List CLVII

Poniedziałek, trzecia popołudniu, 20 listopada 1775

Jedyny mój, jakiś ty miły i jak bardzo usprawiedliwiasz nadmiar mego obłędu i nieszczęścia! Tak, wierzę w to, wszystko, co wycierpiałam, czego oczekuję, nic nie miałoby władzy, aby mnie wstrzymać i ochronić od kochania ciebie, gdybym cię już nie kochała. Są rzeczy, które każą mi wierzyć w fatalność; miałam żyć dla ciebie przez chwilę, miałam umrzeć z tego. Ale, drogi mój, kochałam ciebie, nie skarżę się.

Pozwól mi tedy dźwigać mój los; nie dopełniaj miary mej niedoli, dając mi pokochać życie, w chwili gdy trzeba będzie je opuścić, gdy czuję, że mi się wymyka. Och, miły mój, przez dobroć, przez litość, pozwól mi wierzyć, że śmierć wyzwoli mnie od ciężaru, który mnie gniecie; pozwól mi zatrzymać się, odpocząć myślą na tej chwili tak upragnionej, tak wyczekiwanej, do której zbliżam się jakby z uniesieniem, kiedy pomyślę o wyroku, jaki wyrzekłeś dnia 1-go maja. Ale też kiedy cię słuchałam wczoraj, kiedy cię widziałam, myślałam z rozczuleniem, iż niebawem powiem ci: żegnaj na zawsze; badałam się, byłabym chciała nie czuć się tak chorą, żałowałam, iż nie mogę już mieć nadziei. Słowem, miły mój, tkliwość wypełniała mą duszę; nie pozwalała mi już powziąć pragnienia, które by miało za przedmiot rozłączenie z tobą. Z tego okropnego punktu widzenia śmierć będzie złem, wielkim złem!

Mój Boże, nigdy nie dowiesz się, w jakim rozdarciu, w jakiej martwocie i ucisku strawiłam ostatnie trzy tygodnie. Nie upadek sił, wychudzenie, straszliwy sposób, w jaki się zmieniłam, są osobliwe; niesłychanym jest raczej to, iż życie moje oparło się tej męczarni. Ale w końcu jesteś; ujrzałam cię pełnym dobroci, tkliwości; ukoiłeś mą duszę, wsączyłeś balsam w moją krew. Mniej ciężko było mi cierpieć tej nocy; nie spałam, miałam gorączkę, kaszlałam: ale naprawdę nie byłam nieszczęśliwa, byłam zajęta tobą w sposób łagodny i pełen tkliwości. Zdawało mi się, że piszę do ciebie, nie śmiałam się spodziewać wiadomości od ciebie, ale nie wydawało mi się to niemożliwe.

Osądź uczucie szczęścia, jakiego doznałam, kiedy ktoś, wchodząc do mego pokoju, powiedział mi: od pana de Guibert. Najmilszy mój, te słowa dały mi sił na cały dzień; nie lękam się już gorączki, mając twój list, lekarstwo ma nade mną większą moc niż choroba. Wypędzę z myśli to, co wraca do niej bez ustanku: Przyjechał w sobotę o piątej i czekał aż do niedzieli o pierwszej, aby się dowiedzieć, czym umarła, czym chora lub też powalona nieszczęściem.

Och, drogi mój, zapomniałeś tedy, że cię kocham, i nie wiedziałeś już, jak kocham, wszystkimi władzami duszy, umysłu, wszystkim powietrzem, którym oddycham. Słowem, kocham tak, jak żyję, a żyję jedynie swym kochaniem.

Jedyny mój, zabij mnie, jeżeli chcesz, ale będę ci powtarzała, ile sił starczy, że to opowiadanie jest za długie co najmniej o dziesięć wierszy. A potem czy się mylę, czy ta śmierć Adelaidy nie przypomina mocno śmierci Tankreda? Rozumiem dobrze, że nie mówią tego samego, ale czy nie ma tu reminiscencji?

Umieram z ochoty dowiedzenia się, co ci powie pan de Saint-Germain. Myślałam dużo o jego liście: jest bardzo, ale to bardzo pochlebny; nie wątpię, że będziesz rad ze stosunku, jaki wytworzy się między wami. Nie zapomnij przynieść mi brulion listu, jaki doń napisałeś.

Jeżeli nie miałabym cię ujrzeć jutro rano, napisz słówko, nie wątpię bowiem, iż nie zjawisz się już dziś wieczór. Gdybyś nie przyszedł rano i nie mógł poświęcić mi wieczoru, trzeba ci wiedzieć, że od czwartej do wpół do szóstej jestem sama: oto masz trzy sposoby swobodnego widzenia mnie. Wybierz tedy jeden z nich, jedyny mój: potrzebuję cię widzieć.

Bywaj zdrów; widzisz, że sobie wynagradzam straty. Och, dobry Boże, tak wydręczyłam cię milczeniem! Mój przyjacielu, czy myślisz, że jest, że był kiedykolwiek ktoś w świecie bardziej urzeczony twoim urokiem i głębiej pochłonięty tobą? Czy sądzisz wreszcie, że istnieje większy stopień tkliwości i namiętności niż ta, która mnie ożywia? Bicia mego serca, tętno pulsów, oddech, wszystko to jeno objawy mego uczucia: jest bardziej żywe, bardziej gwałtowne niż kiedykolwiek; nie iżby było silniejsze, ale że ma zagasnąć, podobne światłu, które ożywa z większą siłą, nim zgaśnie na zawsze.

Bądź zdrów, miły mój, kocham ciebie.