyśmiewaczek wprowadza się do Złośnickiego
Cudaczek-Wyśmiewaczek, licho niepoczciwe, uciekał od panny Obrażalskiej, jakby go kto gonił. Uciekał jedną ulicą wąską, potem drugą ulicą szeroką. A potem już mu sił zabrakło, więc siadł sobie pod latarnią i odpoczywał. W brzuszku burczało mu okropnie.
Siedział tak Cudaczek długo, ze trzy godziny. Ludzie szli, wozy jechały, ale wyśmiewać się nie było z kogo. To dopiero nieszczęście!
I wtedy nadszedł chłopczyk. Miał w ręku bat i wywijał nim na wszystkie strony. Próbował nawet trzaskać z bata, ale jakoś mu nie szło. Wreszcie trzasnął tak niezgrabnie, że końcem bata zaciął się w łydkę.
Od razu poczerwieniał jak burak, wykrzywił buzię, złapał bat za oba końce i trrach! trrach! złamał na kolanie. A potem obie połówki połamał na drobne kawałki i rozrzucił nogami po ulicy.
Nikt tego nie widział, bo nikt nie szedł tamtędy, ale pod latarnią siedział przecież Cudaczek, co nie je, nie pije, tylko wyśmiewaniem żyje.
— Co za śmieszny chłopak! — roześmiał się Cudaczek. — Sam się uderzył, a na bat się złości!
Potem spojrzał na rozzłoszczoną, wykrzywioną twarz chłopca i wybuchnął śmiechem.
— Jak on wygląda! Jak on się wykrzywia! Nie wytrzymam!
I śmiał się Cudaczek do rozpuku, śmiał się w głos, aż pusty brzuszek zaczął pęcznieć... pęcznieć...
— Sprowadzam się do tego Złośnickiego — postanowił nagle Cudaczek.
I skoczył na nogę chłopca, a z nogi na plecy. Schował się pod kołnierzyk, bo chłopiec nie miał warkoczyków jak Obrażalska. Ale i pod kołnierzykiem było doskonale.
Pan Złośnicki kopnął ostatni kawałek bata i pobiegł do domu. Poniósł ze sobą licho małe jak igła, co to nie je, nie pije, tylko wyśmiewaniem żyje.
Licho wyglądało sobie szparką spod kołnierza, żeby wiedzieć, gdzie też teraz zamieszka.
Pan Złośnicki mieszkał przy rynku. Jego tatko miał tam warsztat w narożnym domu. W tym samym domu mieszkał z żoną i z dużym synem Tadkiem, i z małym synem — to był właśnie Złośnicki — i z małą córeczką Danusią.
Złośnicki wpadł do mieszkania jak bomba. W pokoju na stole zobaczył stos błyszczących kasztanów, a przy nich swoją siostrzyczkę Danusię. I od razu wrzasnął z wielką złością:
— Kto ci pozwolił ruszać moje kasztany?!
Danusia zasłoniła kasztany.
— To moje! — wołała. — Ja sama nazbierałam! Twoje są na oknie w pudełku.
— Uhu — mruknął Złośnicki i podszedł do okna, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście są tam jego kasztany. Ale były. Nikt ich nie ruszył.
Tymczasem Danusia mówiła:
— Popatrz, jak się ładnie bawię. Jaką świnkę zrobiłam.
Świnka miała tułów z kasztana, a nóżki z kawałków zapałek. Podobała się chłopcu.
— Ja też zrobię świnkę! — zawołał. — A potem psa i krowę. Będziemy się bawili w gospodarstwo.
Cudaczek westchnął żałośnie. Myślał, że będzie kłótnia i przedstawienie, a tu zaczyna się zgodna zabawa. Chłopiec przyniósł swoje pudełko z kasztanami, trochę wypalonych zapałek i usiadł przy Danusi. Potem kawałek zapałki wsunął w jedną dziurkę. Dobrze. Jedna noga już jest.
— Aha! — zawołał wesoło.
A Cudaczek-Wyśmiewaczek ziewnął i wsunął się głębiej pod kołnierz, aby się przespać.
Chłopiec tymczasem wkładał zapałkę w drugą dziurkę. Wypadła. Wepchnął mocniej i złamała się. Chłopiec syknął niecierpliwie i podskoczył na krześle.
A Cudaczek otworzył jedno oko i wyjrzał przez szparkę, bo może przecież coś będzie!
Chłopiec wziął nową zapałkę i zrobił drugą nóżkę. Potem trzecią. Ale wtedy pierwsza myk! — wypadła z tułowia kasztanowej świnki.
