List CIII

Jedenasta wieczór, wtorek, 1775

Drogi mój, „przekleństwo dawniej sięga81”; przypominasz sobie te słowa: „To nie pani de M. należy Ci się obawiać, ale82...” i ton, jakim były powiedziane! i milczenie, które po nich nastąpiło, i niechęć do wyjaśnień, i opór! Mój Boże, czyż to nie nadto, aby wnieść zamęt i ból w duszę pełną udręki? Dodaj do tego wyraźną chęć opuszczenia mnie; i do kogo się tak spieszyłeś? Czy mogłam się uspokoić? Kochałam cię, cierpiałam i winiłam sama siebie. Byłam u twoich drzwi dziś rano, smutek był w mojej duszy; ujrzałam cię i uczucie słodyczy wplotło się w melancholię, która mnie przenikała.

A potem widziałam, że ty wkładasz jakąś zaciekłość w to, aby mnie pognębić; a potem uwierzyłam we wszystko, co mi dałeś do myślenia: słyszałam, jak nazwałeś... Wówczas to, co mi powiedziałeś, wydało mi się wstrętne i to ty byłeś przyczyną tego wrażenia; miałam uczucie, że cię krępuję, zatrzymuję, przymuszam, w duszy przechodziłam męki. Dobrze więc, miły mój! przepraszam, iż jeden raz podejrzewałam cię niesprawiedliwie; to nieufność właściwa nieszczęściu. Och! ileż razy mogłam się uskarżać! Ileż razy kryłam przed tobą łzy! Wiem aż nadto, że nie można wstrzymać ani ściągnąć z powrotem serca, które rwie się do innego przywiązania; powtarzam to sobie bez przerwy. Niekiedy zdaje mi się, że jestem uleczona: zjawiasz się i wszystko obraca się w niwecz. Refleksje, postanowienia, nieszczęście, wszystko traci siłę za pierwszym twoim słowem. Nie widzę już innego schronienia prócz śmierci i nigdy żaden nieszczęśliwy nie wzywał jej tak żarliwie.

Mój Boże, gotowa jestem polubić pana Marmontel, nie dlatego że mnie chwalił, ale że powiedział, że mam czułość dla pana. Ach, drogi mój, moim nieszczęściem jest to, że ty nie potrzebujesz, aby cię kochano tak, jak ją umiem kochać. Trzymam na uwięzi połowę duszy; jej żar, pęd stałby ci się udręką i zgasiłby cię do reszty. Ogień, który nie rozgrzewa, męczy. Gdybyś wiedział, gdybyś czytał, ile szczęścia dawałam duszy silnej i gorącej przez to, iż czuła się kochaną! Porównywał te, które go kochały niegdyś, te, które go jeszcze kochały, i powiadał bez ustanku: „Nie są godne być twymi uczennicami: duszę twoją wygrzało słońce Limy, moje zaś rodaczki wydają mi się zrodzone w lodach Laponii”. I to z Madrytu pisał mi te słowa, i nie aby mnie chwalić, ale aby się tym nacieszyć; i ja nie uważam tego za samochwalstwo, kiedy ci mówię, że kochając cię do szaleństwa, daję ci tylko to, czego nie jestem zdolna zdławić ani powściągnąć.

Przerwał mi w tej chwili list pana de Vaines. Zaniepokoił mnie; prosi, aby pan d’Alembert był u niego przed ósmą i przyniósł mu swoją pochwałę ks. de Saint-Pierre. Dodaje: to ważne. Umieram z obawy, aby nie zamącono spokoju mego przyjaciela. Byłabym w rozpaczy, rada bym dodać do swoich mąk wszystko to, co on ma wycierpieć.

Zawistnicy i świętoszki czuwają ciągle; chciałabym już doczekać jutra, a czuję, że nie zmrużę oka. Im bardziej odchodzę od własnego szczęścia, tym droższym mi jest szczęście przyjaciół. Nie mogę inaczej wyrazić mego przywiązania dla poczciwego Condorceta i dla pana d’Alembert, jak tylko mówiąc, iż utożsamili się ze mną; są mi potrzebni jak powietrze do oddychania; nie mącą mej duszy, ale ją wypełniają. Słowem, chciałabym doczekać się już jutra rana.

Ale, mój Boże, gdyby to pragnienie, gdyby ta potrzeba miały inne źródło, gdyby to nie przyjaźń... Ha! byłabym niegodną istotą i znienawidziłabym miłość. Nie, nie, nie mogę jej nienawidzić; dziś wieczór jeszcze oderwała mnie od moich cierpień; słyszałam raz jeszcze Wrzesień83. Jakież to piękne! Jakie wielkie! Jakie wzniosłe! Ale, miły mój, brakowało mej przyjemności ciebie, twoja obecność czyni ją żywszą, silniejszą, głębszą. O każdym czasie, w każdym stanie, dusza moja potrzebuje ciebie.

Wróciłam dopiero o wpół do ósmej; zastałam przyjaciół, którzy czekali na mnie; pan Roucher był także, nie był w Wersalu. Chciałabym, aby już było jutro rano, ale to znaczy widzieć cię tylko w przelocie. Jednakże jutro będę sama; pani de Chatillon nie wychodzi; chciała, bym przyszła wieczór dotrzymywać jej towarzystwa. Och, dobry Boże! moje wieczory należą do pana de Mora lub do ciebie; z całego dnia ta pora jest mi najdroższa. Gdybym się nie obawiała jakiej omyłki, oddałabym ten list służącemu pana de Vaines. Dobranoc.