— Głupie zapałki! — pisnął Cudaczek-Wyśmiewaczek.
A pan Złośnicki od razu poczerwieniał jak burak i z całej siły rzucił kasztanem o ziemię.
— Jakiś ty niecierpliwy! Jak się będziesz złościł, to żadnej zabawki nie zrobisz — zauważyła Danusia.
— No to nie! — krzyknął Złośnicki.
Machnął ręką i zrzucił kasztany ze stołu na podłogę. Bęc, bęc, bęc — sypały się z hałasem.
— Hi, hi, hi! — chichotał coraz głośniej Cudaczek. — Jeszcze, jeszcze trochę! Hi, hi!
Wyskoczył spod kołnierza i tańczył na ramieniu chłopca, a brzuszek mu pęczniał.
— Głupia zabawa! — krzyknął jeszcze pan Złośnicki i huknął pięścią w stół. Mocno huknął, a stół, jak to stół, był twardy i ręka go porządnie zabolała.
Wtedy pan Złośnicki zaczął ryczeć i machać tą ręką, i tłuc siedzeniem o krzesło. Danusia zlękła się i uciekła.
A Cudaczek?
Cudaczek położył się na kołnierzu i fikał cieniuchnymi nóżkami, i piał z radości, bo już nie miał siły śmiać się zwyczajnie.
Wiedział już teraz, że dobrze trafił. U Złośnickiego będzie mu jak w raju!
Dobre dni u Złośnickiego
Mieszkał Cudaczek-Wyśmiewaczek u Złośnickiego przez tydzień. Dobrze mu się działo. Brzuszek miał zawsze pękaty jak to ziarnko grochu.
Mieszkał przez drugi tydzień i trzeci. Nigdy nie był głodny.
Pan Złośnicki o byle głupstwo czerwienił się jak burak i wyprawiał takie przedstawienia, że trudno opowiedzieć. A już o mycie to była awantura najmniej trzy razy na dzień, bo pan Złośnicki nie lubił się myć. Zdaje mi się, że szkoda mu było na to czasu.
— Czy woda ciebie kąsa? — żartowała z niego Danusia.
— Nie, ale on jest z cukru i boi się rozpuścić — dokuczał starszy brat Tadek.
Pan Złośnicki złościł się jeszcze więcej o te żarty, aż nogami tupał albo plecami o ścianę tłukł. Ścianie to wcale nie przeszkadzało, a Cudaczek miał uciechę, że aż ha!
Kiedyś mało nie pękł ze śmiechu przez to mycie.
Był wtedy pogodny dzień jesienny i dzieci bawiły się w ogródku za domem. Budowały tunel koło starej akacji. A tu okno się otwiera i mama woła:
— Dzieci, obiad! Ręce myć!
Żal było odejść od zabawy i Złośnicki od razu się naburmuszył. Danusia pobiegła przodem, a on wlókł się za nią i mruczał:
— Rano mycie, wieczorem mycie, przed jedzeniem mycie! Nie wiem po co!
— Okropność! — wzdychał mu nad uchem Cudaczek-Wyśmiewaczek, licho niepoczciwe.
Pan Złośnicki wszedł do umywalni. Z kranu ciekł sobie mały strumyczek wody. To pewnie Danusia ręce myła i nie dokręciła kranu, ona tak zawsze.
Złośnicki podstawił ręce pod ten strumyczek wody, szurnął prawą o lewą, potem wytarł byle jak w ręcznik i poszedł do stołu.
— Myłeś ręce? — pyta mama.
— Myłem — mruczy Złośnicki.
— Ej, pokaż.
Złośnicki wykrzywia się gniewnie, pokazuje ręce i powtarza z uporem:
— Myłem!
— To mają być umyte ręce?! Brud rozmazany wodą! Wstydziłbyś się!
— Myłem! — powtarza Złośnicki jeszcze raz.
— Takie mycie nic nie jest warte. Weź szczotkę i mydło i wyszoruj ręce jak należy — mówi mama.
Złośnicki wypadł z pokoju jak bomba.
— Ciągle się myj i myj! — krzyczy ze złością.
Wpada do umywalni, odkręca kurek z całej siły.
Aj! Aj! Woda chlusta wielką strugą, oczy chłopcu zalewa.
— Aaa! — wrzeszczy Złośnicki i odskakuje od kranu. Ale jest cały mokry. Zalana twarz i ubranie, nawet pończochy i buciki mokrzuteńkie. Z nosa, z czupryny leje się woda ciurkiem.
— Aa! — wrzeszczy Złośnicki wniebogłosy. Tupie nogami, wali pięściami w umywalnię, podskakuje tak zabawnie!
Wszyscy porwali się od stołu i przybiegli. Mama wyciera wrzeszczącego chłopca. Tadek i Danusia pękają ze śmiechu. A Cudaczek?
Cudaczek śmieje się do rozpuku. Śmieje się, parska i dławi się z uciechy. Obu rękami przytrzymuje brzuszek, który pęcznieje w oczach. W końcu daje nura pod kołnierz, bo czuje, że już dłużej nie może.
A zaraz na drugi dzień było nowe przedstawienie.
Pani nauczycielka czytała w szkole dzieciom śliczną baśń o krasnoludkach. Kazała im narysować w domu obrazki do tej baśni. Więc Złośnicki siadł przy stole i zabrał się do rysowania.
Cudaczek był głodny i przeszkadzał mu, jak umiał, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Chłopiec się nawet uśmiechał, bo ten gruby krasnoludek tak mu się dobrze udał!
W tej chwili mama zawołała z kuchni:
— Synku, chodź, dam ci powideł!
Powidła, pyszna rzecz! Pan Złośnicki włożył ołówek za ucho, bo tak robi nieraz tatko w warsztacie. I popędził do kuchni. Dostał powideł i wrócił do rysowania.
Gdzież ten ołówek? Na stole nie ma ani na rysunku, ani obok rysunku. Na podłodze też nie leży. Aha, szuflada odsunięta. Pewno wpadł do szuflady.
Nie, i tam nie ma. Co to jest?
Cudaczek widzi ołówek doskonale. Przecież go chłopiec włożył za własne ucho. I niepoczciwe licho zaciera cienkie ręce z radości. Zaraz będzie awantura...
Oho, już Złośnicki poczerwieniał! Wyciąga ze złością szufladę. Sypią się na podłogę książki: buch! buch!... klap! klap! — spadają zeszyty, trzask! — huknął o ziemię piórnik.
— Hi! Hi! Hi! — cieszy się Cudaczek.
Bo Złośnicki czerwony jest jak rak ugotowany, wykrzywiony jak straszydło. Tupie nogami.
W tej chwili Złośnicki łapie się za głowę i... i znajduje ołówek.
Teraz robi się jeszcze czerwieńszy.
— Nie potrzebuję! — krzyczy i ciska ołówkiem o ziemię.
Cudaczek słyszy, jak biedny ołówek pęka w środku.
— Nie potrzebuję! — krzyczy dalej Złośnicki. Gniecie swój śliczny rysunek i też rzuca na ziemię.
Na to wchodzi mama.
— Co tu się dzieje? — pyta zdziwiona.
Złośnicki przytomnieje. Widzi swój rysunek zniszczony i wybucha płaczem.
— Co za głupi chłopak! Jaki śmieszny chłopak! Oj, pęknę ze śmiechu! Co za przedstawienie! — zaśmiewa się Cudaczek-Wyśmiewaczek. — Oj, przestań, bo zachoruję!
Przewraca się na plecy i przytrzymuje brzuszek pękaty jak balonik.
Pan Złośnicki spojrzał w lustro
Myślał sobie Cudaczek-Wyśmiewaczek, że nigdy a nigdy nie rozstanie się z panem Złośnickim. Bardzo mu dobrze w tej narożnej kamienicy w rynku. I żeby nie ta awantura z rowerem, kto wie, jakby to było.
Awantura z rowerem zaczęła się od tego, że Tadek kupił rower. Zbierał na to pieniądze przez kilka lat. Teraz tatko coś dołożył i kupili rower. Jaki piękny!
Tadek wskoczył na siodełko, bo już umiał jeździć. Nacisnął pedał i dalejże objeżdżać rynek dokoła. Najpierw wolno, a potem coraz prędzej, że tylko pedały migają w górę i w dół. Potem trzymał się tylko jedną ręką kierownicy, a wreszcie zupełnie bez trzymania objechał cały rynek.
Złośnicki stał przy sklepie i patrzył. Nachmurzył się, usta skrzywił.
— Zaraz cię przewiozę! — zawołał starszy brat, mijając go w pędzie.
— Obejdzie się — wykrzywił się Złośnicki.
Odwrócił się i pobiegł do domu.
— Mamo! — woła od progu.
— Co, dziecko?
— Tadek ma rower. Ja też chcę!
— Dobrze, synku! Od dziś zaczniemy składać na rower. Kiedy uskładasz połowę, tatko dołoży resztę i kupimy rower jak Tadzikowi. A tymczasem urośniesz.
— Ja chcę zaraz! Nie będę czekał! Są takie małe rowery. Tadek ma rower, to i ja chcę!
— Pewnie! Alboś ty gorszy? On ma rower, a ty nie! — dogaduje za uchem Cudaczek-Wyśmiewaczek.
Mama tłumaczy spokojnym głosem:
— Zaraz nie możesz mieć. Skądże tatko weźmie pieniędzy na dwa rowery w jednym roku?
— A Tadek ma? To i ja chcę! — krzyczy Złośnicki coraz głośniej.
— Przede wszystkim nie krzycz — upomina mama.
— Chcę roweru! Chcę zaraz!!
Mama nie mówi już nic. Wychodzi z pokoju i drzwi zamyka. Pan Złośnicki rzuca się na ziemię, wali nogami w podłogę i krzyczy, krzyczy:
— Ja chceę roweeeeru!
— Hu, hu, hu! — zaśmiewa się Cudaczek pod kołnierzem chłopca. — Hu, hu! Jak wesoło!
Niewiele głośniejszy ten śmiech od komarowego brzęku, ale może dlatego, że tuż za uchem, usłyszał go Złośnicki. Zerwał się na równe nogi.
— Kto tu się śmieje?
Nie zobaczył Cudaczka. Przecież to licho małe jak igła. Ale za to zobaczył siebie w lustrze. Zobaczył okropnie śmieszne, czerwone, zabeczane straszydło.
I przeląkł się. Zakrył twarz rękami i uciekł.
— To tak się wygląda? Ojej!
Za chwilę był w umywalni. Umył twarz i ręce. Zaczesał zwichrzone włosy. Pomyślał, pomyślał i wybiegł przed dom.
— Przewieziesz mnie, Tadzik? — zapytał grzecznie brata.
— Ano, siadaj, bratku, za mną.
Objechali rynek jeszcze trzy razy.
— Dosyć — powiedział Tadek i zatrzymał rower.
— Nie! Jeszcze, jeszcze!
— Dosyć!
— Mało jeździłeś — pisnął Cudaczek za uchem, bo już mu brzuszek ścieniał.
Ale Złośnicki tylko trochę się skrzywił i powiedział:
— Szkoda.
Wieczorem, kiedy mama przyszła do niego na dobranoc, chłopiec objął ją mocno rękami za szyję.
— Mamusiu, ja coś powiem.
— No, co takiego?
— Ja nie będę się złościł.
— Naprawdę? To bardzo mnie cieszy.
— Ale mamusia będzie pomagała? Mamusia mi zawsze powie: „lustro”. Dobrze?
— Lustro? No dobrze. Powiem. A czy to pomoże?
— Pomoże — westchnął Złośnicki, bo sobie przypomniał straszydło, które zobaczył dzisiaj.
Zaczęły się odtąd chude dni dla Cudaczka-Wyśmiewaczka. Złośnicki wpadał nieraz w złość, ale już takich przedstawień z tupaniem, waleniem w ścianę i krzykiem nie było nigdy. A nawet zwyczajne gniewy zdarzały się coraz rzadziej. Cudaczek śmiał się czasem raz na dzień. Czasem wcale. W brzuszku burczało głośno.
Pewnego deszczowego ranka, kiedy tatko Złośnickiego jechał na stację po towar, Cudaczek-Wyśmiewaczek wymknął się przez dziurkę od klucza, kichnął, bo mu coś kapnęło za kołnierz, i uczepił się wozu. Pojechał w świat szukać lepszej gospody.
Cudaczek-Wyśmiewaczek w mieście
Na stacji pełno było ludzi. Każdy z tłumoczkiem, koszykiem albo walizką. Wszyscy patrzyli w jedną stronę.
— O, już jedzie! — zawołał jakiś chłopiec.
Coś dudniło z daleka. Coś buchało czarnym dymem. Coraz bliżej, coraz głośniej. Aż na stację wtoczył się pociąg. Sapał, stukał i stanął, a wtedy wszyscy ludzie ze swoimi tobołami zaczęli się pchać do wagonów.
Cudaczkowi aż się w głowie zakręciło od tego hałasu i ruchu. Sam nie wiedział, dlaczego uczepił się jakiejś spódnicy i razem z tą spódnicą wjechał do wagonu.
Potem ktoś zagwizdał, zastukały koła i pociąg pojechał w dalszą drogę. Powiózł naszego Cudaczka-Wyśmiewaczka naprawdę w daleki świat.
Cudaczek zresztą usnął zaraz ze zmęczenia i obudził się dopiero, kiedy wszyscy z wagonu wysiadali. Nie puszczał ze strachu spódnicy. W jej fałdach schowany wydostał się na peron, potem jakimiś schodami w dół i na górę w okropnym tłoku. Trzymał się spódnicy ze wszystkich sił, bo przecież zadeptaliby go na pewno. Takie licho małe jak igła!
Dopiero kiedy wszyscy wyszli na ulicę, Cudaczek poweselał. Ulica była duża i szeroka. Takiej w miasteczku nad rzeczką nie widział. Pędziły po niej auta. Bokiem po chodniku szli i szli ludzie. Tylu nigdy nie chodziło w miasteczku nad rzeczką. Domy też były takie wysokie, po trzy i cztery, i więcej pięter. Ale nie dudniły, nie sapały jak ten pociąg.
Cudaczek bardzo prędko puścił spódnicę, zeskoczył na chodnik i usiadł sobie na brzegu kosza do śmieci. Stamtąd, jak z balkonu, rozglądał się wokoło.
Przecież w takim dużym mieście na pewno są dzieci, z których można śmiać się do rozpuku.
Właśnie idzie jakaś pani z chłopczykiem. Chłopczyk wygląda grzecznie, ale... Oho, potknął się! Upadł. Uderzył się w kolano. Ale nie mocno. Oo... Co to? Grzeczny chłopczyk otwiera usta szeroko, strasznie szeroko i krzyczy: „aaa!”. A po policzkach łzy kapią. Mama coś mówi, a on nic, tylko: „aaa!” i płacze.
— Hi, hi, hi! Pan Beksa! — zaśmiał się Cudaczek. — Ojej, usta otworzył jak wrota. Do gardła można mu zajrzeć. Kapie łzami na chodnik! Jaki on śmieszny!
Zeskoczył Cudaczek z kosza do śmieci i prędko wdrapał się na palto pana Beksy.
Już mu nie burczało w brzuszku.
— Przestań — mówiła ta pani. — Jakże pójdziesz na imieniny do cioci taki zapłakany!
— Boli! Płacz! — pisnął prędko Cudaczek, wdrapując się na ramię chłopca.
Ale chłopiec widocznie nie posłyszał, bo przestał płakać i poszli.
U cioci było już pełno dzieci i zabawa w najlepsze. Mama rozebrała pana Beksę, ucałowała i rzekła:
— Baw się dobrze, synku. Wieczorem przyjdę po ciebie.
A pan Beksa usta otworzył szeroko, szeroko, jakby chciał połknąć krokodyla, i w bek.
— Niech ma... ma nie odchooo... dzi!...
Mama tłumaczy, że ma pilną robotę w domu, ale pan Beksa maże się dalej.
— To nie ma rady, tylko oboje musimy iść do domu — mówi mama. — Ubieraj się.
— Nieee... ja... ja chcę się... ba... wić... Ale mama... niech... bę... bę... dzie!...
— E, to są grymasy — śmieje się mama.
Jeszcze raz całuje synka i wychodzi. A pan Beksa wisi u klamki i zalewa się łzami.
— Płacz! Płacz! Hi! Hi! Hi! — dogaduje Cudaczek-Wyśmiewaczek i zaśmiewa się w głos z pana Beksy, a brzuszek pęcznieje mu, pęcznieje...
Malutka Terenia patrzy na pana Beksę z paluszkiem w buzi. Nie może zrozumieć, czego ten pan Beksa tak lamentuje. W końcu pyta:
— Twoja mama posła na zawse?
— Niee... Wieczooo... rem wró... wró.. . ci...
— To po co płaces?
Pan Beksa nie wie, co odpowiedzieć. Robi mu się wstyd i przestaje płakać.
— Idźcie się bawić — mruczy Cudaczek. — Ja się już najadłem po dziurki w nosie.
Wsuwa się pod kołnierz marynarskiego ubranka i zasypia. A jeszcze przez sen gładzi się po pełnym brzuszku.
Cała zima u pana Beksy
Chwalił sobie Cudaczek-Wyśmiewaczek nową gospodę. Pan Beksa płakał o byle co. Jak nie płakał, to beczał. Jak nie beczał, to się mazał. Jak się nie mazał, to się mazgaił. Jak się nie mazgaił, to szlochał. Ojej!
Cudaczek-Wyśmiewaczek parę razy dostał boleści z przejedzenia. Bo ta nieszczęśliwa mina pana Beksy była taka śmieszna! I te łzy, co kap... kap... kapały z oczu i... i z nosa, były takie śmieszne! I te usta otwarte, jakby Beksa chciał połknąć krokodyla, były takie śmieszne!
Uderzył się w łokieć o drzwi albo o krzesło i w bek. Mama wychodziła bez niego, znowu bek. Czapki nie można znaleźć i w bek. Nie, Cudaczek-Wyśmiewaczek nie mógł trafić lepiej. Mieszkał u pana Beksy prawie całą zimę i nigdy nie miał pustego brzuszka.
Jednego dnia zaczęła się muzyka, ledwie pan Beksa oczy otworzył.
— Wstawaj, bo się spóźnimy do szkoły — mówi mama. — Już siódma wybiła.
— Uuu... ja chcę spać.
Potem przy myciu:
— Wodaaa... ziiimnaaaa... Iiiii!...
Potem przy śniadaniu:
— Uu... buu... kożuch w mleku!...
No i do szkoły poszedł z bekiem, bo mama nie pozwoliła iść bez rajtuzów.
— Buu... a Jurek był wczoraj bez rajtuzów!... Buu!...
Szedł pan Beksa ulicą i pochlipywał o te rajtuzy. A Cudaczek zaśmiewał się a zaśmiewał. Wtedy pan Beksa zobaczył, że chłopcy przed szkołą lepią bałwana. Zapomniał o rajtuzach i pobiegł pędem.
Nagle pac! Coś trafiło go w ramię. Piguła.
Nie zabolało go. Taka tam mała piguła! Ale trochę śniegu nasypało się za kołnierz. Pan Beksa poczuł niemiłe zimno na szyi i... w bek.
Stał i płakał, póki go nie zabrała starsza dziewczynka do szatni. Tam zdjęła mu płaszcz, otrząsnęła ze śniegu i chciała mu wytrzeć szyję. Ale szyja już sama wyschła.
Dziewczynka wzruszyła ramionami i odeszła. A pan Beksa otarł zabeczaną twarz i też poszedł do klasy.
Ledwie usiadł, ledwo pani weszła, nowe nieszczęście. Władek, który siedział w pierwszej ławce, odwrócił się do Beksy. Zwinął lewą rękę w trąbkę i podstawił pod oko. A prawą zbierał niby łzy z oczu i wpuszczał do tego niby garnuszka.
Cudaczek-Wyśmiewaczek trzyma się za pękaty brzuszek i tańczy na kołnierzu pana Beksy, że tylko mu się trzęsie głowa jak cebula. A pan Beksa spojrzał na kolegę i w bek!
— Czego płaczesz? — pyta pani nauczycielka.
— Bo mnie... prze... ee... drze... źnia...
Zaczęła go pani nauczycielka zawstydzać, że taki duży uczeń i o byle co płacze. Więc pan Beksa chciał przestać, ale zobaczył, że jego chustka cała już mokra i nie ma czym obetrzeć zapłakanych oczu ani nosa.
— Uuuu... — zaczął rozpaczać na nowo.
Cudaczek-Wyśmiewaczek przechylił się, spojrzał i... zrobiło mu się nagle niedobrze. Panu Beksie kapało z oczu i z czerwonego nosa, i z otwartych ust. Już nie był śmieszny. Był obrzydliwy.
Cudaczek-Wyśmiewaczek złapał się za brzuszek, złapał się za gardło i na łeb, na szyję zeskoczył na podłogę. W paru susach był przy drzwiach i wyskoczył dziurką od klucza.
Niedobrze! Mdli! Oj, jak okropnie mdli. A za drzwiami słychać jeszcze chlipanie tego beksy. Uciekać! Uciekać, gdzie pieprz rośnie!
Przez długi korytarz pędził Cudaczek-Wyśmiewaczek. Z całej siły przytrzymywał pękaty brzuszek. Wpadł na schody. W dół po schodach! Galopem!
Opamiętał się dopiero na ulicy, kichnął, splunął, odetchnął i powiedział:
— Mam go dosyć! Nie wrócę za nic! Pfuj, jak mnie wciąż mdli!
Zobaczył naprzeciwko aptekę i poszedł powąchać jakich kropli4 trzeźwiących.